Jacek Nawrocki: Jesteśmy coraz bliżej tego, by grać o medale

Jacek Nawrocki: Jesteśmy coraz bliżej tego, by grać o medale

O co ma do siebie pretensje? Czego zabrakło, by z mistrzostw Europy wrócić z medalem? Jaką przyszłość widzi przed kadrą i czego ta potrzebuje, by wejść na najwyższy poziom? Czy wierzy, że polska liga znów może stać się mocna? Czy proces budowania zespołu już się zakończył? Na co możemy liczyć w kolejnych latach w wykonaniu naszej reprezentacji? Na te wszystkie (i wiele innych) pytania odpowiedział na Jacek Nawrocki, trener reprezentacji kobiet w siatkówce.

Po mistrzostwach Europy było więcej pochwał czy krytyki? Bo w Internecie opinie, jak zwykle, różne.

Nie obserwuję nastrojów czy opinii w mediach i Internecie. Natomiast jeżeli chodzi o mój osobisty odbiór, to zdecydowanie więcej było pochwał. Wydaje mi się zresztą, że ten zespół na nie zasłużył. To przecież najlepszy wynik od dekady. I nie mówię tylko o mistrzostwach Europy, ale o całym sezonie: pierwsze miejsce w turnieju w Montreux, awans do Final Six Ligi Narodów, niezły turniej kwalifikacyjny do igrzysk i najlepsza czwórka mistrzostw Europy. To wszystko zasługuje na dobre słowo i pochwałę, a nie krytykę. Zdaję sobie sprawę z tego, że wszyscy porównują siatkówkę żeńską do męskiej, ale w tym momencie to dwie różne dyscypliny.

Mam czasem wrażenie, że dla pana byłoby lepiej, gdyby męska kadra nie odnosiła sukcesów. Porównania byłyby łagodniejsze.

Tak, ktoś już to trafnie powiedział, że sukcesy męskiej kadry przyćmiewają cały kontekst wyniku, tego, co dziewczyny osiągnęły w ostatnich dwóch latach. Oczywiście, tak na pewno jest, ale bzdurą byłoby nie kibicować chłopakom. Tym bardziej że ze zdecydowaną większością z nich miałem okazję pracować. Trudno, na pewno przyćmiewa to nasze wyniki, ale całym sercem będę chłopakom kibicować. Cały czas przeżywam te ich sukcesy.

Moglibyśmy porównać to piłkarsko? Jeśli męska kadra jest, powiedzmy, na poziomie reprezentacji Niemiec, to kobiecą przyrównać można do czego?

Myślę, że męska kadra jest dużo wyżej niż poziom niemiecki, to po pierwsze. W tej dekadzie nasza reprezentacja zapewne całkowicie zdominuje tę dyscyplinę sportu. Już wcześniej mieliśmy olbrzymi kapitał ludzki, chłopaków, którzy wygrywali mistrzostwo świata w 2014 roku, potem doszli kolejni zawodnicy, a teraz będą wchodzić ci, którzy byli najlepsi na świecie w kadrach młodzieżowych. Nie ma innej nacji, która w tym względzie dorównuje Polakom. Pojawienie się Leona to dodatkowe wzmocnienie. Myślę, że Polska reprezentacja będzie długo rządzić. A Niemcy w futbolu często padali ofiarą jakiejś niespodzianki. Jedyne, co może się tu zgadzać, to to powiedzenie, że „gra 22 facetów, a na końcu wygrywają Niemcy”. Tak jest teraz w siatkówce – gra 14, a na koniec wygrywa Polska.

Natomiast jeśli chodzi o siatkówkę żeńską, to ująłbym to inaczej, nie porównywał. W tej chwili w Europie jest pięć bardzo mocnych reprezentacji: Włochy, Serbia, Rosja, Turcja i Holandia. Ta piątka stanowi ten najwyższy poziom. A później, w kolejnej grupie krajów, obok Belgii, Niemiec, Bułgarii czy niedocenianego Azerbejdżanu, jesteśmy my. I walczymy o to, by wejść do ścisłej czołówki. Gdybyśmy spojrzeli na cały świat, to na tym najwyższym poziomie są jeszcze Amerykanki, Chinki i Brazylijki. My, co mówię na podstawie zwycięstw z takimi krajami jak Dominikana czy Japonia, jesteśmy reprezentacją, która może próbować wejść do tej czołówki. To jest realna ocena naszego miejsca.

