Japońskie igrzyska dostarczyły nam historii, które zapamiętamy na długo

Japońskie igrzyska dostarczyły nam historii, które zapamiętamy na długo

Rodzeństwo, które tego samego dnia sięgnęło po dwa złote medale. Trzy krążki dla jednego z najmniejszych państw świata. Rozmnożone złoto w skoku wzwyż. Sensacyjni mistrzowie, na których nikt nie stawiał przed rozpoczęciem zmagań. Igrzyska w Tokio zapewniły nam ogrom ciekawych historii. Wybraliśmy kilka najciekawszych spośród nich. Co będziemy wspominać przez lata? 

Najprawilniejsza piątka na igrzyskach

Zacznijmy od historii, która podczas igrzysk obiła się szerokim echem. Bo było to wydarzenie bez precedensu. Konkurs skoku wzwyż mężczyzn. O złoto rywalizują Mutaz Isa Barshim i Gianmarco Tamberi. Obaj skaczą jak w transie, każdą wysokość pokonują za pierwszym podejściem. Aż zatrzymują się na 2.39 i wtedy dochodzi do sytuacji patowej. Mają identyczny wynik, a złoto przyznać trzeba. W tym momencie sędziowie poinformowali obu skoczków, że opcje są dwie: mogą przeprowadzić dogrywkę i w ten sposób rozstrzygnąć to, który z nich zdobędzie złoto albo… zakończyć konkurs ex aequo na pierwszym miejscu. Zbita piątka i wpadnięcie sobie w objęcia mówiły wszystko – z Tokio wyjedzie dwóch mistrzów olimpijskich skoku wzwyż.

Ta scena, choć piękna, podzieliła środowisko kibiców. Pojawiło się wiele głosów mówiących, że to brak poszanowania idei sportowej rywalizacji. Ale szczerze? Nam to pasuje. Barshima i Tamberiego łączy niezwykła relacja, przez lata budowana w oparciu o wzajemną pomoc w najtrudniejszych momentach. A tych w trakcie ich karier nie brakowało. Tę wyjątkową więź szerzej opisaliśmy w tym miejscu. Przeczytajcie – być może wtedy nie będziecie zdziwieni dlaczego obaj podjęli taką, a nie inną decyzję.

Inne reprezentacje, to samo pochodzenie

Podobną historię mieliśmy ostatniego dnia igrzysk w biegu maratońskim. Choć tam – być może ku uciesze części kibiców – dwa takie same miejsca nie mogły być przyznane. Show skradł Eliud Kipchoge który udowodnił, że jest najlepszym maratończykiem w historii. Ale ciekawe rzeczy działy się zaraz za jego plecami.

Biegli tam Abdi Nageeye, który reprezentował Holandię oraz Bashir Abdi – reprezentant Belgii. Jednak obaj pochodzą z Somalii, są rówieśnikami i dobrze się znają. Pomimo, że byli bezpośrednimi rywalami do pozycji medalowych, kiedy Bashir zaczynał słabnąć na trasie, jego kompan zagrzewał go do dalszej walki. W efekcie Nageeye zameldował się na mecie jako drugi, a Belg przebiegł zaraz za nim. Tym sposobem obaj mają ogromne powody do zadowolenia. Żałować może tylko Somalia, która kolejny już raz musi oglądać jak uciekinierzy wywodzący się z tego kraju osiągają sukces pod inną flagą. Sami Somalijczycy nigdy w historii nie zdobyli medalu na igrzyskach olimpijskich.

To jeszcze igrzyska, czy już film kina akcji?

Białoruskie społeczeństwo pod rządami Łukaszenki nie ma łatwego życia. Wydawać by się mogło, że dyktat łagodniej obchodzi się z niektórymi grupami społecznymi – jak na przykład sportowcy. Niestety, każdy kto podpada tamtejszej władzy musi liczyć się z tym, że ta ukarze jego, lub jego bliskich.

