Igrzyska to jedyny turniej, na który przez całe życie chciałem pojechać. Do dziś boli, że się nie udało

Igrzyska to jedyny turniej, na który przez całe życie chciałem pojechać. Do dziś boli, że się nie udało

Bohater legendarnego półfinału mistrzostw świata z Danią, którego Bogdan Wenta pominął potem przy powołaniach na igrzyska w Pekinie, co boli go do dziś. Gdy miał 22 lata, nieco przypadkowo wyjechał do Niemiec. Zapracował tam na miano solidnego zawodnika. Wywalczył puchar EHF, grał w Final Four krajowego pucharu, zajął piąte miejsce w Bundeslidze. U naszych zachodnich sąsiadów mieszka do teraz. Pracuje w… lokalnym browarze i szkoli bramkarzy. Rozmawiamy z Adamem Weinerem, zapraszamy do lektury.  

Jak pan się poznał z Bogdanem Wentą?

Kiedy graliśmy przeciwko sobie w Niemczech, gdy występował we Flensburgu. Już nie pamiętam, czy to był mecz ligowy, czy krajowego pucharu.

Ciężko broniło się jego rzuty?

Niespecjalnie (śmiech). Miał już wtedy swoje lata, a ja byłem w kwiecie wieku i w dobrej formie, więc dawałem sobie z Bogdanem radę, mimo że tamto spotkanie przegraliśmy.

Kiedy odezwał się do pana Wenta-selekcjoner?

Niedługo po tym, jak objął reprezentację. Spytał się, czy mam ochotę grać w drużynie narodowej. Odpowiedziałem, że jasne, że występowałbym w niej z chęcią od lat, gdyby nie to, że byłem notorycznie pomijany przez trenerów. Kiedy grałem jeszcze w Polsce jako młody chłopak, regularnie zapraszano mnie na zgrupowania juniorskich reprezentacji, wziąłem nawet udział w mistrzostwach świata w Argentynie. Po moim wyjeździe do Niemiec telefon zamilkł, zostałem całkowicie zapomniany.

Gdy Wenta objął kadrę, założył pan, że się odezwie?

Występowałem wtedy od kilku ładnych lat w Bundeslidze, byłem ograny na wysokim poziomie, więc brałem to pod uwagę. Często spotykałem się wówczas podczas meczów ligowych z Marcinem Lijewskim, Grześkiem Tkaczykiem czy Mariuszem Jurasikiem. W trakcie rozmów wspominali, że powinienem być powołany.

Jak wyglądało wejście do szatni pełnej charakternych zawodników?

Nie przejmowałem się niczym, byłem pewny siebie. Przecież znałem wielu z tych chłopaków ze wspólnej gry w Wybrzeżu, a także właśnie z Niemiec. Poza tym byłem chyba najstarszym graczem tej drużyny, więc choćby dlatego obyło się bez chrztu (śmiech).

W którym momencie pan uwierzył, że tę kadrę stać na wielkie rzeczy?

Chyba od samego początku. Wystarczyło spojrzeć na skład, jaki powołał Wenta, żeby zrozumieć, że ci goście mogą wiele. Przecież wielu z nich grało w najlepszej lidze świata. Podkreślam – grało, a nie siedziało na ławce. Co tydzień ważny mecz, codziennie treningi z mocnymi zawodnikami, czy to z Danii, Hiszpanii, czy z Bałkanów – to wszystko musiało zaprocentować mocną reprezentacją.

Ważne było też coś jeszcze – my się po prostu lubiliśmy. Fajnie spędzało się razem czas, nawet Bogdan wychodził z nami czasem do miasta. W znakomitej atmosferze łatwiej było znieść różne przeszkody, jak choćby to, że mieszkaliśmy czasem w „studenckich” hotelach, czy też nie mieliśmy sprzętu na odpowiednim poziomie.

Przełomem na parkiecie było natomiast wyeliminowanie Szwedów w eliminacjach do Euro 2006.

