Ile mógł skoczyć Siergiej Bubka?

Ile mógł skoczyć Siergiej Bubka?

Ktoś powie, że to pytanie bez sensu, bo skoro legendarny Ukrainiec skoczył 6,15 w hali i 6,14 na stadionie, to wyniki te były już jego sufitem. Jednak zdaniem samego mistrza i jego trenera Witalija Pietrowa, granica znajdowała się znacznie wyżej. Kontuzje, cyrklowanie rekordów podyktowane chęcią zarobku i czasami zwykły pech, sprawiły jednak, że pozostało nam już tylko gdybanie. W takim razie więc pogdybajmy.    

6,01 i 6,02, które uzyskał w tym miesiącu Piotr Lisek, odbiły się szerokim echem nie tylko w Polsce. Były to przecież nie tylko najlepsze tegoroczne wyniki na świecie, ale ten drugi okazał się też jednocześnie dziesiątym rezultatem w historii dyscypliny. Skoro jednak to jest kapitalnym wynikiem, to jak z perspektywy czasu patrzeć na wyczyny tego największego, czyli Siergieja Bubki? Pamiętajmy przecież, że Lisek pofrunął wciąż trzynaście centymetrów niżej od najlepszego skoku Ukraińca.

Ten, pomimo utraty absolutnego rekordu świata na rzecz Francuza Renaud Lavillenie (6,16), wciąż pozostaje najlepszym skoczkiem w historii. To on jest niedoścignionym wzorem, punktem odniesienia dla kolejnych pokoleń zawodników.

Nie brakuje jednak głosów, że mistrz olimpijski z Seulu mógł skakać znacznie wyżej. On sam stwierdził po latach, że będąc w szczycie formy i w pełnym zdrowiu, mógł pokusić się być może nawet na skoki powyżej 6,30. Z kolei Witalij Pietrow, który wychował go na skoczka, spoglądał jeszcze wyżej. Coś nieprawdopodobnego pamiętając o tym, że ówczesny rekord świata Bubki, a więc 6,15 z Doniecka, dzieliło od skoku Lavillenie aż 21 lat. A to był jeden dołożony centymetr. Przez ponad dwie dekady poza zasięgiem kogokolwiek pozostawała różnica odpowiadająca grubości długopisu.

Skok jak… gramatyka

Mówienie o „erze Bubki” jest oczywiście jak najbardziej uprawnione. Przypomnijmy, że urodzony w Ługańsku sportowiec pierwszy w historii skoczył w 1985 r. sześć metrów, a następnie łącznie aż 35 razy bił rekord globu (18 z tych skoków oddał w hali, 17 na stadionie). Kiedy w 1984 r. pierwszy raz ustanawiał najlepszy wynik na świecie, wystarczyło do tego 5,85. Światową tyczkę w ciągu dekady podciągnął więc aż o trzydzieści centymetrów.

Bubka swoje ostatnie rekordowe skoki oddał w pierwszej połowie lat 90. Najpierw w lutym 1993 r. podczas zawodów w Doniecku pokonał wspomnianą już poprzeczkę zawieszoną na wysokości 6,15 m. Był to halowy rekord świata i przez długie lata absolutny rekord globu. Rok później w lipcu we włoskim Sestriere ustanowił z kolei obowiązujący do dziś rekord na stadionie, czyli 6,14. Tamten konkurs rozegrany w górskiej scenerii, to była cała jego kariera w pigułce. Tak jak miał w zwyczaju, zaczynał od 5,70, a więc od wysokości, która wcześniej wycinała z konkursu tych najsłabszych. Tę wysokość pokonał za drugim podejściem. W swoim trzecim skoku przeskoczył 5,90, a następnie poprzeczka powędrowała hen do góry. 6,14 uzyskał za pierwszym razem, w swoim zaledwie czwartym skoku tamtego dnia.

Miałem doskonałe warunki. Wiatr wiał w dobrym kierunku, rozbieg był świetnie przygotowany, pomogła mi chyba też wysokość 2000 m nad poziomem morza

– mówił po zawodach, gdzie za rekordowy skok otrzymał od organizatorów lśniące Ferrari Testarossa. Później żartował, że niewiele brakowało, a kluczyki odebrałby już rok wcześniej, ale cóż, pechowo zaczepił wtedy ręką o poprzeczkę.