W takim razie dlaczego na mistrzostwach Europy tylko przed meczem z bardzo słabą Portugalią mówił pan, że jesteśmy faworytami? Słowenia czy Ukraina to chyba zespoły stojące na niższym poziomie?

Zdecydowanie. W trakcie mistrzostw Europy powtarzałem, że jesteśmy w tej drugiej grupie i że te pięć krajów jest wyżej. Przebicie się do dalszych faz jest bardzo trudne, bo zwykle w czwórce występują tylko te reprezentacje. Natomiast my jesteśmy zaraz za nimi i staramy się tam wejść. Jeżeli mówiłem, że nie jesteśmy faworytami w takich meczach jak z Hiszpanią, Ukrainą czy Słowenią, raczej była to chęć zdjęcia presji z drużyny. Nie możemy bać się dziś takich zespołów.

Ale czy to nie działa demotywująco na zawodniczki, gdy przed meczem z Ukrainą słyszą, że nie są faworytkami?

Nie sądzę, by dla dziewczyn miało to jakieś znaczenie. Staram się uciekać od zachowań pełnych pychy czy zarozumialstwa. Co innego być pewnym siebie, a co innego zarozumiałym. Jestem przekonany, że to nie wpływało na pewność siebie zawodniczek. To zbyt małe sprawy, by mogły je ruszyć.

Mówił pan, że jesteśmy na tym drugim poziomie. Czego w takim razie trzeba, żeby wejść na ten najwyższy?

Myślę, że droga, którą obraliśmy, jest dobrą drogą. Muszę tu zwrócić uwagę na doświadczenie tego zespołu, który występował w mistrzostwach Europy czy Lidze Narodów. Na mistrzostwach wyraźnie przegraliśmy z Turcją czy Włochami, zespołami z tego najwyższego poziomu. Czego nam potrzeba? Jeżeli spojrzymy na metryki zawodniczek z tych pięciu najmocniejszych reprezentacji, może nie znajdziemy tam dużo starszych zawodniczek, ale znajdziemy takie, które mają po kilkadziesiąt, sto albo nawet dwieście występów w reprezentacji swojego kraju. I to występów również na mistrzostwach Europy, świata czy igrzyskach. Tego potrzeba też naszym dziewczynom. Myślę, że jeszcze jedna czy dwie duże imprezy i ten zespół będzie wygrywać również z tą piątką. Tak to widzę. Mieliśmy w składzie zawodniczki młode, 22-letnie czy nawet nastolatki. To wszystko pokazuje, że przyszłość będzie należała do naszej kadry. Ja w to wierzę. Ale potrzeba nam jeszcze tego doświadczenia. Musimy rozegrać więcej takich meczów jak te, które graliśmy w Turcji.

Odkąd przed czterema laty objął pan posadę trenera reprezentacji, często powtarza pan słowa o „budowaniu kadry”. Czy ten etap budowy się już skończył czy on wciąż trwa? Bo powiedzmy sobie wprost: to długie budowanie to zarzut, który najczęściej podnosili kibice. Po prostu ich irytowało.

Zgadza się, zdaję sobie z tego sprawę. Trzeba jednak spojrzeć na to, jakie zawodniczki powoływaliśmy trzy czy dwa lata temu, gdy wygrywaliśmy World Grand Prix drugiej dywizji, a jakie znajdują się w kadrze teraz. Wiele z dziewczyn, które grały w tym sezonie, powołaliśmy pierwszy raz dwa lata temu. Jeśli teraz, jako trener, wprowadzam do zespołu kolejną młodą, zdolną osiemnastolatkę, nie mam prawa mówić o tym, że to nadal budowanie? Moim zdaniem mam. Jeżeli chodzi o samą selekcję to oczywiście, nie możemy mówić o tym, że budujemy zespół. Co najwyżej będziemy wprowadzać do niego kolejne zawodniczki z roczników młodzieżowych, które miały ostatnio niezłe wyniki. To naturalny proces. Nie przypominam też sobie, żebym w tym roku krzyczał gdzieś o budowie zespołu. Natomiast tak, przyznaję się, że rok czy dwa lata wcześniej mówiłem tak o pracy z reprezentacją.

Te trzy lata temu, o których pan wspomniał, ten cały proces budowy kadry się zresetował, prawda?

