II dzień HME: srebro Święty-Ersetic, Lisek w finale i znakomite 800 metrów

II dzień HME: srebro Święty-Ersetic, Lisek w finale i znakomite 800 metrów

Dziś miał być dzień Justyny Święty-Ersetic. Po wczorajszym rekordzie kraju Polka przystępowała do walki o złoty medal. Jak powtarzała – Femke Bol faworytką biegu na 400 metrów była zdecydowaną, ale to jeszcze nie oznaczało, że można sobie taki start odpuścić. I Justyna nie odpuściła, do końca walczyła. Okazało się, że tym razem to za mało. Zostało srebro, którym i tak się cieszyła. Na złoto będzie jeszcze szansa w sztafecie.  

A co działo się poza medalowym występem naszej reprezentantki? Skakał Piotr Lisek, w biegach na 800 metrów zaliczyliśmy wprost znakomity dzień, a na 60 metrów Polacy i Polki pokazali, że w sprintach wcale nie odstajemy od reszty.

Jest srebro, ma być złoto

Justyna Święty-Ersetic liczyła, że znowu – po tym, jak zrobiła to wczoraj – pobije rekord Polski. Sama to przyznała. Gdyby bieg się inaczej ułożył, pewnie by tego dokonała. Ale że rywalki ją przyblokowały i przez to zmuszona była biec po drugim torze, nadrabiając dystans, to było jej trudno. No i się nie udało, zabrakło kilku setnych. Więcej straciła do Femke Bol, ale Justyna wprost mówiła, że to Holenderka była faworytką i zasłużenie wygrała. Zresztą jej czas – 50,63 – jest znakomity, o czym zawodniczka Grupy Sportowej ORLEN też wspomniała.

– W 2014 roku na halowych mistrzostwach świata wygrywała Amerykanka, która pobiegła powyżej 51 sekund. To świadczy o poziomie Bol. Po samym biegu czułam lekki niedosyt, bo wynik wczorajszego był rewelacyjny. Liczyłam na dużo szybsze bieganie dziś. Teraz wszystko do mnie powoli dociera i cieszę się z tego, co mam. Przyjechałam tu trzecia na listach, awansowałam o jedną pozycję. Zrobiłam, ile byłam w stanie – mówiła Justyna.

Po biegu dziękowała trenerowi Aleksandrowi Matusińskiemu, z którym współpracuje już od dekady i wszystkie sukcesy odnoszą wspólnie. Justyna ujęła to tak: „nauczył się pracy ze mną, są tego rezultaty, ale do osiągnięcia mamy jeszcze wiele i myślę, że udowodnimy to wkrótce”. Sam trener też miał zresztą trochę do dodania.

Jestem bardzo zadowolony. Ten medal to spełnienie moich marzeń. Justyna bardzo dobrze się zaprezentowała i wczoraj, i dziś. Na pewno są rezerwy pod kątem lata. Obiecuję, że będzie kiedyś złota na hali [Justyna obiecać nie chciała – przyp. red.]. To był świetny bieg, bardzo mocny poziom. Jestem przekonany, że jakby biegła jak po sznurku, to stać ją nawet na o sekundę lepszy wynik. Ale tak się ten start ułożył – mówił.

Zapowiedział też, że niczego nie deklaruje co do jutrzejszej sztafety, choć na Instagrama zdążył wrzucić post o tym, że będzie złoto. Składu też zdradzić nie chciał, ale „niespodzianek nie będzie”, jak to ujął. Inna sprawa, że tak naprawdę nikt do końca nie wie, co siedzi w jego głowie, bo wielokrotnie potrafił zaskakiwać ustawieniem biegaczek na kolejnych zmianach. Co jednak najważniejsze – wprost przyznał, że chyba trzeba będzie poprawić rekord Polski, by zdobyć złoty medal. Nie obrazimy się za taki scenariusz.

