Jakub Bednaruk: PlusLiga przede wszystkim musi być rozegrana uczciwie

Jakub Bednaruk: PlusLiga przede wszystkim musi być rozegrana uczciwie

– Granie musi być uczciwe. A trudno mówić o uczciwych wynikach, jeśli zespół w pełni sprawny gra na drużynę, która dopiero co skończyła kwarantannę – mówi Jakub Bednaruk, trener grającego w PlusLidze MKS-u Będzin. Opowiada też o tym, jak wygląda siatkarska rzeczywistość w czasach walki z koronawirusem, dlaczego nie powinniśmy przejmować się kolejnymi przekładanymi meczami i czy rozwiązanie rodem z NBA – zamknięcie zespołów w bańce – może się udać w naszym kraju.

SEBASTIAN WARZECHA: Z powodu kwarantanny kilku zawodników, dołączono cię do kadry zespołu. Spodziewałeś się, że kiedyś znów zagościsz w kadrze ekipy z PlusLigi?

JAKUB BEDNARUK: Byłem już dopisany w Bydgoszczy, byłem też w Warszawie, więc to tak naprawdę trzeci raz. Dla mnie to nie jest jakaś specjalna sprawa. Na rozegraniu nie muszę skakać, więc to nie problem. A w treningu jestem z chłopakami cały czas.

To jednak pokazuje, że coraz więcej siatkarzy trafia na kwarantannę, co jest problemem dla klubów. Jak sobie z tym radzicie w Będzinie?

Jeżeli chodzi o jakieś dolegliwości czy problemy zdrowotne, to nie ma u nas żadnej różnicy pomiędzy taką infekcją jak teraz a infekcjami, jakie pojawiały się rok, dwa czy pięć lat temu. Takie wirusy wpadały do szatni w każdym sezonie. Różnica jest tylko taka, że traci się węch i smak – do tej pory tego nie było. A jeśli chodzi o inne jakiekolwiek symptomy, to jest to samo, co mieliśmy w poprzednich latach.

W zeszłym sezonie na czternastu zawodników dwóch wypadło nam na kilka dni z gorączką, dwóch innych przez jeden wieczór walczyło z temperaturą, a reszta raczej miała spokój. Mniej więcej tak to też wygląda w tym roku. W tej chwili nie wszyscy są przebadani, bo w przypadku bezobjawowców bez sensu jest to w ogóle robić, ale wszyscy, którzy mieli symptomy, są zdrowi. Na dzisiaj mamy czterech zawodników na kwarantannie – są zdrowi, siedzą w domu, od paru dni nie mają objawów, ale mają pozytywne wyniki, więc trzymamy ich w domu.

Całościowo nie widzę różnicy pomiędzy tym, co dzieje się teraz, a tym, co działo się w poprzednich sezonach. Choć wiadomo, że dziś jeden “trafiony” to problem dla całego zespołu. Za niedługo będziemy u nas robić test na przeciwciała i sprawdzać, czy wszyscy już przeszli przez tego wirusa.

Różnica jest chyba właśnie taka, że w tym roku każdy, kto choćby przebywał w jednym pomieszczeniu z zakażonym, musi się izolować. Przynajmniej do wykonania testu. 

Wydaje mi się, że jakbyśmy w poprzednich latach też robili takie testy, to mielibyśmy identyczne wyniki. Pewnie też część chłopaków miałaby jakieś symptomy wirusowe. W zeszłym roku mieliśmy czterech zawodników po 39 stopni gorączki, a tydzień później graliśmy mecz. Analizowałem to wszystko zresztą teraz. Podobnie było trzy lata temu, a cztery lata temu mieliśmy z kolei takiego wirusa biegunkowego.

Tak to wygląda u nas. Bo żeby nie było, że ja to lekceważę – teraz modnie jest z takiego powodu kogoś zaatakować. Mówię o tym, jak to wygląda w sporcie. Wszyscy zawodnicy i sztab zaraz po kwarantannie mieli wykonane EKG i inne badania. Nie było praktycznie żadnej różnicy pomiędzy tymi badaniami a poprzednimi – więc nie ma u nas przeciwwskazań do gry. Z tego, co wiem, to w polskiej siatkówce jest jeden zawodnik, który przeszedł to mocniej. Przez jakieś dwa tygodnie go to maltretowało. Aczkolwiek w poprzednich latach pewnie takie choroby wyglądały podobnie.

