Jak upadał Oscar Pistorius. Siedem lat od morderstwa Reevy Steenkamp

Jak upadał Oscar Pistorius. Siedem lat od morderstwa Reevy Steenkamp

Dokładnie siedem lat temu Oscar Pistorius zastrzelił Reevę Steenkamp, swoją dziewczynę. Do winy przyznał się od razu, oddalał jedynie zarzuty, jakoby było to umyślne morderstwo. Jego proces ciągnął się przez niemal pięć lat. Co jakiś czas z więzienia, w którym przebywał, dochodziły nowe informacje na temat jego osoby. Bo naprawdę wiele wydarzyło się od chwili, gdy oddał strzały w drzwi swej łazienki. I to opowieść właśnie o tych latach.

Aby uniknąć wątpliwości, napiszmy jeszcze krótko: Oscar Pistorius był świetnym biegaczem. Na koncie ma sześć złotych, srebrny i brązowy medal igrzysk paraolimpijskich. Ogólnoświatową gwiazdą stał się, gdy na igrzyskach w Londynie – mimo że nie miał obu nóg – wystartował z pełnosprawnymi biegaczami, rywalizując na specjalnych protezach. Nie odniósł tam sukcesu sportowego, ale z pewnością można napisać, że marketingowy jak najbardziej.

Jego nazwisko stało się synonimem przełamywania barier. Mnóstwo marek zaoferowało mu współpracę. Stał się celebrytą, gwiazdą i idolem dla całej Republiki Południowej Afryki, którą reprezentował. Był kimś w rodzaju tamtejszego Adama Małysza. Osobą, wokół której cały kraj mógł się zjednoczyć i ją dopingować. Tym bardziej że na wizerunku Pistoriusa teoretycznie nie było rys. Pochodził z bogatej rodziny, ale przeciwności losu, z jakimi się zmagał, zjednały mu sympatię biedniejszej części społeczeństwa. Był biały, ale miał wielu przyjaciół wśród czarnoskórych. Wierzący, często manifestujący swą wiarę. Trudno było o lepszego idola dla kraju.

Tyle, że idol upadł. Dokładnie 14 lutego 2013 roku.

„Tragedia jak z Szekspira”

Dokładnie takimi słowami określił to sędzia prowadzący sprawę Pistoriusa. Dwoje kochanków, wielka miłość, ale kończąca się w najbardziej tragiczny sposób – śmiercią. Nie sposób nie zgodzić się, że to określenie pasuje. Tym bardziej że wszystko co najgorsze, rozegrało się przecież w Walentynki.

To wtedy, około trzeciej nad ranem, Oscar obudził się i usłyszał odgłosy w łazience. Zobaczył też otwarte okno. Przeraził się. Myśląc, że ktoś włamał się do domu (co było częste w tej dzielnicy), chwycił za broń, którą trzymał obok łóżka. Posiadał ją, bo jak sam twierdził, wielokrotnie mu już grożono. Bez protez, poszedł do łazienki. Myślał, że jego dziewczyna śpi w łóżku, nie zauważył, że jej nie ma. Słysząc kolejne odgłosy zaczął krzyczeć do niej, by zadzwoniła na policję. Sam wreszcie czterokrotnie wypalił w stronę drzwi.

Potem próbował dostać się do środka. Drzwi zamknięto jednak od wewnątrz. Wrócił do łóżka. Założył protezy, znalazł też coś, czym mógł wyważyć drzwi. Gdy zajrzał do środka, zobaczył zakrwawioną Reevę. Zadzwonił na pogotowie. To jednak nic nie dało. Steenkamp zmarła. Miała 29 lat. Z Oscarem związała się niespełna pół roku wcześniej. Wszyscy wspominali ją jako wspaniałą, pełną ciepła i uroku osobę. Modelkę, która nie dała się jednak pochłonąć tej branży. Sam Oscar bardzo cierpiał. Przyznawał, że naprawdę ją kochał i byli razem szczęśliwi. Wspólni przyjaciele twierdzili jednak, że Pistorius często był o nią bardzo zazdrosny. Potrafił się też łatwo zdenerwować. Ale, jak twierdził on sam, nie na tyle, by ją zabić.

