Jak dwukrotna mistrzyni olimpijska wyciągnęła z więzienia niewinnego człowieka

Jak dwukrotna mistrzyni olimpijska wyciągnęła z więzienia niewinnego człowieka

To historia jakby wyjęta z innej bajki. Choć sport i więzienie czasem się ze sobą łączyły, to nie w taki sposób. Maya Moore, wielka gwiazda kobiecej koszykówki, przerwała swą karierę w wieku 29 lat, by zza krat wyciągnąć niewinnie skazanego człowieka. Jej walka trwała ponad rok. Zakończyła się kilkanaście dni temu. Szczęśliwie.

Łzy

Płakali. Trudno było o inny wyraz ulgi, jaką odczuwali. Płakali z emocji – szczęścia i niedowierzania. Z poczucia zbliżającej się wolności. Maya Moore i Jonathan Irons. Dwoje ludzi, którzy teoretycznie powinni być sobie bardzo odlegli. Ich historie potoczyły się jednak tak, że stali się wręcz rodziną. Ta pierwsza walczyła o to, by drugi nie musiał dłużej oglądać wnętrza więziennej celi. Dłużej, bo robił to przez ponad dwie dekady.

Gdy sędzia Dan Green obwieścił, że zmienia pierwotny wyrok z powodu braku dowodów, łzy musiały się polać. Nie było innej możliwości. – Czuję się, jakbyśmy trzymali trofeum za Final Four. To wydawało się tak nierzeczywiste… W końcu otrzymaliśmy sprawiedliwość. Myślałam tylko: „Czy to się naprawdę wydarzyło?”. Jesteśmy wdzięczni Bogu i każdemu, kto się przyłożył do uzyskania sprawiedliwości – mówiła Moore. Bo faktycznie, walczyła o to przez ponad rok. Z początku mało kto wierzył w powodzenie jej krucjaty. Ale potem sytuacja zaczęła się zmieniać. Łzy bezsilności i smutku zamieniły się w łzy szczęścia.

Czuję się, jakbym wreszcie mógł oddychać, jakby cały ciężar tego świata ze mnie spadł i jakbym dostał szansę, by żyć. Ona uratowała mi życie. Nie miałbym tej szansy bez niej i jej wspaniałej rodziny. Uratowała mi życie i nie mogę powiedzieć nic lepszego – dodawał Irons w rozmowie z dziennikarzami. Wypowiadał się przez telefon, tak samo, jak dowiedział się o postanowieniu sądu. Trudno nie rozumieć, skąd to uczucie. Czekał na ten dzień dobrze ponad połowę swojego życia.

Jonathan

Miał 16 lat, kiedy trafił do więzienia. Skazano go za udział we włamaniu, rabunku i postrzelenie właściciela domu. Dostał 50 lat odsiadki i, co ważne, skazywała go ława przysięgłych, złożona wyłącznie z osób o białym kolorze skóry, podczas gdy on sam jest Afroamerykaninem. Podobno widziano go na przedmieściach St. Louis, niedaleko miejsca zbrodni, z pistoletem w ręce dokładnie w ten dzień, gdy włamanie miało miejsce.

Włamanie, które nie poszło tak, jak planowano. Właściciel zdążył wrócić do domu. Wtedy oddano do niego strzały. Jeden z nich trafił go w głowę, na szczęście jedynie raniąc. Ironsa aresztowano tydzień później. Detektyw, który go zatrzymał, twierdził, że Jonathan się przyznał, choć on sam zawsze temu zaprzeczał. Nagrania nie było, a policjant nie był w stanie zeznawać pod przysięgą. Najpierw chorował, a niedługo po tym zmarł. Brakowało też innych dowodów: DNA, odcisków palców (jedyne, które znaleziono, były na drzwiach wejściowych, nie należały ani do Jonathana, ani właściciela domu) lub stóp. Tak naprawdę nic nie łączyło Ironsa ze sprawą.

Jonathan nigdy nie zaprzeczał, że jako dzieciak nie był grzeczny, wręcz przeciwnie. Przyciągały go ulice, odpychała szkoła. Wychowywał się z babcią, nie miał pieniędzy, a te dało się zarobić na inne sposoby. Możliwe, że gdyby nie tamten wyrok i tak w końcu trafiłby do więzienia. Ale kiedy pytano go o tę sprawę, zawsze twierdził, że nie miał z nią nic wspólnego. – Podjąłem wiele złych decyzji. Zmieniłem się jednak. Przyznaje to nawet administracja więzienia. Nie popełniłem zbrodni, za którą mnie uwięziono – mówił.