Taki los spotkał Kryscinę Cimanouską – biegaczkę, która już przed igrzyskami nie gryzła się w język, jawnie udzielając poparcia opozycji reżimu Aleksandra Łukaszenki. Władza już wtedy spoglądała na nią surowym okiem, ale biegaczka wciąż nie zamierzała się stopować. Będąc już w Tokio, nagrała relację na Instagramie, w której ujawniła zaniedbania białoruskich trenerów w kwestii kontroli antydopingowych, przez co część zawodniczek nie mogła wystartować na igrzyskach (wykonywanych było po prostu za mało testów). Dla władzy tego było już za wiele. Dalsze wydarzenia mogłyby posłużyć za scenariusz na dobry thriller. Szkoda tylko, że działy się w rzeczywistości.

Władza wręczyła jej bilet powrotny do Białorusi. Dodajmy, że byłby to zapewne bilet w jedną stronę. Po powrocie do kraju mogła zostać wsadzona do więzienia, a to i tak nie był najgorszy z możliwych scenariuszy. Trener zawodniczki groził jej, że jeżeli powróci, to reżim ukartuje jej rzekome samobójstwo. Zatem na japońskim lotnisku gra toczyła się o życie. Kryscina zdołała jednak uciec pilnującym jej delegatom, którzy tak naprawdę byli funkcjonariuszami służby bezpieczeństwa i poprosiła o ochronę japońską policję napotkaną w porcie lotniczym. Z szemranego planu cichego usunięcia biegaczki przez własny związek zrobiła się afera międzynarodowa, w którą zaangażowały się również polskie władze, przyznając Białorusince wizę humanitarną. Dodatkowo, z Białorusi została wywieziona rodzina sportsmenki, która mogła zostać ukarana za jej niesubordynację. Całość – jak na razie – zakończyła się happy endem, zarówno Cimanouska jak i jej bliscy są bezpieczni. Ale ta historia również udowodniła, jak opłakane mogą być skutki mieszania się polityki do sportu.

Kryscina Cimanouska podczas konferencji prasowej po przylocie do Polski. Fot. Newspix

Pechowy szczęśliwy but

Kolejna historia już nie mrozi krwi w żyłach, choć – oczywiście na płaszczyźnie sportowej – również zaczyna się smutno. 5 sierpnia zdawał się być dniem przeklętym dla polskich biegaczy na 1500 metrów. To wtedy odbywały się męskie półfinały na tym dystansie. W pierwszym z nich Marcin Lewandowski, który już zbierał się do ataku na ostatnim okrążeniu, doznał kontuzji i musiał zejść z bieżni. Jednak w drugim biegu doszło do sytuacji kuriozalnej.

Naszym reprezentantem był Michał Rozmys. Powiedzmy to sobie szczerze – dwudziestosześciolatek nie był wielkim faworytem do zajęcia jednego z pięciu miejsc, które dawałyby awans do finału bez spoglądania na czas. Na światowych listach najlepszy wynik sezonu dawał mu 49 miejsce wśród biegaczy. Ale sam bieg Polak zaczął nieźle, trzymając się z grupą w środku stawki. I wtedy… zgubił but. Dodajmy, że nie z własnej winy – po prostu jeden z rywali nadepnął mu na piętę, przez co rzeczony but się z niej zsunął. Michał starał się z nim jeszcze biec, ale koniec końców obuwie całkowicie zleciało z nogi Polaka.

Co zrobił w tej sytuacji? Zszedł z trasy? Wrócił po swoją zgubę, leżącą na wirażu? Nie. Rozmys biegł dalej. Chociaż – jak sam obrazuje – stopa wręcz płonęła od nagrzanego tartanu. Chociaż nie miał szans na dobry wynik – bieg ukończył dziesięć sekund za przedostatnim zawodnikiem. Ale się nie poddał, pomimo beznadziejnej sytuacji. I to okazało się kluczowe, gdyż polski obóz złożył protest po biegu o dołączenie Michała do finału. Co prawda jego wyniki z tego sezonu na to nie wskazywały, ale Polak nie miał szans udowodnić na bieżni, że podoła wyzwaniu i awansuje do finału. Przecież nie ma pewności, że Rozmys nie wywalczyłby miejsca w sportowej rywalizacji. I właśnie z tego powodu sędziowie uwzględnili protest, dołączając Polaka do wyścigu finałowego. A w samym finale Michał udowodnił, że w Tokio naprawdę znajdował się w życiowej formie. Wprawdzie o wywalczeniu medalu przy Jakobie Ingebrigtsenie czy Timothy’m Cheruiyocie nie było mowy, lecz Rozmys zajął niezłe ósme miejsce, bijąc swój życiowy rekord na 1500 metrów.

