Igrzyska, UFC i potrójne mistrzostwo. Kariera Henry’ego Cejudo

Igrzyska, UFC i potrójne mistrzostwo. Kariera Henry’ego Cejudo

Mistrz olimpijski w zapasach, który śnił prawdziwie amerykański sen. Zdobywca dwóch pasów mistrzowskich UFC. Jeden z najbardziej znanych zawodników MMA na świecie. Kontrowersyjny. Znakomity. Widowiskowy. Wielki, choć mierzący ledwie 162 centymetry. Henry Cejudo na przestrzeni swej kariery często wymykał się definicjom i tworzył historię na nowo. Tak zrobił też w nocy z soboty na niedzielę, gdy zaskakując wszystkich, ogłosił zakończenie wspaniałej kariery.

Jeszcze przed pandemią miał walczyć na UFC 250 i zmierzyć się z Jose Aldo. Zawsze celował w tych największych i najlepszych, Brazylijczyk do tej definicji pasował. Tym bardziej, że starcie miało odbyć się w ojczyźnie rywala, co tylko podnosiłoby poziom trudności. Z tego pojedynku nic nie wyszło, bowiem Jose utknął w Brazylii, a Cejudo stał się jednym z bohaterów wieczoru na gali numer 249. Tam zmierzył się z wracającym po serii kontuzji Dominickiem Cruzem, dwukrotnym mistrzem kategorii koguciej.

Trafił na loterii. Gratulacje, Dominick! Mała, krucha księżniczko. Mam nadzieję, że pojawisz się 9 maja. Jesteś następny! W połowie mojego obozu treningowego zorientowałem się, że Aldo nie będzie w stanie walczyć przez tę całą kwarantannę. Od razu wiedziałem, że jeśli nie mogę dostać jego, to chcę Dominicka Cruza – mówił Cejudo. I Cruza dostał. A potem zmiótł go z ringu.

Walka trwała niecałe dwie rundy. Zakończył ją sędzia, reagując na serię ciosów, którą wymierzał rywalowi Henry. Werdykt był to zresztą kontrowersyjny, bo do końca rundy zostały dwie sekundy. Cruz długo nie mógł się z nim potem pogodzić. Ale prawda jest taka, że ani przez chwilę nie był w tym pojedynku godnym przeciwnikiem dla swojego rywala. Najwięcej szkód wyrządził mu, gdy… zderzyli się głowami i z tej należącej do Cejudo polała się krew. A tak Henry rozbijał go najpierw świetnymi kopnięciami na nogi (a poruszanie się w ringu to wielki atut Cruza), a potem dołożył kilka ciosów, z niesamowitym kolanem w głowę, które praktycznie rozstrzygnęło pojedynek, na czele.

Werdykt, powtórzmy, był kontrowersyjny, ale równocześnie wszyscy zdawali sobie sprawę, że Cejudo na zwycięstwo zasłużył. Tego nikt nie kwestionował. I pewnie już ostrzyli sobie zęby na to, co stanie się w jego kolejnym pojedynku i kogo tym razem będzie chciał zostawić pokonanego. Tym większe było zaskoczenie, gdy Henry ogłosił, że kolejnej walki nie będzie. Bo robi to już długo, osiągnął dużo więcej, niż sobie wymarzył, a do tego ma teraz dziewczynę i chce poświęcić jej czas.

Rękawice zawiesił więc na kołek, pas oddał władzom federacji. A skoro to koniec kariery (choć czy na pewno – jeszcze się zastanowimy), warto sobie przypomnieć, jak ona właściwie wyglądała.

Złoto

Do Pekinu jechał jako młodzian. Na karku miał 21 lat. Przed nim żaden Amerykanin nie zostawał mistrzem olimpijskim w zapasach tak szybko. To jednak nie tak, że pojawił się znikąd – talent prezentował już wcześniej. W 2006 roku został zapaśnikiem roku spośród wszystkich uprawiających ten sport w szkołach średnich. Niedługo po tym zdobył swoje pierwsze mistrzostwo USA. To wtedy zdecydował się poświęcić w całości zapasom.