No tak, tu jednak chodzi w dużej mierze o tę izolację, żeby ci chorzy nie zarazili na przykład kogoś starszego czy z innej grupy ryzyka.

Ja swojej mamy nie widziałem od lutego. My naprawdę dbamy o to, żeby z nikim nie mieć kontaktów. Na hali jesteśmy teraz sami z dziewczynami z Płomienia Sosnowiec, które skończyły kwarantannę w tym samym terminie co my. Z siłowni na razie nie możemy korzystać, bo nie wiemy, czy nasza będzie w ogóle otwarta, więc zrobiliśmy taką małą, prowizoryczną siłownię na hali. Poza tym jesteśmy w domu i wychodzimy do sklepu. Mamy taki wewnętrzny regulamin, że pojawiamy się w trzech miejscach: na zakupach, na hali i w domu. Nie mamy też kontaktów z kibicami, w większości unikamy i z innymi osobami. Jeśli ktoś mieszka z większą rodziną, no to on ma, wiadomo. Ja sam z moją rodziną nie widziałem się od trzech tygodni.

Praca się jakoś szczególnie zmieniła przez wirusa?

Jeżeli chodzi o sport, to nie zwróciłem uwagi na to, by była jakaś różnica. Choć nie, jest jedna, mała, ale też nie wiem, skąd się to wzięło. Jak mieliśmy pierwszy czy drugi trening po kwarantannie, to musiałem je skończyć szybciej, bo chłopaki ciężko oddychali. Czy to było spowodowane tym, że siedzieli przez dziesięć dni w domu? Mieliśmy w tym czasie co prawda treningi przez Skype’a, chłopaki korzystali z ciężarów czy gum, które wzięli, przeczuwając, że będzie kwarantanna i codziennie się tak spotykaliśmy.

W trakcie dowiadywaliśmy się, kto miał jakieś objawy, wszyscy byli ze mną w stałym kontakcie. Każda podwyższona temperatura była zgłaszana. Zwykle to było jakieś 37,5 przez jeden dzień, normalnie pewnie nawet nie zwrócilibyśmy na to uwagi albo chłopak poszedłby na chwilę do domu z aspiryną. Problem tych dwóch-trzech pierwszych dni po powrocie jednak istniał. Zadzwoniłem wtedy do Andrzeja Kowala do Suwałk, zapytałem, jak u niego to wyglądało i zdecydowałem, że będą dalej dwa treningi dziennie, ale krótsze i bardziej w formie zabaw.

W piątek zrobiliśmy już trening mocniejszy, ale trudno porównywać intensywność takich zajęć, jak ma się do dyspozycji trzech libero i pięciu gości do ataku, do treningów, gdy jest wszystkich czternastu kolarzy i formuje się dwie szóstki. W czwartek zrobiliśmy dużo skoków i chłopaki już wrócili do swojej normalnej formy. Aczkolwiek, jak mówię, teraz trudno się trenuje, bo trzeba mieć bardzo mądry zespół, który ci da odpowiedni “feedback” o tym, jak się czują i co trzeba zrobić. Bo mam na przykład do dyspozycji dwóch środkowych – jednego świeżo po skręceniu kostki, a drugiego 35-letniego. Muszę o nich bardzo dbać. Taka relacja między trenerem a zawodnikiem jest bardzo istotna. Zdajemy sobie też sprawę, że trzeba nadrobić te dziesięć dni kwarantanny. Ale po prostu nie ma kiedy.

Wspominałeś o tym, że macie problem z siłownią…

Mamy taką małą siłownię na sali. Starą, dziś chłopaki ją posprzątali, powyrzucaliśmy z niej niepotrzebne rzeczy. Ustawiliśmy sobie takie stacje, które będą nam potrzebne. Trzeba będzie się dzielić na dwie grupy, bo więcej osób tam nie wejdzie, ale jakoś sobie poradzimy. Ja już się spodziewałem pewnych sytuacji. To jest tak, że dziennikarze są od ocen sytuacji, które się wydarzyły, a trenerzy od przewidywania tego, co się może wydarzyć. (śmiech) Więc – przy współpracy z Decathlonem – kupiliśmy wcześniej sporo sprzętu na siłownię. Jakoś to zorganizujemy.

