Jimmy’ego nawet nie powinno tu być

Jimmy’ego nawet nie powinno tu być

Dwa lata temu obróciła się przeciwko niemu połowa NBA. Słyszał, że jest złym kolegą z drużyny, że rozwala szatnię od środka. Znacznie wcześniej, kiedy miał trzynaście wiosen, własna matka wyrzuciła go z domu, bo jej się nie podobał. A kiedy jego rówieśnicy, również marzący o koszykarskiej karierze, grali na renomowanych uczelniach i małymi kroczkami zbliżali się do NBA, jego nazwiska w notesie zanotowanego nie miał żaden skaut. Jimmy Butler udowodniał wielokrotnie, że nic nie jest w stanie go złamać. Teraz błyszczy pełnym blaskiem w finałach najlepszej ligi świata.

Wychodzi na parkiet i staje naprzeciwko trzech gości, których w przeszłości wybrano z pierwszym numerem draftu. LeBron James, Anthony Davis, Dwight Howard. Talenty czystej wody. Pisane im były wielkie kariery i takie też zrobili. Na dodatek wciąż im mało, a pierwsza dwójka równie dobrze może bić się o miano najlepszego zawodnika na świecie. Tego meczu nie da się wygrać – zdają się mówić. Szczególnie że Miami brakuje dwóch graczy pierwszej piątki – to generalnie zamyka wszelkie rozważania.

Jimmy Butler widocznie tego nie rozumie. Zdobywa 40 punktów, 13 zbiórek i 11 asyst i prowadzi Miami do zwycięstwa. Mówimy o jednym z najlepszych występów w historii finałów NBA. W oczach bukmacherów ostatni raz do takiej sensacji w serii o mistrzostwo doszło w 2001 roku, kiedy Allen Iverson i jego Sixers też wygrali z zespołem z Los Angeles.

Choć tegoroczny finał NBA i tak zapewne zakończy się wielką wygraną Jamesa i spółki (przed wtorkowym meczem prowadzą 2:1), nie da się przejść obojętnie wobec Heat i ich lidera. Człowieka, który jak nikt inny, dowiedział się, czym jest brak wiary. Teraz nie może narzekać ani na swoją sytuację finansową, ani sportową, bo znalazł się w klubie, w którym go kochają. Zaczęło się jednak od tego, że był zbyt brzydki.

Jimmy włóczęga

– Nie podoba mi się, jak wyglądasz. Musisz odejść – usłyszał od własnej matki Jimmy Butler. Nigdy nie doświadczył prawdziwego domu, ale gdy miał 13 lat stał się bezdomnym. Manewrował między jedną kanapą w salonie a drugą, polegając na życzliwości kolegów ze szkoły. Zdarzało się, że spędzał w jednym mieszkaniu parę tygodni, ale w pewnym momencie uprzejmość domowników się kończyła.

Jego życie – nastoletniego włóczęgi – zmieniło się podczas ostatniego roku szkoły średniej. Złapał kontakt z młodszym o dwa lata Jordanem Lesliem, który, podobnie jak on, uwielbiał sport – grał w koszykówkę oraz futbol amerykański. Koleżeństwo szybko przemieniło się w przyjaźń. Niedługo później Butler stał się częścią rodziny Leslie. – Zaakceptowali mnie, i to nie miało nic wspólnego z koszykówką. Ona była [Michelle Lambert, matka Jordana – przyp. red.] bardzo kochającą osobą. Mówię o absolutnie bezinteresownej miłości. Nie mogłem w to uwierzyć – wspominał Butler.

Po pewnym czasie został nawet adoptowany, ale nie obyło się bez kilku żelaznych zasad. Matka Lesliego wiedziała, że ten chłopak jest utalentowanym sportowcem. Wiedziała, że znajduje się w pewnego rodzaju bańce, w której nietrudno o ulegnięcie wielu pokusom. Oznajmiła Jimmy’emu, że musi stać się przykładem dla innych. Miał nie tylko być uprzejmy, ale choćby zostawać po lekcjach, aby odbębniać w szkole różne prace, jak strzyżenie trawnika.

W tamtym czasie nie uchodził jeszcze za utalentowanego koszykarza. Na studiach trafił do “junior college”, uczelni z niższym, policealnym nauczeniem. A przede wszystkim – nie wchodzącej w skład pierwszej dywizji NCAA, gdzie grają zawodnicy, na których spoglądają kluby z NBA. Z Tyler JC wyrwał się za sprawą trenera Buzza Williamsa. Szkoleniowca Marquette, który zjawił się w kompleksie, gdzie trenował Butler, aby… rekrutować innego zawodnika.