Zwykle ścieżka olimpijczyka w USA przebiega inaczej. Jest szkoła średnia, treningi, potem college i w nim rozwój i mozolne wchodzenie na taki poziom, by móc rywalizować z najlepszymi. Oczywiście, są wyjątki. W wielu sportach kariery mają inny przebieg – weźmy pływanie czy gimnastykę, gdzie nastolatkowie często rządzą już na światowych arenach. Ale w zapasach zdarza się to rzadko. Henry Cejudo chciał jednak spróbować. I zrezygnował z college’u na rzecz pełnoprawnych treningów w ramach przygotowań do Pekinu. Sukcesy na mistrzostwach i igrzyskach panamerykańskich utwierdzały go tylko w przekonaniu, że był to dobry wybór.

Moim celem jest zostać najlepszym na świecie. Jeśli to oznacza, że ominę bal absolwentów, powrót do domu, NCAA czy zrezygnuję z posiadania dziewczyny, to zrobię to, bo mam ambicję bycia najlepszym. To dokładnie to, co robiłem i robię. Ograniczyłem się, odizolowałem i skupiłem na wielkim celu – zostaniu najlepszym na świecie i na igrzyskach – mówił.

Na olimpiadę dostał się w kategorii do 55 kilogramów. Dwa lata po skończeniu szkoły średniej jechał na największą imprezę świata. Wielu po prostu chciałoby czerpać doświadczenia. Przejść ceremonię otwarcia. Napić się piwa w wiosce olimpijskiej. Spotkać idoli. Nie on jednak – Henry od początku był skupiony niemal wyłącznie na swoich pojedynkach. Jak mówił: miał marzenie i chciał je zrealizować. Choć nie było łatwo. Rok wcześniej przegrał pierwszy pojedynek na mistrzostwach świata. W kwalifikacjach olimpijskich również był bliski porażki. Na igrzyskach miał problem ze zrzuceniem wagi do wymaganego limitu. Udało mu się, ale to wcale nie znaczyło, że najtrudniejsze za nim.

Na igrzyskach musisz wygrać cztery walki jednego dnia. W trzech pierwszych przegrywałem, ale udało mi się odwrócić ich losy. Gdy dostałem się do pojedynku o złoto, to było to, o czym śniłem. Pamiętam, że byłem przerażony. Kiedy jednak wszedłem na halę, opuściło mnie całe zdenerwowanie. Powtarzałem sobie: „robiłeś to wcześniej. Wiesz, jak to jest. Teraz czas wykorzystać moment. Idź po swoją nagrodę”.

Poszedł. Tomohiro Matsunagę z Japonii pokonał gładko. Ten jeden jedyny pojedynek wygrał bez problemów. A potem padł na kolana. Zszokowany i szczęśliwy. Płakał. Ściskał się z trenerem (który powtarzał, że nikt, poza nimi, nie wierzył w to złoto ). Biegał z flagą USA. Kraju, któremu – co regularnie powtarzał – wiele zawdzięczał. Bo to w nim otrzymał szansę.

Amerykański sen

Wychował się w najbiedniejszych dzielnicach Los Angeles, Las Cruces i Phoenix. Miał sześcioro rodzeństwa. Jego rodzice byli nielegalnymi imigrantami z Meksyku. Rozwiedli się, gdy miał kilka lat. Biologiczny ojciec, Jorge, często pakował się w kłopoty. Miał problemy z narkotykami, regularnie trafiał do aresztu, ostatecznie został deportowany. Zmarł niedługo przed tym, jak Henry zdobył olimpijskie złoto. Jego syn wciąż nie miał na tyle pieniędzy, by choćby wybrać się na pogrzeb.