Skoro kilku zawodników jest jeszcze w izolacji, to czy później znowu będziesz miał ten sam problem – trzeba będzie dopasować do nich lżejszy trening?

Będziemy sobie radzić, po prostu. Trenerzy nie są od tego, żeby się załamywać czy panikować, a od tego, żeby sobie radzić. Na razie czekamy. Kwarantannę czterech moich zawodników dostało w środę. Na szczęście nasz pierwszy rozgrywający – bo drugi już jest na kwarantannie – ma negatywny wynik testu. Boję się za to tego, że zespoły juniorskie miały jakiś przypadek, nie wiadomo, czy tam nie trzeba będzie zrobić kwarantanny. To będzie problem. Jakoś sobie jednak poradzimy. Musimy – od tego jesteśmy.

Skoro jest rozgrywający, to szansa, że pojawisz się na parkiecie, jest trochę mniejsza?

No tak. Dziś mieliśmy znów badane płuca i krew, przebadaliśmy wszystkich. Stawiam, że raczej powinien grać. Nie wiem, co musiałoby się wydarzyć, ale też nie wiem, jak on zareaguje, bo akurat był wtedy „trafiony”. Na razie nie wygląda jednak źle.

Gdyby coś się jednak stało, to możliwe, że konieczne będzie przekładanie spotkań. A ogółem w PlusLidze przełożono ich już niemal dwadzieścia…

Ale to nie jest problem. Za dużo tu paniki. Rozmawiałem już z Polsatem, który ma problem, bo ma swoją, ustaloną wcześniej ramówkę. Liga była jednak w tym roku ustawiona tak, że zaczynała się we wrześniu, a kończyć ma w marcu. Nie wiadomo też wciąż, czy właściwie będą igrzyska. Więc spokojnie. W terminarzu była chyba tylko jedna ligowa środa. Nawet jeżeli wsadzimy do marca siedem czy osiem kolejek ligowych na środy, to bez problemu się ze wszystkim wyrobimy. Będziemy grać środa-sobota i ja nie widzę absolutnie żadnego problemu w takim systemie.

Musi to być jednak granie uczciwe. A trudno mówić o uczciwych wynikach, jeśli zespół w pełni sprawny gra na drużynę, która dopiero co skończyła kwarantannę. Tutaj widzę problem. Bo jak mamy później oceniać wyniki, zawodników, kluby, jak kibice mają ocenić trenera, jeżeli staje się naprzeciwko zespołu, który kwarantannę przeszedł miesiąc wcześniej, niż twoi zawodnicy? Patrzę na to jednak bardzo optymistycznie… Choć może nie bardzo. Bo trudno o optymizm w takich czasach, gdy wszystko zmienia się z dnia na dzień, a ty nie do końca wiesz, co się dzieje. Nienawidzę też jednak takiego panikowania, rozkładania rąk, łapania się za głowę i krzyczenia „olaboga!” przy jednym, małym problemie. Tu trzeba szukać rozwiązań.

Mówisz cały czas o tym, co robiliście w klubie. A jak to wygląda ze strony samej ligi, regulacji, właśnie rozwiązań wprowadzonych z jej strony?

Ligę troszkę odbiła się od sanepidu. Bo tak naprawdę moglibyśmy poustalać jakieś zasady między sobą – prezesami klubów i ligą właśnie – a sanepid nas z tymi zasadami od razu spakował. Spójrzmy na to na przykładzie Jastrzębia czy ZAKSY – tam jest jeden wynik nawet nie pozytywny, a niejednoznaczny i mają problem. Teoretycznie my widzimy Maćka Rybusa, który dzień wcześniej jest pozytywny, siedzi w hotelu, a negatywni grają. W siatkówce jest jednak ten problem, że sanepid mówi, że jak jesteś pozytywny, to udupiamy ci cały zespół.

To jest największy problem. Gdybyśmy go obeszli, to moglibyśmy grać w lidze nawet z ośmioma zawodnikami. Inny problem jest taki – o czym wcześniej już poniekąd wspomniałem – że ktoś z tej ligi ma spaść. Ja wiem o tym, że mówię z perspektywy zespołu, który jest jednym z kandydatów do spadku. Natomiast jak ocenić nas realnie po sezonie – czy to spadniemy my, czy ktokolwiek inny – jeśli po drodze będziemy mieć dwa czy trzy razy kwarantannę, a na przykład cztery najważniejsze mecze rozegramy bez kilku podstawowych zawodników?