W trakcie procesu nie brano pod uwagę braków w dowodach. Mimo że na karku miał szesnastkę, postanowiono sądzić go jak dorosłego. Jego proces zaczął się w październiku 1998 roku. Najważniejszym dowodem przeciwko niemu były wspomniane zeznania detektywa, których ten nie mógł jednak potwierdzić w sądzie. Irons miał mu powiedzieć, że faktycznie, włamał się, ale nie pamięta nic więcej, bo był pijany. Nie dało się tego udowodnić. Nie było nawet innych świadków, którzy mogliby przyznać, że faktycznie taka rozmowa miała miejsce.

Jonathan Irons | Fot. YouTube

Irons przyznał, że tego dnia miał przy sobie broń. To jedyne, co się zgadzało. Zaprzeczył jednak, by był to pistolet kalibru .25, którego użyto na miejscu zbrodni. Sęk w tym, że w sądzie mało kto zwracał na to uwagę. Tym bardziej że w tym okresie w Stanach zachęcano do polityki wysokich kar dla młodocianych przestępców. Wiele z tych wyroków obalono zresztą po latach.

Nie bądźcie dla niego pobłażliwi tylko dlatego, że jest młody. Jest niebezpieczny tak samo, jak ktoś pięć razy starszy. Musimy wysłać wiadomość wszystkim młodym ludziom, że jeśli chcą zachowywać się jak ktoś starszy, będą tak samo sądzeni – mówił prokurator na procesie Ironsa. I ławnicy faktycznie postąpili twardo. Uznali Jonathana winnym. Wtrącili do więzienia, mimo braku dowodów. Ba, niektórych z nich nie włączono nawet do procesu. Choćby wspomnianych odcisków palców, które mogłyby sugerować niewinność Ironsa. O tym, że te istniały, dowiedział się po latach jeden z jego przyjaciół, przekopując się przez akta.

Sam Jonathan i jego przyjaciele wielokrotnie próbowali odwoływać się od wyroku, składali kolejne wnioski. Wszystkie zostały odrzucone. Aż do walki włączyła się kolejna osoba.

Maya

Gdy zapytano Kobego Bryanta o to, czy są jakieś koszykarki, które mogłyby zagrać w NBA, wymienił trzy – Dianę Taurasi, Elenę Delle Donnę i Mayę Moore. Dlaczego znalazła się tam ostatnia z nich? Bo to już legenda kobiecej koszykówki. Czterokrotna mistrzyni WNBA, MVP finałów ligi i całych rozgrywek, pięciokrotnie wybierana do najlepszego składu ligi, a w sezonie, w którym do niej weszła, została też najlepszą pierwszoroczniaczką. Z reprezentacją USA za to dwukrotna mistrzyni świata i, również dwa razy, złota medalistka olimpijska. „Sports Illustrated” nazwało ją

„największą zwyciężczynią w historii kobiecej koszykówki”.

A zaczęło się niewinnie. Miała trzy lata, gdy jej matka Kathryn przywiesiła mały kosz na drzwiach z tyłu mieszkania. Miała jeden cel: chciała, by jej córka przestała biegać po całym mieszkaniu. Od tego kosza zaczęła się miłość Moore do koszykówki. Ironia losu polega na tym, że sport ten uprawiał też jej ojciec, Mike Dabney. W 1976 roku został wybrany (jako 36.) w drafcie do NBA przez Los Angeles Lakers, ale w lidze nigdy nie zagrał. Skąd ta ironia? Stąd, że Dabney zupełnie nie uczestniczył w wychowaniu córki.

Kiedy przeprowadzili się w inne miejsce, Maya dostała kosz na podwórku. – Grałam godzinami. Rzuty z wyskoku. Trójki. Dwutakt. Kochałam przebywać w powietrzu. W nieskończoność próbowałam różnych zagrań, na przykład alley oop, odbijając piłkę o tablicę. Rosłam, stawałam się silniejsza. Z tych powtórzeń to wszystko stało się rytmiczne. W tej grze jest rytm, a ja odnalazłam go już za młodu – wspominała Maya.