Jak biedny był Henry? Przez niemal całe nastoletnie życie nie miał nawet własnego łóżka, zwykle spał z bratem. Sam zaczął spędzać noce dopiero w ośrodku treningowym, gdy przygotowywał się do igrzysk. Bywało, że w domach czy mieszkaniach sypiał nawet na podłodze. Domach, bo w dzieciństwie przeprowadzał się około 50 razy. Raz z matką i rodzeństwem uciekali na przykład w środku nocy z Los Angeles w obawie przed… ojcem Henry’ego. Jedzenie? Różnie bywało. Choć matka robiła wszystko, żeby jej dzieci nie chodziły głodne i mogły się kształcić. Często harowała w dwóch, nawet trzech miejscach równocześnie. To jej pierwszej Cejudo dedykował złoty medal.

Potem wspominał też kilku trenerów. Frank Saenz czy Tracy Greiff to osoby, bez których nie zostałby mistrzem olimpijskim. Pierwszy zbierał kasę, chodząc od sponsora do sponsora, żeby Henry mógł jeździć na kolejne zawody. Drugi powiedział mu kiedyś, że stać go na zdobycie złota. Cejudo uwierzył. Ale najważniejszą osobą na zapaśniczej ścieżce był dla niego jego brat, Angel.

To on jako pierwszy zaczął uprawiać ten sport. Bez niego Henry pewnie nigdy by się tego nie podjął. Angel pomagał mu w treningach, obserwował jego walki, krytykował i udzielał porad. Miał do tego znakomite podstawy – w imprezach rangi stanowej doszedł w pewnym momencie do bilansu 150:0. Był wielkim talentem, choć nigdy nie dokopał się do sukcesu, jaki stał się udziałem jego młodszego brata. Ale gdy Henry zdobywał olimpijskie złoto, był na trybunach. I płakał wraz z nim.

Nie było tam ich matki. Z dwóch powodów. Raz, że nie lubiła latania. Dwa? Nie miała paszportu. Pojedynki swojego syna oglądała więc w telewizji. Podobno wymiotowała z nerwów przy każdym z trzech pierwszych. Zawsze wtedy, gdy Henry przegrywał. Ale ostatecznie mogła świętować. Wychowała mistrza olimpijskiego. A jej syn w Pekinie mówił, że „chciałby dać jej ten medal już teraz, natychmiast”. Z tym musiał jednak poczekać na powrót do Stanów. Wręczył jej wtedy jednak nie tylko złoto, ale i coś więcej. Bo już w trakcie świętowania mistrzostwa, jeszcze w Chinach, krzyczał szczęśliwy jedno zdanie: „Jestem bogaty!”.

Bo i faktycznie – tamten moment odmienił jego życie. Biedny chłopak, którego nie stać było na nic poza zapasami – a i to dzięki sponsorom – nagle stał się gwiazdą. Najmłodszym mistrzem olimpijskim w zapasach w historii USA. Posypały się kontrakty reklamowe. Za samo złoto dostał 65 tysięcy dolców. A ci, którzy płacili mu za zawody czy sprzęt, przekonali się, że była to nadzwyczaj dobra inwestycja.

Żyję amerykańskim snem – mówił Henry. – USA to kraj możliwości. Jestem szczęśliwy, że mogę go reprezentować. Nigdy jednak nie zapomnę o swoich meksykańskich korzeniach, tym, co płynie w moich żyłach i mentalności – że jestem azteckim wojownikiem. Moja matka zrobiła dla mnie niesamowicie wiele. Nauczyła mnie pracować z dumą i godnością. Wszystko robiłem zawsze na sto procent. Nie było wymówek.

Koniec i początek

Po złotym medalu zrobił sobie przerwę. W końcu poszedł na uniwersytet, skupił się na nauce. Wrócił w 2011 roku z chęcią pojechania na drugie igrzyska i nadzieją, że uda mu się obronić złoto. Tej kilkuletniej przerwy potrzebował. Mówił nawet, że po mistrzostwie olimpijskim po prostu myślał o natychmiastowym zakończeniu kariery.