Kto wie, może Polak w tak dobrej dyspozycji rzeczywiście zdołałby wywalczyć awans w sportowej rywalizacji. Jednak patrząc na suche dane z tego sezonu można dojść do wniosku, że pechowo zgubiony but koniec końców okazał się szczęśliwy.

Pokonała kraj z którego uciekła

Kimia Alizadeh jeszcze na igrzyskach w Rio de Janeiro reprezentowała Iran. I dostarczyła mieszkańcom tego kraju powód do dumy. Zaledwie osiemnastoletnia taekwondzistka wywalczyła wówczas brązowy medal. Jak się później okazało, był to jej ostatni występ na igrzyskach pod irańską flagą.

Nie, Kimia nie zdecydowała się walczyć dla innego państwa. W 2020 roku po prostu uciekła z Iranu, mając dość polityki tamtejszego fundamentalistycznego reżimu. Nie dziwimy się tej decyzji. Zawodniczka nie raz głośno wypowiadała się na temat sytuacji kobiet w swoim byłym kraju, które są traktowane przez mężczyzn niemalże jak chodzące przedmioty.

– Jestem jedną z milionów uciśnionych kobiet w Iranie. Jesteśmy tam tylko narzędziami – napisała w swoim oświadczeniu, tłumaczącym decyzję opuszczenia kraju.

Lecz Alizadeh  pojawiła się na igrzyskach w Tokio, gdzie startowała pod flagą… reprezentacji uchodźców. I jak na ironię, pierwszą walkę w turnieju olimpijskim stoczyła ze swoją byłą rodaczką, Nahid Kiani, którą pewnie pokonała 18:9. W taki sposób utrzeć nosa irańskiej władzy – ależ wtedy musiała czuć satysfakcję. A my mamy przeczucie graniczące z pewnością, że ta walka raczej nie została pokazana w irańskiej telewizji. Ostatecznie Alizadeh była o krok od zapisania się na kartach historii jako pierwszy sportowiec, który wywalczył medal dla reprezentacji uchodźców. Podobnie jak w pięć lat temu w Rio doszła do walki o brąz, jednak tym razem przegrała z Turczynką Hatice Kubrą Ilgun.

Kiedy pięcioosobowa reprezentacja zdobywa trzy medale

If you’re going to San Marino… mogli parafrazować słowa piosenki Scotta McKenzie’go kibice tego malutkiego kraju. Bo kiedy reprezentantka tej włoskiej enklawy, Alessandra Perilli, zdobyła pierwszy medal w historii występów San Marino na igrzyskach, zaiste była to chwila przełomowa. Jednak można ją było traktować jako swoistą ciekawostkę. Ot, dzielni Sanmaryńczycy znikają z listy krajów, których medalowy dorobek na igrzyskach wynosi okrągłe zero. Ale nikt nie spodziewał się, że San Marino wypisze się z niej w tak efektowny sposób. Posłali do boju pięciu sportowców, którzy wystartowali w siedmiu konkurencjach. I zdobyli w nich trzy medale! Tym samym w klasyfikacji medalowej igrzysk w Tokio San Marino patrzy z góry na takie kraje, jak Nigeria, Meksyk, Arabia Saudyjska czy Kazachstan.

Ta sama zawodniczka, specjalizująca się w strzeleckiej konkurencji trap, do brązowego medalu indywidualnego dołożyła srebro w mikście. W parze z Gian Marco Bertim, po niezwykle wyrównanej walce ulegli hiszpańskim strzelcom Fatima Galvez  – Alberto Fernandez zaledwie 40 do 41. Złoty medal był na wyciągnięcie ręki. Ale i tak wywalczone srebro i brąz to ogromny sukces.

