Juan Carlos Navarro. Wybuchowy artysta, który rozkochał w sobie Barcelonę

Juan Carlos Navarro. Wybuchowy artysta, który rozkochał w sobie Barcelonę

Nie zawojował NBA, ale zdobył uznanie całej koszykarskiej Hiszpanii. Wzorował się na nim sam Stephen Curry. Zdarzyło mu się grać tak dobrze, że sfrustrowany przeciwnik… uderzył go pięścią w krocze. Rzucał za trzy z pozycji, które dla innych byłyby niewygodne, ale piłka wypuszczona z jego rąk i tak jakoś znajdowała drogę do kosza. Trzykrotny medalista igrzysk Juan Carlos Navarro kończy dziś 40 lat. Z tej okazji przybliżamy historię słynnego “La Bomby”.

Niepozorny, niewielki uśmiech. Nieodłączny zarost, na którym przez lata zbierało się coraz więcej siwych włosów. Sylwetka jak na koszykarza czy w zasadzie sportowca, bardzo wątła. Na pierwszy rzut oka wyglądał niepozornie, niezbyt imponująco. Takie wrażenie utrzymywało się, dopóki nie wyrzucił piłki z rąk.

Elektryzował tłum mimo tego, że jego próby wsadów z całej kariery możemy policzyć na palcach dwóch rąk. Trudno o innego koszykarza, który trafiałby z każdej pozycji – będąc odchylonym, wychylonym, ledwo utrzymując równowagę. Na dobrą sprawę nie został obdarzony niczym, co predysponowałoby go do zostania wybitnym zawodnikiem. Nie biegał szybko, nie skakał wysoko, nie ratował go nawet zasięg ramion. A wzrost – 193 centymetry – wrażenie mógł robić wszędzie, tylko nie w tym środowisku.

Magia

Aby stać się kimś wielkim, musiał grać wyjątkowo. Od dziecka mierzył się z wyższymi i silniejszymi od siebie. Już wtedy dopasowywał swoją grę do trudnych warunków. Konsekwentnie powiększał warsztat zagrań, żeby, jak sam po latach podkreślał: “nie być blokowanym, bo nikt tego nie lubi”.

Z takich motywacji wzięło się zagranie zwane “La Bomba”. Mówimy o pewnej odmianie “floatera”, czyli rzucie w biegu, jedną ręką, zazwyczaj po wyskoku z jednej nogi. Navarro opanował tę sztuczkę do perfekcji, korzystał z niej już jako nastolatek. – Nazywałem to rzutem przetrwania. Używałem go, żeby zdobyć przewagę nad zawodnikami, którzy byli ode mnie więksi i lepsi – mówił koszykarz.

Z czasem “La Bombą” zaczęto nazywać również jego rzut za trzy, który cechował się bardzo wysokim łukiem. Jak wiemy, sam Navarro też jest zresztą zwany “La Bomba”. Oryginalne pochodzenie tego określenia zostało więc nieco zagubione. Zanim jednak do niego albo jego zagrań przylgnęły jakiekolwiek ksywki, rozpoczynał swoją koszykarską przygodę od rywalizacji ze starszymi braćmi. Historia stara jak świat. Ricardo i Justo dawali młodemu w kość, a ten, zmotywowany, stawał się lepszy i lepszy, aż ich prześcignął.

Kiedy miał dwanaście lat, dołączył do klubu, z którym będzie związany całą karierę. Po kilku latach w La Masii zagościł też Pau Gasol, chłopak z tego samego rocznika, 1980. Rówieśnicy szybko stworzyli mocny duet – zarówno na parkiecie, jak i poza nim. W 1999 roku wraz z kadrą Hiszpanii dokonali rzeczy, która mówi sama za siebie: pokonali Stany Zjednoczone…. jak i każdą inną reprezentację na mistrzostwach świata do lat 19, zdobywając złoty medal.