Daliśmy radę to zrobić, mimo że wtedy brakowało nam jeszcze zgrania na parkiecie, takiej wiesz, umiejętności podawania piłki „w ciemno”. Dla mnie to był ciekawy dwumecz z jeszcze jednego powodu – na ostatnim treningu przed wyjazdowym spotkaniem złamałem kciuka. Grałem z nim prawie całe spotkanie, potem, po powrocie do Polski, zrobiliśmy zdjęcie rentgenowskie. Gdy obejrzał je lekarz, zabronił mi zagrać w rewanżu. Powiedział, że jak jeszcze raz dostanę piłką w ten palec, to uraz może się bardzo pogłębić. Co było robić, musiałem pójść na trybuny.

Myśli pan, że już na zawsze będzie kojarzony z półfinałem MŚ z Danią? Wszedł pan wtedy za Sławomira Szmala i zamurował polską bramkę.

Nie miałbym nic przeciwko temu, żeby przez lata na dźwięk nazwiska Weiner przychodził ludziom na myśl ten mecz! Dwie dogrywki, mój dobry występ między słupkami – te wspomnienia cieszą człowieka do dziś.

Jak wyglądały ówczesne realia w drużynie? Zmienialiście się ze Sławkiem sami, na zasadzie, że jak jeden czuł się gorzej, to mówił drugiemu, żeby wszedł za niego, czy jednak decydowali trenerzy? Pytam, bo to różnie bywa w zespołach piłki ręcznej.

Decydowali Wenta i Daniel Waszkiewicz. Nawiasem mówiąc uważam, że dałbym sobie radę także w innych meczach na tych mistrzostwach. Czułem, że byłem w formie, ale to Sławek grał więcej, co oczywiście jest z perspektywy czasu zrozumiałe, bo radził sobie bardzo dobrze, nie dawał powodów do zmian.

Z Danią wszedł pan na parkiet jak po swoje, czy złapał pewność siebie dopiero po kilku udanych interwencjach?

Opcja numer 1. Proszę pamiętać, że my byliśmy już wtedy choćby po grupowej wygranej z Niemcami i po pokonaniu Rosjan. To wszystko nas nakręciło, czuliśmy się mocni. Obojętnie kto pojawiał się na boisku, był pewien siebie i wiedział, że dobrze zagra. Nie było też opcji, żebym zestresował się na przykład pełną halą. Przed meczem z Duńczykami rozgrywałem wiele takich spotkań przy tysiącach ludzi, oczywiście głównie w Bundeslidze.

Co jeszcze zapamiętał pan z tamtych mistrzostw?

Niesamowite tempo, w jakim wzrastała nasza popularność. Na początku turnieju mało kto interesował się Polakami, a przed spotkaniem z Danią, a potem przed finałem, byliśmy na ustach całego kraju. Znajomi dzwonili i pytali o bilety, media prosiły o wywiady i tak dalej. Piłka ręczna pojawiła się w TVP1 czy TVP2, w tamtych czasach to było coś niezwykłego.

Miał pan w reprezentacji Niemiec kolegę, z którym przekomarzaliście się przed meczem o złoto?

Bramkarza Johannesa Bittera. Kiedyś graliśmy razem w Wilhelmshavener, więc zdarzało nam się rozmawiać w trakcie mundialu. Ale nie za pomocą telefonu, tylko osobiście, bo mieszkaliśmy w jednym hotelu. „Yogi” imponuje mi do dziś, nadal jest w wysokiej formie, najlepiej świadczy o tym fakt, że jakiś czas temu – już jako dojrzały zawodnik – wrócił do kadry, na Euro 2020.

Wspomina pan czasem mecz z Niemcami, czy wyrzucił pan ten finał z pamięci?

Do dziś szkoda mi tego spotkania. Pokonaliśmy gospodarzy w grupie i czuliśmy się mocni, uważaliśmy, że znowu możemy ich ograć. Ale pamiętajmy, że od ćwierćfinału kilku naszych ważnych zawodników borykało się z grypą. Leżeli w łózkach, nie trenowali z nami, opuszczali pokój tylko po to, by zagrać. Choroba zabrała im trochę zdrowia, kto wie, może to było kluczowe w kontekście wyniku? Na tym poziomie liczą się detale. Niemcy mieli doświadczony zespół, wykorzystali to nasze osłabienie, a także co za tym idzie kilka prostych błędów w grze.