Co rano budzisz się w centrum treningowym. Na macie spędzasz po sześć godzin dziennie. Byłem tym zmęczony. Wiedziałem, że ostatecznie wrócę, ale podczas przerwy miałem czas, żeby nacieszyć się dobrym życiem. Grubym życiem, tak można by to nazwać. Fajnie było spać długo w bawełnianych pidżamach i jeść w chińskich restauracjach. Realny świat jest fajny. Wciąż jednak rywalizowałem w boksie, muay thai i jiu-jitsu. Byłem aktywny. Wróciłem i od razu pokonałem gościa, który był drugi na świecie. Wciąż byłem w stanie to zrobić, nieważne przeciwko komu – mówił.

Pchały go marzenia. Powtarzał, że zdobycie drugiego złota byłoby czymś niesamowitym. Ale szybko okazało się, że pozostanie to tylko marzeniem. Na igrzyska nawet nie pojechał, przegrał rywalizację w trakcie… krajowych kwalifikacji. Gdy był już pewien, że nie dostanie się do Londynu, zdjął buty, rzucił je widowni, a ta nagrodziła go owacją na stojąco, gdy bosy schodził z maty. Część pewnie zastanawiała co Henry postanowi robić dalej. On zresztą też.

Choć już w 2011 roku, gdy go o to zapytano, mówił, że myśli o MMA. Klatka go ciągnęła. Zresztą, jak przed chwilą mogliście przeczytać, miał do tego predyspozycje. Bo to nie tylko zapasy, w których był znakomity, ale lubił też boks i inne sztuki walki, w których całkiem nieźle sobie radził. Zresztą jako dzieciak najbardziej podziwiał właśnie pięściarzy. Widział też, że wiele kolegów i koleżanek po fachu robi karierę w UFC czy mniejszych federacjach. Wymieńmy Yoela Romero, wicemistrza olimpijskiego z Sydney. Czy Daniela Cormiera, czwartego w Atenach, a potem podwójnego mistrza UFC. Ronda Rousey miała za to brąz w judo z igrzysk w Pekinie, tych samych, na których swój sukces świętował Henry.

Więc Cejudo mógł myśleć o podobnej ścieżce kariery. Tym bardziej, że miał kilku znajomych, którzy w świecie MMA byli znani. Dorastał choćby z Cainem Velasquezem, pogromcą Brocka Lesnara. – Kupuję wszystkie pay-per-view. Regularnie oglądam i czytam o MMA. Jestem wielkim fanem – mówił. Ale najpierw postawił na edukację. Po igrzyskach chciał skończyć szkołę, dopiero potem myśleć o wejściu do oktagonu. I tak zresztą zrobił. A potem zaczął się bić.

Przed UFC stoczył sześć walk. Wszystkie wygrał. Imponował przygotowaniem fizycznym, ale też różnorodnością stylu. Mimo przeszłości w zapasach niekoniecznie schodził do parteru, dobrze czuł się w stójce, wiele walk wygrywał i nadal wygrywa przez nokaut. Już wtedy trudno było się przygotować do starcia z nim. Bo tak naprawdę w klatce stać go na absolutnie wszystko. I to właśnie doprowadziło Henry’ego do największej federacji na świecie.

Debiutował w starciu z Dustinem Kimurą w wadze koguciej, ale wkrótce przeniósł się do niższej – muszej. Był trzecim złotym medalistą igrzysk, który zagościł w federacji – po Marku Schultzu i Kevinie Jacksonie. Pierwszy stoczył tylko jedną walkę, drugi cztery (z bilansem 2:2). Cejudo miał znacznie większe plany i sporo czasu na ich realizację. Zresztą ostrzegał rywali, że powinni się mieć na baczności. – W mieście jest nowy szeryf, który nienawidzi drugich miejsc. Nienawidzi porażek, więc jest tu, żeby wygrywać. Kto tylko ma pas, powinien być gotowy. Wiele trzeba będzie, żeby mnie pokonać. Przychodzę tu gotowy i skoncentrowany.

