Projekt na wzór NBA w światowym pływaniu! Jak wygląda od środka?

Projekt na wzór NBA w światowym pływaniu! Jak wygląda od środka?

Ponad trzystu pływaków, jedna węgierska wyspa i kilka tygodni zmagań na najwyższym poziomie. Władze International Swimming League dokonało czegoś, co w tym roku mogło wydawać się niemożliwe – przywróciły światową, elitarną rywalizację na basenach. To projekt na wzór NBA – zawodnicy znajdują się w “bańce”, której nie będą opuszczać, dopóki sezon nie dobiegnie końca. Jak to wszystko wygląda od środka? 

Pandemia uderzyła w pływanie jak w żaden inny sport. W ciągu roku odwoływane były wszystkie najważniejsze imprezy, na czele z mistrzostwami Europy oraz świata. International Swimming League przychodzi z pomocą, wyciąga rękę do ludzi, którzy – gdyby pozostali w swoim kraju – mogliby mieć problem z przeprowadzeniem normalnego treningu. A także dostarcza fanom tej dyscypliny jakże wyczekiwanych emocji.

Z czym się to je? W ligowej rywalizacji bierze udział 10 drużyn, których barwy reprezentują też Polacy. Katarzyna Wasick, Alicja Tchórz, Jakub Skierka, Michał Poprawa oraz Jan Świtkowski pływają dla New York Breakers, natomiast Radosław Kawęcki, Kacper Majchrzak oraz Marcin Cieślak dla Cali Condors. Sezon wystartował 16 października i potrwa ponad miesiąc – do 22 listopada. W tym czasie pływacy nie będą mogli opuszczać miejsca tymczasowego pobytu – wyspy Małgorzaty zlokalizowanej w granicach Budapesztu.

To druga edycja International Swimming League. Pierwsza miała miejsce w ubiegłym roku i – co nie dziwi – wyglądała kompletnie inaczej. Przede wszystkim starty rozłożyły się na okres trzech miesięcy. I zawitały do kilku krajów. Ale cóż, w obecnych realiach nie byłoby to możliwe.

Bezpieczeństwo przede wszystkim

Wszyscy uczestnicy ISL przeszli dwa testy na obecność COVID-19 jeszcze przed przylotem do stolicy Węgier. Następnie czekał ich kolejny, na który zostali zabrani prosto z lotniska. I już po zameldowaniu się w hotelu na wyspie Św. Małgorzaty – czwarty. Jeśli wszystkie wyniki okazały się negatywne, dostali zielone światło na udział w lidze.

Na tym się jednak nie kończy. Kolejne badania są przeprowadzane co pięć dni. – Zwykle wyniki otrzymujemy z samego rana, dlatego od razu wiadomo, czy ktoś nie jest zakażony – mówi nam Marcin Cieślak, medalista mistrzostw Europy na krótkim basenie i zawodnik Cali Condors. Taka formuła ma na celu niedopuszczenie do sytuacji, w której osoba zakażona będzie – choćby przez krótki czas – panoszyć się po kompleksie.

Pozytywny wynik nie oznacza jednak od razu końca przygody w ISL. – Kierują cię wtedy na kwarantannę – kontynuuje Cieślak. – Mają miejsce kolejne testy, też dlatego, że czasami może wyskoczyć fałszywy wynik.  Możliwe, że będziesz też skierowany na badania krwi, badania przeciwciał. Jeśli okaże się, że wszystko jest okej, jesteś wolny. Natomiast, gdy ktoś faktycznie ma koronawirusa, musi siedzieć na kwarantannie, aż wyniki będą wychodzić negatywne. Może to potrwać nawet dwa tygodnie.

Walka z koronawirusem nie ogranicza się jednak wyłącznie do samych badań. Pływacy muszą nosić maseczki – i to nie tylko podczas, na przykład, kontaktu z obsługą hotelu. Nie zdejmują ich nawet podczas rozgrzewki przed startami czy przemieszczania się po hotelu. Twarz można odsłonić dopiero tuż przed wskoczeniem do wody czy też na stołówce, gdy zasiada się do posiłku.

