Ikona, która okazała się fałszywką. Marion Jones i pięć medali z dopingu

Ikona, która okazała się fałszywką. Marion Jones i pięć medali z dopingu

Była ikoną lekkiej atletyki. W 2000 roku, gdy podbijała igrzyska w Sydney, patrzył na nią cały świat. Zdobyła tam pięć medali. Dziś nie ma żadnego z nich – odebrano jej je, gdy przyznała się do stosowania dopingu. I choć do teraz ma na swym koncie trzy tytuły mistrzyni świata, wtedy upadła. Boleśnie i na samo dno – trafiła nawet do więzienia. Na tym jej historia się jednak nie kończy…

Rok 2010. Marion Jones wychodzi na trening. Nie znajduje się jednak na bieżni, a boisku. Dwa kosze po obu stronach nie pozostawiają co do tego wątpliwości. Podobnie jak osoba Nolana Richardsona, trenera ekipy Tulsa Shock, grającej w WNBA, najlepszej kobiecej lidze koszykówki na świecie. To on mówi Marion, że chce zobaczyć, jak szybka nadal jest. To jemu Marion demonstruje swoje umiejętności – w defensywie krąży za zawodniczką z piłką, z przodu wymija rywalki, które wkrótce zostaną jej koleżankami z drużyny.

Nie wszystkie jednak. Miejsc jest jedenaście, chętnych do gry znacznie więcej. Jones się uda, przejdzie proces selekcji. Na ile wpływ na to ma jej talent, a na ile rozpoznawalność nazwiska? Można dyskutować. Pewne jest to, że w latach 90. Marion była znakomitą koszykarką uniwersytecką. Ekipę z University of North Carolina doprowadziła do mistrzostwa NCAA. Teraz jest jednak prawie 15 lat starsza, ma trójkę dzieci, a ostatnie lata spędziła na bieżni. Grać jednak wciąż potrafi. I udowadnia to na treningach.

Pragnę wyzwań

mówi „New York Times Magazine”.

Kocham fakt, że ludzie mówią, że mi się nie uda, że zbyt długo nie grałam w koszykówkę

wyzwanie więc podejmuje. Na treningach daje z siebie wszystko. To sprawia, że trener Richardson decyduje się na nią postawić. To dla niej nowy początek. Dziś wiemy, że ta przygoda nie trwała długo. Ale odbudowała Marion Jones. Nie jej reputację. Nie twarz. Nie sławę. Marion Jones. W całości.

Jak to się jednak stało, że to w ogóle było konieczne? To już dłuższa opowieść.

„Chcę być mistrzynią olimpijską”

Powyższe zdanie pochodzi z tablicy, którą Marion miała w domu. Napisała je na niej jeszcze jako dziecko.

Zawsze wierzyłam, że w przyszłości wystąpię na igrzyskach. Od kiedy miałam pięć lat, byłam pewna, że zrobię w życiu coś specjalnego

mówiła. Miała naturalny talent. Już jako pięciolatka uprawiała kilka sportów, w każdym z nich pokonując zresztą starszego brata. Brała też lekcje tańca i baletu. Dwa lata później zaczęła startować w zawodach lekkoatletycznych, a po ósmych urodzinach przewodziła już szkolnym zespołom. Do tego by faktycznie zostać biegaczką, zainspirowały ją jednak występy znakomitej Florence Griffith-Joyner na igrzyskach w 1984 roku. To wtedy właśnie napisała na tablicy swe marzenie. I cel.

Szybko zauważyłam, że jestem nieco inna. Bardzo pomagała mi mama. Jeśli tylko czymś się zainteresowałam, mówiła: „Cóż, spróbujmy. Jeśli ci się nie spodoba, po prostu sobie odpuścimy”. Była wielkim wsparciem.

Po drodze nie obyło się jednak bez rozstawionych płotków, o które Jones kilka razy się potknęła. Jej rodzice rozwiedli się, gdy była małym dzieckiem, ojciec nie utrzymywał kontaktów z rodziną. Ojczym, Ira Toler, którego poślubiła jej matka, gdy Marion miała osiem lat, zmarł zaledwie cztery lata później. Dla całej rodziny był to ogromny wstrząs. Do tego pojawiały się kontuzje – to przez nie Jones nie pojechała na igrzyska w 1996 roku (cztery lata wcześniej dostała zaproszenie na testy kadry i, po nich, propozycję zajęcia piątego miejsca w sztafecie 4×100 metrów, ale odmówiła). W 1997 z kolei dwukrotnie doznawała złamania stopy. To wtedy zdecydowała się odpuścić grę w koszykówkę i postawić tylko na lekką atletykę.