Eksperci twierdzili, że Cejudo ma wszystko, by zostać jednym z najlepszych na świecie. Choć zdarzali się też krytycy, którzy powtarzali, że zbyt szybko dostał kontrakt w UFC i jeszcze na niego nie zapracował. Zdanie pierwszych szybko potwierdzał, drugim zamykał usta. Wygrywał kolejne pojedynki. Już przed debiutem mówił, że chciałby występować w przyszłości w dwóch kategoriach wagowych i wkrótce zaczął to robić. Zajęło mu cztery zwycięstwa w federacji, by dobić się do walki o mistrzowski pas.

Podbój

Jego rywalem w pojedynku o tytuł był Demetrious Johnson. Pierwszy mistrz UFC w wadze muszej w historii federacji. I gość, który trzymał pas przez sześć lat. Henry walczył z nim w czwartym roku jego panowania. Już więc wiecie, że Cejudo pojedynek przegrał. Dodać trzeba, że walka trwała niespełna trzy minuty. Tyle zajęło dominatorowi, jakim był wtedy Johnson, doprowadzenie do technicznego nokautu.

Nie szanowałem go wystarczająco, nie miałem dla niego respektu. Po tym, jak mnie pokonał, nabrałem sporo pokory. Najgorzej jest przegrać przez nokaut po ciosie w ciało. Jesteś przytomny. Twoje oczy są otwarte, widzisz sędziego nad tobą. To okropne! Ale to też mnie zmotywowało. Przegrana sprawiła, że czułem się gorszy – mówił Cejudo. I wiedział, że nie chce więcej się tak czuć.

Ale przegrał też kolejną walkę. Zmierzył się wówczas z Joesephem Bernavidezem. Decydowali sędziowie, werdykt był niejednogłośny. Henry stracił punkty w pierwszej rundzie za ciosy w niedozwolone miejsca. Które, to już się domyślcie. Po walce wielu ekspertów było oburzonych decyzjami sędziów. Ba, do Cejudo dzwonił sam Dana White, szef federacji, i przepraszał go za to, co się stało. Telefon ten udowadniał, że Henry wciąż w UFC się liczy.

Cejudo postanowił zrobić sobie wtedy dłuższą przerwę. Przez 10 miesięcy nie wchodził do oktagonu. W końcu zawalczył z Wilsonem Reisem. W międzyczasie zmienił nieco swoje podejście, zaczął walczyć bardziej w stylu – jak to określano – karate. I od razu się opłaciło. Reisa pokonał przez techniczny nokaut w drugiej rundzie. Potem, za sprawą decyzji sędziów, wygrał z Sergio Pettisem.

Swoją drogą przed walką z Pettisem Cejudo był bliski śmierci. W północnej Kalifornii szalały wtedy pożary. Jeden zastał go w hotelu. Tuż po drugiej zaczęły wyć alarmy przeciwpożarowe. Cejudo wyjrzał przez okno, ale wszystko było w porządku. Myślał, że ktoś włączył alarm przez pomyłkę. Położył się spać. Gdy się obudził, cały pokój był w dymie. Za oknem za to szalały płomienie. Zaczął uciekać z hotelu schodząc z drugiego piętra po… gałęziach drzewa. Nie miał butów (poparzył sobie przez to stopy) ani koszulki. Nie wziął też złotego medalu olimpijskiego, który stracił w tamtym pożarze, a z którym wychodził do walk. Potem dostał replikę, ale na pojedynki zabierał jeszcze inny. Mimo tego wygrał potem z Pettisem, który był wówczas blisko szczytu wagi muszej. Naturalnie więc to Henry stał się faworytem do drugiej walki o pas w karierze. I faktycznie ją otrzymał.