To były narodziny złotej generacji hiszpańskiego basketu, którą oprócz wspomnianej dwójki tworzył choćby Felipe Reyes – gość, który został legendą… Realu Madryt. Warto też wspomnieć o nieco starszym Jorge Garbajosie oraz młodszym Jose Calderonie, którego talent rozbłysł jednak trochę później.

Ale po kolei. Po udanej letniej przygodzie młodzi koszykarze Barcelony wrócili do gry w rozgrywkach klubowych. I błyskawicznie umocnili swoją pozycję jako czołowe postacie seniorskiego zespołu. Gasol w tym momencie był już gwiazdą, a Navarro jeszcze co najwyżej zadaniowcem. Z czasem jednak też zaczął odgrywać pierwszoplanową rolę.

Sezon 2000/2001 był ich ostatnim wspólnym w bordowo-niebieskich barwach. Talent Paua stawał się bowiem widoczny również dla NBA. Na pożegnanie ze Starym Kontynentem niespełna 21-letni podkoszowy doprowadził Katalończyków do dubletu, składającego się z mistrzostwa oraz Pucharu Króla. Trafił też do najlepszej piątki Eurobasketu 2001, podczas którego Hiszpania zdobyła brązowy medal. Navarro musiał się pogodzić ze stratą kumpla, ale z drugiej strony – droga do zostania liderem ekipy stanęła przed nim otworem.

Priorytety

Juan również zgłosił się do draftu NBA, choć trochę z tym poczekał. W 2002 roku liczył już bowiem 22 lata. Mógł podjąć tę decyzję wcześniej, ale nigdzie mu się nie spieszyło. Z czterdziestym numerem wybrali go Washington Wizards. W ramach ciekawostki możemy odnotować, że zawodnikiem oraz częściowym właścicielem tego zespołu był wówczas Michael Jordan. Trudno spodziewać się jednak, żeby to on stał za postawieniem na Hiszpana. Szczególnie, że Jego Powietrzność, jak się okazało w kolejnych latach, nosa do młodych talentów absolutnie nie miał.

Zanim faktycznie trafił do NBA, minęło pięć lat. Dopiero w sezonie 2007/2008 prawa do Juana Carlosa pozyskali Memphis Grizzlies, pracodawcy… Pau Gasola. Doświadczony już Navarro, mogący pochwalić się świetną karierą w Europie, uznał, że czas najwyższy, aby spróbować swoich sił za oceanem. Był w sile wieku, z Amerykanami mierzył się już podczas międzynarodowych imprez, więc wiedział, czego się spodziewać. Największą rolę odegrała jednak zapewne obecność przyjaciela w zespole.

Jak bardzo Grizzlies chcieli sparować tę dwójkę? Cóż, wystarczy powiedzieć, że zdecydowali się pokryć klauzulę wykupu Navarro, która wynosiła horrendalne dziesięć milionów. Jak na zawodnika, z którym nie wiązano ambicji na miarę pierwszego składu, to naprawdę spora kwota. Sam Hiszpan zarabiał jednak wyjątkowo “marnie”. Mówimy o kwocie 589090 dolarów za sezon. Niby sporo, ale zaledwie szesnastu graczy w lidze otrzymało w tamtym sezonie gorszy kontrakt. Założenie było jednak takie, że Hiszpan pogra rok, a następnie podpisze znacznie atrakcyjniejszą finansowo umowę.

Tak się jednak nie stało. Nie dlatego, że się nie sprawdził, wręcz przeciwnie. W pierwszym sezonie gry w NBA notował średnio 10,9 punktów i 2,2 asyst na mecz w 25,8 minut spędzanych na parkiecie. Jak na żółtodzioba – całkiem nieźle, został zresztą wybrany do drugiej piątki najlepszych debiutantów rozgrywek. Jego najbardziej udany występ? Mecz przeciwko New Orleans Hornets, kiedy trafił osiem na dziewięć oddanych trójek.

Poza boiskiem Navarro nie czuł się jednak najlepiej. Dużo mówi fakt, że mimo mieszkania w mieście Elvisa, nigdy nie poszedł odwiedzić jego domu, największej turystycznej atrakcji Memphis. Na dodatek w czasie sezonu barwy klubowe zmienił Pau, który dołączył do Kobego Bryanta w Lakers.