Justyna za to dodawała, że o sztafecie jeszcze nie myśli, bo musi najpierw przejść jeszcze przez resztą trwającego dnia, czyli choćby wydzwonić rodzinę i z nią porozmawiać. Na biegu z koleżankami skupi się jutro. Zresztą one dziś – mimo że nie biegały – też odgrywały ważną rolę. – Dziewczyny ze sztafety dały czadu, słyszałam je, dopingowały mnie, machały moim awatarem. To jest bardzo miłe, dziękuję im za to i czekam aż jutro staniemy razem na tej bieżni.

A co będzie na bieżni? Cóż, Justyna już oznajmiła Femke Bol, na co ta ma się przygotować..

– Muszę wyrównać rachunki za dziś. Powiedziałam Femke, że dziś to ona ma złoty medal, ale jutro ja go będę mieć.

Mondo vs reszta świata

W porannej sesji było dziś… właściwie wszystko. Skakano, biegano, pchano, dekorowano i co tam sobie jeszcze wymyślicie. Nas najbardziej interesowały sprinty – przez płotki i płaskie – oraz siedmiobój i skok o tyczce, gdzie mieliśmy swoich reprezentantów. Najwcześniej prezentowali się tyczkarze. Piotr Lisek, Robert Sobera i Paweł Wojciechowski walczyli o awans do finału i wykonali ponad połowę planu.

Niestety, w stu procentach nie wypalił. Awansować nie udało się Wojciechowskiemu, który – jak to tej zimy regularnie bywało – bardzo męczył się pod względem technicznym. Powiedzmy sobie szczerze, jeśli gość o takim CV i możliwościach nie potrafi przeskoczyć poprzeczki zawieszonej na wysokości 5.50, to wiadomo, że coś jest nie tak. Na szczęście Sobera i Lisek wyjdą jutro do walki o medale.

Ten drugi – nasz faworyt na podium – miał dziś swoje problemy. Strącił po jednej próbie na wysokości 5.60 i 5.70, raz też nerwowo otarł czoło po wylądowaniu, bo – na dość niskiej jak na jego możliwości wysokości – poprzeczka tylko cudem utrzymała się na stojakach po tym, jak o nią zahaczył.

– Eliminacje są o tyle trudne, że trzeba skakać nie jak najwyżej, tylko na zaliczenie i spokojnie wejść do finału. Oczywiście wiem, jakie będzie kolejne pytanie – co się stało, że po drodze były dwie zrzutki? Uzyskać dobry skok jest o tyle trudno, że nawet jak ma się formę, to nie zawsze ten skok wychodzi, bo jest bardzo dużo zmiennych. Ale poza tym weszliśmy na spokojnie do finału. Otarcie czoła po skoku? To był naprawdę dobry skok, ale dobrałem nieco zbyt miękką tyczkę, więc wjechałem mocno w poprzeczkę. Wyszło na styk, ale to był jeden z najlepszych skoków, mimo że na niższej wysokości – mówił.

W tyczce, podobnie jak to było w biegu kobiet na 400 metrów, faworyt jest jeden – Armand Duplantis. Mówiło się, że zagrozić może mu weteran (i jego przyjaciel), Renaud Lavillenie, ale Francuz z powodu urazu w Toruniu się nie zjawił. Więc Mondo został tak naprawdę sam. Choć Lisek powtarza, że jeszcze nie należy wieszać nikomu medali na szyi.

– Gdyby było wiadomo, kto wygra, moglibyście nam tylko przybić piąteczkę i pobieglibyśmy do domu. Ale fakt, Armand jest na troszeczkę innym poziomie niż my. Wszyscy chcemy go gonić, zabrać się do tego wagoniku. Zobaczymy jutro. Polecam śledzić konkurs. (śmiech) Tyczka będzie ciekawą konkurencją. Myślę, że paru zawodników będzie chciało skraść miejsce na podium. Trzeba też będzie obserwować Mondo, żeby zobaczyć, czy wypełni plan minimum i skoczy sześć metrów. Bo myślę, że będzie trzeba mniej więcej tyle skakać, żeby wygrać – mówił zawodnik Grupy Sportowej ORLEN.