Po latach może pan powiedzieć, w jakich aspektach był gorszym bramkarzem od Szmala, a co Sławek mógłby wziąć od pana?

„Kasa” był bardzo szybki w bramce, a także bardzo dobrze rozciągnięty, ja z tym zawsze miałem problemy. Tych dwóch cech na pewno mogę mu zazdrościć. I pewnie jeszcze wydolności. Na treningach biegowych zawsze zasuwał na czele grupy, ja nie miałem na to szans.

Ode mnie Sławek mógłby wziąć umiejętność ustawienia się w bramce. Zawsze byłem w tym dobry. Nie musiałem za dużo się ruszać, by odbijać rzuty rywali.

Przejdźmy do 2008 roku i igrzysk w Pekinie. Pan na nie nie pojechał, ponieważ Bogdan Wenta postawił na duet Szmal – Marcin Wichary. To boli do dziś?

Nawet bardzo. To jedyny turniej, na który przez całe życie chciałem pojechać. Miałem go na wyciągnięcie ręki i niestety, nie udało się. Bolało tym bardziej, że jako 33-letni bramkarz zdawałem sobie sprawę, że to dla mnie właściwie pierwsza i ostatnia szansa na igrzyska.

Jak uzasadnił panu ten wybór Wenta?

Rozmowa była krótka. Trenerzy powiedzieli, że nie było im łatwo podjąć tej decyzji, a następnie nam podziękowali i właściwie tyle.

Przyjął pan to na spokojnie, czy dostał szału?

Byłem bardzo zawiedziony. Człowiek zainwestował na wyjazdy na zgrupowania reprezentacji bardzo dużo czasu, więc liczył, że dostanie za to jakąś nagrodę.

Uważa pan, że był wtedy lepszym czy gorszym bramkarzem od Wicharego?

Gorszy na pewno nie byłem. Cała nasza trójka prezentowała podobny, wysoki poziom. Myślę, że na jakikolwiek duet nie postawiłby Wenta, nie czułby się zawiedziony, nawet jeśli na przykład grałbym ja z Marcinem, bez Sławka.

Miał pan szansę powrotu do kadry na MŚ w Chorwacji. Napisał pan jednak w mailu do ZPRP, że nie może przyjechać na zgrupowanie, bo zaplanował już spędzanie czasu z rodziną. O co dokładnie chodziło?

Po igrzyskach nie dostałem już żadnego powołania. Nie wiedziałem, czy jestem jeszcze członkiem tej drużyny, czy nie, ale doszedłem do wniosku, że skoro Wenta nadal stawiał na Szmala i Wicharego, to pewnie mnie już nie chce. Szczególnie, że ani Bogdan ani nikt ze sztabu się do mnie nie odzywał. Nie było telefonu w stylu „Adam, dziękujemy za grę, na razie stawiam na innych, ale jesteś w szerokim składzie, więc może jeszcze przyjedziesz na kadrę”. Nic takiego nie miało miejsca, więc układałem sobie życie po swojemu. Nagle Marcin złamał bodaj palec u ręki i zostałem zaproszony na zgrupowanie. Powiedziałem, że owszem, mogę przyjechać, ale 10 dni później niż mnie o to proszą, ponieważ mam w tym czasie zaplanowaną przeprowadzkę. Planowałem ją od dawna, nie mogłem tego po prostu rzucić i ruszyć do Polski. Nie miałem też jak zrobić jej wcześniej, wtedy miałem naprawdę dużo grania w Niemczech – Bundesliga, krajowy puchar i europejskie puchary. Cały czas rywalizowaliśmy systemem środa – sobota.

Pan rozmawiał wtedy z działaczami czy z trenerami?

Ze przedstawicielami związku. Próbowałem się dobić do Wenty i Waszkiewicza, ale do żadnego z nich nie udało się dodzwonić, nie miałem więc wyboru.

Trenerzy, którzy nie odbierają połączeń od powołanego zawodnika – brzmi to mało poważnie.