Chociaż wiadomo, że odpowiedni wiatr, rozbieg i ukształtowanie terenu to tylko mniej ważne puzzle całej układanki. Źródłem wieloletnich sukcesów Siergieja Bubki była przede wszystkim jego wyjątkowa technika, którą wypracował razem z trenerem Witalijem Pietrowem. Ich filozofia skoku miała nawet swoją nazwę, chociaż nie była ona specjalnie oryginalna: Pietrow/Bubka.

Zanim o technice, zatrzymajmy się jednak jeszcze przez chwile przy szkoleniowcu i okolicznościach, w których obaj się poznali. Bubka tyczką zainteresował się za sprawą starszego kumpla, który wychowywał się przy tej samej ulicy w Ługańsku. To on namówił go, aby poszedł z nim na trening. Siergiej, jako że był bardzo sprawnym dzieckiem, polubił nową dyscyplinę, chociaż wcześniej nie miał o niej zielonego pojęcia. Na jego talencie szybko poznał się miejscowy trener Witalij Pietrow, który wziął 10-latka pod swoje skrzydła. Jako 12-latek Bubka potrafił już przeskoczyć prawie trzy metry. W tamtym okresie poprawiał się tak szybko, że szkoleniowiec miał w pewnym momencie problem z dopasowaniem mu planów treningowych.

– Był silniejszy i lepiej skoordynowany niż wielu starszych chłopców. Siergiej wykonywał elementy techniczne skoku czasami lepiej, niż go uczono. Kiedy nie podobał mi się styl jego rozbiegu, kazałem mu robić to inaczej. Trenował więc od rana i kiedy przyszedł do mnie wieczorem, biegał już tak, jakby zawsze w ten sposób trenował. Miał bardzo kreatywne podejście. To trochę tak jak z nauką fonetyki czy gramatyki. Jeśli czujesz, że ktoś robi coś lepiej niż się spodziewałeś, na kolejnej lekcji dajesz mu trudniejsze zadania niż innych uczniom – opowiadał Pietrow w 1986 r. w rozmowie z “Los Angeles Times”.

Kiedy trener podjął decyzję o przeniesieniu się do szkoły działającej w Doniecku, w 1979 r. dołączył do niego też 16-letni już Bubka. Warunki były tam bardzo dobre, ale patrząc na rozwój zawodnika, w pewnym momencie nawet to było to dla nich za mało. Szukali czegoś ekstra. Pietrow wpadł więc na dość nietypowy pomysł: wraz z zawodnikiem zaczęli zbierać zdjęcia wszystkich najlepszych skoczków na świecie, a następnie bardzo dokładnie je analizować. Wyciągając od każdego z nich określoną cechę, stworzyli profil zawodnika, który nie istniał. Następnie próbowali się nim stać.

Na czym polegał model Pietrow/Bubka? Należy pamiętać, że skok o tyczce to być może najbardziej złożona technicznie konkurencja lekkoatletyczna, ponieważ wymaga od zawodnika nie tylko świetnej motoryki, ale też odpowiedniego przygotowania gimnastycznego. Mimo że z perspektywy zwykłego kibica kluczowy wydaje się być sam skok, większość roboty wykonuje się jednak podczas rozbiegu. Wśród zawodników funkcjonuje nawet takie powiedzenia, że „to co się zrobi na ziemi, później daje oddźwięk na górze”. Mówiąc krótko, cała zabawa polega na tym, aby przełożyć szybkość i siłę włożoną w rozbieg, na wykonanie skoku. I Siergiej Bubka świetnie to potrafił. Był szybszy, silniejszy i bardziej wysportowany niż rywale, potrafił też bardzo płynnie przechodzić z rozbiegu do fazy skoku.

Oprócz umiejętności przekazania energii na tyczkę, równie ważna jest też równowaga skoku. Aby ją uzyskać, Bubka przez lata pracował według specjalnego planu treningowego przygotowanego przez trenerów zajmujących się gimnastykami. Nie bez znaczenia było również to, że od połowy lat 80. jego żoną jest gimnastyczka Lilia Tutunik.