I to był strzał w dziesiątkę. Zaledwie cztery miesiące później została – po raz pierwszy w karierze – mistrzynią świata na 100 metrów i w sztafecie 4×100. Potem było jeszcze lepiej. Mistrzostwa stanu czy kraju zgarniała regularnie. Poza bieganiem parała się też skokiem w dal i szybko również tam zaczęła osiągać znakomite rezultaty. Jej wyniki stale się poprawiały. W 1998 roku zdobyła trzy złote medale na mistrzostwach USA. Przez cały rok była niepokonana, aż do… ostatniej konkurencji, w której wystartowała – w skoku w dalej lepsza okazała się wtedy Heike Drechsler. Marion została jednak wybrana – jednogłośnie – lekkoatletką roku. Rok później, na kolejnych mistrzostwach świata, była najlepsza na 100 i 200 metrów.

Amerykanka stawała się światową sensacją, ikoną sportu. Potwierdzeniem jej klasy miały być igrzyska w Sydney.

 „Dream For Five”

Cel był prosty: zdobyć pięć złotych medali. Media potraktowały to jak serial, NBC właśnie w taki sposób prowadziło transmisje z jej startów. Nike, sponsor Jones, wypuścił serię reklam „Mysterious Mrs. Jones”. Marion pytała w nich, czemu profesjonalne sportsmenki zarabiają mniej niż ich koledzy po fachu. Kibice w USA i na całym świecie czekali na jej występy. Kochali ją. Nie tylko Marion-sportowca, ale i Marion-człowieka. Gdy się uśmiechała, fotoreporterzy robili tysiące zdjęć. Gdy wygrywała – jeszcze więcej.

Te fotografie zdobiły potem okładki „Newsweeka”, „Time”, „Sports Illustrated” czy „Vogue”. Pojawiały się też w telewizji i reklamach. Jones dosłownie wyskakiwała z lodówki. Ale fanom to nie przeszkadzało. Mało tego – chcieli więcej. I szaleli, gdy Marion zdobywała pierwsze złoto. 100 metrów pokonała w czasie 10.75 s. i zwyciężyła ze sporą przewagą. Potem zdobyła jeszcze dwa kolejne tytuły. Jej „Dream For Five” jednak nie przetrwał, bo w skoku w dal i sztafecie 4×100 metrów zgarnęła „tylko” brązowe medale. – Miałam wtedy tylko 24 lata, ale aż 18 z nich było poświęconych temu, by dotrzeć właśnie do tego momentu – mówiła jakiś czas później.

W tej beczce miodu znalazła się jednak łyżka dziegciu. Albo inaczej: kilka kropel dopingu w organizmie. Nie jej. Testy wykazały jednak, że niedozwolone substancje stosował C.J. Hunter, kulomiot, a prywatnie mąż Marion Jones. Amerykanin wszystkiemu oczywiście zaprzeczał, a Marion potwierdzała jego słowa. Tyle tylko, że wyniki testów były nieubłagane. A ludzie pytali: „jak to możliwe, że Jones o niczym nie wiedziała? Przecież oboje mają tego samego trenera!”.

Jones zresztą traciła w oczach opinii publicznej również dlatego, że wygrywała… aż za bardzo. W biegu na 200 metrów odsadziła rywalkę tak bardzo, że po raz ostatni podobny wynik osiągnęła Wilma Rudolph w 1960 roku. Na 100 zanotowała drugą największą przewagę w historii igrzysk. Tego po prostu nie dało się zignorować. A wobec pozytywnego wyniku testu jej męża, pytania narastały. Przeszła jednak nad nimi do porządku dziennego. Bo przecież jej próbki niczego nie wykazały, a testowana była równie często co pozostali sportowcy. O ile nie częściej.

Z Hunterem zresztą rozwiodła się dwa lata później. Potem mówiła, że jego negatywny wynik testu zniszczył ich małżeństwo. Ale tuż po rozwodzie jej narracja była inna. – Ciążyło na mnie nieco presji. Ale to nie ma nic wspólnego z tym, co stało się w Sydney. Każdy wie, że C.J. musiał zakończyć karierę po igrzyskach. Dla nas cała ta dopingowa sprawa, nie była potem problemem – mówiła. Mało kto jednak jej wierzył. Bo przez to, że wpadł jej mąż, i na nią zaczęto patrzyć inaczej.

