Ile lekkoatletycznych rekordów świata może paść w Tokio?

Ile lekkoatletycznych rekordów świata może paść w Tokio?

Nie trzeba nikogo przekonywać, że pobicie rekordu świata zawsze jest głośnym wydarzeniem. Ale najlepszy wynik globu można poprawić wszędzie, na każdych oficjalnych zawodach. Dlatego tym większą sztuką jest dokonanie tego na igrzyskach. Taki wyczyn na najważniejszej imprezie czterolecia dowodzi, że zawodnik przyjechał na nią w życiowej formie, do której być może już nigdy nie nawiąże. Postanowiliśmy sprawdzić, ile potencjalnych rekordów w lekkoatletyce może paść w Tokio.

Na początek garść statystyk z ostatnich trzech turniejów. Pobicie rekordu świata na igrzyskach naprawdę należy do rzadkości i udaje się tylko nielicznym sportowcom. W Rio de Janeiro w konkurencjach lekkoatletycznych mieliśmy zaledwie trzy takie przypadki. Dokonali tego Wayde van Niekerk w biegu na 400 metrów, Almaz Ayana w biegu na 10 000 metrów oraz nasza Anita Włodarczyk w rzucie młotem.

W Londynie znak „WR” zmieniał wartość w czterech przypadkach. David Rudisha ustanowił nowy rekord na 800 metrów, a Jelena Łaszmanowa w chodzie pań na dystansie 20 kilometrów. Ponadto w stolicy Wielkiej Brytanii błyszczały sprinterskie sztafety. Zarówno Jamajczycy jak i Amerykanki poprawiły rekordowe czasy w biegu na 100 metrów.

Pekin to również cztery rekordy – Gulnara Samitowa-Gałkina ustanowiła najlepszy wynik na świecie w biegu na 3000 metrów z przeszkodami, a Jelena Isinbajewa wyśrubowała swój własny rekord w skoku o tyczce, tradycyjnie podnosząc poprzeczkę o centymetr – tym razem na wysokość 5.05. Ale najsłynniejszym i to podwójnym rekordzistą świata na chińskich igrzyskach był Usain Bolt, który pobił wyniki na 100 i 200 metrów.

Jak będzie w Tokio? Cóż, jest spora grupa kandydatów do ustanowienia nowych rekordów. Ale rzecz jasna wyczyn ten uda się tylko nielicznym.

Kto najdalej rzuci (lub pchnie)?

Zbliżające się igrzyska mogą być wyjątkowe pod tym względem, że przeżywamy wysyp sportowców, którzy zbliżają się lub ustalają najlepsze wyniki wszechczasów w konkurencjach miotanych. Pozwólcie, że patriotycznie rozpoczniemy od Polki, która ma szansę na pobicie najlepszego wyniku w historii.

Naszą kandydatką do pobicia rekordu świata jest Maria Andrejczyk. Polka, startując na zawodach których największym wydarzeniem miał być powrót Włodarczyk, skradła show swojej koleżance z innej dyscypliny. Podczas konkursu rzutu oszczepem, posłała go na odległość 71.40. To trzeci najdalszy rzut w historii. Do rekordu świata Barbary Spotakovej – która również była obecna w Chorwacji – zabrakło jej 88 centymetrów.

Nie dziwi zatem, że choć już konkurencja do złotego medalu jest bardzo mocna, to zawodniczka Grupy Sportowej ORLEN zaczęła uchodzić za faworytkę nie tylko do końcowego triumfu, ale i wygranej w olśniewającym stylu. Kto wie, czy może nawet nie rekordowym. O ogromnym potencjale Marii wiedzieliśmy już od igrzysk w Rio de Janeiro, w których wówczas dwudziestoletniej Polce do medalu zabrakło trzech centymetrów. Przed miesiącem udowodniła, że stać ją na rzeczy wielkie. Jeżeli tylko zdrowie na to pozwoli, a z tym w trakcie jej kariery bywało różnie.

Zostajemy przy oszczepie, ale przenosimy się poza Polskę – chociaż daleko nie uciekamy, bo do naszych zachodnich sąsiadów. Johannes Vetter mógłby przybić smutną piątkę z Marią Andrejczyk, bo jego historia na igrzyskach jest bardzo podobna. W Rio de Janeiro przegrał brązowy medal zaledwie o sześć centymetrów. Ale od tego momentu Niemiec bardzo się rozwinął i w ostatnich dwóch latach prezentuje świetną formę.