I co szczególnie ważne, “Car tyczki”, dzięki temu że był bardzo dobrze zbudowany, mógł wykorzystywać znacznie twardsze tyczki niż rywale. Chwytał też za nie znacznie wyżej niż większość zawodników, co z kolei naturalnie przekładało się na wygenerowanie większej siły podczas zakładania dźwigni. Mówiąc bardziej potocznie, wychodził w górę jak wystrzelony z katapulty.

Bubka był więc innym typem niż trochę chuchrowaty w porównaniu z nim Renaud Lavillenie. Kiedy Ukrainiec to przede wszystkim sztuka przekucia siły na moc wybicia, w przypadku Francuza kluczem do sukcesu jest szybkość wymieszana z bardzo rytmicznym rozbiegiem. – U Lavillenie pozwala to na stabilizację techniki. Odpowiedni rytm jest ważny, bo czasami ktoś jest bardzo szybki, ale kiedy w pewnym momencie spada mu prędkość, nie radzi sobie z elementami technicznymi. A u Francuza nie ma takich problemów, on nawet jak biega trochę wolniej, to i tak potrafi poskładać wszystkie elementy. To jego atut, bo ponieważ on nie skacze na najtwardszych tyczkach na świecie, jest też dość niski jak na tyczkarza. Nie ma również muskulatury, tutaj wszystko jest oparte na zdolnościach koordynacyjnych, umiejętności łączenia poszczególnych elementów tej trudnej konkurencji – mówiła nasza wicemistrzyni świata Monika Pyrek.

– Myślę, że technika którą wypracowaliśmy, była inna niż wszystkie – mówił Bubka zwracając jednak też uwagę na to, że sam talent to za mało: – Trening to sześć-siedem godzin dziennie, ale musisz żyć tyczką 24 godziny na dobę. Twoje życie musi być kompletnie inne. Musisz umieć mówić „nie, nie, to niemożliwe”, „może innym razem”. Musi być tylko sport, sport i sport. 

Był treningowym zwierzęciem, chociaż dementował plotki, jakoby skakał na nich w granicach 6,40. Kiedy w 1996 r. przyjechał do Polski na mityng w Opocznie, przekonywał w rozmowie z “Gazetą Wyborczą”, że poza zawodami nigdy nie przekroczył 6,10.

Centymetr za 100 tys.

Był sześć razy mistrzem świata na stadionie, cztery razy w hali, naturalnie także mistrzem Europy, ale igrzyska olimpijskie już trochę go nie polubiły. Zdobył wprawdzie złoto w Seulu w 1988 r., ale – bądźmy szczerzy – tak gigantyczny potencjał zasługiwał na znacznie więcej.

Bubka był murowanym faworytem już przed igrzyskami w Los Angeles, ale jak wielu sportowców z bloku wschodniego przegrał wtedy z polityką. Mimo że był już rekordzistą świata i mistrzem świata z Helsinek z 1983 r., został uziemiony przez bojkot. Cholerny pech, bo można ryzykować stwierdzenie, że w Kalifornii zgarnąłby złoto. Francuz Pierre Quinon zdobył tam mistrzostwo skacząc raptem 5,75. Dwa miesiące przed igrzyskami, a więc jeszcze przed planowanym szczytem formy, Siergiej fruwał aż trzynaście centymetrów wyżej… To była zupełnie inna liga.

W Barcelonie sensacyjnie nie zaliczył w finale żadnej wysokości, chociaż przed igrzyskami wygrał wszystkie zawody w sezonie. Przed Atlantą położyła go z kolei kontuzja ścięgna Achillesa. Chociaż leczył uraz przez długie miesiące, zdecydował się polecieć do Stanów Zjednoczonych. Musiał jednak w ostatniej chwili wycofać się z rywalizacji, bo groziło mu całkowite zerwanie ścięgna. Noga była w takim stanie, że przed eliminacjami nie tyle nie mógł skakać, co nawet normalnie chodzić. Ten sam Achilles odezwał się ponownie przed igrzyskami w Sydney. Skoczek wprawdzie doprowadził go do porządku, ale nie dojechał z formą i skończyło się na eliminacjach. Rok później zakończył karierę.

