Jerzy ciągle wierzy. Janowicz próbuje wrócić do zawodowego tenisa

Jerzy ciągle wierzy. Janowicz próbuje wrócić do zawodowego tenisa

Jerzy Janowicz przegrał. Takie są fakty. Nie ze swojej winy przegrał najlepsze lata kariery, szansę na wielkie pieniądze i wykorzystanie swojego gigantycznego potencjału. Poważne kontuzje przerwały mu karierę najpierw raz, potem drugi. Ale kiedy się wydawało, że jest już po wszystkim i więcej go na korcie nie zobaczymy, on zapowiedział powrót. Czy na dobre, czy skutecznie? Czy to może być szansa na medal w Tokio? Tego jeszcze nie wiemy. Ale jedno jest pewne: brakowało go. Wam też?

Prawda jest taka, że w polskim sporcie niewiele jest postaci budzących równie duże emocje. Jasne, te emocje w przypadku Jerzego Janowicza nie zawsze są pozytywne. Ba, prawdopodobnie znacznie częściej kibiców wkurzał niż zachwycał. Potrafił palnąć coś głupiego, nigdy się nie gryzł w język i walił prosto z mostu. Zdarzało mu się obrazić na kogoś, albo zdemolować klawiaturę po przegranej w grze komputerowej. Aha, i potrafił we wspomnianą grę grać z zawodowcami i stawiać pieniądze na swoją wygraną, co też kazało stawiać przy nim spory znak zapytania. Kiedyś nazwał szanowanego dziennikarza „mendą” i wyszedł z konferencji prasowej, kiedy indziej palnął o „trenowaniu po szopach”. Ale – o czym ostatnio mogliśmy zapomnieć – Jerzy Janowicz potrafił także fenomenalnie grać w tenisa. Pytanie tylko, czy potrafi to nadal.

Janowicz jest graczem z tego samego pokolenia, co siostry Radwańskie. Razem z nimi przebijał się w juniorach, gdzie też osiągał spore sukcesy. Dotarł do piątego miejsca w juniorskim rankingu i dwóch wielkoszlemowych finałów. W męskim tenisie droga od świetnego juniora do solidnego zawodowca jest jednak mocno kręta i wyboista, znacznie trudniejsza niż w przypadku dziewczyn. Młody chłopak po prostu potrzebuje więcej czasu, żeby dojrzeć, zbudować odpowiednią masę mięśniową, która przekłada się na siłę na korcie. Zanim do tego dojdzie, kariery wielu juniorów zdążą się załamać. Wystarczy rzucić okiem na listę zwycięzców juniorskich turniejów wielkoszlemowych, żeby zobaczyć, jak wielu z nich nigdy nie zdołało się przebić. Owszem, kilka lat temu wygrywali Alexander Zverev, Nick Kyrgios, czy Denis Shapovalov, którzy dziś sporo znaczą w światowym tenisie. Ale obok nich na tej samej liście są choćby Omar Jasika, Reilly Opelka, Christian Garin, czy Filip Peliwo. Janowicz Szlema nie wygrał, ale w dorosłym tenisie zdołał się przebić. I to jak!

Wielkie serce, wielkie marzenia

Zaczęło się od powolnego budowania rankingu. Kiedy zaczynał się rok 2012, Janowicz był na początku trzeciej setki rankingu i boleśnie uczył się, jak trudny to jest etap dla każdego tenisisty. Brutalna prawda jest taka, że zarabia się w pierwszej setce rankingu – niżej tylko się dokłada do interesu. Rodzina Janowiczów przekonała się o tym na własnej skórze, kiedy oszczędności szybko się kończyły. W styczniu 2012 Jerzy powinien walczyć w eliminacjach wielkoszlemowego Australian Open. Nie miał jednak sponsora, więc ostatecznie nie zdecydował się na wyjazd, który musiałby kosztować kilkadziesiąt tysięcy złotych.

Europejskie Wielkie Szlemy były już w zasięgu Janowicza. Wprawdzie do Roland Garros się nie zdołał zakwalifikować (przegrał w ostatniej rundzie eliminacji), ale na Wimbledonie już się udało. Wielkoszlemowy debiut był pierwszej klasy. Polak przebrnął kwalifikacje, a następnie dotarł do trzeciej rundy. To oznaczało pierwszą poważną wypłatę oraz duży skok w rankingu. Niestety, nie na tyle poważny, żeby Janowicz mógł w ogóle marzyć o występie na igrzyskach olimpijskich w Londynie.