Pętla się zaciska

Nikt nigdy nie powiedział czegokolwiek o Marion Jones w kontekście dopingu. I nigdy nie powie

twierdziła sama zainteresowana. W autobiografii pisała za to wielkimi literami: „zawsze miałam jednoznaczną opinię: jestem przeciwko dopingowi. Nigdy go nie brałam i nigdy nie wezmę”. W drugim przypadku kłamała. W pierwszym – nie miała racji. Od 2000 roku i wpadki jej męża głosów szepczących (na razie), że Marion coś bierze, było coraz więcej.

Jones starała się je odgonić na różne sposoby. Rozwód był jednym z nich. Drugim – zmiana trenera. W 2003 roku miejsce Charliego Francisa zajął Dan Pfaff. Duży wpływ miała na to firma Nike, która jasno dała jej do zrozumienia, że jeśli nadal będzie przyciągać tak dużo negatywnej prasy, to rozwiążą z nią umowę. A Francis znany był w Stanach od lat, głównie ze sprawy Bena Johnsona, za którą zresztą był zawieszony. Zresztą w tamtym czasie trenował nie tylko Jones, ale i innego znanego sprintera, Tima Montgomery’ego, który… był nowym partnerem Marion i ojcem jej dziecka. Zapamiętajcie to, ten wątek jeszcze wróci.

Również w 2003 roku Jones przeszła badanie wykrywaczem kłamstw. Mediom obwieścił to Joseph Burton, jej prawnik, którego przy rozmowach o dopingu dziennikarze widywali regularnie. Jak brzmiały pytania? „Czy kiedykolwiek używałaś niedozwolonych substancji?” oraz „Czy kłamiesz teraz o używaniu niedozwolonych substancji?”. W obu przypadkach Jones powiedziała „nie” i, jeśli wierzyć słowom jej prawnika, przeszła test.

Sama Marion powtarzała, że jest czysta i wspiera sport bez dopingu. Podkreślała też, że nigdy nie znaleziono w jej organizmie substancji, których nie powinno tam być. To zresztą było prawdą, ale tylko ze względu na dobór słów. W tamtym okresie groziła też pozwami sądowymi… jeśli nie pozwoli się jej wystąpić na igrzyskach w Atenach. Chodziło o plotki, jakoby władze lekkoatletyczne w USA miały zdecydować się na zabranie innych zawodniczek, nawet w przypadku, gdyby Jones byłaby od nich lepsza. Ostatecznie Marion pojechała do Grecji. Ale o jej występie na tamtych igrzyskach właściwie nie ma co wspominać. Pod sporą presją, z negatywną prasą i małym dzieckiem jej występ był taki, jak się spodziewano – nie na jej poziomie.

A presji było już wtedy dużo. Bo o możliwym dopingu Amerykanki już nie szeptano, a głośno mówiono. Wszystko przez aferę BALCo, centrum odżywiania dla sportowców, którą ujawnili dziennikarze. Laboratorium miało po prostu dostarczać lekkoatletom środki dopingujące. Sprawą zajęła się więc Amerykańska Agencja Antydopingowa. Szybko skazano pierwszych zawodników. Jednym z nich był… Tim Montgomery, który przyznał się do stosowania sterydów. Marion znów twierdziła, że nic o tym nie wiedziała. Sęk w tym, że znów współdzieliła z partnerem trenera.

Do tego wszystkiego dodać należy kolejne oskarżenia, jakie wobec niej wysuwano. I nie chodziło już o media czy kibiców. C.J. Hunter, jej były mąż, powiedział śledczym, że sam wstrzykiwał Marion zakazane środki – wśród nich THG, niewykrywalną substancję dopingową, stworzoną specjalnie do tego celu. Dodawał również, że Jones stosowała EPO, doskonale znane choćby wśród kolarzy. Odpowiedź Marion była taka, jak można się było spodziewać. A przekazał ją wspominany już prawnik.

Z szacunkiem dla zeznań pana Huntera, wierzymy, że są poważne wątpliwości co do jego szczerości. W skrócie: kłamie w sprawie kontaktów pani Jones z niedozwolonymi substancjami. Jak może wiecie, pani Jones rozwiodła się z panem Hunterem, gdy dowiedziała się, że ten czterokrotnie nie przeszedł testów na obecność sterydów w organizmie [zwróćcie uwagę na zmianę narracji, wcześniej Jones twierdziła, że to nie miało nic wspólnego z rozwodem – przyp. red.]. W rezultacie rozwodu pan Hunter stał się rozgoryczonym byłym mężem, który chce zemścić się na byłej żonie.