Swoją drogą Piotr Lisek prawdopodobnie odkrył sekret znakomitych wyników Szweda. Chodzi o… włosy. – Co jest wyjątkowego w Mondo? Chyba ta fryzura jest tak bajeczna, że pozwala mu skakać coraz wyżej. (śmiech) Zapuszczam włosy, żeby skakać jak on. Ale mówiąc poważnie: Armand skacze świetnie technicznie. Każdy z nas jest inny. Ja jestem nieco wyższy i cięższy, on niższy i lżejszy, nasze techniki się nieco różnią. Trudno to jednoznacznie powiedzieć, co on ma takiego, czego nie mamy my, że skacze wyżej. Na pewno pomaga mu w tym prędkość na rozbiegu.

Sam Armand jakiś czas temu leczył uraz, ale mówi, że dziś już czuje się dobrze. W eliminacjach oddał tylko jeden skok – bez problemu zaliczył 5.60 i tyle wystarczyło, żeby wejść do finału. Nie chciał jednak zapowiadać, że powalczy o rekord świata, bo to zależy od tego, czy będzie czuć się dobrze. Ale dziś się czuł. Co jeszcze mówił?

Było dobrze, zaoszczędziłem energię. Czuję, że jestem gotowy na finał. Wiem, że to dobre miejsce do skakania, bo już rok temu pobiłem tu rekord świata, swój pierwszy. Spodziewam się dobrych rzeczy. Brak Renaud? To trochę denerwujące, że go nie będzie. Radość z tego startu będzie nieco mniejsza, wszystko stanie się mniej ekscytujące. Ale muszę po prostu wyjść i zrobić swoje bez niego.

Można się spodziewać, że faktycznie swoje zrobi. Szczególnie, że w rozmowach wydawał się dziś bardzo spokojny i wyluzowany. On na skocznię wróci jednak dopiero jutro. A dziś swoje zrobili Polacy i Polki w biegach na 800 metrów.

Polska szkoła biegów średnich

Poza finałami kluczem były dziś dla nas też półfinały – te na 800 metrów. Tam prezentowała się aż szóstka naszych reprezentantów i reprezentantek. Wyszło tak, że w każdym biegu mieliśmy jedną osobę, co dla kibiców pewnie było gratką, ale rozmowy nierzadko utrudniało – bo gdy do mikrofonu mówił Patryk Dobek, to biegł już Mateusz Borkowski. A jak o starcie opowiadał Mateusz, to na bieżni prezentował się Adam Kszczot.

Choć z Mateuszem to w ogóle inna sprawa – on dopiero od dziennikarzy dowiedział się, że przy jego nazwisku pojawiło się „DQ”, oznaczające, że będzie zdyskwalifikowany. A przyszedł szczęśliwy, bo pobiegł jeden z najlepszych biegów w życiu.

– Jestem wręcz zszokowany moją taktyką. Nie wiedziałem, że aż tak dobrze odnajdę się w tym biegu. To pokazuje, że jestem dobrze przygotowany, a jak ktoś jest przygotowany, to pobiegnie w każdym biegu – będę to powtarzał. Cieszę się, że tak wyszło. Teraz mam nadzieję, że jednak będzie finał. Na pewno złożymy protest. Teraz tylko czekać, bo aż mi się nie chce rozmawiać – mówił.

Jak się okazało – finał będzie. Protest Polaków został uznany, Mateusza do składu biegu o medale przywrócono. Więc całkiem prawdopodobne, że jutro będzie opowiadać już z uśmiechem na ustach o tym, co tam wybiegał.