W listopadzie po raz pierwszy usłyszał o nim świat. W BNP Paribas Masters w Paryżu przeszedł eliminacje, a następnie lał jednego faworyta po drugim. Najpierw pokonał Philippa Kohlschreibera (#19 ATP), potem Marina Cilicia (#14) i Andy’ego Murraya (#3). Już to byłoby spełnieniem marzeń, ale Polak poszedł jeszcze dalej. W ćwierćfinale uporał się z Janko Tipsareviciem (#9), a w półfinale z zawodnikiem gospodarzy Gillesem Simonem (#20). O tym, jakim to było wydarzeniem, niech świadczy fakt, że był pierwszym kwalifikantem od 10 lat, który dotarł do finału turnieju tej rangi i pierwszym zawodnikiem od 13 lat, który zrobił to w debiucie. W finale po walce przegrał z Davidem Ferrerem, ale nie zmieniło to podstawowego faktu. Janowicz nie tylko grał, jak zawodnik ze światowej czołówki, ale BYŁ zawodnikiem światowej czołówki. Rok zakończył na 24. miejscu na świecie. – Teraz mam mnóstwo pewności siebie. Nauczyłem się, że jeśli masz wielkie serce i chcesz zrobić coś niesamowitego, i będziesz o to walczyć, to masz wielką szansę, że to osiągniesz – mówił.

Ćwierćfinał jak z bajki

W Australii zadebiutował w ciekawych okolicznościach. Rok wcześniej – nie było go stać, żeby tam przylecieć na eliminacje. Po 12 miesiącach był jednym z rozstawionych zawodników w turnieju głównym. Presję udźwignął, wygrał dwa pierwsze mecze. W trzecim przegrał z wyżej notowanym Nicolasem Almagro. Również na Roland Garros osiągnął trzecią rundę i nadszedł turniej, który dał mu miejsce w historii polskiego tenisa – Wimbledon. Na trawiastych kortach przy Church Road w Londynie znów wygrał dwa mecze, w trzecim zrewanżował się Almagro za porażkę z Melbourne, a następnie wyszarpał wygraną w pięciosetowej batalii z Juergenem Melzerem. To z kolei zapewniło nam scenariusz, o którym przed turniejem nikt nie śmiał marzyć. W najbardziej prestiżowym turnieju świata mieliśmy polski ćwierćfinał, bo sensacyjnie zameldował się w nim także Łukasz Kubot. Janowicz okazał się lepszy w trzech zaciętych setach, co dało mu miejsce nie tylko w półfinale, ale także w historii. Czemu? Bo Wojciech Fibak, choć osiągnął w karierze bardzo wiele, nigdy nie zagrał w najlepszej czwórce turnieju wielkoszlemowego. A Janowicz – tak. W dodatku – zagrał bardzo dobrze, choć miał przeciwko sobie nie tylko świetnie dysponowanego Andy’ego Murraya, ale także publiczność, marzącą o pierwszym brytyjskim triumfie na Wimbledonie od 1936 roku. Polak wygrał pierwszą partię, ale potem górą był już Szkot, który następnie w finale ograł Djokovicia. A JJ rok zakończył na 21. miejscu na świecie.

Jeśli męczy was już ta wyliczanka sukcesów – niestety, już kończymy. Przed kolejnym sezonem pojawiły się kłopoty ze stopą, która w mniejszym lub większym stopniu dokuczała mu przez kolejne miesiące i utrudniała grę. Po porażce w 3. rundzie Wimbledonu Janowicz wypadł z pierwszej pięćdziesiątki rankingu. Potem przyszła kontuzja kolana, kolejne porażki w pierwszych rundach i systematyczny zjazd na liście ATP. Na koniec 2016 roku wrócił do punktu wyjścia – trzeciej setki rankingu.

Inna sprawa, że poza pechowymi kontuzjami, Janowicz miał też pecha w losowaniu. A to wpadł na Djokovicia w pierwszej rundzie US Open, a to na Cilicia w Australii. W obu przypadkach bił się do upadłego, pokazując naprawdę dużą wolę walki. Po całym roku walki z przeciwnościami losu, ciężkich prób przebicia się z powrotem do czołówki, był już naprawdę blisko. W listopadzie 2017 roku był notowany na 122. miejscu na liście ATP – niedaleko gry w Wielkim Szlemie bez eliminacji. I co? I to, co zwykle, czyli kolejna kontuzja – znów kolana.