To co, San Marino doczekało się dobrej zawodniczki w strzelectwie, do tego jej partner miał niezłe oko na igrzyskach i to cała tajemnica ich sukcesu? Otóż nie, bo na igrzyska pojechał jeszcze Myles Amine, startujący w zapasach w stylu dowolnym w kategorii do 86 kilogramów. I to też jest zawodnik nie z pierwszej łapanki. Dwudziestopięciolatek urodził się i wychował w Stanach Zjednoczonych, które słyną z dobrej szkoły zapasów. Reprezentuje San Marino, gdyż z tego kraju pochodzi jego mama i babcia. I robi to bardzo skutecznie. W ubiegłym roku  w Rzymie został wicemistrzem Europy, a w obecnym wywalczył trzecie miejsce na Starym Kontynencie podczas zawodów rozgrywanych w Warszawie. Taki sam wynik osiągnął właśnie na igrzyskach. Co prawda przegrał w ćwierćfinale z późniejszym mistrzem, Davidem Morrisem Taylorem III (tak, gość serio ma rzymską trójkę przy nazwisku). Ale do walki o brąz dostał się w drodze – a jakże – repasaży, a w niej pokonał Hindusa Deepaka Punię 4:2. Nie wiemy, jakie podejście prezentują mieszkańcy San Marino do farbowanych lisów, ale coś nam się wydaje, że akurat ten przypadek niespecjalnie im przeszkadza.

Brąz, który może smakować jak złoto

Simone Biles przed igrzyskami była uznawana za jedną z największych gwiazd imprezy. O ile w ogóle nie największą. Amerykanka już w Rio de Janeiro wywalczyła aż cztery złote i jeden brązowy medal. Ponadto, w trakcie kariery zdobyła dziewiętnaście złotych krążków na mistrzostwach świata. Stała się legendą gimnastyki sportowej jeszcze w trakcie swojej kariery. I choć w Tokio nie ustrzegła się błędów w poszczególnych próbach kwalifikacyjnych, mogła pochwalić się tym, że jako jedyna zawodniczka zakwalifikowała się do finałów wszystkich konkurencji indywidualnych. Amerykanie tylko zacierali ręce na myśl, ile złotych medali wywalczy tym razem.

A tu niespodzianka. W pierwszym finale – wieloboju drużynowym – Biles wykonuje tylko jedną, nienajlepszą próbę, a Stany Zjednoczone kończą na drugim miejscu. Do wieloboju indywidualnego, który jest jej mocnym punktem, w ogóle nie podchodzi. Pomimo tego, że wygrała w nim kwalifikacje. Dni mijają, USA żyje tym, co stało się z ich największą gwiazdą, pojawiają się plotki o potencjalnej kontuzji. I taka rzeczywiście jest. Rzecz w tym, że nie fizyczna. Presja oczekiwań po prostu przytłacza Biles i rujnuje ją psychicznie. Wydaje oświadczenie, że nie jest w stanie rywalizować. Odpuszcza dla własnego dobra, zainspirowana podobnym czynem w wykonaniu Naomi Osaki, która w tym sezonie zrezygnowała z French Open i Wimbledonu.

Kolejne finały w których miała wziąć udział przepadają, a kibice zastanawiają się już nad tym, czy w ogóle ujrzą Biles w Tokio. Co ważne, w stronę zawodniczki kierowana jest masa słów wsparcia i zrozumienia dla jej decyzji. Te gesty przyczyniają się do tego, że ostatniego dnia gimnastycznych finałów Amerykanka decyduje się na start. W dodatku w konkurencji, w której w trakcie kariery najsłabiej sobie radziła – na równoważni. Choć kto wie, być może dlatego to właśnie w niej wystartowała – okropna presja oczekiwań tutaj wydawała się być najmniejsza. I Biles sobie z nią radzi, ku uciesze wszystkich zdobywając brązowy medal. Chociaż jeszcze kilka dni temu jej psychika była w strzępach. I właśnie dlatego ten pozornie najmniej cenny spośród jej olimpijskich medali, może dla niej samej znaczyć więcej, niż cztery złote medale wywalczone w Rio de Janeiro.

Złote rodzeństwo

Gdybyśmy wam kazali wymienić rodzeństwo, które wywalczyło medale w konkurencjach indywidualnych na igrzyskach, zapewne wymienilibyście ostatnio najgłośniejszy przykład w naszym kraju. Czyli Tadeusza Michalika, który wyrównał wyczyn swojej siostry – Moniki – i zdobył brązowy medal w zapasach. A co, jeżeli podnieślibyśmy poziom trudności zadania i polecili wymienić parę rodzeństwa które zdobyło złote medale, ale w dodatku na tych samych igrzyskach i tego samego dnia? Właśnie taka historia napisała się 25 lipca w hali Nippon Budokan, w której organizowane były konkurencje w judo.