Zgadza się. W momencie, gdy objąłem reprezentację, grały w niej zawodniczki, które pamiętały jeszcze najlepsze czasy żeńskiej siatkówki: Sylwia Pycia, Iza Bełcik, Kasia Skowrońska czy Ania Werblińska. Wówczas postawienie na te dziewczyny było uzasadnione. To były wtedy najlepsze siatkarki w kraju. Walczyliśmy w Igrzyskach Europejskich w Baku, gdzie zdobyliśmy srebro. Potem na mistrzostwach Europy, tam w ósemce wpadliśmy na bardzo mocną Holandię. Potem był turniej kwalifikacyjny do igrzysk, gdzie dziewczyny zagrały bardzo ambitnie, ale trochę nam zabrakło. 2:3 z Włochami, 2:3 z Rosją – przez to nie wystąpiliśmy na igrzyskach. I właśnie po tym rozpoczęliśmy bardzo szeroką selekcję. W jej pierwszym roku powołaliśmy ponad 30 dziewczyn, z których część grała w World Grand Prix drugiej dywizji, a część w Lidze Europejskiej. Dopiero w następnym sezonie spuentowaliśmy ten proces.

Były zawodniczki bardzo doświadczone, a potem do kadry nagle trafiły dwudziestolatki, często młodsze o dobrą dekadę. Czy to oznacza, że mieliśmy dziurę pokoleniową, to stąd te problemy kadry?

Luka była, ale nie nazywajmy tego „dziurą pokoleniową”, to trochę złe określenie. Myślę, że musimy mówić o luce, gdyż część zawodniczek, występujących jeszcze obok tych doświadczonych gwiazd naszej siatkówki, grało w ich cieniu. Później przecież Piotr Makowski próbował wprowadzić wiele młodych dziewczyn, z których wiele potem sam powoływałem do kadry. Tym dziewczynom, grającym w reprezentacji samotnie, bez doświadczonych zawodniczek, było bardzo trudno przejść na poziom, o którym marzyliby kibice. Nie chodzi więc o to, że tych dziewczyn nie było, ale one po prostu nie grały głównych ról w klubach i kadrze. A siła reprezentacji często oparta jest na dwóch-trzech bardzo mocnych dziewczynach. W takiej Serbii są trzy-cztery zawodniczki wyróżniające się na świecie, a pozostałe pewnie poziomem nie odstają od tych z innych reprezentacji. Nam zabrakło więc wtedy nie tych pozostałych, a właśnie kilku na najwyższym poziomie.

Przewija się tu gdzieś w tle wątek ligowy. Rozmawiałem niedawno z Mileną Sadurek, która powtarzała, że nasza liga jest stosunkowo słaba. Dodawała też, że tak naprawdę dla młodych zawodniczek najlepszą drogą jest transfer i jeśli tylko mogą przejść do lepszych rozgrywek, powinny od razu uciekać z Polski. Czy więc na bazie tej ligi, która nie jest mocna, a nasze drużyny nie liczą się w Europie, da się zbudować kadrę?

Wszystko tak naprawdę zależy od dziewczyn. Jeżeli one, grając w tej lidze, będą dążyły do własnego rozwoju i traktowały tę ligę nie tylko jako możliwość zarobku, ale szansę rozwoju, pokazania się, to wierzę, że przy użyciu ich sporej świadomości, jesteśmy w stanie z nich korzystać w kadrze. Wierzę też w to, że nastąpi wzmocnienie tej ligi, już w tym sezonie. Myślę, że jedna rzecz nakręci drugą i ten bardzo dobry występ reprezentacji poprawi koniunkturę w lidze.

Czyli wierzy pan, że ta liga stanie się mocniejsza, a ponadto wróci moda na siatkówkę kobiecą? Bo przecież pamiętamy, że kilka lat temu mecze choćby Muszynianki z Bielskiem były sporym wydarzeniem medialnym. Teraz nawet derby Łodzi nie są tak szeroko opisywane, choć ze względu na oprawę czy kibiców się przebijają.

I tu wracamy do tej luki, o której wcześniej mówiliśmy. Pracując w siatkówce męskiej bardzo często siadałem z zainteresowaniem właśnie do konfrontacji Bielska, Muszyny, Piły czy Kalisza. Pamiętam to. Teraz tego nie ma, ale liczę, że ta lepsza gra reprezentacji będzie miała przeniesienie na to, co się dzieje w klubach. Cały czas jednak odnoszę się tu do świadomości dziewczyn – mam nadzieję, że one wezmą sprawy w swoje ręce i będą starały się pójść do przodu. W zeszłym roku faktycznie tylko derby Łodzi przyciągały dużą liczbę publiczności, ale też mam w pamięci to, co kibice zrobili na meczach kadry. Liczę, że to również przeniesie się na naszą ligę. Potrzeba tylko trochę cierpliwości.