Zresztą szanse na medal w biegu na 800 metrów mężczyzn mamy ogromne. Połowa składu finału to Polacy. Poza Borkowskim weszli do niego też Patryk Dobek i Adam Kszczot. Ten drugi już nas do swojej obecności w finałach przyzwyczaił. Ale dla pierwszego – do niedawna przecież wyłącznie czterystumetrowca i to głównie płotkarza – to wielkie osiągnięcie.

– Ostatnie metry były ciężkie. Finiszowałem jak na 400 metrów przez płotki. Było też trochę przepychania. Hiszpan skręcał w zewnętrzną stronę, ja musiałem się odsuwać, żeby go wyprzedzić. Ostatnie metry przebiegłem naprawdę na miękkich nogach. To już mój drugi bieg, jutro czeka trzeci. Zobaczymy, co będzie. Wydaje mi się, że i tak sporo osiągnąłem, jak na cztery miesiące podstawowego treningu. Trochę jest w nim tej bazy jest na 800 metrów, ale wciąż wychodzę z bazy na 400 i 400 przez płotki. To nie jest trening stricte na 800 metrów. Kilometrów, objętości jest więcej, ale cały czas lecę na tamtej bazie – mówił.

SPONSOREM GENERALNYM POLSKIEGO ZWIĄZKU LEKKIEJ ATLETYKI JEST PKN ORLEN

O ile Dobek był zmęczony, o tyle Adam Kszczot wyrażał jedynie zadowolenie z tego, jak potoczył się jego bieg. „Profesor”, jak mówił, w pełni kontrolował sytuację i musiał „depnąć” jedynie na ostatnich dwustu metrach, żeby wyprzedzić rywali. Udało się, wszedł do finału. A tam już ma walczyć o złoto. – Finał raczej będzie szybki. Jest dwóch rywali, którzy chcieliby prowadzić, bo dla nich tempo to ogromna przewaga. Będzie się działo. To jest trzeci bieg, ruletka. Wszyscy mają czyste karty. Ja mam dużo sił, dobrze mi się ten dzisiejszy bieg ułożył – komentował.

U pań nie udało się wejść wszystkim naszym zawodniczkom, ale dwie główne faworytki to zrobiły. Joanna Jóźwik i Angelika Cichocka – obie po wielu przejściach – pobiegną jutro po złoto. I obie mówiły, że bardzo się cieszą po pierwsze z finału, a po drugie z tego, że będą w nim razem. Angelika była zresztą w tak znakomitym nastroju, że jeszcze zanim ktokolwiek zadał pytanie, oznajmiła to wszystkim i wykrzyczała: “WYSPAŁAM SIĘ, UUUU!”. I to musiał być naprawdę doskonały sen. Bo energia aż ją rozpierała.

Co jeszcze mówiły? Sporo. I choć nie stały przy tym obok siebie, można odnieść wrażenie, że ich wypowiedzi się przenikają.

Joanna: – Końcówka mojego biegu była pewna, ale w trakcie trochę się przestraszyłam, bo byłam zamknięta od bandy. Było to niebezpieczne, gdybym nie miała szybkości, to byłoby ciężko. Całe szczęście jestem na to przygotowana, żeby nawet po tym drugim torze wybiec, co nie zmienia faktu, że nadrobiłam. Ta ostatnia dwusetka trochę mnie kosztowała, dlatego idę się regenerować.

Angelika: – Przez całe trzy lata męczarni z kontuzjami miałam w głowie myśl, że najlepsze dopiero przede mną. Mimo dużego stresu przed biegiem – bo tylko dwie dziewczyny mogły awansować, a ja nie byłam przesadnie obiegana na hali na 800 metrów w ostatnich latach – udało się. Fajnie, że miałam na mistrzostwach Polski możliwość. I to w mocnej stawce, biegałam tam z Aśką. Teraz się okazało, że obie jesteśmy na poziomie najlepszej szóstki Europy. Taka rywalizacja w Polsce na pewno nas pcha do przodu. Z Aśką wzajemnie się wspieramy, ona też sporo przeszła przez kontuzje. Fajnie, że obie jesteśmy w formie.