Nie mogło być więc inaczej. Po roku amerykańskiej przygody Hiszpan powrócił na stare śmieci: – Wiele sytuacji i okoliczności złożyło się na to, że nie żyło mi się komfortowo. Zespół był słaby, język angielski stanowił problem dla mnie i mojej rodziny, moje dziewczyny [żona Vanessa oraz córki Lucia i Elsa – przyp. red.] tęskniły za Hiszpanią. Gdybym trafił do lepszej drużyny, może sprawy potoczyłby się lepiej – wspominał po latach.

Chodziły pogłoski, że tak naprawdę kluczowe okazały się pieniądze. Katalończycy zaoferowali mu czteroletni kontrakt, w ramach którego miał zarabiać kilka milionów euro rocznie. Sam koszykarz powrót do Europy tłumaczył miłością do klubu i względami rodzinnymi. I choć Stany upominały się o niego jeszcze wielokrotnie, nigdy już nie rozglądał się za innymi klubami. La Bomba na dobre pokochał Barcelonę, a Barcelona pokochała La Bombę.

Szczyt

Nie wszyscy pałali do niego sympatią. Dla niektórych (nie tylko fanów Realu) był niskim cwaniakiem. Choć wcale nie miał niewyparzonej gęby, nieraz wywoływał u rywali niebywałą frustrację. Tak było podczas igrzysk olimpijskich w 2012 roku. W końcówce meczu półfinałowego Hiszpania – Francja, skrzydłowy Nicolas Batum pobiegł w kierunku kozłującego Navarro, a następnie, bez wątpienia celowo, uderzył go pięścią w krocze. Po chwili został wyrzucony z boiska, a pytany o te zachowanie po meczu powiedział: – Chciałem dać mu dobry powód do symulki.

I choć zarówno kadra Hiszpanii, jak i Navarro na przestrzeni lat regularnie karcili swoich przeciwników, takie sytuacje się nie powtarzały. Nie zmienia to faktu, że Navarro miał w sobie pełno bezczelności i pewności siebie, które kłóciły się z obrazem miłego gościa, jakim był poza parkietem, ba, nawet tuż przed samym meczem. Idealnie opisał to Boza Maljkovic: – Navarro, co to za drań! Zawsze przyjdzie się przywitać, uśmiechnie, a potem rzuca twojej drużynie 30 punktów. Gość ma magiczne ręce.

Trudno sądzić inaczej, kiedy w szczycie formy Hiszpan trafiał trójki… z jednej nogi. Wszechstronność rzutowa to zresztą jego znak rozpoznawczy. Bardzo zaimponował tym Stephen’owi Curry’emu, który wspominał, że był pod wrażeniem gry Navarro podczas koszykarskiego mundialu 2010 w Turcji. Tuż po nim postanowił, że również nauczy się wykonywać rzuty trzypunktowe we wspomniany sposób. Co było dalej? Curry zrewolucjonizował NBA, zyskując miano najlepszego strzelca w historii koszykówki.

Wspominaliśmy jednak igrzyska w Londynie. Nieprzypadkowo, bo początek minionej dekady to czas, kiedy Navarro znajdował się w życiowej formie. Wszedł w nią jako mistrz Euroligi z 2010 roku, jak i MVP Final Four tych rozgrywek. Następnie nadeszły mistrzostwa Europy 2011. Impreza, na którą Hiszpania przywiozła prawdopodobnie swoją najmocniejszą ekipę w historii. Mówimy nie tylko o braciach Gasol, ale też innych zawodnikach z przeszłością lub przyszłością w najlepszej lidze świata (Calderon, Rudy Fernandez, Ricky Rubio). Dodatkowo naturalizowano Serge’a Ibakę – Kongijczyka, który spędził kilka lat w Hiszpanii i czołowego blokującego NBA.