Poza tym do ligi będą wchodziły też następne dziewczyny, które swoją ambicją powinny sprawić, że ta siatkówka żeńska będzie traktowana poważniej. Mieliśmy do czynienia z latami, gdzie nawet młode dziewczyny, wchodząc do zespołów, w których były gwiazdy, nie miały siły przebicia i ginęły. Nie osiągały poziomu, który mogłyby osiągnąć, gdyby dano im większą odpowiedzialność w grze. Mam wrażenie, że teraz sytuacja jest nieco inna. Wiele młodych zawodniczek weszło do składów, grało w podstawie i przychodzi czas na to, żeby spuentowały ten swój rozwój coraz lepszą grą.

Dochodzimy tu do pewnego paradoksu. Bo tyle młodych dziewczyn weszło do ligi przecież właśnie dlatego, że ta stała się słabsza i zabrakło w niej gwiazd.

Dokładnie tak, o tym mówię. Te gwiazdy powodowały, że dziewczyny, które wchodziły do zespołów ligowych, trochę się „woziły” na tych doświadczonych zawodniczkach. Dziś to one muszą wziąć sprawy w swoje ręce, muszą grać pierwsze skrzypce. Tak naprawdę dopiero teraz będą mogły pokazać swoją wartość. Nie ma lepszej motywacji.

Jeszcze jeden paradoks. Bo pojawia się tu wniosek, że jeśli one tę ligę wzmocnią, jeszcze raz trafią do niej gwiazdy, a przez to znów może dojść do załamania naszej kadry. Najnowsza historia uczy nas przecież, że z tego najwyższego poziomu – dwóch złotych medali mistrzostw Europy – bardzo łatwo spaść. Stąd pytanie: co zrobić, by do tego nie doszło, gdy na powrót się tam znajdziemy?

Dobre pytanie. To nie jest też tak, że młoda zawodniczka od razu zapewni dobry poziom w lidze, jej potrzeba kilka sezonów. Dla przykładu: przyjmująca musi przejść przez wiele meczów, gdzie będą na nią zagrywać. Wtedy się rozwinie. Ten czas jest potrzebny, to jedna rzecz. Inna rzecz to selekcja do reprezentacji młodzieżowych oraz mądre kierowanie swoimi karierami przez same dziewczyny. Jeżeli te dwa warunki będą spełnione, to i liga, i reprezentacja będą miały odpowiedni poziom.

Sposobów na mocne ligi – poza względami finansowymi – raczej nie ma. W przypadku reprezentacji są jednak różne modele. Zespół Holandii oparty jest o dwa-trzy roczniki. Ich zawodniczki, nie mając mocnej ligi u siebie, wyjeżdżały do Niemiec czy nawet Polski. Tu nabierały doświadczenia, a dopiero potem lądowały w Turcji czy Włoszech. W Serbii z kolei te najzdolniejsze dziewczyny wyjeżdżają do najmocniejszych lig, a te nieco mniej uzdolnione do słabszych, by tam się rozwijać. Liczę jednak, że siatkówka jest na tyle popularną dyscypliną w naszym kraju, że my po prostu nie możemy sobie pozwolić na odpuszczenie ligi. Właśnie ze względu na popularność dyscypliny.

Myślę, że powinniśmy iść drogą, w której najlepsze dziewczyny, mające propozycje z najsilniejszych lig, po prostu tam idą i grają. A te, które chcą się jeszcze rozwijać, niech nabierają umiejętności u nas, w naszej lidze. Te elementy powinny stać się spójne za jakiś czas, a przez to powinna wzmocnić się nasza siatkówka. Tym bardziej, że wcześniej – tu znów wracamy do tej luki – nasze kadry młodzieżowe długo miały problem ze zdobywaniem medali. Ale w zeszłym roku nasze juniorki zdobyły brązowy medal mistrzostw Europy. Rok wcześniej zajęły też szóste miejsce na świecie, w tym za to piąte. A zabrakło w tym roku w tej kadrze takich dziewczyn jak Ola Gryka czy Magda Stysiak. Gdyby one były, pewnie byłby i medal. To powoduje, że na kobiecą siatkówkę możemy patrzeć z nadziejami.