Wszystko, co przeczytaliście wyżej, to właśnie wersja Oscara. Oczywiście, prokurator miał inną. O niej za chwilę. Warto wspomnieć jeszcze, że – już po śmierci Reevy – wiele osób twierdziło, że w zachowaniu Pistoriusa dało się dostrzec sygnały ostrzegawcze. Stał się nieodpowiedzialny, lekkomyślny i porywczy, jakby nowo nabyta sława uderzyła mu do głowy. Myślał, że może wszystko. Tak mówiły niektóre z osób, które miały z nim bliższą styczność.

A to rozbił motorówkę na brzegu i dość mocno się pokiereszował. A to oskarżył rywala na paraigrzyskach o doping, bo nie mógł znieść myśli, że przegrał bieg na 200 metrów po raz pierwszy od dziewięciu lat. A to wypalił z pistoletu w zatłoczonej restauracji, lekko raniąc bliskiego znajomego. A to strzelał w czyjś samochód. W mediach mówiło się o takich incydentach niewiele. Pistorius był w końcu narodowym bohaterem. Wielu sportowców przyznawało jednak, że w ich obecności Oscar zachowywał się niewłaściwie.

Jak możecie się domyślić, nie wpłynęło to dobrze na wizerunek Pistoriusa w sprawie o morderstwo. Przyjrzyjmy się więc temu, co działo się w kolejnych miesiącach i latach po śmierci Reevy Stenkamp.

Łkanie

Prokurator prezentował zdjęcia. Widać na nich Reevę Steenkamp. Martwą. Z raną głowy. Na ten widok Oscar Pistorius chwycił pobliskie wiadro i zwymiotował. Zresztą przez cały proces łkał, odwracał głowę, twierdził, że „już to widział” i nie chce patrzyć po raz kolejny. Jego reakcje były transmitowane na cały świat. Opisywali je dziennikarze, widzieli jego kibice, mówiono o nich w wiadomościach.

Proces zaczął się jednak tak naprawdę wcześniej, od rozprawy o zwolnienie Oscara z aresztu za kaucją. Barry Roux, obrońca Pistoriusa, przekonywał sąd, że wersja jego klienta jest bez zarzutu i faktycznie działał w strachu o własne życie. Starał się też obalić zeznania policjanta, który pierwszy dotarł na miejsce zbrodni, jak i świadka, który miał słyszeć kłótnię Oscara i Reevy. I faktycznie, Pistoriusa ostatecznie wypuszczono na wolność. Jej ceną było 110 tysięcy dolarów. W końcu ustalono też datę właściwego procesu. Miał się zacząć 3 marca 2014 roku, ponad rok po tym, jak Oscar wystrzelił czterokrotnie w stronę drzwi łazienki.

Kiedy wreszcie się rozpoczął, gmach sądu był dosłownie oblegany. W chwili odczytywania aktu oskarżenia, Pistorius ze łzami w oczach patrzył w podłogę. Pocieszała go rodzina, brat poklepywał po ramieniu. Nagrywanie rozmów było zakazane, wielu dziennikarzy wolało więc czekać na zewnątrz, w nadziei, że tam usłyszą jakiś komentarz. W środku i tak zmieściło się jednak trzy razy więcej osób niż teoretycznie powinno. Oscar Pistorius dalej był tematem z pierwszych stron gazet. Choć nie w sposób, w jaki by chciał.