Pamięta też, że oglądała kobiecą koszykówkę. Miała swoje ulubione zawodniczki i kluby. Cynthia Cooper. Houston Comets. Miała ich koszulki, czapkę, nawet buty. Więcej rzeczy z WNBA niż NBA, a to rzadkość. Zafascynowała się tą ligą. Postawiła sobie cel – chciała w niej kiedyś zagrać. Poszła więc do klubu, gdy miała 10 lat. Grała ze starszymi od siebie. Kręciło ją to, chciała rywalizacji. Potem przyszła szkoła średnia, następnie uniwersytet. Wybrała University of Connecticut, tam rozkręciła się już na dobre. Dwa tytuły mistrzowskie z rzędu sprawiły, że w dracie wybrana została z jedynką. Niedługo potem zadebiutowała w lidze w barwach Minnesota Lynx.

Pięć miesięcy później świętowała pierwszy tytuł WNBA w historii Lynx i odbierała mnóstwo nagród indywidualnych. Powoli szykowała się też do igrzysk olimpijskich w Londynie, które potem z koleżankami wygrała (cztery lata później powtórzyły ten sukces, dosłownie roznosząc wszystkie inne reprezentacje). Zresztą w kadrze grała już od dłuższego czasu, jeszcze będąc na uniwersytecie – w 2010 roku została nawet mistrzynią świata. Swoją drogą Amerykanki zdobyły wówczas tytuł, mimo że przed startem turnieju miały cały… jeden dzień treningów w pełnym składzie. Po swoim pierwszym zwycięstwie w WNBA Maya – jak wiele innych zawodniczek – pojechała grać do Europy w przerwie od amerykańskich rozgrywek. I od razu zgarnęła Euroligę oraz mistrzostwo Hiszpanii. Po prostu przyciągała sukcesy.

Rzeczą, która była dla mnie oczywista od pierwszego dnia, gdy pojawiła się na naszym obozie treningowym, było to że ma wręcz zaraźliwie zwycięskie zachowanie. Chodzi o drobiazgi: to, jak się komunikuje z trenerami, jak rozmawia z koleżankami z drużyny, jej etykę pracy, którą wkłada w to wszystko. Ona stale poszukuje perfekcji – opowiadała Cheryl Reeve, trenerka Moore w Minnesocie.

Dodajmy tu jedną rzecz – Moore sporo myśli. Może i brzmi to dziwnie, więc rozwińmy o co chodzi: ona nie tylko gra i analizuje, co na boisku, ale nieustannie rozważa sporo aspektów okołosportowych, tych, które nie dzieją się na hali. Gdy kiedyś zapytano ją „jak definiuje zwycięzcę”, nie odpowiedziała jednym zdaniem. Wręcz przeciwnie. Jej odpowiedź zajęła dobre pół strony. Streszczając ją: wszystko zależy od tego, jakie aspekty weźmie się pod uwagę. A przecież osiągnęła tyle, że wystarczyło, by wymieniła swoje trofea. I to też byłaby całkiem dobra definicja. Nawet bez podziału na kobiety i mężczyzn, jej sukcesy stawiają ją przecież w gronie najlepszych w historii.

Jej najlepszą wersję kibice mogą oglądać w tych najważniejszych chwilach. Kiedy przychodziło do kluczowych meczów czy rzutów w ostatnich sekundach, niemal nigdy nie zawodziła. Tak było w pojedynkach w play-offach WNBA, finałowych starciach w reprezentacji, tak też grała jeszcze w college’u. Do historii WNBA przeszedł na przykład mecz z 2017 roku. Moore mówiła potem, że z czterech jej mistrzostw, to właśnie to – na razie ostatnie – było najtrudniejsze do zdobycia. W meczu z Los Angeles Sparks Minnesota szybko traciła wypracowaną wcześniej przewagę. Wszystko przestało się układać, rywalki się zbliżały. Aż piłkę, na niespełna 30 sekund przed końcem, dostała Moore. Przedryblowała dwie rywalki, przebiegła kilkanaście metrów i rzuciła z półdystansu, przełamując złą passę. Kilka minut później zawodniczki Lynx cieszyły się z czwartego tytułu.