Od razu dostrzegł, z jaką zawziętością i oddaniem gra Jimmy. Pierwsze słowa, którego do niego powiedział, jednak tego nie odzwierciedlały. – Jesteś do dupy – usłyszał Butler. Jak się okazało, trener miał do niego podejście na zasadzie “szorstkiej miłości”. Przyjął go bowiem do zespołu, a potem motywował do stawania się coraz lepszym.

Butler co prawda nie błyszczał z miejsca, bo podczas pierwszego sezonu w Marquette (a drugiego w akademickiej koszykówce) zaliczał średnio 19,6 minut na parkiecie. Dwa lata później był już jednak gwiazdą. I pewnie zmierzał w kierunku ziemi obiecanej, czyli NBA. – Nie musicie mi współczuć. Kocham to, co mi się przydarzyło. To sprawiło, że teraz jestem, kim jestem. Czuję wdzięczność, że życie rzuciło mi takie wyzwania. Proszę, nie współczujcie mi – mówił mediom jeszcze przed debiutem na parkietach najlepszej ligi świata.

Jimmy obrońca

W kuluarach koszykarskich popularne wśród zawodników stało się pamiętanie nazwisk graczy, których wybrano wyżej w drafcie. Draymond Green potrafi wymienić wszystkich trzydziestu czterech – po kolei, bez większego zastanawiania się. Jeden z bohaterów tegorocznych play-offów – Tyler Herro – również wspominał, że fakt bycia wybranym z odległym (choć w jego przypadku trzynastym) numerem służy mu jako motywacja.

Jimmy Butler, aby usłyszeć swoje nazwisko, musiał poczekać do końca pierwszej rundy. Podczas draftu 2011 Chicago Bulls postawili na niego w trzydziestym wyborze. Nie był jednak specjalnie rozczarowany. Ogarnęło go poczucie euforii – jest w NBA. To faktycznie się stało. Wydawało mu się, że lepiej być nie może i teraz należy tylko pracować. A pracy nauczył się już dawno, od swoich dwóch nauczycieli: Michelle oraz Buzza.

Motywacji mu nie brakowało, ale wkrótce zaczął mieć jej aż nadto. – Nigdy nie zapomnę jednej rozmowy. Zdarzyła się znikąd, ale utkwiła mi w pamięci, bo byłem wtedy po prostu dzieciakiem, który cieszył się byciem w NBA, trenowaniem, chodzeniem na siłownię. Ktoś mnie zaczepił, nieistotne kto, i powiedział: wiesz, jak dużo zawodników wybranych z trzydziestym numerem utrzymało się w lidze i zapracowało na drugi kontrakt? Odparłem: nie. Ale wiedziałem, że to sugestia, że już niedługo wypadnę z NBA.

Ta sytuacja dobrze oddaje presję, z jaką muszą mierzyć się młodzi gracze w NBA. Nie wszyscy w ciebie wierzą, a niektórzy wróżą, ba, trzymają kciuki, abyś wyleciał z ligi hukiem. Istnieje też spore prawdopodobieństwo, że pewnego dnia obudzisz się jako zawodnik innej drużyny albo – jeszcze gorzej – klub rozwiąże z tobą kontrakt.

Musisz cały czas walczyć o swoją pozycję. Pokazać, że się nadajesz, że warto ci zaufać. Jimmy Butler podczas pierwszego roku w NBA nie mógł liczyć na wiele okazji do gry. Zagrał w 42 spotkaniach, spędzając na parkiecie średnio 8,5 minuty. Niewiele, ale to już coś. W trakcie drugiego sezonu grał jeszcze więcej i zaczął zyskiwać reputację twardego i nieustępliwego defensora. A Tom Thibodeau – ówczesny trener Chicago Bulls – uwielbiał takich graczy.

Wychowanek Marquette stał się jego oddanym żołnierzem. Trener stawiał na Butlera, bo wiedział, że jego obecność wszystko skleja – to zawodnik, który nie potrzebuje piłki w dłoniach, ale kiedy już ma rzucić, nie zadrży mu ręka. A przy tym zawsze jest w ruchu, broni, kogo ma bronić i robi to znakomicie. W czasie play-offów 2012/2013 zdarzało się, że skrzydłowy nie miał nawet momentu odpoczynku. Kiedyś przyjaźnił się z ławką rezerwowych, wtedy o niej zapomniał.

W pierwszej rundzie Bulls trafili na Brooklyn Nets. Seria zapowiadała się na wyrównaną i taka faktycznie była, choć początkowo zespół Butlera objął prowadzenie 3:1. Rywale zdołali jednak wygrać piąte spotkanie różnicą siedemnastu oczek. Thibodeau postanowił, że musi nieco przetasować składem. I założył, że Butler będzie grał cały czas. Przy jego nazwisku dwa razy z rzędu zagościło pełne czterdzieści osiem minut.