Warto tu wspomnieć o prokuratorze. Gerrie Nel nosi pseudonim “Bullterier”, bo słynie z żelaznej konsekwencji w przygotowywaniu się do swych spraw oraz doprowadzeniu winnych do więzienia. I tym razem też tak do wszystkiego podszedł. Pistoriusa nazywał wprost „mordercą”. To przez niego w pełni odczytywany był raport z obrażeń Reevy. To on zaatakował Oscara, gdy ten płakał. To on nie zwracał uwagi, że Pistorius kilkukrotnie niemal zemdlał i cuciła go rodzina.  Swoją drogą sprawę Oscara prowadziła Thokozile Masipa, czarnoskóra kobieta – druga taka w historii, która dostała się do Sądu Najwyższego RPA. Wydawało się, że będzie bezwzględna i da – o co apelowało wiele osób – znakomity przykład wszystkim, którzy dopuszczają się przemocy wobec kobiet.

Ale Masipa dostrzega w Pistoriusie człowieka i uznaje, że jego rozpacz jest prawdziwa. Owszem, widzi kolejne dowody: nagranie wideo, na którym Oscar na strzelnicy cieszy się z oddanych strzałów, rozmowy z WhatsAppa, gdzie Reeva pisze mu, że czasem boi się jego reakcji. Widzi też, jak Pistorius chodzi po sądzie bez protez. Czyta raporty z testów psychiatrycznych (nie stwierdzono niepoczytalności). Obserwuje jego zachowanie.

Chciałbym skorzystać z tej okazji, by przeprosić panią i pana Steenkamp oraz całą rodzinę Reevy, tych z was, którzy ją znali i którzy są dziś w tym miejscu. Nie było chwili od tej tragedii, bym nie myślał o waszej rodzinie. Każdego ranka budzę się i jesteście pierwszymi ludźmi, o których myślę. Pierwszymi, o których się modlę. Nie mogę wyobrazić sobie bólu, rozpaczy i pustki, które spowodowałem w waszej rodzinie – mówi na początku procesu Oscar. A sędzia patrzy.

W końcowej przemowie Gerrie Nel oskarżył Pistoriusa o to, że ten cały czas kłamie. – Wysoki Sądzie, on wiedział, że za drzwiami jest człowiek. Jego intencją było zabicie tej osoby. A skoro strzelał, żeby zabić, musi ponieść konsekwencje. Sam przyznał, że chciał strzelić do włamywacza w swoim domu w Pretorii. To, że nie chciał zabić konkretnie swojej dziewczyny, nie zmienia faktu, że to było morderstwo – mówił.

Sędzia nie przychyliła się jednak do takiej oceny sprawy. I skazała Pistoriusa na pięć lat. Wszystko rozbiło się o nazewnictwo – o ile prokurator twierdził, że było to umyślne morderstwo, za które biegaczowi groziło co najmniej 15 lat więzienia, o tyle sędzia uznała, że owszem, Oscar jest winny zabójstwa (sam się przyznał), ale nie morderstwa. Nie zamierzał bowiem zabić osoby po drugiej stronie drzwi. Wyrok podzielił społeczeństwo w RPA. Wielu uznało, że Oscarowi poszczęściło się, bo jest znany, bogaty i, przede wszystkim, biały.

Eksperci mówili jednak, że Masipa trzymała się prawa i wszystko zależało od jej własnej interpretacji. A skoro uznała, że Pistorius nie chciał zabić, to wyrok w wysokości pięciu lat jest odpowiedni. Choć kilku twierdziło, że taka interpretacja była błędna – bo skoro Oscar strzelał w drzwi łazienki, wiedząc, że za nimi ktoś jest, to chciał zabić. I nie było innej możliwości. Dokładnie tak jak powiedział prokurator.

Oczywiście, w grę wchodziły jeszcze inne interpretacje. Mówiono, że taki wyrok ośmiela tych, którzy dopuszczają się przemocy wobec kobiet. Aktywistki protestowały zresztą przed budynkiem sądu z plakatami. – Kobiety są zabijane i nic się z tym nie dzieje. Nasze córki są zabijane. To, co zrobił Oscar było złe. Mamy podwójne standardy. Kobiety zawsze przegrywają – mówiła jedna z protestujących dziennikarzom. Sprawa Pistoriusa stała się wielowymiarowa. Oczywistym było też, że prokuratura tak tego nie zostawi.