Dlatego liczę, że będzie jakaś reakcja sanepidu i jeśli trafi się jeden zakażony, a trzynastu z negatywnymi wynikami, to będziemy mogli grać. Przypominam też jedną rzecz – my nie mamy kontaktu z kibicami. Tak naprawdę nie mamy kontaktu z nikim, na hali niemal nikogo nie możemy zarazić. Teraz zresztą w ogóle nie będzie kibiców! Nie ma ryzyka, że wpadniemy w klub kibica złożony ze starszych osób i pozarażamy wszystkich.

Zastanawiałem się, czy ten brak kibiców paradoksalnie nie pomoże w dograniu ligi. Właśnie przez ograniczenie tego ryzyka, o którym teraz mówisz.

Mam nadzieję, że tak będzie. Choć i tak skoro wprowadziliśmy „strefę zero” i doły trybun były puste, to najbliższy kibic był od nas oddalony o 10 czy 12 metrów. Musielibyśmy na niego naprawdę mocno nakichać czy wręcz opluć. Nie wiem, jak można by to zrobić na odległość 12 metrów. Ja też przypominam, że odnoszę się do paniki. Bo ludzie tacy jak my, sportowcy, przechodzimy tę chorobę raczej bardzo lekko. U nas na 20 osób, tylko dwóch miało gorączkę dłużej niż dwa czy trzy dni. Radzimy sobie z tym. Zarabiamy w końcu swoimi ciałami. Jasne, nasze kręgosłupy i kolana są zmasakrowane w porównaniu do ludzi, którzy nie uprawiają sportu. Jeśli jednak sprawdziliśmy nasze serca i płuca, i wszystko jest w porządku, to dla nas nie jest wielki problem.

Myślisz, że dobrym pomysłem mogłoby być – w dalszej fazie sezonu – zgrupowanie klubów na zasadzie tego, co zrobiono w NBA? W jednym miejscu, ograniczając jakiekolwiek kontakty.

Moja propozycja byłaby taka: dograjmy do końca sezon zasadniczy. Skasujmy spadki, dopuśćmy do PlusLigi dwa zespoły, które zajmą najwyższe miejsca w 1. Lidze, żeby było uczciwie. Bo przecież w 1. Lidze też jest ten sam problem – teraz na przykład Lublin ma tam kwarantannę. A tam awansuje tylko jedna ekipa. Więc dopuśćmy te dwa zespoły. A ekipy z miejsc 1-4 zamknijmy gdzieś na play-offy na trzy tygodnie. To jest około 100 tysięcy złotych kosztów dla zespołu. Jeśli dołożą się liga czy Polsat, to nawet mniej.

Więc zamknijmy ich na przykład w Arłamowie, zagrajmy tam o mistrzostwo. Żeby było uczciwie – to najważniejsze. Zespoły z miejsc 5-14 skończyłyby sezon już po fazie zasadniczej. Oczywiście, wiem, że te z miejsc 5-8 też chciałyby zagrać play-off. Jeżeli byłyby na to pieniądze, by zamknąć zawodników na dłużej – choćby miesiąc – to możemy to zrobić. Wtedy byłaby uczciwość grania, wszyscy byliby zdrowi, a korona nie decydowałaby o tym, w którym jest się miejscu.

Jeżeli mielibyśmy zamknąć nas już teraz, to jest około 120 tysięcy złotych kosztów miesięcznie. Przynajmniej za mój zespół. U nas na wypłaty idzie około 200 tysięcy złotych miesięcznie. Budżet mamy na poziomie niecałych 2,5 miliona złotych rocznie, więc mniej więcej pokrywa się z wypłatami. W siatkówce ogółem 80 procent budżety to wypłaty. Jeżeli 200 tysięcy złotych miesięcznie płacilibyśmy za wypłaty, a do tego 120 tysięcy za hotel, halę i wyżywienie, to kluby zbankrutowałyby w grudniu.

Jeżeli jednak jest Skra, ZAKSA, Jastrzębie czy Resovia – te bogatsze kluby – to dla nich wydatek tego rzędu jest mniejszym problemem. To też nie byłoby oczywiście tak, że płacono by stawki komercyjne, można by się pewnie jakoś dogadać. Zamknięcie takich klubów na miesiąc i stworzenie pięknego widowiska pod tytułem “NBA” zagwarantowałoby uczciwość grania. Ja jestem za takim właśnie rozwiązaniem.