Byki zdołały awansować do półfinałów konferencji, a tam czekali na nich Miami Heat. Zespół, który bronił mistrzostwa, a w swoich szeregach miał oczywiście LeBrona Jamesa. Zgadnijcie, kogo Thibodeau wyznaczył do krycia najlepszego koszykarza na świecie?

21 punktów, 14 zbiórek, 3 asysty i blok – to statystyki Butlera z pierwszego meczu, sensacyjnie wygranego 93:86. Kluczem do tego zwycięstwa była jednak obrona, w której przodował właśnie młody skrzydłowy. LeBron uzbierał co prawda 24 punkty, ale trafił 8 z 17 prób. – Naturą Jimmy’ego jest to, że będzie pracował cały czas. Bronił tak dobrze, jak tylko się da, ale LeBron potrafi trafiać nawet najtrudniejsze rzuty – mówił po spotkaniu trener Bulls.

Heat odegrali się w kolejnych spotkaniach. Kopciuszek z Chicago nie miał po prostu personaliów i siły ognia, aby sprostać wielkim faworytom. Po tej serii zmieniło się jednak jedno: kibice NBA wiedzieli już, kim jest Jimmy Butler. Wiedzieli, że to jeden z czołowych defensorów w całej lidze.

W kolejnych latach Butler przeszedł prawdziwą transformację, podobną do grającego wówczas w San Antonio Spurs Kawhiego Leonarda. Rozwijał się ofensywnie, a koledzy z czasem zaczęli mu bardziej ufać i chętnie oddawali piłkę w jego ręce. Był już nie tylko znakomity po bronionej stronie parkietu, ale stawał się liderem w ataku. Podczas sezonu 2014/2015 zdobywał średnio 20 punktów na mecz i po raz pierwszy w karierze zagrał w Meczu Gwiazd.

Jimmy rozrabiaka

Kiedy uczęszczał na uczelnię, stawał się obiektem zainteresowania nie tylko ze względu na sympatyczną i ekstrawertyczną osobowość. Jego koledzy – a także wykładowcy – nie mogli uwierzyć, w jakiej muzyce gustuje. Deklarował bowiem, że jest wielkim fanem… country. Trudno w sumie było tego nie zauważyć, skoro często przemieszczał się po kampusie, nosząc wysokie, kowbojskie buty.

Czuł się dobrze we własnej skórze. Jasne, że okres dorastania miał już za sobą, ale do takiego wychodzenia poza tłum potrzeba swego rodzaju odwagi. On ją miał – mimo tego, że historia, która mu się przydarzyła, słowa matki, mogły stanowić początek popadania w kompleksy. Ale na szczęście nigdy go nie dopadły.

Z gustami muzycznymi Butlera musieli wytrzymywać też jego koledzy z Bulls. Kiedy rozgrzewali się podczas treningów, zdarzało się, że z głośników leciały przygotowane przez koszykarza utwory muzyki country, a także… piosenki Taylor Swift. – Lubię każdą muzykę, ale jej kawałki są bardzo chwytliwe. Często słucham też ludzi, z którymi łączy mnie jakaś relacja. Mówię o Ludacrisie, Lee Brice czy Jasonie Aldeanie. Wspierają mnie i ja też staram się to robić – tłumaczył.

Kiedy w 2016 roku reprezentacja Stanów Zjednoczonych wyleciała do Rio de Janeiro, aby wziąć udział w turnieju koszykówki na igrzyskach olimpijskich, Butler był jednym z dwunastu powołanych. Z racji, że mówimy o czasach social mediów, szybkiego przepływu informacji, kibice mogli na własne oczy zobaczyć, jak zawodnicy spędzają czas w wolnych chwilach. Do sieci trafiło sporo nagrań, choćby z samolotu.

Najwięcej reakcji zbierało rozbrajające zachowanie Carmelo Anthony’ego, który widocznie nie mógł znaleźć wspólnego języka z młodszymi o przynajmniej kilka lat kolegami. W gronie największych “śmieszków” znajdował się zaś właśnie Butler. Zarażał wszystkich pozytywną energią, a wraz z – innym sympatykiem popu – Kyriem Irvingiem zdarzyło mu się zaśpiewać “The Thousand Miles” autorstwa Vannesy Carlton.

Mało kto by się wtedy spodziewał, że dwa lata później Jimmy zyska miano gościa, z którym… nikt nie chce grać. Sporo krytyki spadło na niego już w 2017 roku, kiedy wymusił transfer z Bulls, ale wrogiem publicznym numer jeden stał się podczas perypetii w Minnesocie Timberwolves.

Początki w nowym zespole przebiegły co prawda nie najgorzej. Klub z Minneapolis po raz pierwszy od lat zakwalifikował się do fazy play-offs. W nich Butler i spółka przegrali jednak już w pierwszej rundzie – Houston Rockets potrzebowali zaledwie pięciu meczów, aby awansować do półfinałów. W czasie kolejnego sezonu wszystko zaczęło się sypać.