Nie ma jednak mowy o wspólnym biesiadowaniu z kilkunastoma zawodnikami. Każdy zasiada do osobnego stolika, oddalonego od innych o półtora metra. To oczywiście nie ogranicza okazji do rozmów, bo wciąż w czasie posiłków najłatwiej o nawiązywanie kontaktów czy po prostu – rozmowę. W końcu, co nie jest żadnym zaskoczeniem, pokoje w hotelach również są jednoosobowe.

– Powagę sytuacji da się naprawdę odczuć. Mówię o testach, całym procederze, zachowywaniu ostrożności podczas treningów, różnych spotkań z drużynami medycznymi. Widać, że to wszystko jest przemyślane i w organizację ligi byli zaangażowani ludzie, którzy mają doświadczenie w walce z tym wirusem – zauważa Cieślak.

Na wyspie, na której przebywają pływacy, znajduje się pięć basenów. Zawody są zaś przeprowadzane na “Duna Arenie”. Po każdym treningu obsługa dezynfekuje wszystko, co wymaga dezynfekcji: poręcze, których dotykali zawodnicy czy ławki, na których siedzieli. Ma miejsce równie rotacja, to znaczy – każda drużyna trenuje po kolei na każdym z basenów. Miejsca treningów się zatem powtarzają, owszem, ale z pewnym odstępem czasowym.

Cieślak: – Mamy nawet w drużynie “strażników covidowych”, którzy pilnują, czy się wszystkiego trzymamy. To są też osoby, które pełnią rolę doradców zespołu, ale zwracają uwagę na regulamin. W razie, gdyby jakiś zawodnik notorycznie go nie przestrzegał, nie nosił maseczki, to mogą nawet wykluczyć go z ligi czy odjąć jego drużynie punkty w tabeli. Musimy też po prostu trzymać dystans, nie tworzyć większych zbiorowisk. Czujemy dużą troskę o nasze bezpieczeństwo. Przez to, że zasad jest dużo, czujemy, że zostały one stworzone dla dobra wszystkich.

Jak brać przykład, to z najlepszych 

Podczas czytania tego tekstu, może wam chodzić po głowie NBA. Jak najbardziej słusznie, bo władze International Swimming League faktycznie wzorowały się na Amerykanach. Jeśli nie jesteście w temacie – najlepsza koszykarska liga świata dokończyła swój sezon w kompleksie Disneylandu, do którego dostęp mieli tylko zawodnicy, sztaby szkoleniowe, obsługa (czyli m.in. ochrona czy kucharze), a także dziennikarze. Kwestie bezpieczeństwa, ograniczenia kontaktu pomiędzy mieszkańcami “bańki” – wszystko wyglądało podobnie do tego, co przygotowali organizatorzy pływackich rozgrywek.

– Czasem nawet przywołują NBA – że fajnie się tam wszystko udało, wszyscy przestrzegali zasad, testowanie przebiegało bezproblemowo. Udało się dokończyć sezon bez żadnych katastrof pijarowych i uszczerbków na zdrowiu. Miejmy nadzieję, że będzie też tak w naszym przypadku – dodaje Cieślak.

Mówiliśmy już o całej profilaktyce przeciwko wirusowi – jak natomiast wygląda przeciętny dzień zawodnika International Swimming League? – Zaczyna się od wczesnej pobudki. Potem mamy śniadanie i zazwyczaj wyjazd na basen, na którym pływamy w godzinach 8-10 albo 9-11. Następnie wracamy do hotelu, mamy lunch i w zależności od tego, czy jest popołudniowy trening, idziemy na basen lub udajemy się na jakiś spacer. Nie ukrywam, że to duży luksus wyrwać się z tego hotelu na półtorej godziny, szczególnie że ostatnio mieliśmy parę słonecznych dni. Przy wyjściu musimy zapisać swoje imię, a jak wracamy, mierzą nam temperaturę i potwierdzają tożsamość. Wieczorem, wiadomo, kolacja. Staramy się też spędzić trochę czasu w gronie drużyny, czymś zająć. Trochę pracujemy, trochę gramy w jakieś gry i póki co jest naprawdę miło, nie odczuwam żadnej frustracji. Dużo się dzieje, nie ma miejsca na nudę – opowiada Marcin Cieślak.