Aż osiem razy posłał oszczep poza granicę dziewięćdziesiątego meta. Co ciekawe, bardzo upodobał sobie do tego Stadion Śląski w Chorzowie, na którym wykręcił dwa najlepsze wyniki. Pierwszy w poprzednim roku – 97.76. Drugi niecałe dwa tygodnie temu – 96.29.  Rekord Jana Zeleznego (98.48) dalej się broni – swoją drogą, pod koniec maja stuknęło mu ćwierćwiecze – ale tak blisko rezultatu legendarnego Czecha nie rzucał jeszcze nikt.

Z kolei w męskim pchnięciu kulą Ryan Crouser może pobić ponad trzydziestoletni rekord Randy’ego Barnsesa, skądinąd zamieszanego w kilka afer dopingowych. 22 maja tego roku kula mistrza olimpijskiego z Rio de Janeiro wylądowała na 23.01. Tym samym Crouser jest jednym z zaledwie trzech zawodników w historii, którzy posłali ponad siedmiokilogramowy przedmiot poza dwudziesty trzeci metr. Dalej czynili to tylko Ulf Timmermann (23.06) oraz wspomniany Barnes. Ten ostatni dokonał tej sztuki dwukrotnie, z czego w dalszej próbie pchnął 23.12. Zatem Crouserowi do pobicia rekordu brakuje zaledwie dwunastu centymetrów. Dodajmy, że Amerykanin ma doświadczenie w rozprawianiu się z rekordami. Pobił już najlepsze wyniki uzyskane w hali oraz na igrzyskach olimpijskich – oba należały do wspomnianego Ulfa Timmermanna.

Przeskoczyć rekord – cudzy albo własny

Z kolei w skoku o tyczce będziemy mieli okazję oglądać Armanda Duplantisa. Szwed jest aktualnym rekordzistą świata zarówno w hali jak i na otwartym stadionie. W tym drugim przypadku rozprawił się z rekordem legendarnego Siergieja Bubki. Motywacji z pewnością mu nie brakuje – jest faworytem do olimpijskiego złota, ale w przypadku pobicia rekordu świata ma ogromne szanse na to, by stać się jedną z największych gwiazd na igrzyskach bez podziału na uprawiane dyscypliny. A jak prezentuje się forma dwudziestodwuletniego Szweda? Wybornie, już w sezonie halowym skoczył 6.10. Powtórzył ten wyczyn cztery dni temu na stadionie, podczas mityngu w Hengelo. Po czym próbował ustanowić nowy rekord, podnosząc poprzeczkę na wysokość 6.19.

I tu należy się małe wyjaśnienie, dlaczego poprzeczka zawisnęła akurat na takiej wysokości, skoro stadionowy rekord Duplantisa wynosi 6.15. Otóż powiedzieliśmy, że Mondo jest również halowym rekordzistą świata, a w zamkniętym pomieszczeniu skoczył 6.18. Więc teoretycznie mógłby podnosić poprzeczkę o centymetr – tak, jak robił to Bubka – przez co miałby więcej szans na pobicie stadionowego rekordu świata, a przy tym więcej by zarobił. Ale Szwed nie bawi się w półśrodki. Skoro przed rokiem skoczył w hali 6.18, to chce pobić rekord świata bez podziału na miejsce rozgrywanego konkursu. Trudno go nie szanować za takie podejście.

Z kolei w trójskoku kobiet rządzić powinna Yulimar Rojas. Wenezuelka skakała już na igrzyskach w Rio, zresztą z sukcesami – wróciła z nich ze srebrnym medalem. Ale miała wtedy dwadzieścia jeden lat i choć pokazywała ogrom swoich możliwości, to okres jej dominacji dopiero się zaczynał. Od tego momentu w bardzo dobrym stylu wygrała wszystkie najważniejsze imprezy mistrzowskie, w których brała udział.