Maya jest najlepsza w końcówkach, bo nie marnuje energii w ciągu meczu. Na koniec jest przez to świeższa niż reszta zawodniczek. Każdego dnia jest przygotowana i robi, co musi, żeby dać sobie radę. Kiedy masz taką mentalność, sama prowadzisz się do sukcesów, zwłaszcza, mając jej talent. Grałam z każdą z nich – Dianą Taurasi, Sue Bird, Tamiką Catchings – i fajnie jest debatować o tym, która jest najlepsza w historii. Powiedziałabym, że to trudna sprawa, ale dla mnie to Maya. To co robi jest niesamowite – mówiła Lindsay Whalen, jej koleżanka z kadry i Minnesoty.

Podobnie niesamowite są działania Moore poza boiskiem. Jak sama mówi, bycie rozpoznawalną, daje jej szansę wypowiedzenia się na ważne tematy. Maya opublikowała więc już list do czarnoskórych sportowców na łamach Undefeated. Pisała, by ci nie zapominali, że są częścią społeczeństwa. I by w ramach tego społeczeństwa walczyli z niesprawiedliwością i nierównym traktowaniem. By nie bali się używać swego głosu.

Dlaczego się angażuję? Myślę, że wychowanie się w afroamerykańskim społeczeństwie, pozwoliło mi zmierzyć się z problemami, jakie dotykają czarnoskórych Amerykanów. Podobnie życie w świecie sporcie, bycie połączoną przez ten sport z ludźmi, którzy interesują się problemami mniejszości. A także dokument – „XIII poprawka”. To był mocny film, który otworzył mi oczy. O niektórych rzeczach wiedziałam, innych nie byłam świadoma. Choćby przejścia od niewolnictwa do dziś i tego, jak opresyjne jest nadal prawo i jaką drogę wciąż mamy do przejścia – mówiła.

Często wypowiada się też na temat równouprawnienia kobiet i mężczyzn. Mówi o kobiecym sporcie, jego rozpoznawalności. Podrzuca pomysły na poprawę obecnego stanu. Jest aktywna, gdy przychodzi do angażowania się w takie działania. Jak i w inne. Gdy w 2016 roku w kilku stanach USA doszło do serii spraw, w których policjanci zbyt szybko sięgali po broń, wraz z koleżankami z drużyny zwołały konferencję prasową na temat policyjnej brutalności. Nie odbyła się ona jednak wyłącznie w potępieńczym duchu. Nawoływały co prawda do ukrócenia takich działań, ale równocześnie powtarzały, że szanują i respektują działania policji, dopóki nie przekraczają one pewnych granic.

Maya twierdziła potem, że to był właśnie ten moment, w którym „odnalazła swój głos i przekonała się, że warto się angażować”. Równocześnie często powtarza, że zdaje sobie sprawę z oczekiwań ludzi. Wie, że ci woleliby pewnie, by skupiła się tylko na sporcie. Ale coraz częściej zdarza jej się słyszeć słowa podziękowania za to, co robi. Za przemawianie. Angażowanie się w akcje charytatywne (choćby z ramienia UNICEF). Próbę wprowadzenia zmian.

Co pozwala wypowiedzieć się sportowcom? Myślę, że żyjemy w czasach technologicznego postępu. Czasach, które mogą być przytłaczające, ale pozwalają ludziom użyć ich głosu. Mamy wolność słowa, jeśli ktoś chce się wypowiedzieć, może to zrobić. To trochę produkt naszych czasów. Ale też wynik tego, czego uczyli nas nasi przodkowie. Jeśli czujemy się poruszeni, chcemy się wypowiedzieć – mówiła.

Aż w końcu poszła o krok dalej. Nie tylko się wypowiedziała. Ruszyła do działania. Ruszyła, by wyciągnąć Jonathana Ironsa z więzienia. Ale dlaczego akurat jego?

Znajomość

Maya poznała Jonathana na długo przed tym, jak zaangażowała się w jego sprawę w ten sposób. Jej rodzina pracowała w więzieniu na zasadach wolontariatu na początku stulecia. Ich pierwsze spotkanie miało miejsce w 2007 roku. – Ponad dziesięć lat temu moja rodzina, u której żyłam w Missouri, przedstawiła mi mężczyznę, który był błędnie skazany. To był pierwszy raz, gdy naprawdę pomyślałam o więzieniu, systemie sprawiedliwości i skazanych ludziach. Byłam wstrząśnięta. Zastanawiałam się, jak to możliwe, że szesnastolatek dostał taki wyrok bez fizycznych dowodów? Wyszłam z mojej strefy komfortu typowej dla klasy średniej, w której się wychowałam i pomyślałam: „Gdybym nie miała mojej mamy i mojej rodziny, gdybym była młodym, czarnoskórym chłopakiem, dorastającym bez pieniędzy w tamtych latach, jak wyglądałoby moje życie?” – wspominała Moore.