Powrót do domu

Dziesięć miesięcy. Tyle spędził Oscar Pistorius w więzieniu. Gdy wyszedł, dziennikarzy zaproszono, by obejrzeli jego celę. Właściwie nie było w niej nic specjalnego, choć trzeba przyznać, że nieco wyróżniała się od innych. W środku zobaczyć można było łóżko, umywalkę, wannę, szafkę, kilka poręczy, by pomóc niepełnosprawnemu. Tyle, nic więcej. Mimo tego przed jej drzwiami zebrało się kilkadziesiąt osób. O jego pobycie w więzieniu mówiono niewiele. W pewnym momencie wyciekło jedynie bardzo niewyraźne nagranie, na którym Oscar gra w piłkę z innym osadzonym. Ale to wszystko. Aż do momentu, gdy CNN udało się dotrzeć do kilku osób, które zgodziły się opowiedzieć nieco więcej.

Jeśli ktoś liczył jednak na sensacyjne doniesienia, musiał się rozczarować. Owszem, przyznawano, że początkowo Pistorius był wściekły i nie chciał z nikim rozmawiać. Ale później się otworzył, przepracował traumę. Był w stanie usiąść, porozmawiać z kimś i nawet śmiać się w trakcie tej rozmowy. Opinię publiczną wzburzyły głównie opowieści o tym, co robiono, by zapewnić mu komfort. – Kiedy chciał wannę, wybudowano mu jedną w celi. Kiedy narzekał na łóżko, zmieniono mu je. Tak samo było z wyposażeniem do ćwiczeń – mówił Murasiet Mentoor z regionalnej Inspekcji Sądowej. – Oscar bał się też, że więzienne jedzenie może być zatrute i odbije się to na jego zdrowiu. Obawiał się też o innych osadzonych, kiedy jest się znanym więźniem, inni mogą obrać cię za cel.

Pistorius przetrwał jednak te dziesięć miesięcy. Tylko tyle, bo południowoafrykańskie prawo umożliwiło mu wówczas złożenie wniosku o przeniesienie do aresztu domowego. Ten został zaakceptowany, oficjele potwierdzili, że Oscar zachowywał się właściwie i nie sprawiał problemów. Trafił więc do domu wujka (swój własny musiał sprzedać, by opłacić koszty procesu), gdzie miał spędzić pozostałą część wyroku. Taki scenariusz nie pozostał jednak bez reakcji. – Dziesięć miesięcy w więzieniu za odebranie życia to po prostu za mało. Wybaczyliśmy panu Pistoriusowi, mimo ze odebrał życie naszej córce. Nie chcemy zemsty za jej śmierć, nie chcemy, by pan Pistorius cierpiał, bo to i tak nam jej nie przywróci. Ale osoba, którą uznano za winną przestępstwa, powinna odpokutować – mówili, poprzez oficjalne oświadczenie, rodzice Reevy.

W areszcie domowym Oscar miał pracować społecznie, przynajmniej tak zakładał sąd. Zachęcono go też do spotkania z rodzicami ofiary, gdy tylko ci będą na to gotowi. Poza tym mógł przyjmować odwiedziny członków rodziny, nie wolno mu było za to wychodzić nigdzie nocą. Nie mógł też pić alkoholu ani brać narkotyków. W każdej chwili powinien był spodziewać się inspekcji więziennych oficjeli, którzy mieli prawo sprawdzić, czy przestrzega tych wytycznych.

Eksperci od prawa znów się wypowiadali. Mówili, że to pokazuje, jak postępowy jest system prawny w RPA, który skupia się nie na samym aspekcie kary, ale też rehabilitacji i resocjalizacji. A skoro Pistoriusa uznano za człowieka, mogącego swe czyny odpracować, zdecydowano się mu na to pozwolić. Przynajmniej na chwilę.