Co umieją ci młodzi wilcy?

Dziś Jerzy Janowicz ma prawie 29 lat. To oczywiście i dużo, i mało. Mało, bo przecież Federer dobiega czterdziestki, a wciąż gra na niebotycznym poziomie. A dużo, bo o każdy punkcik trzeba się dziś bić ze stadem młodych wilków, 20-latków, będących na tym etapie, co Janowicz dekadę temu.

– Te młode wilki będą zaskoczone, nie będą wiedzieli, czego się po mnie spodziewać. Zdziwią się, że na kort wychodzi taki stary dziadek – śmieje się Janowicz w rozmowie z radiową Czwórką. W tej rozmowie jest zresztą dużo żartów, wygłupów i śmieszkowania. Ale jest też sporo całkiem poważnych tematów. To o tyle ciekawe, że tenisista z Łodzi z dziennikarzami rozmawia rzadko i praktycznie tylko wtedy, kiedy musi.

– Podejmę próbę kontynuowania kariery. Mam nadzieję, że kolano pozwoli mi na regularną grę w zawodowych rozgrywkach. Zdarzają się kontuzje w życiu sportowców, które wykluczają z gry. Może się okazać, że nie będę w stanie wrócić do zawodowego tenisa. Od prawie czterech lat borykam się z kontuzją lewego kolana. Przez cały ten czas starałem się uniknąć operacji, stosowałem inne metody, rehabilitację, jakieś ostrzyknięcia, komórki macierzyste. Wszystko, by uniknąć skalpela. W końcu zdecydowałem się na operację we wrześniu. Teraz chodzę normalnie, bez problemów. Zobaczymy, jak to będzie z obciążeniami meczowymi – mówi. – Mam motywację, to bardzo ważne. Jeszcze ważniejsze jest zdrowie. Jeśli to będzie, przyjdą sukcesy. Tenisowo się nie obawiam niczego, jest bardzo dobrze. Narodziny syna to dodatkowa motywacja.

Wspomniany syn urodził się niedawno, matką jest była tenisistka Marta Domachowska. Janowicz zapewnia, że nie będzie zmuszał dziecka do gry w tenisa, ale „jeśli będzie chciał, powiem: no, trudno”. Sam też pochodzi ze sportowej rodziny, rodzice grali w siatkówkę, mama nawet w reprezentacji Polski.

Janowicz wznowił treningi, miał dostać dziką kartę do Challengera w Sopocie pod koniec lipca. Niestety, szybko się okazało, że ten plan był zdecydowanie zbyt optymistyczny. Z dziką kartą nie byłoby żadnych problemów, bo turniejem zawiaduje kolega Janowicza z kortów – były znakomity deblista Mariusz Fyrstenberg. Kłopotem okazała się forma Jerzego, a raczej – jej brak. Sam zainteresowany zapowiedział w mediach społecznościowych, że nie będzie się nigdzie spieszył i przesuwa termin powrotu na początek przyszłego sezonu.

Jak bumerang wróciło pytanie czy taki powrót jest w ogóle realny. Czy po dwuletniej przerwie, w wieku 30 lat, da się wrócić do zawodowego tenisa? Cóż, statystyki nie są zbyt optymistyczne, wielu podobnych przypadków nie możemy przywołać. Prawda jest taka, że zadanie, stojące przed Janowiczem, jest piekielnie trudne. Nie niewykonalne, ale bardzo, bardzo trudne.

– Wznowiłem treningi, przygotowuję się do powrotu. Niestety, nie dam rady zagrać w Sopocie, to by było trochę za wcześnie, nie chcę popełnić falstartu. Z moim zdrowiem jest zdecydowanie lepiej, nóżki się zaczynają fajnie kręcić. Nie ma się co martwić, możecie czekać spokojnie. Ten powrót będzie, wcześniej, czy później – obiecuje Janowicz.