Jonathanem jako pierwszy zainteresował się jej wujek, który widział w nim – jak to często ujmowano – „potencjał”. Osobę, która mogłaby coś osiągnąć. Stał się dla niego mentorem. Przez tę znajomość sprawie zaczęli się przyglądać kolejni członkowie rodziny. Rodzice chrzestni Moore zatopili się wręcz w dowodach, przeglądali akta. Wszyscy nawiązali pewną więź z Ironsem, stali się dla niego rodziną i postanowili mu pomóc. On sam nie miał na to środków i możliwości.

Przez lata Jonathan stał się częścią mojej rodziny. Dla moich rodziców chrzestnych był wręcz synem. Rutyną stało się sprawdzanie, jak mu się wiedzie. Ktoś, kto przeżył tyle niesprawiedliwości… można by pomyśleć, że stanie się wściekły, pełen przemocy. A to kompletne przeciwieństwo tego, jak on się trzymał. Samo słuchanie o jego przeżyciach przez telefon, listy i odwiedziny, dawało mi sporo inspiracji. Inspirowało mnie światło, które w sobie miał – dodawała Moore.

Maya przyznawała, że gdy pierwszy raz usłyszała o sprawie, nieco obawiała się więzienia i samej osoby Ironsa. Ale szybko przekonała się, jaka jest prawda i kim stał się Jonathan. Jednak gdy już się zaangażowała, mówiła, że w pierwszej kolejności przekonały ją do tego fakty, nie charakter skazanego. Ten tylko sprawiał, że jeszcze trudniej patrzyło się na niego w więzieniu. – Im bardziej go poznawaliśmy, tym bardziej nasza rodzina chciała o niego walczyć. […] Myślałam, że byłam jedną decyzję, jedną rodzinę od bycia taką osobą, niesprawiedliwie skazaną. Nie różnię się przecież tak bardzo od niego. Wiedziałam, że muszę coś powiedzieć. Coś zrobić. Dano mi tak wiele. Miejsce do wypowiedzenia się. Miałam głos. Miałam środki – wspominała.

Postanowiła to wykorzystać. Przedstawiła sprawę szerszej publiczności, zaangażowała się. To dzięki niej wielu dowiedziało się, jak wyglądał pierwotny proces. Dzięki niej opinia publiczna zaczęła reagować. I dzięki niej też wreszcie doszło do ponownego przejrzenia procesu. – Fakty po prostu cię przygniatają. To brzmi jak wymyślone show. Trudno uwierzyć, że coś takiego mogło się stać – mówiła.

Przez wiele lat trudno też było uwierzyć, że coś da się z tym zrobić. Ale dzięki niej otworzyła się furtka.

Walka

Nie będę grała w koszykówkę w tym sezonie – napisała Maya Moore w Players’ Tribune na początku 2019 roku. – Są inne sposoby na mierzenie sukcesu. Sukces, którego uczestniczką byłam w koszykówce, za każdym razem wydaje mi się nie do uwierzenia. Ale sukces w życiu mierzę głównie czymś, czego nie mogę osiągnąć przez sport. Mierzę sukces pytając: „Czy realizuję swój cel?”. […] W 2019 roku skupię się na ludziach w mojej rodzinie. Będzie mi brakować spotkań z koleżankami z drużyny i całą koszykarską rodziną, ale pozwoli mi to powiedzieć „tak” mojej rodzinie i wierze [Moore jest zaangażowaną chrześcijanką – przyp. red.], jak nigdy wcześniej.

Tu jeszcze nie pisała o tym, że chce skupić się na pomocy Ironsowi. Ale jej działania szybko pokazały, że tak właśnie będzie. Choć początkowo zastanawiano się, co sprawiło, że zdecydowała się na taki krok. Była w najlepszym wieku dla zawodniczki, owszem, miała za sobą słabszy sezon, ale to wszystko. Każdy może taki mieć. Wciąż jednak była w stanie grać na poziomie nieosiągalnym dla większości. Jej były trener mówił, że nie wiedział co o tym myśleć. Po prostu był zdumiony.