Butler po raz kolejny zażądał bowiem transferu. Władze Timberwolves były jednak niespieszne, aby znaleźć swojej gwieździe nowego pracodawcę. Butler pojawił się zatem na – inaugurującym okres przygotowawczy – treningu i dawał o sobie znać. Krzyczał do menadżera zespołu, że jest im potrzebny, bo bez niego nie dadzą rady. Przy tym w gierkach treningowych grał na maksymalnej intensywności i dominował kolegów.

– Wiele z tego, co mówią, jest prawdą. Nie grałem w koszykówkę bardzo długo. A jestem na jej punkcie szalony, to moja pasja. W jednym momencie wyszły ze mnie wszystkie emocje. Kiedy jestem na parkiecie, rywalizuje z innymi, nie potrafię nad sobą panować. To jestem właśnie ja. Jeśli któryś z zawodników nie lubi tego, jaki jestem i jak zachowuje się podczas treningów, niech do mnie podejdzie i to powie. Na przykład: Jimmy, nie powinieneś tego powiedzieć. Nie wezmę tego personalnie – tłumaczył się potem w rozmowie z dziennikarką ESPN Rachel Nicols.

Relacji z Timberwolves nie udało się jednak odbudować. Butler trafił do Philadelphii Sixers. W międzyczasie świat NBA obiegły słowa anonimowego zawodnika z Minnesoty, który powiedział, że Butler jest “rakiem w szatni”. Rozpoczęły się dyskusje: skrzydłowy faktycznie jest beznadziejnym przypadkiem, czy może zwyczajnie nie akceptuje leniwego podejścia do sportu i braku żądzy wygrywania (podejścia, jakie – rzekomo – reprezentowali Andrew Wiggins oraz Karl Anthony Towns)? Wielu bardziej przekonywała pierwsza wersja.

Jimmy lider

W Philadelphii połączył siły z dwoma innymi gwiazdami: Joelem Embiidem oraz Benem Simmonsem. Na papierze wszystko wyglądało kapitalnie. Sixers mieli wszechstronnego i utalentowanego podkoszowego oraz równie świetnego w obronie i atletycznego rozgrywającego, a także gościa, który miał “zamykać” spotkania w końcówkach, zdobywając kluczowe punkty – czyli właśnie Butlera.

Ten zespół naprawdę miał potencjał i poniekąd to udowodnił. Szkopuł w tym, że Toronto Raptors też byli mocni. A także mieli nieco więcej szczęścia. W półfinałach konferencji klub z Kanady pokonał Sixers 4:3. W ostatnim, decydującym o awansie, spotkaniu zadecydował rzut Kawhiego Leonarda, który odbił się parę razy od obręczy, aż wreszcie wpadł do kosza. Dinozaury awansowały dalej.

Sixers spotkało wielkie rozczarowanie, ale w pewnym stopniu mogli być zadowoleni ze swojej postawy. W końcu prawie wyeliminowali późniejszego zdobywcę tytułu. Wydawało się, że w kolejnym sezonie może być tylko lepiej. Butler postanowił jednak, że nie chce zostać w tej grupie. I latem 2019 roku, po skończeniu starego kontraktu, podpisał nową umowę, ale z Miami Heat. Ta decyzja znowu nie przyniosła mu dobrej sławy.

Uznano bowiem, że postawił na zespół, któremu zwyczajnie brakuje talentu. I że nie może w ich barwach pokusić się o coś więcej, niż awans do półfinałów konferencji. Jak to? Narzekał na brak chęci zwycięstwa u innych, a teraz samemu wybiera wakacje na Florydzie, zamiast walki o mistrzostwo w Filadelfii?

Dziś może co najwyżej uśmiechać się na wspomnienie tamtych opinii. Nawet jeśli nie sięgnie po mistrzostwo, bo nie ukrywajmy, pokonanie LeBrona Jamesa i Anthony’ego Davisa to nie taka łatwa sprawa, i tak będzie mógł być z siebie dumny. Udowodnił, że łatka, którą przypięto mu parę lat temu, była absolutnie nieuzasadniona.

W okolicach 2013 roku świat dowiedział się, kim jest Jimmy Butler. Teraz każdy już wie, jaki jest to zawodnik. Zawodnik definiujący ciężką pracę, profesjonalizm, kulturę zwyciężania. A jeśli wciąż masz wątpliwości, po prostu mu to powiedz. Nic gorszego niż osiemnaście lat temu już nie usłyszy.

KACPER MARCINIAK

Fot. Newspix.pl


Subskrybuj
Powiadom o
guest
0 komentarzy
Inline Feedbacks
Pokaż wszystkie komentarze

Aktualności

Kalendarz imprez