To zdolne pokolenie faktycznie wchodzi do seniorskiej siatkówki – Magda Stysiak już się w nim pokazała z jak najlepszej strony. Ale równocześnie słyszałem stwierdzenia, że w Szkole Mistrzostwa Sportowego w Szczyrku ogółem jest mniej dziewczyn, bo mniej się ich po prostu garnie do siatkówki. Faktycznie widać takie tendencje?

Uważam, że tych utalentowanych dziewczyn jest coraz więcej. Jeżeli z tego SMS-u nie wyjdzie cała plejada zawodniczek, to proszę mi wierzyć, że mam na oku ze cztery zawodniczki, które, tak uważam, za rok czy dwa wskoczą na poziom międzynarodowy. Jedna zresztą byłaby już w tym roku w reprezentacji, jednak kontuzja spowodowała, że się w niej nie znalazła. Co do całej sytuacji musimy też rozdzielić to, co działo się jakieś pięć lat temu od tego, co dzieje się w ostatnich trzech latach, które wyglądają lepiej. Potrzeba czasu, by zobaczyć te dziewczyny w reprezentacji seniorek. Proszę zauważyć, jak różnie wyglądali siatkarze z roczników 1994-96 za kadencji De Giorgiego, a jak inaczej po kolejnym roku przy Heynenie. Nie chodzi tu tylko o zmianę trenera. Ci zawodnicy trafili do lig i w swoich zespołach mieli powierzone odpowiedzialne zadania. Te same, o których mówię, że muszą je dostać też dziewczyny. I mam wrażenie, że w zeszłym roku mogliśmy mówić już o tym, że te młode dziewczyny dostają odpowiedzialne funkcje. Wcześniej tego nie było. Wymienię tu Magdę Stysiak, Zuzę Górecką, Marię Stenzel, wcześniej Natalię Murek czy Kingę Różyńską. One będą coraz więcej grały i to jest tak naprawdę potrzebne też do rozwoju tej reprezentacji. Tego się nie zbuduje w ciągu roku, bo nie mieliśmy takich roczników jak Turcy, gdzie ich reprezentacje młodzieżowe zdobywały regularnie medale wielkich imprez.

Wspomniał pan Zuzannę Górecką. Wcześniej mówił pan też, że te młode zawodniczki potrzebują jednego, może dwóch większych turniejów do ogrania się w kadrze. Czy nie warto byłoby więc, żeby Zuza pojawiła się w takim razie na tych mistrzostwach Europy i zaznała ich atmosfery?

Oczywiście, że byłoby to dla Zuzy świetne doświadczenie. Decyzję o jej niepowołaniu podjąłem tak naprawdę w ostatniej chwili. Byłem bardzo bliski jej uwzględnienia w składzie, ale jednak stwierdziłem, że zamkniemy się wśród innych skrzydłowych. Inaczej byłoby pewnie, gdybyśmy nie podzielili rocznika 2000 patrząc na priorytety w tym sezonie. Dla jednych celem były mistrzostwa świata juniorek, a dla innych zawodniczek siatkówka seniorska. Ale tak, zgadzam się, że mogło dojść do powołania Góreckiej na mistrzostwa Europy i byłoby to dla niej wielką korzyścią.

Pytam o to też dlatego, że w trakcie mistrzostw Europy jednym z częściej podnoszonych zarzutów było to, że nie wykonywał pan zbyt wielu zmian w krytycznych momentach – sztandarowym przykładem był chyba drugi set meczu o trzecie miejsca z Włoszkami. Czy w takim razie nie znalazłoby się to miejsce dla Góreckiej, skoro zmian i tak było niewiele? Choćby po to, by poczuła atmosferę mistrzostw.

Co do prowadzenia meczu, o którym pan wspomniał, to odsyłam jednak wszystkich, by stanęli przy linii i reagowali zawsze tak, jak trzeba. Trener, który stoi obok boiska ma czasem nadzieję, że dana zawodniczka się odrodzi, nie chce zdejmować jej po pierwszych dwóch błędach. Kibice dostrzegają głównie te momenty, gdy zmian zabrakło. Myślę jednak, że sporo było spotkań, gdy je wykonaliśmy, ale nikt tego nie zauważył. Wiele było też sytuacji, w których zmian nie przeprowadziliśmy, zawodniczka się odrodziła, zagrała dobrze, wygraliśmy seta i mecz, a tego też nikt nie dostrzegł. Kto stał przy linii w trakcie meczu ten wie, o czym mówię, a kto nie stał, to sorry, nigdy nie będzie wiedział.