Bo nad biegaczem szybko zawisła perspektywa kolejnego procesu.

Znów w sądzie

W grudniu 2015 roku sprawa Pistoriusa rozstrzygała się w sądzie apelacyjnym. Oceniało ją pięciu sędziów. Sędzia prowadzący opisywał, jak Reeva nie miała dokąd uciec w ciasnej łazience. To on użył zresztą porównania całej historii do Szekspira. On też stwierdził, że nie ma wytłumaczenia na zachowanie Oscara, który oddał strzały. W chwili, gdy to robił, nic bowiem bezpośrednio nie zagrażało jego życiu (a w RPA użyć broni palnej w obronie własnej  można jedynie w takiej sytuacji). I w końcu: on uznał Oscara winnym morderstwa.

Mimo że Pistorius mógł być niespokojny, nie do uwierzenia jest to, że rozsądna osoba oddałaby strzały z broni dużego kalibru bez sprawdzenia, kto jest za drzwiami lub jakiegokolwiek ostrzeżenia, choćby strzału ostrzegawczego, którego oskarżony nie oddał, bo – jak stwierdził – bał się, że rykoszet może trafić w niego. Oskarżony musiał wiedzieć, że ktokolwiek był za drzwiami, może zginąć. Zdecydował się jednak zaryzykować życiem tej osoby. Tożsamość ofiary nie jest istotna dla winy. Osoba, która wysadza bombę w publicznym miejscu, też nie zna tożsamości swych ofiar, ale robi to z intencją popełnienia morderstwa – mówił sędzia.

Z takiego postawienia sprawy cieszyła się rodzina Reevy. Jej ojciec mówił, że czuje ulgę, bo w końcu usłyszał sprawiedliwy wyrok, który pokazuje, że nikt w RPA nie stoi, choćby częściowo, ponad prawem. Choć powinniśmy ująć to inaczej: usłyszał pierwszą część tego wyroku. Bo w celu ustalenia wysokości kary sprawa wróciła do sądu pierwszej instancji i znów prowadziła ją ta sama sędzia. I znów też wszyscy zostali zaskoczeni tym, co miało czekać Pistoriusa.

Sześć lat w więzieniu. Z czego po trzech mógł ubiegać się o przedterminowe zwolnienie za dobre sprawowanie. Oscar miał prawo się cieszyć. Zresztą jego siostra wypowiadała się przed kamerami w dokładnie takim tonie. – Najbardziej wdzięczna jestem jej [sędzi] za empatię, którą się wykazała i to, że nie odbierała tego, jako sprawy związanej z płcią. To straszny wypadek, w którym Oscar nie miał żadnej intencji, by zabić Reevę – mówiła. Oczywiście, wielu się z nią nie zgadzało. Jacqueline Mokofeng, rzeczniczka Ligi Kobiet, nazywała Thokozilę Masipę „wstydem dla wymiaru sprawiedliwości”. Wyrok był jednak wyrokiem, Pistorius trafił do więzienia. On sam nie miał możliwości apelacji. Taką dostała jedynie prokuratura. I od razu stało się jasne, że z niej skorzysta.

W międzyczasie, jeszcze przed tym wyrokiem, Oscar Pistorius udzielił głośnego wywiadu telewizji ITV. Opowiadał w nim, że musi żyć z tym co zrobił, że wciąż czuje krew i ciepło ciała Reevy w swych rękach i że rozumie ból ludzi, którzy ją kochali. Raz jeszcze przywoływał całą sytuację, opowiadał, jak wszystko się rozegrało. Mówił o strachu i podjęciu decyzji, której nigdy potem nie przestał żałować. O przerażeniu, jakie wywołał w nim moment, gdy zorientował się, że za drzwiami była jego dziewczyna. Oczywiście, biorąc pod uwagę, że wcześniej nie udzielał wywiadów, wyglądało to jak próba wzbudzenia litości przed kolejnym procesem. Tym bardziej gdy spojrzy się na ostatnie wypowiedzi. Te, które komentowano najgłośniej.