Mówisz o dopuszczeniu dwóch drużyn z 1. Ligi, a co za tym idzie – powiększeniu PlusLigi. Myślisz, że po igrzyskach i przy, zakładając, że nic się nie zmieni, dalej obecnym wirusie, tę ligę w większym składzie dałoby się rozegrać, skoro już teraz pojawiają się problemy?

Zadajmy sobie pytanie: co jest naszym celem? Czasami rozmawiam też o tym z kibicami, bo oni mówią, że jak kiedyś było więcej zespołów, to było mniej emocjonujących meczów. Ale co jest dziś celem nadrzędnym w siatkówce? Moim zdaniem jest nim utrzymanie funkcjonowania klubów i ligi oraz w miarę regularne granie, żeby mógł to pokazywać Polsat. Czy kibice będą niezadowoleni, jeśli trochę obniży się poziom przez to, że będziemy mieć ośmiu zdrowych zawodników na meczu albo będzie więcej zespołów? Pewnie tak. Trzeba jednak coś wybrać.

I moim zdaniem tym wyborem powinno być utrzymanie klubów na powierzchni, podobnie utrzymanie kontaktów z Polsatem, żeby transmitował te mecze, bo żadna inna liga na świecie nie ma tylu transmisji. To jedna z najważniejszych rzeczy, bardzo istotna dla sponsorów. Jeżeli celem nadrzędnym jest trzymanie siatkówki przy życiu, to zagrajmy nawet w te 18 drużyn, w systemie środa-sobota. Ja rozumiem wiele argumentów, tylko każdy musi sobie sam zadać to pytanie: co w okresie tego kryzysu jest najważniejsze?

Jak w takim razie wypadają tu rozgrywki europejskie – czy one są ważne? Ciebie to bezpośrednio nie dotyczy, ale trudno uwierzyć, że w obecnej sytuacji zostaną doprowadzone do końca.

Też trudno mi w to uwierzyć. Widzę, co dzieje się teraz z Jastrzębiem. Trudno mi też uwierzyć, że w Europie funkcjonuje i będzie to funkcjonowało normalnie. Nie mamy tyle pieniędzy co piłka nożna, żeby badać się co chwilę i się odizolować. Zresztą, weźmy Cristiano Ronaldo – czy da się być bardziej odizolowanym niż on? No nie da się. A i tak złapał wirusa. Choć nie ma symptomów. Więc tu powstaje pytanie: czy jesteś zdrowy, czy nie jesteś? Bo dla mnie, jeżeli Ronaldo nie ma objawów, a tylko pozytywny wynik testu, to znaczy, że jest zdrowy i gotowy do gry.

Jeśli sam zaraża, to jednak jest ryzyko. To jest chyba największa perfidia tego wirusa.

No tak, ale zaraża na boisku, a nie zarażał na obiedzie z chłopakami w hotelu? Ja do tej pory nie wiem, w jakim stopniu zaraża człowiek, który nie ma żadnych objawów. Po prostu nie widziałem takich badań. Ty widziałeś?

Na pewno w okolicach maja. 

Nie chcę się tu mądrzyć, jeżeli chodzi o zdanie lekarzy. Natomiast wracam do tego, że jesteśmy zamknięci i przebywamy tylko między sportowcami. A w piłce nożnej to już w ogóle prawdopodobnie jest odcięcie od wszystkich, jak tylko się da. Bo tam są większe pieniądze, więc i większe restrykcje. Ja nie mówię, żeby zarażać i kichać na wszystkich dookoła, ale żeby podejść do tego racjonalnie. Przykład Gdańska pokazał, że jak wcześniej przeszło tam to 10 na 14 zawodników, tak przy drugiej fali albo przechodzi się to lekko, albo nie zaraża. To jest jakiś pozytyw, cieszę się, że tak wyszło.

Sprawdziłem to bezobjawowe zarażanie – według badań wychodzi, że takie osoby zarażają rzadko, ale jest to możliwe.