Wracając do Zuzy – tak, jak też uważam, że może trzeba było ją powołać na te mistrzostwa. Nie powiem, że to był błąd, że jej tam nie było, ale na pewno dla jej rozwoju lepsze byłoby, gdyby na tych mistrzostwach się znalazła, to nie podlega dyskusji. Ale w takim razie zadaję pytanie każdemu, kto tak twierdzi: kogo nie powinno być w składzie?

Spodziewałem się tego pytania.

Zadaję je, bo mieliśmy trzy zawodniczki grające sporo: Magdę Stysiak, którą wprowadzaliśmy w tym sezonie oraz Martynę Grajber i Natalię Mędrzyk, które są najbardziej doświadczone na międzynarodowych boiskach i nie sposób byłoby z nich zrezygnować. Do tego była Ola Wójcik, którą chcieliśmy przywrócić do reprezentacji, bo wcześniej borykała się z kontuzją. Być może w jej przypadku kilka szybszych zmian byłoby faktycznie wskazanych, tu faktycznie miałem do siebie pretensje. Poza tymi zawodniczkami mieliśmy Martynę Łukasik, w którą też inwestujemy, bo to siatkarka bardzo utalentowana. Zresztą porównajmy roczniki: Martyna Łukasik to rok 1999, a Zuza Górecka 2000. Cały czas mówimy więc o inwestycji w bardzo młode dziewczyny. Tak samo można by pytać o brak na przykład Oliwii Bałuk. Takich pytań mogłoby być sporo, ale spokojnie, wydaje się, że to wszystko idzie w bardzo dobrym kierunku.

Zostańmy przy tych mistrzostwach Europy. Czego pana zdaniem zabrakło do medalu? Czwórka była, oczywiście, sukcesem, ale wydawało się, że i z Turcją, i z Włoszkami można było powalczyć.

Dziewczyny bardzo chciały zagrać dobrze ten półfinał z Turczynkami. W nim spotkaliśmy się – poza wygranym trzecim setem – z mocną grą w wykonaniu rywalek. To nie był przypadek, one to pokazały też przeciwko Serbkom w finale. Trudno jest po prostu przeskoczyć o ten poziom czy dwa poziomy, żeby dorównać Turczynkom. Mimo tego, że sety przegrywaliśmy dość wysoko, to w mojej opinii dziewczyny robiły, co mogły i starały się uzyskać jak najlepszy wynik. Szczególnie ta dominacja na zagrywce w zespole Turcji dała nam się we znaki. W momencie, gdy my dobrze serwowaliśmy, to wygraliśmy seta.

Natomiast w meczu o trzecie miejsce miałem wrażenie, że Włoszki i tak kontrolowały grę. Nawet, gdybyśmy weszli na wyższy poziom, to one też wrzuciłyby wyższy bieg. W tym spotkaniu zdecydowanie zabrakło nam zagrywki. Zagraliśmy w niej słabo, nie odrzuciliśmy Włoszek od siatki, nie zagraliśmy kilku asów. To mieliśmy w meczu grupowym, ale nie w walce o brąz. Możemy też się denerwować na kilka piłek sytuacyjnych, które wpadły nam w boisko, ale to już była konsekwencja tego, że zagraliśmy słabo zagrywką. Myślę jednak, że za drugim czy trzecim spotkaniem o takiej stawce, dziewczyny zagrają dużo lepiej i je wygrają.

Skoro wcześniej mówiliśmy, że jesteśmy na tym drugim poziomie, a nad nami jest pięć mocnych reprezentacji, to czy ta czwórka to dla nas wynik ponad stan?

Sport ma to do siebie, że startując nie w roli faworyta da się wygrywać spotkania z tymi, którzy teoretycznie stoją od nas wyżej. Określenie „ponad stan” byłoby jednak krzywdzące dla dziewczyn. To po prostu bardzo dobry wynik. Takie podszczypywanie, dziobanie faworytów jest najpiękniejsze. I nas już stać na to, by w jakimś meczu z Turcją czy Włochami sprawić niespodziankę. Nie stać nas jednak na to, by powiedzieć, że jesteśmy od nich lepsi.

Bardzo dyplomatycznie.