Najtrudniej jest zmagać się z zarzutami o morderstwo z premedytacją. Dzień przed tym, jak rozpoczął się pierwszy proces, usiadłem z prawnikami i powiedziałem im, że mogę odbyć maksymalną długość kary [10 lat] za nieumyślne zabójstwo. Ale nie spędzę ani dnia w więzieniu za zamordowanie kogoś z premedytacją. Teraz nie chcę wracać do więzienia. Nie chcę marnować swojego życia, siedząc tam. Dostałem możliwość odkupienia, chciałbym pomóc tym, którzy mieli mniej szczęścia, tak jak zabrakło go kiedyś i mi. Chcę wierzyć, że Reeva patrzy na mnie z góry i pragnie, żebym wiódł właśnie takie życie – mówił.

Problemem było dosłownie ostatnie zdanie. Powołanie się na dziewczynę, którą sam zabił, to dla wielu osób było zbyt dużo. Stracił wówczas wielu zwolenników. I tym bardziej cieszyli się ci, którzy chcieli dla niego wyższej kary, kiedy taka faktycznie nadeszła. W 2017 roku Oscarowi Pistoriusowi jeszcze raz zmieniono wyrok – dostał 15 lat. Odliczono mu od tego półtora roku, które już zdążył spędzić w areszcie i więzieniu. O zwolnienie warunkowe ubiegać będzie się mógł w 2023 roku. Kiedy wymierzano tę karę, Oscara nie było na sali sądowej.

Dla rodziny Reevy to emocjonalna chwila. Czują, że ich zaufanie w system sprawiedliwości wreszcie się potwierdziło. Dla Reevy nadeszła sprawiedliwość. Rodzina wierzy, że to koniec tej drogi i każdy będzie mógł wreszcie się od tego uwolnić – mówiła rzeczniczka bliskich ofiary. Pistoriusowi zwiększono karę między innymi dlatego, że „nigdy nie był w stanie zapewnić przekonującego wyjaśnienia, dlaczego oddał strzały”. Nie pomogło nawet to, że jego obrońcy odwoływali się do niepełnosprawności swojego klienta i zespołu stresu pourazowego, którego rzekomo miał się nabawić.

Prawnicy Pistoriusa jeszcze walczyli. Ale ich wniosek o kolejną apelację został odrzucony. W 2018 roku sprawa zamknęła się raz na zawsze. Oscar Pistorius został uznany winnym morderstwa z premedytacją.

Inne życie

W więzieniu bywało z nim naprawdę różnie. Choć tak naprawdę niewiele z informacji o jego pobycie za kratkami  przedostawało się do mediów. Jedną z ważniejszych wiadomości była ta z 2016 roku, gdy trafił do szpitala. W mediach sugerowano, że mógł podjąć próbę samobójczą. Obrażenia dotyczyły bowiem nadgarstków. Jeden ze świadków twierdził też, że Oscar sam je sobie podciął, a w jego celi znaleziono żyletki. Rodzina dementowała te pogłoski. Carl Pistorius, brat Oscara, na Twitterze pisał, że „to całkowicie nieprawdziwe i sensacyjne informacje. Podobnie jak wszelkie inne szalone historie. Nie wierzcie doniesieniom mediów”. Oficjalnie podano, że urazu nadgarstka Oscar nabawił się, gdy spadł z łóżka i po krótkiej wizycie w szpitalu wrócił do celi. Z kolei Carl twierdził, że Oscar się poślizgnął na podłodze. Wątpliwości więc pozostały.

