Jak co igrzyska – wioślarstwo dorzuca medal. Skąd ta regularność?

Jak co igrzyska – wioślarstwo dorzuca medal. Skąd ta regularność?

Nie ma co ukrywać, że do tej pory Polakom na igrzyskach idzie jak po grudzie. Dziś jednak, wczesnym rankiem, nasza reprezentacja wyciągnęła swoją kartę atutową – wioślarstwo. Dyscyplinę, która już od czasów Sydney – a więc dwudziestu jeden lat – nas nie zawodzi. Igrzyska w Tokio są więc szóstymi z rzędu, z których polskie wiosła wracają ze zdobyczą medalową.

Przypomnijmy – w Sydney i Atenach złote medale zgarnęli Tomasz Kucharski i Robert Sycz w dwójce podwójnej wagi lekkiej. Pekin to słynni „terminatorzy, dominatorzy”, czyli złota czwórka podwójna. W jej cieniu pozostają brązowi medaliści z czwórki bez sternika wagi lekkiej – Miłosz Bernatajtys, Bartłomiej Pawełczak, Łukasz Pawłowski i Paweł Rańda. W Londynie brąz wywalczyły Magdalena Fularczyk i Julia Michalska w dwójce podwójnej. Natomiast w Rio Fularczyk wraz z Natalią Madaj-Smolińską w tej samej dyscyplinie zostały mistrzyniami olimpijskimi. Ponadto Monika Ciaciuch (dziś – Chabel), Joanna Leszczyńska, Agnieszka Kobus oraz Maria Springwald (obecnie Sajdak) wywalczyły brąz w czwórce podwójnej. Dwie ostatnie dziś poprawiły ten rezultat i wraz z Katarzyną Zillmann i Marią Wieliczko zdobyły srebro.

Uprzedzając pytania – nie, nie zamierzamy nagle robić z wioślarstwa fundamentu naszej reprezentacji. Chociażby ze względu na niewielką liczbę konkurencji (po siedem wśród kobiet i mężczyzn) ten sport nigdy nie zostanie podstawą dobrych występów Polaków. A przecież wręcz niemożliwym jest wystawienie osady do każdej z nich – to w naszym kraju sport zbyt niszowy, byśmy doczekali się aż takiego zaplecza zawodników. W tym roku udało się posłać do boju sześć osad. To – jak na warunki zainteresowania tym sportem – naprawdę przyzwoity wynik. I chociaż liczyliśmy na więcej medali, których można było oczekiwać w szczególności od naszych męskich czwórek, to trudno powiedzieć by polscy wioślarze jako ogół jakoś szczególnie zawiedli. Spełnili plan minimum, do którego nas przyzwyczaili – kolejny raz dołożą swój krążek do końcowego dorobku reprezentacji Polski.

Ogółem to już dziewiętnasty krążek, który Polacy wywalczyli w tej dyscyplinie w historii igrzysk. Jeżeli chodzi o same występy na igrzyskach, na dwadzieścia dwa turnieje olimpijskie – licząc też obecnie trwający – w których nasz kraj uczestniczył, wioślarze dwadzieścia jeden razy byli w kadrze i właściwie od samego początku stanowili jej mocny punkt – pierwszy medal zdobyli w 1928 roku. Ten jeden, jedyny wyjątek, gdy w ogóle na igrzyska nie pojechali, to impreza w Londynie, gdzie – jako kraj otrząsający się po wojnie i mający o wiele większe zmartwienia, niż zmagania sportowe – posłaliśmy zaledwie trzydziestu siedmiu sportowców.

Nieliczni, ale fanatyczni

Wspomnieliśmy, że jako kraj nie posiadamy wielkiej liczby zawodników, ale pytaniem otwartym pozostaje, dlaczego tak jest. Otóż to sport wciąż zamknięty dla dużych miast, w których już istnieje odpowiednie zaplecze. A to jest na całkiem niezłym poziomie. Tu prym wiedzie LOTTO-Bydgostia Bydgoszcz – klub, który obecnie święci największe triumfy na krajowym podwórku. W Bydgoszczy istnieje również tor regatowy, na którym można organizować zawody wioślarskie. Jest też Poznań z bardzo dobrze zagospodarowanym jeziorem Maltańskim. To miejsce wręcz kultowe dla naszych sportów wodnych, którego inauguracja miała miejsce już w 1952 roku. Oczywiście uspokajamy, od tego czasu obiekt był wielokrotnie modernizowany – ostatni raz w ubiegłym roku. Znajduje się na nim między innymi tor regatowy, który często jest areną najważniejszych zawodów międzynarodowych. Ale wiosła w innych miastach również nie próżnują. Aktywnie działają w Warszawie, Krakowie, Wrocławiu, Toruniu, Gdańsku czy Szczecinie.