No tak, ale co to znaczy rzadko? Czy trzeba by się całować z kimś, kto jest niezarażony czy wystarczyłoby do niego podejść? Nie chcę się mądrzyć, ale jednak jest pewien problem w tym, że my teraz działamy na emocjach, a nie doświadczeniach z nauki. Bo nie mamy tego doświadczenia. Wszystko, co teraz robimy, każda decyzja, która jest podejmowana, jest podejmowana za sprawą emocji. Nie tylko w sporcie, ale też w całym państwie i na świecie. Każdy komentarz odnośnie do tego, jak powinniśmy się zachować, podyktowany jest emocjami. A ja na emocjach żyję całe życie i nie podniecam się takimi rzeczami. Trudno mnie przestraszyć.

Mimo wszystko, patrząc na to, co mówisz, potraktowaliście tę sytuację poważnie. Myślisz, że wszystkie kluby i wszyscy zawodnicy też tak do tego podeszli?

Myślę, że tak. Ale co znaczy niepoważnie? Nie bardzo rozumiem. Trzeba funkcjonować w jakimś stopniu, ale nie widziałem nikogo, kto w zeszłym tygodniu siedziałby na dyskotece albo poszedł na spotkanie z kibicami. Funkcjonuje się na przykład w rodzinie – bo widziałem taką sytuację, że ktoś miał pretensje do ludzi z Warszawy, że zaraz przed tym wszystkim, gdzieś sobie razem gotowali…

Właśnie to miałem w głowie. Wśród fanów bardzo się ta sytuacja rozniosła.

Tak, ale drużyna to nie jest tylko zawodnik, ale też jego żona i dziecko. Jeżeli ona zaraża i go zarazi, to wyjdzie na to samo, co jakby do szatni wpuścić właśnie te żony. Identyczna sytuacja. My pracujemy w takim mikrosystemie. A to, że ty się spotkasz z innymi osobami z drużyny, czy kilka żon zawodników się umówi na wspólne obejrzenie meczu – prawdopodobieństwo, że coś się zadzieje, jest przecież takie samo. Jeżeli gotowaliby z kibicami i przyszło na to 200 osób, których nie znali – okej, to jest jakieś ryzyko. Ale w takiej sytuacji?

Nasze zasady w zespole były takie: zakaz wesel, zakaz chodzenia na imprezy, zakaz wychodzenia w miejsca publiczne, gdzie można by się zarazić. Wszyscy muszą nosić maseczki, na hali od razu przy wejściu trzeba zdezynfekować ręce – jeszcze przed wejściem do szatni, do której nie można też wejść w butach, zostawia się je na korytarzu. Wychodząc z szatni na halę też trzeba umyć ręce, wracając z hali na szatnię również. Takie mieliśmy zasady, wszyscy tego pilnowali.

Czy dałoby się to zrobić lepiej? Nie wiem. Po prostu okazało się, że ten wirus jest dużo bardziej zaraźliwy, niż to się wydawało na początku. Ale też nic większego się nie dzieje. Przynajmniej w sporcie, bo o tym mówię, żeby zaraz nie było do mnie zarzutów, że „ja znam kogoś, kto zmarł”. Oczywiście, ja to rozumiem. Każda śmierć jest tragedią dla najbliższych. Ale też nie możemy tak działać. Jak mówiłem – w środowisku siatkarskim znam tylko jednego zawodnika, który przeszedł to w miarę ciężko i trudno mu wrócić do normalnej formy.

ROZMAWIAŁ
SEBASTIAN WARZECHA

Fot. Newspix.pl


Subskrybuj
Powiadom o
guest
1 Komentarz
Najstarsze
Najnowsze Najlepiej oceniane
Inline Feedbacks
Pokaż wszystkie komentarze
Donald ma Tolę
Donald ma Tolę
6 dni temu

Kiedyś przeczytałem, że w 2018 roku ZAKSA miała 12,3 mln zł przychodów, z czego aż 91 procent pochodzi ze sponsoringu. Odjąć od tego przychody z biletów i wychodzi na to, że Polsat płaci klubom mniej niż milion złotych rocznie z tytułu praw telewizyjnych, czyli kosztuje ich to mniej niż 14 milionów za sezon. Nieźle, biorąc pod uwagę, że oglądalność ligi jest podobna do oglądalności Esktraklasy, a Kmita z Polsatu sam mówi, że wartość medialna siatkówki w Polsce to ok. miliard złotych.

Aktualności

Kalendarz imprez