Obecnie nikt nie jest w stanie się do niej zbliżyć. Rojas jest na tyle mocna, że ostatni raz przegrała na zawodach pod koniec sierpnia 2019 roku. Oczywiście należy wziąć poprawkę na czas pandemii, kiedy odbywało się niewiele konkursów. Jednak wrażenie robiła forma Wenezuelki, kiedy to mogliśmy ją podziwiać w akcji. Już na mistrzostwach świata w Dosze skoczyła 15.37 i zaczęła poważnie flirtować z rekordem świata Inesy Kraweć wynoszącym 15.50. W następnym sezonie podczas mityngu w Madrycie ustanowiła najlepszy wynik w hali, skacząc 15.43.

Malkontenci mogliby powiedzieć, że hala to nie stadion – występuje w niej inna presja i warunki. Ale w tym roku podczas mityngu w Andujar – swoja drogą, Hiszpania wyjątkowo jej pasuje do skakania – osiągnęła dokładnie taki sam rezultat jak w hali udowadniając, że miejsce nie ma dla niej znaczenia.

Długodystansowcy biją rekord za rekordem

Ciekawie wygląda sytuacja w biegach długodystansowych. Wiele rekordów na tych dystansach zostało pobitych w ostatnich kilku latach – zarówno wśród kobiet jak i mężczyzn. Tu prym wiodą sportowcy z Kenii, Etiopii oraz jeden fenomen z Ugandy. Na taki stan rzeczy wpływa kilka czynników.

Po pierwsze, poprawa wyników to efekt rozwoju sportu jako takiego. To chyba jasne – obecnie zawodnicy mają dostęp do coraz lepszych metod treningowych, odnowy biologicznej czy suplementacji organizmu. Tak jest w każdym sporcie i nie ma w tym żadnych kontrowersji. W przeciwieństwie do innych rzeczy, przez które część środowiska biegaczy spogląda na obecnie ustanawiane rekordy bardziej krytycznie.

Jedną z największych gwiazd jakie zobaczymy w Tokio będzie Joshua Cheptegei. Reprezentant Ugandy ma wszelkie predyspozycje ku temu, by przejąć olimpijską schedę po legendarnym Mo Farahu i zdobyć złote medale zarówno na 5000 jak i 10000 metrów. Trudno by nie uchodził za faworyta na obu dystansach, skoro w ubiegłym roku na jednym i drugim ustanowił nowy rekord świata.  Z kolei wśród pań aktualnie króluje Letesenbet Gidey, która przedwczoraj pobiła wynik na 10000 metrów, a przed rokiem dokonała tej sztuki na dwa razy krótszym dystansie.

Oboje biegaczy łączy firma Nike i jej najnowszy model obuwia do biegania – ZoomX Dragonfly. Buty te wzbudzają kontrowersje, gdyż według ekspertów wyłożenie elastyczną pianką oraz karbonowa płytka poprawiają osiągi biegaczy o kilka procent. Oczywiście, buty same nie biegają, ale na takim poziomie oraz sporym dystansie kilka procent przewagi robi znaczącą różnicę. Bardziej konserwatywna część środowiska biegaczy uważa to za niesprawiedliwą przewagę. Jeżeli chodzi o nasze zdanie, to nie widzimy w tym nic złego, skoro buty zostały zatwierdzone przez World Athletics.

To naturalna ewolucja ekwipunku, występująca nie tylko w bieganiu. Przecież nikogo o zdrowych zmysłach nie mierzi to, że przykładowi piłkarze grają w nowych modelach korków, zamiast starych, trzydziestoletnich wkrętach. Tak jak nikt nie ma pretensji o to, że tyczkarze używają elastycznych tyczek z tworzyw sztucznych zamiast drewnianych kijków, jak to drzewiej robiono. Dlaczego zatem technologia ma nie wspomóc biegaczy?

Ale nowe zdobycze techniki pomagają również w inny sposób. Podczas wielu mityngów organizatorzy bardzo ułatwiają biegaczom bicie rekordów, gdyż taki wyczyn przynosi sławę również samej imprezie. W ten sposób przy bieżni instalowany jest system świetlny Wavelight, wskazujący optymalne tempo biegu do pobicia rekordu świata. To w zasadzie elektroniczny pacemaker, choć i tych – chciałoby się rzec – ludzkich pomocników nie brakuje na trasie. Zatem organizatorzy zapewniają potencjalnemu rekordziście wręcz cieplarniane warunki do ustanowienia najlepszego wyniku na świecie.