Tylko zawodników brakuje. Wynika to z tego względu, że wioślarstwo jest bardzo trudnym sportem pod kątem wytrzymałościowym. Ponadto, na profesjonalnym poziomie trzeba jednak posiadać do niego odpowiednie predyspozycje fizyczne. Zwróćcie uwagę na naszą czwórkę podwójną mężczyzn, która dziś była o krok od wywalczenia medalu: Fabian Barański – 196 centymetrów wzrostu. Wiktor Chabel – 197. Dominik Czaja i Szymon Pośnik – równo po 188. Jak widać, wioślarze do niskich ludzi nie należą. Chodzi tu przede wszystkim o zasięg ramion, który pomaga w momencie, kiedy wiosło jest zanurzone w wodzie. Chociaż starty w osadach takich jak czwórki czy ósemki dają nieco więcej szans niższym zawodnikom, którzy mogą nadrabiać aspekty fizyczne techniką, to jednak nie każdy się do niego nada na profesjonalnym szczeblu.

Męska czwórka podwójna. Fot. Newspix

Ale ci, którzy zostają, mają zapewnione warunki rozwoju dobrym poziomie. Infrastruktura jest w porządku, a nawet jeżeli nie ma możliwości treningu na wodzie w Polsce – na przykład w zimie – wtedy wyjeżdża się do cieplejszych krajów. Polscy wioślarze w szczególności lubują się w Portugalii. I, jak widać, działa ona doskonale, bo treningi tam przynoszą nam kolejne medale. To jednak mała składowa, a znacznie ważniejsze, niż miejsce pobytu na obozach, wydaje się inna rzecz – że choć nie mamy wielu zawodników, uprawiających na co dzień wioślarstwo, to następuje stała rotacja talentów.

Jasne, część naszych osad to już starsi wioślarze. To nieuniknione, jeśli zawodników na poziomie olimpijskim po prostu jest niewielu. Jednak niemal na każdych igrzyskach możemy też liczyć na to, że pojawią się młodsze talenty. W Tokio to na przykład Fabian Barański (rocznik 1999), Dominik Czaja, Maria Wierzbowska i Katarzyna Zillmann (1995) czy też kilka osób z rocznika 1994. Śmiało można założyć, że w Paryżu wszyscy wymienieni będą w znakomitej formie.

Założyć można jeszcze jedno – że zawodnicy i zawodniczki, którzy zdecydują się przed tamtymi igrzyskami skończyć karierę, będą wspierać kolejne nadzieje medalowe. Bo w polskim wioślarstwie regularnie korzysta się z wiedzy i doświadczenia zawodników, którzy już zdecydowali się odwiesić wiosła na kołku albo po prostu wchodzą w ostatnie lata zawodowej rywalizacji na wodzie. W dodatku środowisko wioślarzy jest ze sobą bardzo zżyte – wszyscy się lubią, kolegują czy przyjaźnią. Czasem nawet przeradza się to w coś więcej – na przykład Monika Cieluch, brązowa medalistka z Rio de Janeiro, wzięła ślub z Wiktorem Chabelem, pływającym w czwórce podwójnej.

Jeszcze jeden składnik naszych sukcesów? Trenerzy. Mamy ich naprawdę na najwyższym światowym poziomie, a oni w dodatku starają się niezmiennie rozwijać. Uczęszczają na dodatkowe kursy,  podpatrują rywali, sięgają po nowe metody treningu, współpracują z ekspertami w zakresie fizjo- czy psychologii. Biorąc pod uwagę, że talentów naprawdę nie mamy tak wiele, bo wioślarstwo po prostu ich nie przyciąga, szkoleniowcy starają się to nadrobić. I udaje im się to, choćby za sprawą treningu dopasowanego do konkretnych zawodników. Tu przydaje się wspomniane wcześniej przekazywanie wiedzy przez weteranów naszych wioseł. Bo i perspektywa zawodnicza jest w tym wszystkim bardzo istotna.

Może więc medali z wioślarstwa nigdy nie będziemy mieć ogrom i już dwa na jednych igrzyskach będą wynikiem naprawdę dobrym. Wiosła jednak pozostaną pewnym punktem naszej reprezentacji, bo choć jeden krążek niezmiennie powinny nam dawać. A czasem będzie to tak ważny medal jak ten w Tokio, przełamujący złą passę naszych sportowców i rozpoczynający medalowe odliczanie, które – miejmy nadzieję – nie skończy się szybko.

Fot. Newspix


Subskrybuj
Powiadom o
guest
2 komentarzy
Najstarsze
Najnowsze Najlepiej oceniane
Inline Feedbacks
Pokaż wszystkie komentarze
Gimbaza
Gimbaza
1 miesiąc temu

no i warto wspomniec, ze jest jeszcze osrodek przygotowan olimpijskich w Walczu, dedykowany dla wiosel i kajakow

Łukasz
Łukasz
1 miesiąc temu

Wymieniając ośrodki szkolące wioślarzy warto wspomnieć też o Grudziądzu, z którego mamy w tym roku dwóch olimpijczyków i trenera “srebrnej” osady 🙂

Aktualności

Kalendarz imprez