A na szczycie wciąż był Johnson. W momencie, gdy obaj ponownie wchodzili do oktagonu, miał serię 11 udanych obron pasa. Zdawał się nie do pokonania, roznosił przeciwnika za przeciwnikiem. Henry tym razem był jednak gotowy. I wygrał, choć początek walki był dla niego najgorszy z możliwych. Źle stanął, uszkodził lewą kostkę, przez chwilę walczył wręcz na jednej nodze. Johnson to zauważył, skupił się na słabości rywala. Wydawało się, że znów łatwo wygra.

Tyle że Cejudo nie miał zamiaru oddać mu tej walki. Zaczął atakować. Trzykrotnie obalił rywala. 60 procent jego znaczących ciosów trafiało w cel. Był agresorem. I wygrał, po niejednogłośnej decyzji sędziów. Później pytano o nią 25 ekspertów z różnych amerykańskich mediów. 13 postawiło na zwycięstwo Cejudo, 12 na Johnsona. Minimalnie więc, ale wygrał Henry. Tak samo jak w klatce. Walka ta została potem wybrana jedną z największych sensacji tamtego roku.

Decyzja była dla mnie jak film, gdy nadchodzi straszny moment. „Zbliża się! Zbliża się! Co się stanie?”. Byłem podekscytowany i cieszyłem się, gdy wyczytano moje imię. Wiedziałem, że walka była wyrównana. Demetrious też to wiedział. Jeśli obejrzycie wideo, zobaczycie, że bił brawo. Wszystko, co robiłem w życiu, poświęciłem dla sportu. Żyłem w obsesji. I zobaczcie, gdzie mnie to doprowadziło. Jestem mistrzem olimpijskim, mistrzem UFC i autorem dwóch książek. Zrobiłem to wszystko dzięki swojej determinacji i nastawieniu – mówił Cejudo.

Henry niemal natychmiast wyzwał na pojedynek TJ Dillashawa, mistrza wagi koguciej. Mieli zmierzyć się w kategorii Henry’ego, TJ nie stawiał więc pasa na szali. Eksperci twierdzili, że Cejudo walczy tu o ratunek dla całej dywizji. Władze UFC chciały ponoć ją zlikwidować, stąd Dana White miał nadzieję, że pas zdobędzie właśnie Dillashaw. Henry był więc dodatkowo zmobilizowany. I to dało efekt. Ich walka trwała zaledwie 32 sekund. Wygrał, oczywiście, Cejudo. Zwycięstwo dedykował wszystkim zawodnikom ze swojej kategorii.

Pół roku później Henry zawalczył o pas zwakowany wcześniej przez Dillashawa. I wygrał z Marlonem Moaresem po technicznym nokaucie w trzeciej rundzie. Został czwartym w historii UFC podwójnym mistrzem. Choć on sam mówił, że nawet potrójnym. – Jestem mistrzem olimpijskim, mistrzem wagi muszej w UFC i mistrzem wagi koguciej w UFC. Tylko ja na całym świecie mam te trzy tytuły. Możecie mnie nienawidzić, możecie kochać, ale jestem królem tej federacji – mówił.

A za sprawą walki z Cruzem, tej, po której zakończył karierę, stał się drugim gościem w historii UFC, który w oficjalnych pojedynkach bronił dwóch różnych pasów (choć wcześniej oddał już ten z niższej kategorii wagowej). Po czym skończył karierę, wciąż twierdząc, że jest najlepszym wojownikiem w historii federacji.

To twierdzenie jest zresztą charakterystyczne – bo na swej drodze w UFC Cejudo zmieniał nie tylko swój styl walki, ale i wręcz na nowo wykreował całą swoją postać.