Efekty takich działań są porażające. Cheptegei rozprawił się z ponad piętnastoletnimi rekordami Kenenisy Bekele. W maratonie rekordzistą świata jest Eliud Kipchoge. I choć oficjalnie najlepszym czasem jest wynik z Berlina z 2018 roku – 2:01:39 – to rok później Kenijczyk przebiegł maraton w czasie 1:59:40. To czyni go pierwszym człowiekiem na świecie, któremu pokonanie tego dystansu zajęło mniej niż dwie godziny.

Ale prawdziwe show dają biegaczki. Na dziesięć najlepszych rezultatów w historii biegu na 5000 metrów, cztery czasy zostały ustanowione po 2019 roku. Na dwa razy dłuższym dystansie aż pięć takich wyników plasuje się w top 10. Do niespotykanej sytuacji doszło przed paroma dniami w Hengelo. 6 czerwca Sifan Hassan poprawiła rekord świata o ponad dziesięć sekund. Ale Holenderka pochodząca z Etiopii nacieszyła się najlepszym wynikiem w historii całe… dwa dni. 8 czerwca w tymże Hengelo odbyły się – o ironio – etiopskie kwalifikacje olimpijskie. A te zwyciężyła Letesenbet Gidey, bijąc czas Hassan o ponad pięć sekund i niemalże łamiąc barierę dwudziestu dziewięciu minut (29:01.03). Rekord, który w konkurencji rozgrywanej wśród pań od lat osiemdziesiątych przetrwał dwa dni? To może być jeden z – nomen omen – rekordowo krótkotrwałych wyników. Ale coś nam podpowiada, że obecny rezultat Gidey też nie przetrwa specjalnie długo.

Również w maratonie kobiet całkiem niedawno – bo w październiku 2019 roku – doszło do zmiany warty przy literkach WR. Podczas biegu w Chicago Brigid Kosgei poprawiła wynik Pauli Radcliffe, w czym pomogli jej męscy pacemakerzy. Choć dla usprawiedliwienia Kenijki dodajmy, że w 2003 roku Brytyjka również miała zagwarantowaną tego typu asystę.

Jak jest w innych konkurencjach?

W biegu na 400 metrów przez płotki również może dojść do pobicia rekordu u obu płci. Z jedną, zasadniczą różnicą – panie zapewne nie będą mierzyć się z samym czasem, ale i bezpośrednio ze sobą. Rekordzistką świata jest Dalilah Muhammad. Mistrzyni olimpijska z Rio de Janeiro miała za sobą świetny 2019 rok, w którym ustanowiła dwa najlepsze czasy w historii – w tym rekordowe 52.16.

Ale zaraz za nią przebiegła Sydney McLaughlin, rekordzistka świata juniorów, wówczas licząca sobie niespełna dwadzieścia lat. I na finiszu zachowała więcej sił, doganiała bardziej doświadczoną rodaczkę, lecz po prostu zabrakło jej metrów. W tym roku to ona jest liderką światowych rankingów na 400 metrów przez płotki. A przecież jako młoda zawodniczka cały czas się rozwija. Bardzo prawdopodobny jest więc finał z ostatnich mistrzostw, gdzie obie Amerykanki, napędzone rywalizacją wybiegały jedne z najlepszych czasów w historii. Pytanie, która tym razem wyjdzie zwycięsko z tego pojedynku.

Zaś u panów obserwować będziemy kolejny odcinek z serii „Karsten Warholm w pogoni za rekordem Kevina Younga”. Norweg w ostatnich latach wszedł na poziom nieosiągalny dla konkurencji, zdobywając dwa razy tytuł mistrza świata. Co w szczególności zasługuje na uwagę, to fakt, że Karsten wciąż z roku na rok się poprawia. W poprzednim sezonie pobiegł w czasie 46.87 – do pobicia niemalże trzydziestoletniego rekordu Younga zabrakło mu zaledwie dziesięciu setnych sekundy. W obecnym sezonie jeszcze nie widzieliśmy go w akcji i sami jesteśmy ciekawi w jakiej formie się znajduje. Jednak biorąc pod uwagę rozwój Norwega, w Tokio możemy liczyć na płotkarskie trzęsienie ziemi.