Tak to było, a wspomniani działacze powiedzieli, że nie interesuje ich mój późniejszy przyjazd, dlatego temat upadł.

Po Wencie selekcjonerem Polaków został Michael Biegler. Pan znał go bardzo dobrze, bo pracowaliście razem w Wilhelmshavener. Pojawił się wtedy temat powrotu do kadry?

Rozmawialiśmy pare razy, ale raczej towarzysko. Ja nie byłem specjalnie zainteresowany powrotem, byłem już wiekowym zawodnikiem, miałem 37 lat gdy Niemiec objął kadrę. Czułem w kościach wiele sezonów gry, ciało dawało mi pewne znaki, więc uznałem, że skupię się na występach w klubie.

W Wilhelmshavener spędził pan 9 lat. Był to słodko-gorzki czas. Zdarzył się awans do Bundesligi, w której zajmowaliście maksymalnie jedenaste miejsce. Zdarzył się też spadek, spektakularny. W ostatnim sezonie pana gry w tym klubie zajęliście ostatnie miejsce w tabeli…

Uzupełnię: ja awansowałem z tym klubem z trzeciej ligi do ekstraklasy. Promocja na zaplecze Bundesligi była niesamowita, ponieważ nie przegraliśmy w tamtych rozgrywkach ani jednego meczu. W najlepszej lidze świata spędziliśmy potem sześć lat, uważam, że to i tak sporo jeśli weźmiemy pod uwagę nasze możliwości finansowe. Budżet klubu wynosił około 2,5 mln euro, dla porównania – Kiel czy Flensburg miały wtedy po około 10. W efekcie mieliśmy 7-8 bardzo dobrych graczy, a resztę drużyny stanowili młodzi, mało doświadczeni zawodnicy z regionu. Przez to ciężko było rywalizować w całym sezonie z najlepszymi.

Do Niemiec trafił pan jako 22-latek, z Wybrzeża Gdańsk. Pierwszym pana klubem był SV Anhalt Bernburg.

Do tego transferu doszło w sumie… przypadkiem. Pojechałem na testy z kolegą, który bardzo mocno chciał tam grać. Ja nie planowałem wyjazdu z kraju. Skupiałem się na tym, żeby dostać większą szansę w Wybrzeżu. No ale jak już pojechałem do Niemiec, wypadłem tam na testach dobrze. Nic dziwnego, to była trzecia liga, poziom dużo niższy niż w Gdańsku. Od razu zaoferowano mi kontrakt. Zastanawiałem się tydzień, wziąłem pod uwagę wszystkie za i przeciw. Zdecydowałem się na wyjazd, z perspektywy czasu – całe szczęście, że to zrobiłem.

Nie bał się pan, że przepadnie w trzecioligowych czeluściach?

Uznałem, że jeśli będę się tam źle czuł, to zawsze mogę wrócić do Gdańska. Ale tak nie nie stało, gdyż zgłosił się po mnie Wilhelmshavener. Wiedziałem, że to klub z potencjałem na awans do 2. Bundesligi, dlatego podpisałem z nimi kontrakt.

Kiedy walczył pan o awans z trzeciej ligi, koledzy z Wybrzeża zdobyli mistrzostwo Polski…

I wtedy pojawił się we mnie lekki żal, że jednak nie gram w tej drużynie. Byłem bardzo zgrany z tymi chłopakami, z niektórymi z nich zdobyłem przecież mistrza i wicemistrza kraju juniorów. Ci młodzi, jak Marcin Lijewski, Damian Wleklak czy Rafał Kuptel mieli ze sobą doświadczonych graczy, jak bramkarz Arek Dudaref (Weiner się myli – nie grał w tej drużynie, odszedł z niej w 1997 r. – red.). To wszystko musiało zaprocentować medalami, szczególnie z takim trenerem jak Daniel Waszkiewicz na ławce.

Dudaref miał niesamowity styl bronienia – rzucał się na parkiet jak bramkarze piłki nożnej na murawę.

Bardzo efektowny zawodnik! Świetnie mu to wychodziło, nie przejąłem co prawda tego stylu, ale mogę spokojnie powiedzieć, że byłem takim trochę wychowankiem Arka. Mieliśmy sporo wspólnych treningów, podczas nich dużo się od niego nauczyłem.