Kontuzje, z którymi Bubka zmagał się więc przez ostatnie pięć lat skakania, być może uniemożliwiły mu dołożenie kolejnych centymetrów do rekordu świata. Wielka szkoda, bo zawodnik widział w sobie rezerwy nawet jeszcze po kapitalnym skoku na 6,14 w Sestriere:

Poprawiłem swoją technikę i wyeliminował błędy, które popełniałem przez ostatnie dwa lata. Gdybym tylko doszedł do formy z 1991 r., mógłbym skakać 6,20, a nawet 6,30.

Wspomniane 6,20 było zresztą jego wielkim marzeniem. Uważał, że ta granica zapewniłaby mu sportową nieśmiertelność, że taki wynik byłby już poza zasięgiem wszystkim do momentu, kiedy do dyscypliny wejdzie zupełnie nowa technologia (obecnie tyczki wykonane są z włókna szklanego lub węglowego). Jeszcze wyżej jego możliwości po latach oceniał Witalij Pietrow, który pracował z nim przez szesnaście lat. – Patrząc na przyjęty przez nas model skoku, moim zdaniem nawet 6,30 nie byłoby dla niego szczytem możliwości. Gdyby był zdrowy i w formie, realne byłyby nawet próby na 6,40. Był do tego zdolny – przekonywał szkoleniowiec, który później pracował m.in. z Jeleną Isinbajewą i naszą Moniką Pyrek.

Kontuzje kontuzjami, ale nie brakuje też wyznawców teorii, że Bubka skakałby znacznie wyżej niż 6,15, gdyby nie cyrklował rekordu świata centymetr po centymetrze. Jak wiadomo, były to jednak skoki na pieniądze, o co w sumie trudno mieć do Ukraińca pretensje. Tym bardziej że Siergiej poszedł w taki biznes m.in. z powodu igrzysk w Los Angeles, które przeszły mu koło nosa. Uznał, że skoro nie zdobędzie złota olimpijskiego, to chociaż porządnie zarobi.

Z tymi pieniędzmi to w ogóle ciekawa historia, bo organizatorzy mityngów w końcu… nie chcieli już mu płacić. Bubka po prostu na lata zabetonował rywalizację, czego dowodem było wywindowanie absolutnego rekordu świata w latach 1984-1988 aż o 21 cm. W pewnym momencie do gry wkroczyła jednak firma Nike, która zaoferowała, że za każdy kolejny rekord wypłaci mu – według różnych wersji – od 40 tys. do nawet 100 tys. dolarów. Nic więc dziwnego, że mistrz zamiast na kolejnych zawodach dokładać na przykład po 3-4 cm, prosił o jeden. Przez taki minimalizm żartowano nawet, że Bubka nie bije rekordów, tylko je skubie.

Dzięki temu stał się jednak bogatym człowiekiem, który jeszcze w trakcie kariery mógł cieszyć się życiem siedząc w wartym dwa miliony dolarów apartamencie w Monte Carlo i za kierownicą jednego ze swoich drogich aut. Chociaż jako gwiazda miał też swoje problemy. W pierwszej połowie lat 90. jego majątkiem zainteresowała się rosyjska mafia, która groziła mu śmiercią, jeśli nie będzie odpalał im działki. Siergiej przez lata musiał więc podróżować w towarzystwie ochroniarzy.

Bubka biznesowy zmysł wykorzystał jednak także po odstawieniu tyczki. Oprócz kariery w IAAF (wiceprezydent), MKOl (członek komitetu wykonawczego) i Narodowym Komitecie Olimpijskim Ukrainy (prezes), stał się bowiem przede wszystkim rekinem biznesu. Jego majątek – przynajmniej według magazynu „People With Money”- szacowany jest na grubo ponad 200 mln dolarów. Ta góra forsy wyrosła m.in. dzięki inwestycjom w nieruchomości, restauracje, stacje benzynowe, a nawet piekarnie.

Fot. sergeybubka.com


Aktualności

Kalendarz imprez