Tamten Eurobasket był wyjątkowy pod jednym względem – po raz pierwszy w historii czempionat Europy gościł aż dwadzieścia cztery reprezentacje. Taki format pomógł m.in reprezentacji Polski, która zdołała wywalczyć awans. Czarnym koniem rozgrywek okazali się jednak nie Gortat i spółka, a Macedończycy. Na ich czele stał rewelacyjny Bo McCalebb, gracz pochodzący ze Stanów Zjednoczonych. Za jego sprawą skazywany na pożarcie zespół pokonał w ćwierćfinale turnieju Litwę. Następnie na jego drodze stanęła Hiszpania.

Choć większość zdecydowanie stawiała na zespół z Półwyspu Iberyjskiego, spotkanie należało do bardzo zaciętych. Do przerwy to Macedonia prowadziła 45:44. Wtedy przebudził się Navarro. W samej trzeciej kwarcie uzbierał aż dziewiętnaście oczek, doprowadzając do zachwytu komentatora, który określił go mianem “najlepszego strzelca na świecie”. Macedończycy co prawda nie składali broni, ale nie byli w stanie sprostać tak grającemu Hiszpanowi. Po meczu trener Sergio Scariolo pytany o swojego zawodnika powiedział: – Navarro to koszykarski artysta. I osoba, która zasługuje na wszystko dobre, co ją w sporcie spotkało. Jest jedynym zawodnikiem, jakiemu pozwalam na pełną wolność na boisku: może rzucać zawsze, kiedy tylko czuje taką potrzebę.

W finale przeciwko Francji historia się powtórzyła. Kolejny popis Juana Carlosa (27 punktów, najlepszy strzelec meczu) mógł skończyć się tylko w jeden sposób: złotym medalem i tytułem gracza turnieju do kompletu.

Zmierzch

Poniekąd starzał się z godnością. Do końca kariery regularnie wchodził na parkiet, nigdy nie zdarzało mu się grzać ławy. Trudno było jednak mówić, że wciąż stanowił mocny punkt drużyny. Lata występów na najwyższym poziomie po prostu zrobiły swoje. Navarro był wolny, wyeksploatowany. Zdobywał kilka punktów na mecz na niskiej skuteczności. A do obrony mógł równie dobrze się nie wracać – i tak nie stanowił żadnej przeszkody dla rywali.

Tak czasem jest z legendami – ich pracodawca zawdzięcza im gabloty z pucharami, więc na końcowe lata kariery, zwraca część tego, co otrzymał. Oferuje wysoki kontrakt, traktuje jak jajko, byle tylko nie wypaść nietaktownie. Navarro – z perspektywy krytycznego fana – występował w Barcelonie o dwa sezony za długo. Większa korzyść dla klubu płynęłaby po prostu z dania szansy młodszemu zawodnikowi.

Trudno powiedzieć komuś takiemu w twarz, że już się powoli nie nadaje. Od czasu, kiedy w 1997 roku dołączył do zespołu, Juan Carlos Navarro przyniósł Barcelonie osiem tytułów mistrza Hiszpanii, siedem triumfów w Pucharze Króla i dwa w Eurolidze. Nie gorzej było w reprezentacji: dwa srebrne i brązowy medal igrzysk, mistrzostwo świata i łącznie aż siedem krążków przywiezionych z Eurobasketu (pierwszy w 2001, ostatni w 2017 roku). Do tego niezliczone wyróżnienia indywidualne. Europa nie wychowała wielu bardziej utytułowanych koszykarzy.

Koniec nastąpił w 2018 roku. Nieco później, przed El Clasico, miała miejsca ceremonia zastrzeżenia numeru hiszpańskiego koszykarza. W barwach Barcelony nikt już nie ubierze koszulki z jedenastką na plecach. Niewykluczone, że schedę po Juanie Carlosie przejmą… jego córki. Trener starszej z nich, Lucii, podkreślał nawet, że jej talent jest porównywalny do ojca. – Są ulepieni z tej samej gliny, ona ma te magiczne geny.

KACPER MARCINIAK

Fot. Newspix.pl


Aktualności

Kalendarz imprez