Jones dalej szła więc w zaparte. Podobnie było, gdy Angel Heredia, były młociarz oraz diler, przyznał, że dawał jej niedozwolone środki. Albo wtedy, kiedy przyznawał to Victor Conte, szef BALCo.

Dostała ode mnie EPO, hormon wzrostu, insulinę, zastrzyki z adrenaliną… Bała się igieł, więc jej trener mieszał te trzy z wymienionych czterech substancji w jednej iniekcji. Odradzałem im to, bo uważałem to za ryzykowne

mówił później. A Jones groziła mu pozwem na kwotę 25 milionów dolarów. Ostatecznie dogadali się poza sądem.

Kolejne oskarżenia, kolejne pozwy, kolejne zaprzeczenia, groźby, presja, artykuły… Marion Jones stała na krawędzi, widzieli to wszyscy. Kwestią czasu było, kiedy ostatecznie z niej zleci.

 „Przepraszam”

Wiedziałam, że wzięłam tę substancję, którą mi pokazali. Podjęłam decyzję, że skłamię i spróbuję to ukryć – wspominała Jones, która, siedem lat po oszustwie, ostatecznie przyznała się, że brała niedozwolone środki. Śledztwo przeciwko niej trwało trzy lata. Oskarżenia wysnuto jednak już w 2000 roku – tuż po tym, jak Amerykanka faktycznie pierwszy raz wzięła doping. Trevor Graham, inny z jej trenerów, również z dopingową przeszłością, dał jej buteleczkę z preparatem na bazie oleju z siemienia lnianego (często używanego do „ukrycia” niedozwolonych substancji). Mówił, że to ją wzmocni. Jones mu zaufała.

5 października 2007 roku napisała długi list. Przepraszała w nim rodzinę, fanów, władze – wszystkich, którzy mogli poczuć się urażeni czy oszukani. Pisała, że wstydzi się tego, co zrobiła. I ogłaszała przejście na emeryturę. Wspominała, że gdy agenci pokazali jej substancję, którą znała, po prostu spanikowała. A potem spanikowała po raz kolejny. I jeszcze raz, i jeszcze raz:

Byłam nieszczera i macie pełne prawo być na mnie źli. Zawiodłam moją rodzinę, kraj i samą siebie.

W efekcie jej przyznania się do winy, możliwość była tylko jedna – wszystkie jej osiągnięcia zdobyte w momencie, gdy stosowała doping (zaczęła tuż przed igrzyskami w Sydney, a przestała, wedle różnych źródeł i wypowiedzi pod koniec 2001 roku albo już w 2002), zostały anulowane. Nie było więc pięciu medali z Sydney, bo nie mogło ich być.

Poza tym Jones zabroniono kolejnych startów. Ale to już nie miało większego znaczenia. W przeciwieństwie do innego wyroku – za składanie fałszywych zeznań trafiła na pół roku do więzienia. W „New York Times Magazine” doskonale opisano jej pierwszy dzień za kratkami. „Jones była zdeterminowana, żeby inne więźniarki nie zobaczyły jej łez. Poszła więc na więzienną bieżnię. Później kupi trampki, kilka par spodenek i koszulkę w więziennym sklepie. Ale w tamtym dniu miała na sobie to, co jej dano, gdy odebrano jej prywatne ubrania: bawełniane trampki, workowaty T-shirt i o kilka rozmiarów za krótkie spodnie. W tym zaczęła biegać. Gdy krążyła wokół bieżni, zobaczyła tuziny osadzonych, stojących na balkonach i w oknach, oglądających ją. Przez ponad dwie godziny powtarzała 200-metrowe sprinty. Do zejścia z bieżni zmusił ją więzienny dzwonek”.

W więzieniu, jak napisano, spędziła pół roku. To był dla niej trudny czas. Oddzielono ją od trójki dzieci, poszła tam niedługo po ślubie (małżeństwo, tym razem, okazało się szczęśliwe), kompletnie spłukana (deklarowała, że ma 2000 dolarów majątku, a bank zajął jej trzy domy) i ze zniszczoną reputacją. Nie wiedziała, co czeka ją po wyjściu na wolność. Miała pełne prawo obawiać się przyszłości.