Bo to niezwykle trudno ująć. Jak się powie „ponad stan”, to kogoś się krzywdzi, ktoś przecież ten rezultat wywalczył. Dziewczyny mogłyby się poczuć nieswojo. Natomiast ja ten wynik uważam za bardzo dobry. Jesteśmy coraz bliżej tego, żeby grać o medale. Absolutnie jednak nie możemy powiedzieć, że w walce o nie jesteśmy faworytami.

Jak dziewczyny reagowały na to, że nie udało się zdobyć medalu? Bo jeszcze po 1/4, przed wyjazdem do Turcji, Malwina Smarzek mówiła, że czwórkę wzięłaby wcześniej w ciemno, ale kiedy szansa na medal przeszła koło nosa, to jakie były reakcje?

Apetyt rośnie w miarę jedzenia. Wszyscy wzięlibyśmy to czwarte miejsce w ciemno. Ja sam przed mistrzostwami bardzo chciałem, żebyśmy grali do ostatniego meczu w Polsce, żeby żadna runda w naszym kraju odbyła się bez naszego udziału. Musieliśmy więc wejść do ćwierćfinału i taki wynik też w ciemno bym wziął, dziewczyny pewnie też. Ale w sytuacji, gdy byliśmy tak blisko medalu, to wiadomo, że ten niedosyt musi się wkradać. I niech się wkrada, niech będzie trochę żalu, zdenerwowania, bo to może wyłącznie nakręcić te dziewczyny w następnej imprezie.

Dostrzega pan wciąż jakieś spore problemy w grze kadry?

Wciąż czeka nas dużo pracy. Ten zespół wymaga rozwoju drużyny, zgrania. Proszę zauważyć, że poprzednie dwa sezony graliśmy raczej w podobnym ustawieniu personalnym, a w tym roku wprowadziliśmy nieco zmian. Potrzeba na pewno również rozwoju indywidualnego u dziewczyn: zarówno technicznego, jak i tej świadomości, odpowiedzialności. Do poprawienia jest każdy element. Nie widzę natomiast czegoś bardzo dołującego, co skutkowałoby porażkami. Z drugiej strony nie ma też czegoś, co moglibyśmy wskazać i powiedzieć, że dzięki temu wygrywamy.

Wspominał pan wcześniej, że te najlepsze kadry mają po trzy-cztery liderki. Czy więc naszym problemem nie jest wciąż uzależnienie w punktowaniu od Malwiny Smarzek? W Lidze Narodów była jednoosobową armią, a i na mistrzostwach Europy było widać, że gdy jej forma się obniża, to cierpi na tym cała kadra. Trzeba to bardziej rozłożyć?

Potrzeba danego meczu, taktyka obierana na konkretne spotkanie, sposób prowadzenia piłki przez rozgrywającą – to wszystko wpływa na tę dystrybucję. Czasem Malwina dostaje więcej piłek, czasem mniej. Pamiętam, że w zeszłym roku, gdy grę w Lidze Narodów prowadziły Marlena Pleśnierowicz i Julia Nowicka, to rzeczywiście mnóstwo piłek było wysyłanych do Malwiny, ale sporo też na środek. Taką przyjęliśmy wtedy taktykę i to było wówczas skuteczne. W tym roku w Lidze Narodów było podobnie, ale potem – tak mi się wydaje – nastąpiła próba zrównoważenia tej dystrybucji. Gdy grę prowadziła Asia Wołosz, to ono nastąpiło. W ataku doszła Magda Stysiak, sporo dobrego robiła też Natalia Mędrzyk. Malwina na mistrzostwach Europy nie atakowała tak dużo razy jak w Lidze Narodów. Czy to jest dobry kierunek? Byłbym ostrożny z wnioskami. Po prostu są mecze, gdy nasza atakująca musi dostawać więcej piłek, a są takie, gdzie powinniśmy tę dystrybucję przerzucić bardziej na lewe skrzydło i środek. Wraz z rozwojem tej reprezentacji, będzie to bardziej zrównoważone.

Gdyby teraz zabrakło w jakimś spotkaniu Malwiny Smarzek, to byłby pan spokojny o nasze punktowanie? Pytam, bo na horyzoncie widać kwalifikacje olimpijskie, w których teoretycznie może jej zabraknąć.