Co pan uważa za swój największy sukces w Niemczech?

Z Frisch Auf Göppingen zdobyłem europejski Puchar EHF. W spotkaniach finałowych graliśmy z TV Großwallstadt, a więc to był wewnętrzny, niemiecki bój. Po przeciwnej stronie barykady występował wtedy Oliver Köhrmann, mój dobry kolega, z którym przez lata grałem w Wilhelmshavener. Udało się go ograć, do dziś rozmawiamy często na ten temat, te mecze zdecydowanie w nas siedzą.

Występowałem też w Final Four Pucharu Niemiec w Hamburgu, a musicie wiedzieć, że te rozgrywki są traktowane bardzo poważnie. W Bundeslidze najwyżej byłem na piątym miejscu.

Pana brat bliźniak też grał w handball. Na jakim poziomie się zatrzymał?

Z Piotrkiem doszliśmy razem do drużyny seniorów. Występował na środku i na lewym rozegraniu. Miał talent, dowodem na to jest fakt, że we dwóch zostaliśmy przesunięci z zespołu juniorów do „dorosłego” składu. W pewnym momencie brat uznał, że jednak pójdzie inną drogą. Wtedy nie zarabiało się na piłce ręcznej dużych pieniędzy, więc postawił na karierę zawodową.

Co pan teraz robi na co dzień?

Mieszkam w Wilhelmshaven, jestem technikiem technologii żywności, pracuję w tutejszym browarze. Pobieram próbki, sprawdzam czy maszyny dobrze działają – to moje główne zajęcia. Wieczorami prowadzę też treningi bramkarskie w klubie, który awansował właśnie znowu do drugiej Bundesligi. Dodatkowo wychowuję dwójkę dzieci, syn ma 17 lat, a córka w październiku skończy pięć.

Bierze pan pod uwagę powrót do kraju?

Na stałe to raczej nie, natomiast zamierzam wpadać do Polski coraz częściej. Gdy grałem, to nie było na to po prostu czasu. Teraz to się zmieniło, ideałem byłoby spędzać miesiąc tu, a miesiąc tam, ale to nie będzie łatwe.

Wierzy pan, że polscy zawodnicy znowu kiedyś będą stanowić o sile Bundesligi?

Ostatnio dzwonili do mnie niemieccy dziennikarze i pytali o to, oraz o to, dlaczego nasza kadra jest słabsza niż dekadę temu. Powiedziałem im, że mamy zdolnych zawodników, ale niestety mało kto z nich wyjeżdża z kraju. Tym ludziom brakuje regularnych występów w mocnej lidze i treningów z najlepszymi. I dlatego nie robią odpowiednich postępów. To trochę efekt… naszych sukcesów. Po nich kluby w kraju stały się bogatsze, różnice między Polską a zachodem nie są już tak duże, dlatego nie wszystkim opłaca się wyjeżdżać. Jeśli ktoś ma to zrobić dla 500 euro miesięcznie więcej, to nie bardzo będzie miał ochotę na zmianę życia. W końcu trzeba zostawić rodzinę, znajomych, swoje miasto, to nie jest takie łatwe, to musi się naprawdę opłacać. To już nie są te czasy, gdy w Niemczech zarabiało się 5 tysięcy euro, a w Polsce tysiąc.

Czuje się pan trochę zapomniany przez Polaków? Pytam, bo przygotowując się do naszej rozmowy zauważyłem, że nie ma w internecie ani jednego większego wywiadu z panem.

Nie tyle jestem zapomniany, co mało znany w naszym kraju. Wyjechałem z Polski wcześniej niż większość kadrowiczów, nie wróciłem na ostatnie lata do Superligi jak wielu z nich, dlatego nie dziwię się, że mało kto mnie kojarzy. Myślę, że w Niemczech jestem bardziej rozpoznawalny niż w ojczyźnie.

ROZMAWIAŁ KAMIL GAPIŃSKI

Fot. Newspix.pl


Aktualności

Kalendarz imprez