Na koniec, ciekawa sytuacja ma miejsce w chodzie sportowym. W Tokio ta konkurencja zostanie rozegrana po raz ostatni na dystansie 50 kilometrów. W niej najlepszym czasem na świecie może pochwalić się Francuz Yohann Diniz. Wystąpi również Słowak Matej Toth – mistrz olimpijski. Z kolei na 20 kilometrów – poza Dinizem – zobaczymy silną grupę Japończyków oraz Chińczyków. Nazwisko każdego z nich gości na czołowych miejscach list z najlepszymi czasami w historii. Problem polega na tym, że w poza Kaihuą Wangiem reszta stawki stosunkowo dawno temu osiągała swoje życiowe rezultaty, więc jeżeli mielibyśmy wróżyć któremuś z nich możliwość ustanowenia najlepszego czasu na świecie, byłby to właśnie Chińczyk.

Swoją drogą, Państwo Środka wypuściło na świat dobrą grupę chodziarzy. W chodzie na 20 i 50 kilometrów kobiet Chinki będą rywalizować głównie z Rosjankami, na czele których stoi wspomniana na początku tekstu Jelena Łaszmanowa. W 2018 roku ponownie została rekordzistką świata z czasem 1:23:39. Ale wynik ten czuje na plecach oddech konkurencji – 20 marca tego roku w Huangshan Jiayu Yang, Hong Liu i Shijie Qieyang ukończyły chód na 20 kilometrów w niesamowitych czasach, okupując aktualnie trzy z sześciu najlepszych wyników w historii. Yang do rekordu świata zabrakło zaledwie dziesięciu sekund – biorąc po uwagę, że mówimy o wyścigu trwającym blisko półtorej godziny, można powiedzieć, że była o włos od ustanowienia najlepszego czasu.

Warto będzie również śledzić poczynania dziesięcioboistów. Kevin Mayer to aktualny rekordzista świata z wynikiem 9126 punktów. I choć osiągnął go trzy lata temu, to Francuz z pewnością będzie miał sporo do udowodnienia zarówno sobie, jak i kibicom. Dobrego wyniku na ostatnich mistrzostwach świata pozbawiła go kontuzja. Z kolei w Rio złotego medalu nie pozwoliła mu zdobyć inna legenda – Ashton Eaton, którego nie zobaczymy w Japonii. Gdzie rekordzista świata ma udowodnić swoją wartość, jeżeli nie na igrzyskach i to walcząc o swoje pierwsze złoto?

Tak blisko, a tak daleko

Na zakończenie: poza wyżej wymienionymi sportowcami jest jeszcze kilka nazwisk, które w mniejszym lub większym stopniu ocierają się o światowy rekord, ale z różnych względów – przynajmniej naszym zdaniem – go nie pobiją. Oto one:

Anita Włodarczyk – rzut młotem kobiet – zawodniczka Grupy Sportowej ORLEN niedawno – bo przed miesiącem – powróciła do koła po prawie dwóch latach. W tym sezonie Polka znajduje się dopiero na jedenastym miejscu w rankingu zawodniczek, które oddały najdalszy rzut. Ba, na chwilę obecną nie jest nawet najlepsza w naszym kraju. To zaszczytne miano przypada Malwinie Kopron – siódmej najdalej rzucającej kobiety na świecie, która zresztą w tym sezonie pokonała Anitę dwa razy w bezpośrednim starciu na zawodach. Dzięki temu zapracowała na miejsce w kadrze podczas Drużynowych Mistrzostw Europy.

Anita dopiero odpuszcza ciężkie treningi, więc siłą rzeczy nie może być w najlepszej dyspozycji. Zatem w okresie ewidentnego braku formy – która ma dopiero nadejść – rzuty wynoszą około 73 metry. Włodarczyk kończy zmagania w pierwszej trójce, a w takie rzuty w niektórych konkursach rangi mistrzowskiej pozwoliłby się jej włączyć do walki o pozycje medalowe. Jednak nawet jeżeli dojdzie do dyspozycji, która pozwoli jej zdobyć złoty medal, na dzień dzisiejszy pobicie własnego rekordu świata wydaje się być poza zasięgiem.