Nie trzeba nikomu mówić, że Japonia judo stoi. To ich narodowa sztuka walki, której popularnością w Kraju Kwitnącej Wiśni dorównuje chyba tylko aikido. Aikido jednak nie jest dyscypliną olimpijską, w przeciwieństwie do judo, którego twórca – Jigoro Kano – był pierwszym członkiem MKOl pochodzącym z Azji. Wygraną w klasyfikacji medalowej w judo Japończycy traktują jako swój obowiązek. Szczególnie, kiedy są gospodarzem igrzysk. I oczywiście, ten spełnili ten cel, zdobywając aż 12 medali, z czego dziewięć złotych. Druga w klasyfikacji Francja – również uchodząca za potęgę judo – zdobyła osiem medali, ale tylko dwa z najcenniejszego kruszcu.

Dwa z nich zdobyli Uta i Hifumi Abe. Siostra i brat pochodzący z Kobe, którzy od lat są dominatorami w swoich kategoriach wagowych – odpowiednio -52 i -66 kilogramów. Ale wrażenie robi styl, w jakim tego dokonali. W czterech walkach Hifumi dwukrotnie wygrał przez ippon. W tym w pierwszej z Francuzem Kilianem Le Blouchem, który wywalczył złoto w drużynie miksta. Młodsza o trzy lata siostra wcale nie była gorsza, również dwukrotnie wygrywając przez ippon. W finale pokonała – a jakże – Francuzkę Amandine Buchard.

Sensacyjny mistrz? Nie tylko z Polski

O historii tego człowieka powiedziano już sporo. Dawid Tomala, na którego nikt nie stawiał. Chodziarz w zasadzie bez sukcesów na arenie międzynarodowej. W dodatku startujący na dystansie 50 kilometrów zaledwie trzeci raz. Nie mogąc utrzymać się z uprawiania sportu, był zmuszony do pracy na budowie. I ten gość, przy ogromnym wsparciu rodziny, postanowił postawić wszystko na jedną kartę i powalczyć o swoje marzenia.

Marzenia, które się spełniły. Dawid w fenomenalnym stylu uciekł reszcie stawki i w Japonii wychodził złoty medal. A wraz z nim przyszedł również pierwszy sponsor – Totalizator Sportowy. Ten występ odmienił jego życie, a my mamy nadzieję, że odmieni również stan tego sportu w Polsce.

Ale Polak nie jest jedynym sensacyjnym mistrzem olimpijskim na tych igrzyskach. W kolarstwie kobiet wyścig ze startu wspólnego sensacyjnie wygrała Anna Keisenhofer. Austriaczka, która w 2017 roku postanowiła zawiesić swoją karierę, a od 2019 roku jeździła bez przynależności do jakiejkolwiek zawodowej drużyny. Jej brawurowa ucieczka zmyliła faworyzowane Holenderki, wśród których zawiodła komunikacja. Po dogonieniu naszej Anny Plichty i Omer Shapiry myślały, że przed nimi już nikogo nie ma. Jakież było zaskoczenie wjeżdżającej na metę Annemiek van Vleuten, kiedy dowiedziała się, że tam od ponad minuty znajduje się Keisenhofer – do 25 lipca 2021 roku pani-nikt w kobiecym kolarstwie szosowym.

25 lipca oglądaliśmy również inną sensację – tym razem na olimpijskiej pływalni. Z najgorszym czasem w stawce Tunezyjczyk Ahmed Hafnaoui przecież ledwo dostał się do finału 400 metrów kraulem. I choć sam wyścig nie był najeżony faworytami – ci odpadali we wcześniejszych fazach lub z różnych powodów opuszczali tę konkurencję – to złoto liczy się jak każde inne.

I wiecie co? Choć nie każda z tych historii była pozytywna, to teraz, kiedy piszemy o nich wszystkich, już zaczynamy tęsknić za igrzyskami. Bo te, pomimo wielu problemów organizacyjnych, dostarczyły światu masę świetnych opowieści.

SZYMON SZCZEPANIK

Fot. Newspix


Subskrybuj
Powiadom o
guest
0 komentarzy
Inline Feedbacks
Pokaż wszystkie komentarze

Aktualności

Kalendarz imprez