A ona potwierdzała decyzję w kolejnych wywiadach. I mówiła, że na tamtą chwilę nie wie, czy wróci jeszcze do koszykówki. Dodawała, że poczuła „wezwanie”. I że chwila, gdy się na to zdecydowała, przyszła jeszcze w 2018 roku, kiedy w rozmowie z Cheryl Reeve, powiedziała, że czuje się, jakby zawodziła zespół swoją słabsza grą. Reeve przekonała ją jednak, że nie zawsze musi być perfekcyjna. I to otworzyło jej oczy. Zrozumiała, że ma pełne prawo do podejmowania decyzji, które będą ważne dla niej samej. Nie musi poświęcać dla zespołu całego życia.

Przy okazji przerwy dała sobie trochę czasu na przyjemności. Odwiedziła rodzinę, mogła spać dłużej i nie musiała harować na treningach. Ćwiczyła grę na gitarze, pracowała w ramach wolontariatu w sąsiedztwie. Śpiewała też w chórze w swoim kościele. Oglądała również mecze Lynx w telewizji, choć – jak twierdzi – nie kusiło ją, by wrócić na boisko. A gdy nabrała sił, zaangażowała się w sprawę Ironsa.

Naprawdę chciałam zmienić swoje priorytety na rodzinę i kościół. Próbowałam utrzymać ten czas z dala od mediów, ale sprawa Jonathana to co innego, jestem w nią mocno zaangażowana. Od lat się nią zajmowałam i wiedziałam, że gdy przestanę grać, będę w stanie zaangażować się jeszcze bardziej. To najbardziej znacząca rzecz, w jaką zainwestowałam swój czas. Czuję się uprzywilejowana, mogąc stanąć i użyć swojego głosu dla ludzi, którzy go nie mieli. To honor – mówiła.

Założyła organizację non-profit, nazwała ją Win With Justice. W sprawie Jonathana odpaliła też w Internecie petycję, którą szybko podpisało kilkadziesiąt tysięcy osób. – Petycja Mayi stała się jedną z najszybciej rosnących na stronie w tym tygodniu. Tysiące ludzi odpowiadało na jej wezwanie, oni też chcieli sprawiedliwego procesu dla Jonathana oraz systemu, który byłby bardziej sprawiedliwy dla wszystkich – mówił Michael Jones, dyrektor Change.org, gdzie petycja została zamieszczona.

Nikt wcześniej nie przerwał kariery z takiego powodu. Jasne, Michael Jordan zastopował swoją, ale po to, by zacząć inną – w baseballu. Moore postanowiła walczyć o uwolnienie innego człowieka. A przy tym o reformę całego systemu karnego, który zresztą dobrze przestudiowała. Mówiła, jakie problemy w nim dostrzega i że potrzeba jego reformy. Choć wie, że nie będzie to łatwe. Bo wymagałoby to zaangażowania polityków również na najwyższym szczeblu państwowej hierarchii.

Jako zawodniczka i liderka, która coś osiągnęła w sporcie, mam wrażenie, że wiem co nieco o przywództwie. Widzę prokuratorów jako przywódców w naszym systemie sprawiedliwości. Oni mają wielką moc i odpowiedzialność oraz wielki poziom kontroli nad tym, jak ten system funkcjonuje, i jak jest egzekwowany. Uwielbiam celebrować dobrych liderów, ale mam też dla nich wysokie standardy, bo wpływ, jaki mają, może być wspaniały albo niszczący – mówiła.

Moore udzielała wywiadów, wypowiadała się na spotkaniach, część sama organizowała. Często podróżowała do Jefferson City, gdzie dyskutowała z Ironsem i jego prawnikami, których zresztą pomagała opłacić. Sędzia Green przesłuchiwał też ją i członków jej rodziny. W wyniku tego wszystkiego w październiku ubiegłego roku zezwolił Ironsowi na zajęcie miejsca dla świadków na sali sądowej. Przesłuchano go. To już był przełom. Irons nie mógł tego zrobić w trakcie pierwszego procesu, odradził mu to wtedy przydzielony z urzędu obrońca. Uznał bowiem, że Jonathan był wtedy za młody i źle wyedukowany. Teraz – po ponad 20 latach – Irons w końcu mógł sam opowiedzieć sędziemu o tym wszystkim.