Brak oczekiwań

W tej sytuacji ciekawe jest jeszcze jedno – cisza. Wyobraźcie sobie, że Agnieszka Radwańska ogłasza, że jednak uporała się z kontuzjami, natańczyła z gwiazdami i spróbuje wrócić na korty. Mielibyśmy medialny spektakl, trwający bez przerwy przez długi czas. Wywiady, analizy, komentarze ekspertów, rozmowy z siostrą, ojcem, mężem, trenerem i tak dalej. Każdy chciałby zabrać głos, powiedzieć, jak to widzi, czego się spodziewa, jak ocenia szanse na powrót. A w przypadku Janowicza? Cisza. Sam zainteresowany porozmawiał z radiową Czwórką, od czasu do czasu wrzuci jakąś informację na mediach społecznościowych i tyle ofensywy medialnej. My próbowaliśmy umówić się z jego ojcem, Jerzym seniorem. Najpierw stwierdził, że przez telefon nie będzie rozmawiał, bo nie wie, czy ja to ja, czy przypadkiem się nie podszywam pod dziennikarza Weszło. Potem uznał, że w sumie mógłby pogadać, ale muszę przyjechać do Łodzi, w końcu mam tylko godzinę drogi autostradą. Gdy byłem już w drodze, zadzwonił, że jednak nie Łódź, tylko pole golfowe w Pabianicach. A chwilę później, że jednak nie, bo musi gdzieś jechać z żoną. Potem przestał odbierać telefony…

Telefony odbierali inni, ale o Janowiczu rozmawiać nie chcieli. – Nie czuję się na siłach, żeby się wypowiadać na ten temat – ucięła na przykład Klaudia Jans-Ignacik, była znakomita deblistka, która z reguły na każdy tenisowy temat mówi i dużo, i ciekawie. Albo Adam Romer, redaktor naczelny miesięcznika „Tenisklub” – idealny ekspert tenisowy, bo wystarczy mu zadać pytanie, włączyć dyktafon i można iść na kawę. Jego wypowiedź o powrocie Jerzego trwała krócej niż wypicie pojedynczego espresso. Trener Adam Molenda stwierdził, że nie widzi tego powrotu i wolałby rozmawiać o Idze Świątek, Hubercie Hurkaczu, albo Łukaszu Kubocie.

Nieoficjalnie, z różnych źródeł, można usłyszeć, że o udany powrót będzie ciężko z wielu powodów. Czemu? Bo Janowicz nigdy nie słynął z zamiłowania do ciężkiej pracy, bo nie dbał o siebie, z czego brały się kontuzje. Padają pytania o to, czy wystarczy mu motywacji, czy na przeszkodzie nie stanie jego wybuchowy charakter i wreszcie – czy znów nie dadzą o sobie znać urazy. Prawda jest taka, że przebicie się w zawodowym tenisie jest piekielnie trudne dla kogoś, kto jest młody, zmotywowany i zdrowy. Dla gościa po bardzo poważnej kontuzji, długiej przerwie i w wieku prawie 30 lat może być zadaniem niewykonalnym. W tenisie nie ma miękkiego lądowania. Zamiast Wielkich Szlemów, dużych turniejów, rozstawień, wolnych losów w pierwszych rundach, trzeba przebijać się od dołu, od challengerów, w których premia za ćwierćfinał wystarczy mniej więcej na pokrycie kosztów, od małych obiektów bez kibiców, od mozolnego ciułania punktów i pieniędzy.

Gdybyśmy mieli wymyślić wymarzony, hollywoodzki scenariusz tego powrotu, to już coś nam chodzi po głowie. Jak już wspominaliśmy, Janowicz nie miał szans na występ na igrzyskach w Londynie. Cztery lata później, w Rio de Janeiro już zagrał. Po epickim boju przegrał w pierwszej rundzie z dużo wyżej notowanym Gillesem Mullerem, ulegając w tie-breaku decydującej partii 10-12 i długo nie mógł się z tym pogodzić. Ten chłopak słynie z tego, że presja i oczekiwania albo go paraliżują, albo dają niesamowitego kopa. Wyobraźcie sobie, sytuację, w której Janowicz wraca na kort, gra kilka świetnych turniejów i kwalifikuje się na igrzyska w Tokio. Poziom motywacji, żeby udowodnić to i owo tym, którzy już dawno postawili na nim krzyżyk, przekroczyłby wszelkie normy. Nie wiemy, jak wy, ale nam się ten scenariusz całkiem podoba, nawet jeśli jest z pogranicza science – fiction i totalnego szaleństwa…

 

PKN ORLEN jest sponsorem generalnym Polskiego Komitetu Olimpijskiego, Polskiego Związku Lekkiej Atletyki oraz wielu najważniejszych mityngów w kraju.

 

Fot. Newspix.pl


Aktualności

Kalendarz imprez