Posłaniec i Król Żenady

Zaczynał jako skromny chłopak, który miał swój cel – mistrzostwo UFC. Sam wymyślił sobie pseudonim „The Messenger” – Posłaniec. I sam też tłumaczył mediom, dlaczego akurat taki. – Znam smak sukcesu. Osiągnąłem go. Ale sukces to nie to, co wszyscy o nim myślą. To tylko narzędzie i platforma dla większej wiadomości. Stąd mój pseudonim. UFC i tytuł mistrza dają mi szansę do zrobienia czegoś większego, osiągnięcia wyższego celu. Dorastałem bez ojca. Brakowało mi go. Przez dużą część tego czasu czułem się pusty. Chcę pomóc innym, stać się modelem, inspiracją – mówił.

Często więc rozmawiał o biedzie i trudnościach. Tych, które przeżył sam i tych, które przeżywają inni. Angażował się w akcje charytatywne. Już przed igrzyskami w 2012 roku, we współpracy z Coca Colą, brał udział w programie, mającym zachęcić wszystkich do zdrowego stylu życia. Mówił, że jego historia pokazuje, że można wyrwać się z biedy. Chciał, by inni też to widzieli. I by próbowali to osiągnąć. A przy okazji chciał im pomóc, wyciągnąć rękę.

W więzieniu był człowiek, który do mnie napisał. W liście informował mnie, że wiele go nauczyłem. Pisał: „Szkoda, że nie przeczytałem twojej książki rok wcześniej. Nie miałbym wyroku na 15 lat za usiłowanie morderstwa”. Nigdy nie wiesz, kogo uda ci się dotknąć, do kogo trafić. Nie robię tego dla atencji, zainteresowania – robię to, bo mi zależy. Miałem dobrą rodzinę, ale żyłem bez ojca i pieniędzy. Gdybym nie mógł kochać i inspirować ludzi, to po co bym żył? Żyję właśnie dla takich rzeczy.

W tej roli sprawdzał się znakomicie. I sprawdza się nadal, bo wciąż się angażuje. Ale w międzyczasie zmienił się. Nauczył trash talku. Zaczął prowokować rywali. Wcześniej mówił jedynie, że chce zostać najlepszym zawodnikiem w UFC. Ale to powtarza każdy. Teraz, przed walką z Cruzem, potrafił przynieść na face off poduszki z nadrukowanymi twarzami swoich rywali i kopniakami wywalać je gdzieś daleko. Teraz stał się „Triple C”, jak nazywa sam siebie, lub „King of Cringe” – Królem Żenady – jak nazywają go inni.

Nie mam ego – śmiał się na początku przygody z UFC. I wtedy można było przyznać mu rację. Ale potem to ego się pojawiło. Na ile dla potrzeby wypromowania się, a na ile faktycznie – nie wiadomo. Ale rzeczywiście, początkowo był skromny. Aż za bardzo, jak na standardy MMA. Za mało o nim pisano. Za mało mówiono. Za mało miał miejsca na stronach ze sportowymi newsami. Zmieniło się to, gdy zmienił się i on.

Dziś wciąż wzbudza nowe kontrowersje. Bez przerwy nazywa się najlepszym w historii. Obraża rywali i nie tylko ich (Conora McGregora, walczącego w innej kategorii wagowej, nazwał po prostu „cipą”, gdy ten – jego zdaniem – umyślnie unikał starcia z Justinem Gaethje). Wyzywał do walki kilka zawodniczek, a Walentina Szewczenko odpowiedziała mu, że chętnie spróbuje się w takim pojedynku. Choć, oczywiście, nie mogło do tego dojść. A przynajmniej nie w UFC. O innym z rywali mówił, że ten jest „przerośniętym karłem”, choć przecież sam Henry ma 162 centymetry wzrostu.

Innym razem w jednym z programów przyznał, że bardzo podoba mu się Nikki Bella (wrestlerka w federacji WWE, wcześniej narzeczona Johna Ceny). Ta odpowiedziała mu na to na Twitterze i poprosiła o wspólny trening. Cejudo przez kolejnych kilka wywiadów się tym chwalił. Choćby w taki sposób. – Możecie mówić, że jestem żenujący i robię szalone rzeczy, ale przez to, że głośno się żaliłem, odezwała się do mnie Nikki Bella.