Na początku tego roku Moore – wiedząc, że walka wciąż się nie skończyła – raz jeszcze poinformowała wszystkich, że bierze sobie wolny rok. Drugi z rzędu. Tym ważniejszy, że olimpijski. – Na pewno to bardzo, bardzo dziwne, nie być tam z ludźmi, z którymi grało się przez niemal dekadę. Widok dziewczyn grających beze mnie jest dziwny. Byłam w reprezentacji od kiedy grałam w college’u. Przyzwyczaiłam się do takiego życia – mówiła Maya. Ale postanowienia nie zmieniła.

Będzie nam brakować Mayi, ale szanujemy jej decyzję – mówiła dyrektorka kadry Carol Callan. – To, co czyni ją specjalną, to jej podejście, dedykacja, którą zawsze zarażała nasz zespół. – W podobnym tonie wypowiadała się też Cheryl Reeve. – Przez ostatni rok często kontaktowaliśmy się z Mayą. Wykonała wspaniałą pracę, jest w nią całkowicie zaangażowana. Jesteśmy dumni z tego, jak walczy o sprawiedliwość i używa swych możliwości, żeby wymusić zmianę w społeczeństwie.

Moore powtarzała za to, że podoba jej się to, w którym miejscu swego życia się znalazła. I jest szczęśliwa, nie chce na razie niczego zmieniać. Tym bardziej że wymusiła przynajmniej zalążek tej zmiany, o którą tak walczy. Jonathan Irons został uznany za niewinnego.

Jeszcze krok

Zmiana wyroku to nie koniec. Kilka dni temu prokurator w Missouri złożył apelację, chcąc by Irons pozostał w więzieniu. Wszyscy więc znów mogą pojawić się na sali sądowej. – Wciąż walczymy – mówiła Maya. – On wciąż jest za kratkami. Liczymy jednak, że wykorzystamy ten wyrok i nasze zaangażowanie dla odkrycia prawdy. […] Jedną z najbardziej zachęcających rzeczy jest reakcja ludzi na całym świecie. Ponad sto tysięcy osób podpisało petycję, by powiedzieć, że życie Jonathana ma znaczenie. Pozwólmy, by stała się właściwa rzecz.

– W październiku spędziliśmy cały dzień omawiając fakt po fakcie, udowadniając, czemu w tym oskarżeniu brakuje spójności. Potem wróciliśmy do domu, a Jonathan do celi. Byliśmy wściekli. Nie wiedzieliśmy, że nasz system sprawiedliwości działa w ten sposób. Spędziliśmy cały dzień, przedstawiając wiele dowodów, które wskazywały, że Jonathan został błędnie skazany. A nie mogliśmy nic zrobić aż do marca. Więc naprawdę trudno uwierzyć, że to wszystko się dzieje. Gdyby nie to, że nasza rodzina zetknęła się z Jonathanem, on walczyłby samotnie, bez całego zespołu.

Moore po tym wszystkim mówiła, że chce po prostu odpocząć. Bo wykończyło ją to zdecydowanie bardziej niż najtrudniejsze nawet mecze i turnieje. Chciałaby przez miesiąc czuć spokój i wsłuchiwać się wyłącznie w ciszę, a nie zgiełk miasta czy sali sądowej pełnej dziennikarzy. Zjeść coś dobrego, na spokojnie, bez pośpiechu. Trochę jak po zakończeniu ligi. Ale zdaje sobie sprawę, że nie do końca będzie jej to dane. I że pewnie będzie musiała jeszcze raz wejść na boisko, wykonać decydujący rzut czy kluczowe podanie.

A nawet jeśli nie w tej sprawie, to, jak mówi, na pewno zaangażuje się w kolejne, podobne. Wszyscy zadają sobie przez to pytanie: czy to oznacza, że skończyła się jej kariera? Ma już przecież ponad trzydzieści lat na karku. – To jeszcze nie czas na emeryturę. Emerytura to coś ważnego, jest właściwy sposób na przejście na nią. Ale nie myślę o tym teraz. Mam wiele innych priorytetów – mówiła. Wciąż wspierają ją też klub i reprezentacja. Może więc poświęcić się temu, co poza boiskiem.

A gdy zechce, może wrócić i na nie. Czy skorzysta – czas pokaże. Szczególnie, że igrzyska odbędą się rok później niż planowano.

SEBASTIAN WARZECHA

Fot. Newspix.pl


Subskrybuj
Powiadom o
guest
0 komentarzy
Inline Feedbacks
Pokaż wszystkie komentarze

Aktualności

Kalendarz imprez