Joanna: – Dzisiaj mówiłam trenerowi, że będzie śmiesznie, jeśli to z Angelą powalczymy o złoto. Łokieć w łokieć i krzyki: „Ja!”, „Nie, ja!”. (śmiech) To by było piękne i tego sobie oraz Angeli życzę. Cieszę się, że Polska biegami średnimi stoi i że jestem w tej grupie.  

Angelika: – Wracam do pełnej swobody biegania. Tego w tym sezonie jeszcze nie miałam. Czuję, że wraca dawna Angie. Cieszę się, że tutaj jestem. Każdy bieg dodaje pewności siebie. To na pewno pomaga, gdy się biega i wygrywa z najlepszymi Europejkami. Wróciłam do sportu dlatego, że wkładam w bieganie całe swoje serce. To pozwoliło mi przetrwać trudne lata kontuzji.

Joanna: – Czuję, że jestem przygotowana na trzy biegi. Teraz muszę robić wszystko, żeby regeneracja była jak najlepsza. Więc szybko uciekam do hotelu, jem kolację, potem fizjoterapeutka, odnowa, może lód i idę spać. Jutro ciężki dzień. Ciężki i mam nadzieję, że szczęśliwy.

Angelika: – Mnie te biegi tak nie męczą. Szybko się regeneruję po startach, bo mam spory zapas tlenu w organizmie. Przypominam sobie Londyn 2017, tam na mistrzostwach świata wytrzymałam sześć biegów. Od tego czasu trochę minęło, ale czuję się dobrze w turniejowym bieganiu. Cieszyłam się, że są tu trzy biegi.

Czekamy więc na jutrzejsze finały na 800 metrów w wielkim napięciu. A co wydarzy się poza nimi?

Ostatni dzień

W niedzielę mistrzostwa się kończą. I mogą się skończyć wręcz wspaniale, bo medalowych szans mamy sporo. Weźmy biegi na 60 metrów przez płotki (płaskie biegano dziś, Remigiusz Olszewski wszedł do finału, ale nie zdobył medalu) – u mężczyzn świetnie zaprezentował się dziś Damian Czykier (7.57, najlepszy wynik w sezonie), u kobiet Pia Skrzyszowska wybiegała nową życiówkę (7.96), wyrównując tym najlepszy w karierze wynik Karoliny Kołeczek. Ta zresztą też przeszła dalej – na razie do półfinału.

– Myślę, że to jeszcze nie było moje maksimum. Widziałam, że wygrywam, nie musiałam się ścigać w końcówce. Z Karoliną motywujemy się wzajemnie. Liczę, że ona też się polepszy, bo w tym sezonie biega bardzo dobrze i mówi, że jest gotowa na te mistrzostwa. Mam nadzieję, że obie pokażemy się tu z jak najlepszej strony. To dopiero początek, nie tylko zawodów, ale mojej kariery. To 7.96 naprawdę cieszy i myślę, że jutro będzie mnie stać na więcej, a w przyszłości… znacznie więcej. (śmiech) – mówiła Pia.

Poza sprintami, jutro też wspomniany skok o tyczce i sztafety – kobiet oraz mężczyzn. O jak najlepszą lokatę w siedmioboju będzie też walczyć Paweł Wiesiołek i wcale nie stoi na straconej pozycji. Będzie więc działo się naprawdę dużo. I wszyscy liczymy, że nasz dorobek medalowy znacznie się powiększy.

Z TORUNIA
SEBASTIAN WARZECHA

Fot. Newspix


Subskrybuj
Powiadom o
guest
0 komentarzy
Inline Feedbacks
Pokaż wszystkie komentarze

Aktualności

Kalendarz imprez