Marcin Cieślak w akcji

Pływacy muszą ściśle trzymać się regulaminu – opuszczenie wyspy nie wchodzi w grę, wiąże się z automatyczną dyskwalifikacją, nawet jeśli wystąpią problemy rodzinne. “Dezerter” nie może wrócić do rywalizacji, ponieważ samo ponowne testowanie zajęłoby zbyt dużo czasu. Z drugiej strony aktywności jest tyle, że ten “reżim” staje się mało odczuwalny, nie ma mowy o byciu zamkniętym w pokoju. Co do spacerów – wyspa Małgorzaty ma 2 kilometry długości, więc obejście jej w całości wcale nie jest takie łatwe. Szczególnie że po porannym treningu czy zawodach, długie wycieczki nie są koniecznie czymś, na co ma się ochotę.

Choć branie udziału w International Swimming League stanowi niezłą okazję do bliższego poznania zawodników z całego świata, to integracja odbywa się głównie w kręgu drużyny. Grupa Polaków, która broni barw New York Breakers mieszka choćby w innym hotelu, niż zawodnicy z Cali Condors. A z racji, że zespoły podczas treningów nie mieszają się z innymi ekipami, bo mają basen tylko do swojej dyspozycji, a stołówek również jest sporo – Cieślak, Majchrzak i Kawęcki mieli okazję spotkać Kasię Wasick czy Alicję Tchórz dopiero podczas samych zawodów.

W tej całej zabawie na końcu chodzi jednak przede wszystkim o sportową rywalizację. A podczas niej nasi reprezentanci już zdążyli pokazać, że nieprzypadkowo znaleźli się w gronie najlepszych pływaków świata.

Nasi dają radę!

Na wstępie należy zaznaczyć, że International Swimming League znacząco różni się od mistrzostw świata czy Europy. Mają miejsce mecze, w których biorą udział cztery z dziesięciu drużyn (w każdym wyścigu wystawianych jest dwóch zawodników z jednej ekipy). Pływacy nie zdobywają żadnych medali czy nagród indywidualnych. I choć też mają miejsce klasyczne wyścigi, jak na przykład 50 metrów stylem dowolnym, osoba, które je wygrywa, dorzuca po prostu punkty do puli swojej drużyny.

Czyli kończysz pływanie na danym dystansie i zdobywasz określoną liczbę punktów, owszem? Tak się składa, że nie do końca – w tym roku została bowiem dodana zasada “Jackpot”, która nagradza największych kozaków. – Bierze się 5% od rekordu świata w danej konkurencji, czyli dla przykładu – dwie sekundy. I jeśli osoba, która wygra wyścig, pokona jakiegokolwiek zawodnika o te dwie sekundy, to zabiera jego punkty – tłumaczy Cieślak. – Może być tak, że ktoś zdobędzie 32 punkty, czyli wszystkie możliwe w serii.

Dzięki temu w grę wchodzą różne rozwiązania taktyczne. Trenerzy mogą wystawiać zawodników do konkurencji, w której uważają, że mają największą szansę na zdobycie jackpotu. Zatem jeśli jeden pływak świetnie pływa grzbietem, ale jeszcze lepiej kraulem – można odpuścić mu start pierwszym stylem, aby mógł zgarnąć jak najwięcej punktów w swojej specjalności.