Beatrice Chepkoech – 3000 m z przeszkodami kobiet – tak, obecna rekordzistka świata dalej jest w czubie swojej dyscypliny. Jednak swoje najlepsze lata Beatrice zdaje się mieć za sobą, a specyfika samej konkurencji dość brutalnie obchodzi się ze sportowcami po trzydziestce. A tyle Beatrice stuknie w tym roku. W najkrótszym z długich dystansów liczy się nie tylko wytrzymałość, ale i szybkość. A tej powoli zaczyna Kenijce brakować. Stąd szanse na medal – tak. Szanse na pobicie rekordu – nie.

Daniel Stahl – rzut dyskiem mężczyzn – Szwed jedzie do Kraju Kwitnącej Wiśni jako zdecydowany faworyt do złota. To jeden z dwóch dyskoboli, którzy w ostatnich dwóch sezonach posłali dysk poza siedemdziesiąty metr. Autor szóstego najdłuższego rzutu w historii – 71.86. Problem w tym, że do liderującego Jurgena Schulta wciąż dzielą go ponad dwa metry. Na takim poziomie to ogromna różnica. Pamiętajmy też, że Schult ma nad Szwedem przewagę, którą trudno zniwelować. Ustanawiał rekord w latach osiemdziesiątych, gdy kontrole antydopingowe były znikome.

– Jeżeli chodzi o rekord świata, nawet jego były podopieczny – Robert Harting – powiedział że nie wierzy, że można rzucić tak daleko na czysto. Tym bardziej, że Schult rzucił ponad siedemdziesiąt metrów dwa razy w życiu. Ale ja wychodzę z założenia, że to były takie czasy. Był wielokrotnie na kontrolach dopingowych, zdobywał medale, ale nie został złapany – wspominał w rozmowie z nami Piotr Małachowski.

Shelly-Ann Fraser-Pryce – bieg na 100 metrów kobiet – podobna sytuacja, jak w przypadku Daniela Stahla. Jamajska legenda – dwukrotna mistrzyni olimpijska – 5 czerwca wykręciła drugi czas w historii kobiecego sprintu – 10.63. Rzecz w tym, że do rekordu Florence Griffith-Joyner – 10.49 – wciąż sporo brakuje. I tak jak w rzucie dyskiem, nad tym fenomenalnym rekordem ciążą nieudowodnione podejrzenia dopingowe.

Freyweni Hailu, Jakob Ingebrigtsen – bieg na 1500 metrów – tę dwójkę umieszczamy razem ze względu na wspólną konkurencję, aczkolwiek oczywiście Hailu startuje z kobietami, a Ingebrigtsen wśród mężczyzn. Obydwoje młodzi – odpowiednio 20 i 21 lat – i z wielkim potencjałem. Ale jeszcze nie takim, by w Tokio pobić rekord świata. Etiopkę dzieli od niego nieco siedem sekund, natomiast Norwega ponad dwie i pół. Niewiele, ale pamiętajmy że wyścig w Monako był prowadzony przez znakomitych pacemakerów oraz z pomocą systemu Wavelight. Jednak w niedalekiej przyszłości warto mieć na radarze wspomnianą dwójkę.

Jarosława Mahuczich – skok wzwyż kobiet – podobnie jak przy dwójce średniodystansowców, Ukrainka jest młoda – rocznik 2001 – ale już uchodzi za jedną z faworytek skoku wzwyż. Na stadionie potrafiła skoczyć 2.04 – tylko i aż pięć centymetrów niżej od rekordu świata. Do rekordu halowego (2.08) zbliżyła się jeszcze bardziej – w tym sezonie skoczyła 2.06. Jeżeli dalej będzie rozwijać się w takim tempie, rekord na pewno jest w jej zasięgu. Jednak wątpimy, by pobiła go za niecałe dwa miesiące.

SZYMON SZCZEPANIK

Fot. Newspix


Subskrybuj
Powiadom o
guest
0 komentarzy
Inline Feedbacks
Pokaż wszystkie komentarze

Aktualności

Kalendarz imprez