Mówiono też o tym, że w przeszłości ostro poróżnił się z jedną z pielęgniarek. Z celi docierały pogłoski, że Oscar znajduje się w fatalnym stanie psychicznym i powinno się go raczej hospitalizować, a nie więzić. Oficjele mówili, że Pistorius zachowuje się agresywnie, a swoim kiepskim stanem może próbować wzbudzić litość w trakcie kolejnego procesu. Pod koniec 2016 roku zmieniono mu zresztą miejsce pobytu, przewożąc do więzienia przystosowanego dla osób niepełnosprawnych. Tam, podobno, poczuł się lepiej.

Choć w kolejnym roku znów trafił do szpitala przez „bóle w klatce piersiowej”. Wrócił jednak jeszcze tego samego dnia, tuż po tym, jak zbadał go lekarz. Poza tym więzienie opuścił jeszcze co najmniej trzykrotnie – za każdym razem jadąc na pogrzeb. Raz babci, dwukrotnie dziadków. To wzbudziło dyskusję wśród opinii publicznej, czy aby nie jest traktowany lepiej od innych więźniów. Władze więzienia odpowiadały, że każdy może dostać podobną przepustkę, jednak pod uwagę bierze się szereg czynników i wytycznych, które więzień musi spełnić. Pistorius, zachowujący się już wówczas wzorowo, po prostu to zrobił.

Choć przydarzyła mu się i bójka, aczkolwiek – wedle doniesień – to nie on ją wywołał. Inni więźniowie mieli ponoć problem z tym, że Oscar często i długo korzysta z publicznie dostępnego w więzieniu telefonu. Rzecznik stwierdził potem, że „użyto standardowych procedur i sprawa jest na etapie śledztwa”, a Pistorius „doznał lekkich obrażeń spowodowanych incydentem z innym więźniem”. Już nic więcej nie wyszło w tej sprawie poza mury więzienia.

Poza nimi sensację wzbudziły za to dwa projekty – filmowy i serialowy. Film był fabularny, zwał się „Oscar Pistorius: Blade Runner Killer” i ewidentnie bazował na sensacji. Już w zwiastunie można było to dostrzec po scenie, w której Pistorius sięga po broń w momencie, gdy kłóci się z Reevą. Rodzina Steenkamp zapowiedziała, że pozwie twórców. – Każdego dnia budzimy się o trzeciej, czyli wtedy, kiedy zmarła, i myślimy o tym, przez co przeszła. Nikt na to nie zasługuje. Staliśmy się ofiarami tego, co się wydarzyło. Są ludzie, którzy obwiniają nas za to, co stało się z Oscarem. To szalone. Nie zrobiliśmy nic złego – mówili, dodając, że film na nowo otworzył ich rany.

Serial za to był dokumentem o Pistoriusie, zrealizowanym zresztą bardzo solidnie. Sęk w tym, że pokazane zostały w nim zdjęcia z miejsca zbrodni. Krew, martwe ciało, broń. Było wszystko. Nie wiadomo, jak twórcy zdobyli te fotografie. – Nie sądzę, żeby pokazanie plam krwi na ścianach było wymagane. To wszystko było dowodem w sprawie przeciw Oscarowi – mówiła siostra Reevy. Reżyser serialu na wszystkie takie komentarze i głosy oburzenia reagował za to spokojnie, mówiąc, że chcieli przedstawić sytuację jak najbardziej obiektywnie. Ostatecznie zamieszanie ucichło.

Spokojny i cichy jest też w ostatnim czasie sam Pistorius. W więzieniu ostatecznie rozpoczął bowiem inne życie. Jak niedawno, na łamach „The Times”, mówił jego ojciec, Oscar zaangażował się w działalność… kółka biblijnego. – Uczestniczą w nim ludzie skazani za naprawdę ciężkie przestępstwa. A teraz wszyscy spotykają się, żeby czytać Biblię raz albo dwa razy w tygodniu. Oscar przewodzi tym lekcjom i jest zdolny przekonywać tych, którzy nie są z Biblią zaznajomieni, co do znaczenia konkretnych wersów. Nie mam wątpliwości, że Oscar odmienił środowisko więzienia na lepsze. Pomaga mediować między osobami, ma pozytywny wpływ. On sam to czuje, wie, że robi różnicę tym, którzy są w potrzebie. Daje im cel w życiu, znaczenie i nadzieję. W rezultacie i jemu jest lepiej. To wspaniała historia – opowiadał.