Kolejną nowinką, której nie znajdziemy w tradycyjnych mistrzostwach, są “skins”, czyli wyścigi, których styl oraz dystans określa triumfator sztafety 4×100 stylem zmiennym. Mają one trzy etapy – w pierwszym ściga się klasycznie ósemka zawodników. Następnie ma miejsce półfinał, do którego przechodzi czwórka najlepszych. A na koniec zostaje już tylko finałowa rywalizacja jeden na jeden.

Zatem zespół, który posiada wybitnego specjalistę od danego stylu, może skupić się na wygraniu wspomnianej sztafety, aby potem wybrać preferowaną konkurencję i dać szansę swojemu liderowi do nabicia punktów. Bo w skins naprawdę da się obłowić, jeden zawodnik ma w końcu możliwość popłynąć trzy razy z rzędu.

Udział w tej konkurencji jest raczej zarezerwowany dla wielkich gwiazd pokroju Caeleba Dressela czy Lilly King, ale przyczynić się do sukcesu zespołu można też na inne sposoby. Wyścigów w ciągu meczu jest sporo i istotny staje się każdy zawodnik – który ma za zadanie nie tylko uzyskać jak najlepsze miejsce, ale też nie dać rywalom okazji do zdobycia jackpota.

Polacy nie zamierzają zostawać w cieniu. Już pierwszego dnia zmagań byliśmy świadkami nowego rekordu Polski. Kasia Wasick ustanowiła najlepszy wynik w historii naszego kraju (100 metrów stylem dowolnym – 52,12) na swojej zmianie w sztafecie 4×100. A już kolejnego dnia równie znakomicie popłynął Cieślak, który w wyścigu na 100 metrów stylem zmiennym przegrał tylko z klubowym kolegą Dresselem, uzyskując czas 51.84. Na tym dystansie żaden inny polski pływak nie zszedł wcześniej poniżej granicy 52 sekund!

– Byłem na pewno głodny ścigania się po tym czasie pandemicznym – mówi nam świeżo upieczony rekordzista Polski. – Nastawiałem się zatem na szybkie pływanie. W pobiciu rekordu pomogło mi to, że mogłem się przetrzeć dzień wcześniej, kiedy rywalizowałem na setkę delfinem z Caelebem oraz Chadem Le Clos. W sobotę czułem się naprawdę pewnie, wiedziałem, że mogę pływać szybko. Ale myślę, że jestem w stanie robić jeszcze lepsze wyniki!

Jak wspominaliśmy – polscy pływacy reprezentują barwy dwóch zespołów, ale ich sytuacja po inaugurujących zawodach jest diametralnie inna. Cali Condors z dorobkiem 567 punktów są liderami całej ligi, podczas gdy New York Breakers zdobyli ich tylko 266 i znajdują się na piątym miejscu. Warto też zaznaczyć, że dwie drużyny Tokyo Frog Kings i Toronto Titans – czekają na swój debiut w tegorocznej edycji International Swimming League.

Do końca sezonu został jeszcze niecały miesiąc, więc wszystko może się zmienić. Kolejne mecze czekają nas w weekend, a zespoły Polaków do rywalizacji wrócą w poniedziałek.

Ich zmagań nie transmituje niestety żadna polska telewizja, ale i tak, korzystając z Internetu, warto je śledzić. Nie tylko za sprawą obecności naszych rodaków, ale też faktu, że mówimy o naprawdę ciekawej, zróżnicowanej i taktycznej sportowej rywalizacji. Rywalizacji, którą świat pływania poznał rok temu, ale tegoroczna edycja jest absolutnie wyjątkowa. Miejmy nadzieję, że projekt władz International Swimming zostanie przeprowadzony do finiszu bez żadnych zakłóceń i odniesie chociaż namiastkę sukcesu, jakim cieszyło się NBA.

KACPER MARCINIAK

Fot. Newspix.pl


Subskrybuj
Powiadom o
guest
0 komentarzy
Inline Feedbacks
Pokaż wszystkie komentarze

Aktualności

Kalendarz imprez