Ale choć to historia o wielkim oszustwie, które wstrząsnęło sportowym światem, nikt nie powiedział, że nie może mieć happy endu, prawda?

Zrób sobie przerwę

Po wyjściu z więzienia osiadła w Austin w Teksasie wraz z dziećmi i Obadele Thompsonem, mężem. Niedługo później udzieliła słynnego wywiadu w programie Oprah Winfrey, w którym ostatecznie potwierdziła przejście na emeryturę. I powtarzała, że „nigdy nie wzięła nic nielegalnego, wiedząc o tym, że to taki środek” (czy faktycznie tak było, można mieć wątpliwości, ale taka jest jej wersja wydarzeń). A na pytanie czy zdobyłaby swoje medale, gdyby nie stosowała dopingu, odpowiadała, że… tak. I, co czyni tę historię tragiczniejszą, można jej wierzyć. Bo powtórzmy: talent i możliwości miała ogromne. Zresztą jest przecież trzykrotną mistrzynią świata z lat 1997 i 1999. Tych tytułów nikt jej nie odebrał. Wtedy nie stosowała jeszcze dopingu.

Po wyjściu z więzienia założyła fundację zachęcającą dzieci do uprawiania sportu, ale, co ważniejsze, stworzyła inną inicjatywę – „Take a Break”. Jej celem było przekazanie ludziom, że czasem – przed ważnymi decyzjami, które mogą wpłynąć na ich życie, karierę czy reputację – warto się chwilę zastanowić, rozważając wszystkie za i przeciw. Wziąć przerwę. Na różnych wykładach powtarzała, że gdyby sama tak postąpiła przed tym, jak pierwszy raz skłamała na temat dopingu, możliwe, że wybrałaby inne rozwiązanie.

Jest w moim życiu kilka momentów, do których chciałabym wrócić i przemyśleć wszystkie możliwe konsekwencje moich wyborów. Jeśli bym tak zrobiła, możliwe, że wszystko ułożyłoby się inaczej. To wielka część mojej wiadomości do ludzi. […] Żałuję też tego, że zniszczyłam pewne relacje. Niektórzy ludzie nie potrafią zapomnieć czy wybaczyć twoich kłamstw i błędów. Zawiodłam tylu ludzi… to wciąż mnie czasem uderza. Dla mnie ta podróż zakończy się zwycięstwem, jeśli zdołam zainspirować ludzi, zrobić coś, co na nich wpłynie.

Jones wydała też dwie książki. Jedną oparła na tym, co działo się w więzieniu i listach, jakie otrzymywała od męża i dzieci (tych przez całe pół roku nie widziała, nie chciała bowiem, żeby jej synowie oglądali ją w więzieniu). Druga – napisana kilka lat później – opowiada o jej całej podróży. Od kłamstw na zeznaniach, po więzienie, próby odkupienia win i koszykówkę.

Właśnie, koszykówka. Jones faktycznie dostała się do ekipy Tulsa Shock i została najstarszą debiutantką w historii WNBA. Rozegrała tam jeden pełny sezon, została zwolniona na początku drugiego. Jednak i tak była tej ekipie, trenerowi i koleżankom z zespołu bardzo wdzięczna. Jak sama mówiła – za zaufanie. Za to, że nie przestraszyli się jej łatki oszustki, a widzieli w niej zawodniczkę, która może wzmocnić zespół i na tym oparli swe decyzje.

Gdy debiutowała, hala zapełniła się kibicami i dziennikarzami (również z Europy). Wszystkie oczy były zwrócone na nią. Zagrała tylko kilka minut, a i tak to ona była najważniejsza. – Pomyślałam sobie, że gra w koszykówkę będzie interesującą podróżą, jeśli się na nią zdecyduję i da mi szansę, żeby trafić do młodych ludzi. To była dla mnie okazja, druga szansa. Zadałam sobie pytanie: czemu nie? Naprawdę, czemu nie? – wspominała.

Spróbowała więc. I mimo że ta przygoda zakończyła się szybko, to ostatnie chwile zawodowej, sportowej kariery Marion Jones nie wiążą się z dyskwalifikacją, sprawą sądową, więzieniem czy łzami. Dzięki temu, że zaryzykowała, może wspominać pełną halę, grę w najlepszej kobiecej koszykarskiej lidze świata i uśmiech na swojej twarzy.

Wydaje się więc, że było warto.

 

Fot. Newspix


Aktualności

Kalendarz imprez