W więzieniu pozwolono mu nawet uprawiać… ogródek warzywny. Podobno Pistorius na tyle się w to zaangażował, że nie zrobił zwykłych grządek, a wszystkie rośliny ułożył w kształt twarzy. Również kilka osób, nadzorujących byłego już biegacza, które zechciały się wypowiedzieć dla mediów, twierdziło, że Oscar jest spokojny, życzliwy i troskliwy wobec współwięźniów, którym często pomaga, nie prosząc o nic w zamian. Nie zaprzecza też temu, co zrobił, a wręcz przeciwnie – pogodził się z tym i jest w stanie funkcjonować ze świadomością popełnionej zbrodni. Większość z wolnego czasu spędza z kolei w bibliotece, gdzie czyta kolejne książki.

Pistorius ma więc swój happy end. Reeva nie.

Upadła gwiazda wciąż świeci

Mimo wszystkiego, co się wydarzyło przez ostatnie siedem lat, opinia mieszkańców RPA na temat Oscara Pistoriusa wciąż jest różna. Zresztą nie tylko ich. Wielu nadal uważa go za idola, wielu twierdzi też, że można brać przykład z jego kariery sportowej i tego, co w niej osiągnął. I trudno odmówić im racji. Życie Oscara trzeba by bowiem rozdzielać na dwie części – sportowe i prywatne. O ile w tym drugim zdecydowanie nie był wzorem do naśladowania, o tyle to, ile przeszkód pokonał w tym pierwszym, jest warte podziwu.

To, co zrobił jako sportowiec, wciąż może inspirować i nikt nie może mu tego odebrać – mówił mediom Katlego Stosaka, młody wioślarz. Zgadzał się z nim Dieter Rosslee, parakajakarz, który stracił jedną z nóg, gdy był dzieckiem. Potem oglądał właśnie Pistoriusa. To występy Oscara popchnęły go w stronę sportu. Nawet w czasie procesu wielu broniło swojego ulubieńca. Zgadzali się z jego wersją wydarzeń, twierdzili, że to była pomyłka. Straszna, tragiczna, ale tylko pomyłka.

Podziwiało go przecież całe RPA. Pokazywał im, co może osiągnąć ktoś z tego kraju, nawet nie w pełni sprawny. Był idolem, bohaterem narodowym. Nie mógł stracić tego wszystkiego ot tak, nawet przez morderstwo. Dalej istnieją przecież osoby, które fetują osiągnięcia sportowe Lance’a Armstronga, usprawiedliwiając go tym, że „wszyscy wtedy brali”. A doping w przypadku Armstronga miał bezpośredni wpływ na jego wyczyny. Wina Pistoriusa z jego karierą sportową nie miała nic wspólnego.

Oscara porównywano do RPA – kraju rozdartego. Z jednej strony wspaniałego, wartego zobaczenia i przyjaznego dla wielu, a z drugiej pełnego agresji, nienawiści i zbrodni. Mówiono, że jest „typowym mężczyzną z południa”. Ale twierdzono też, że kraj sobie z tym wszystkim poradzi, znajdzie nowych bohaterów i nie będzie potrzebować Pistoriusa.

I faktycznie, o Oscarze pisze i mówi się coraz rzadziej. On wiedzie spokojne życie w murach więzienia, ludzie w RPA tylko od czasu do czasu przypomną sobie o jego sukcesach, ale i zastrzeleniu Reevy. Już go nie potrzebują. Wydaje się, że i on nie potrzebuje ich.

SEBASTIAN WARZECHA

Fot. Newspix


Aktualności

Kalendarz imprez