Choć najlepiej jego złożoną naturę podsumowują chyba dwa cytaty. – Moim celem numer jeden jest być dobrą osobą, dobrym ojcem i mężem. Dopiero potem mistrzem olimpijskim i mistrzem UFC. Zrobiłem wszystko, co mogłem, by tak poukładać to sobie w głowie – to pierwszy. A drugi? – Żeby pokonać Henry’ego Cejudo, możecie być zmuszeni przynieść AK-47 i kilku kolesi.

Zdecydowanie najgłośniej zrobiło się jednak o tych słowach, w których ogłosił, że odchodzi na emeryturę.

Ciąg dalszy (nie) nastąpi?

Z jednej strony, o czym mówił sam Henry, gdy ogłosił, że odchodzi z zapasów, to po prostu to zrobił. Bez rozważania tej decyzji i kolejnych prób powrotu. Z drugiej jednak w obecnej sytuacji od razu puścił oczko do Dany White’a. Bo ponoć wszystko rozbiło się tu o pieniądze. Po tym, jak zdobył jeden, a potem drugi pas, Cejudo liczył, że będzie więcej zarabiać. Podwyżki nie otrzymał, więc się wkurzył. I w końcu stwierdził, że nie warto w takim razie dalej użerać się z rywalami. No, tak przynajmniej twierdzą eksperci, koledzy po fachu oraz… sam Amerykanin i jego trener.

Henry był numerem jeden w swoich sportach przez połowę swojego życia. Wierzę, że wciąż jest w najlepszej formie. Wręcz staje się lepszy. Chciał odejść na szczycie, szkoda, ale to rozumiem. Przeżyliśmy piękny czas. Byłem z nim od 2004 roku. Osiągnął każdy cel, jaki sobie założył. Myślę jednak, że jeśli Dana White dorzuci jedno zero do kontraktu, to Henry’emu trudno będzie odmówić – mówił szkoleniowiec Cejudo.

Od kiedy skończyłem 11 lat, walczyłem w jakichś 600 zapaśniczych meczach. To wszystko, co kiedykolwiek robiłem. Nie mam dzieci. Wreszcie znalazłem dziewczynę. Chcę rozpocząć nowy rozdział swojego życia. Byłem maksymalnie samolubny i skoncentrowany na tym, co sobie założyłem, na osiągnięciu celów. Chciałem odejść na szczycie. Zrobiłem to w zapasach, robię to teraz w MMA. […] White zna sumę, wie, o jakie liczby chodzi. Ale niech wszyscy w tej kategorii pozabijają się nawzajem. Niech mają radochę. Narzekali, że wybieram walki. Teraz mogą mówić, co chcą, bo zrobiłem już wszystko. Gdy powiedziałem Danie o emeryturze, najpierw mówił „rób, co dla ciebie najlepsze”, ale widziałem, że potem pomyślał: „cholera, straciliśmy naprawdę dobrego gościa”.

Bo to fakt. Cejudo jest jednym z najlepszych w tym biznesie. Piszemy „jest”, bo jednak trudno nam uwierzyć, że to już koniec. Podobnie jak wielu osobom, które siedzą w tym sporcie. Henry znajduje się teraz w pozycji idealnej – jeśli faktycznie nie zawalczy więcej, zapamiętamy go jako wielkiego mistrza. Jeśli wróci, to skuszony ogromnym kontraktem, dzięki któremu sporo zarobi, a w klatce i tak prawdopodobnie znakomicie sobie poradzi.

Co by o nim nie pisać – wie, jak się ustawić. Ale zawdzięcza to przede wszystkim temu, że jest genialnym wojownikiem. Po prostu.

SEBASTIAN WARZECHA

Fot. Wikimedia


Aktualności

Kalendarz imprez