To tak, jakby zadać trenerowi Włoch pytanie, co by było, gdyby nie było Paoli Egonu w meczach o medale. Trudno jest pokryć stratę liderki, trzeba szukać innych możliwości. Myślę, że nasza kadra ma coraz większe możliwości ofensywne. Ameryki jednak nie odkryję, jeśli powiem, że nieobecność Malwiny byłaby olbrzymią stratą. Bo to zawodniczka punktująca nie tylko w ataku, ale też przy zagrywce czy na piłkach sytuacyjnych. W mistrzostwach Europy jej zmienniczką była Kasia Zaroślińska-Król, która też bardzo dobrze prezentowała się na treningach, natomiast wchodziła rzadko, bo Malwina grała naprawdę bardzo dobrze. Jako sztab nie widzieliśmy konieczności jej zdejmowania z boiska. Piłki nieskończone nie były ku temu powodem, bo ona się nakręca i czym więcej piłek dostaje, tym lepiej gra. Myślę jednak, że Kasia też była dobrze przygotowana do tego grania i w tych trudnych meczach mogłaby sporo pokazać.

Czy kadra dojrzała w trakcie tego turnieju?

Myślę, że tak. Było kilka doświadczonych zawodniczek i one specjalnego skoku pod tym względem pewnie nie zaznały. Natomiast mieliśmy 19-letnią skrzydłową, 20-letnią libero, zawodniczki, które mają po 23 lata… One wszystkie zrobiły olbrzymi krok jeżeli chodzi o siatkarską dojrzałość.

Za kilka miesięcy, jak już wspomnieliśmy, ostatnia szansa na igrzyska olimpijskie. Jeśli się nie dostaniemy to będzie to minus dla kadry czy też po prostu coś, co trzeba będzie przyjąć do wiadomości ze względu na trudność turnieju kwalifikacyjnego?

Mówiłem już, że żeby znaleźć się na igrzyskach, trzeba być w najlepszej trójce, może czwórce w Europie. Reprezentacja słabsza po prostu na igrzyska nie pojedzie. To nie jest też tak, że my umiejętnościami będziemy odbiegać od tych, którzy w Tokio się pojawią. Znajdzie się tam na pewno kilka krajów dużo słabszych od nas. Turniej kwalifikacyjny będzie bardzo trudny, wystąpią tam przecież nie tylko reprezentacje Turcji czy Holandii, ale Bułgaria, Azerbejdżan, Belgia, Niemcy… Przed takim turniejem nie można powiedzieć nic innego, jak tylko to, że jedziemy tam powalczyć na całego o awans.

Czyli kibicom mówimy, żeby traktowali to z dystansem? Bo zauważyłem, że w wielu wypowiedziach prosi pan kibiców właśnie o ten dystans. Pana zdaniem coś takiego w ogóle ma szansę się wydarzyć – kibice, którzy go zachowują?

Nie, nie. Kibice po to są kibicami, żeby dystansu nie zachowywali. Oni muszą patrzeć na to wszystko bardzo pozytywnie i żądać przy tym wyników. Ja to rozumiem. Dziennikarze zresztą również mają swoje zadania, zawsze będą szli w kierunku wyznaczania drużynie celu. Natomiast realnie to wszystko oceniając, to dla nas będzie to po prostu bardzo trudny turniej. Tyle mogę powiedzieć. Ale woli walki nikt nam nie zabierze, dziewczyny na pewno wyjdą na boisko naładowane. Tak, jak to było na mistrzostwach Europy czy w Lidze Narodów. Natomiast faktycznie, wszystkich niecierpliwych proszę o spokojną, obiektywną ocenę. Bo zbudowanie reprezentacji, która ma wygrywać zawsze i wszędzie – jak to wymagamy teraz od chłopaków – nie trwa rok czy dwa lata.

Ostatnie pytanie. Podobno najtrudniej jest oceniać samego siebie. Pan byłby w stanie wystawić sobie ocenę za te pięć sezonów pracy?

Nie, absolutnie. Mogę za to powiedzieć, że analizując swoją pracę mam do siebie wiele pretensji i widzę, że wiele rzeczy mogłem zrobić inaczej. Staram się do swoich następnych ruchów podejść jak najlepiej i dbać o swój rozwój. Nie jest tak, że jestem zadowolony. Nie będę się też jednak biczował, bo nie o to chodzi. Z perspektywy czasu – tak, zdaję sobie sprawę z tego, że kilka ruchów powinienem wykonać inaczej. Traktuję to jak naukę i w każdym następnym dniu pracy będę starał się to naprawić. Jednak dodam też, że praca z tą kadrą daje mi mnóstwo satysfakcji, dużo więcej niż pretensji.

ROZMAWIAŁ SEBASTIAN WARZECHA

Fot. Newspix


Aktualności

Kalendarz imprez