Igrzyska pełne są barwnych postaci i historii. Wybraliśmy najlepsze (10-1)

Igrzyska pełne są barwnych postaci i historii. Wybraliśmy najlepsze (10-1)

Oszuści, pijacy, awanturnicy, fani McDonalda, nieświeże jabłka i kurz na drodze. Co powstaje z takiego połączenia? Ostatnia część naszego rankingu. Dziesięć najlepszych historii i najbarwniejszych postaci (no, tych jest trochę więcej) z historii igrzysk. Dowiecie się, jak (nie) oszukiwać na olimpiadzie, czego nie jeść podczas maratonu oraz który znany sportowiec miał psa nazwanego na cześć jeszcze bardziej znanego sportowca, z którym zresztą kiedyś przegrał. Sportowcem, nie psem. To co? Do czytania, gotowi i start.

  1. Margaret i Madeline de Jesus

To jedna z najlepszych prób wykiwania wszystkich dookoła, jaką można było obejrzeć na igrzyskach olimpijskich. Co prawda nie jest najlepszą – bo potem jeszcze ze dwie się znajdą – ale musiała znaleźć się w ścisłej czołówce rankingu najlepszych historii i najbardziej barwnych postaci. Właściwie to – jeśli reżyser nieco puściłby wodze fantazji – gotowy materiał na dobrą komedię czy wręcz komediodramat.

Margaret i Madeline to siostry. W dodatku bliźniaczki. Urodziły się co prawda w sercu Stanów Zjednoczonych – na nowojorskim Brooklynie – ale już po roku ich rodzina przeniosła się na Portoryko. Obie miały całkiem typowe dzieciństwo. Wiecie: zabawa, sport, szkoła, takie tam. Jedyna różnica pomiędzy nimi a innymi dziećmi była taka, że ojciec sióstr wymarzył sobie, że obie będą uprawiać lekką atletykę. Dlaczego akurat to? A kto tam gościa wie. Ważne, że nieźle trafił, bo obie faktycznie miały do tego talent.

Obie też poszły na studia, ale kontynuowały treningi. Zresztą podobno nieźle radziły sobie również w siatkówkę, dobrze biegały przełajowo, jeździły konno, ale przede wszystkim jednak: świetnie spisywały się na bieżni. I to z tą bieżnią wiąże się historia, która sprawiła, że znalazły się w pierwszej dziesiątce naszego zestawienia. Większy talent z nich miała Madeline. To ona ustanawiała rekordy kraju na 200 i 400 metrów, a także na 100, ale przez płotki. Ona też zaczęła odnosić sukcesy na – niewielkiej, bo ograniczonej głównie do Karaibów – arenie międzynarodowej. I ona pojechała na igrzyska.

W sumie nie miała daleko. Chodzi bowiem o rok 1984 i Los Angeles. Margaret zresztą też tam wyruszyła. Ale nie miała kwalifikacji, chciała zobaczyć miasto i dopingować siostrę, która miała wystąpić w dwóch konkurencjach – skoku w dal i sztafecie 4×400 metrów. O ile w pierwszej z nich szans na sukces wielkich raczej nie miała, o tyle Portorykanki były w stanie zaskoczyć konkurencję w biegu. I w sumie to zrobiły. Tylko chyba nie o to chodziło.

Bo, widzicie, wszystko co złe, zaczęło się w kwalifikacjach do skoku w dal. Madeline odpadła, a do tego doznała kontuzji. Naciągnęła ścięgno w udzie. Nie było mowy o tym, by mogła się wykurować na biegi eliminacyjne do sztafety. Czasu było po prostu za mało. Gdyby chodziło o sztafetę USA, Niemiec, Rosji czy jakiegokolwiek innego kraju z lekkoatletycznej czołówki, sprawa byłaby prosta – na jej miejsce wskoczyłaby po prostu któraś z dwóch rezerwowych. Portoryko nie miało jednak ani jednej zawodniczki w odwodzie. Madeline mogła liczyć na cud, albo… wykombinować alternatywne rozwiązanie. Wybrała drugą opcję.

Uwaga, konkurs bez nagród. Jak myślicie: na jaki genialny pomysł wpadła Madeline de Jesus w tej sytuacji?

Jeśli odpowiedzieliście: „poszła do siostry i dogadała się z nią, by to ona pobiegła w sztafecie”, to gratulujemy. Macie absolutną rację. A wiecie co w tym najlepsze? To wypaliło! Margaret dostała od niej wszelkie potrzebne przepustki, wystawione na jej imię. Obie były takiej samej budowy i miały takie same fryzury. Wygląd? Wiadomo, bliźniaczki. Niemal nikt nie wiedział też o kontuzji Madeline. Dziś byłoby to pewnie nie do pomyślenia, ale wtedy raz, że były to nieco inne czasy, a dwa, że po prostu mało kogo interesowała niezbyt znana portorykańska biegaczka.

Margaret pobiegła więc na drugiej zmianie w sztafecie, która… weszła do finału. Z ostatnim, ósmym czasem, ale jednak. Swoją drogą jesteśmy ciekawi czy ktoś, kto kilkanaście lat później wpadł na pomysł nakręcenia filmu „Nie wierzcie bliźniaczkom” (w oryginale „Parent Trap”, to ten film z Lindsay Lohan w podwójnej roli) inspirował się tą historią. Tam wszystko kończyło się jednak dobrze. Tu wszystko by się pewnie powiodło, gdyby tylko nie ten wścibski dziennikarz.

Bo serio, w całej tej zamianie nie połapała się żadna z osób, która mogłaby coś z tym zrobić. Sęk w tym, że na miejscu był pracownik gazety „La Nación”, który znał obie zawodniczki, bo często opisywał ich osiągnięcia i z nimi rozmawiał. I gdy po sztafecie podszedł do Madeline, którą tak naprawdę była Margaret (nadążacie?), zorientował się, że coś tu jest nie tak. Zawsze rozpoznawał je bowiem po tym, że jedna miała na policzku znamię, którego brakowało u drugiej. Gdy zauważył więc, że tym razem znamię (czy też jego brak, nikt nie wyjaśnił, w którą stronę to szło) nie zgrywa się z imieniem, niemal natychmiast poszedł do dyrektora całej reprezentacji. I powiedział mu o wszystkim.

Ten, tuż przed finałem, wycofał sztafetę ze startu. Przeprowadzono śledztwo. Okazało się, że o zamianie wiedział trener dziewczyn, Francisco Colon Alers (choć on sam zaprzeczał), co poskutkowało dla niego dożywotnią dyskwalifikacją z uczestnictwa w międzynarodowych zawodach. Wiedziały też pozostałe trzy zawodniczki, które zbanowano na rok. A siostry?

Je też zdyskwalifikowano, ale potem karę złagodzono. I, w co trudno uwierzyć, Madeline pojawiła się też na kolejnych igrzyskach. Tym razem jedynie w skoku w dal. Niedługo przed nimi ustanowiła zresztą nową życiówkę (6,96 m), ale wyskakaną w Meksyku, gdzie warunki pozwalają latać daleeeeeko. Na igrzyskach ledwo przeskoczyła sześć metrów i odpadła przed finałem. Obie bliźniaczki po zakończeniu kariery poświęciły się pracy trenerskiej. Jedna z nich mieszka dziś w Belgii, druga – przynajmniej według informacji sprzed kilku lat, bo trudno o świeższe – została w ojczyźnie.

Paradoksalnie, jak to często bywa, pewnie nikt by o nich dziś nie pamiętał, gdyby nie to oszustwo. I to mimo że w swoich karierach – choć na skalę lokalną – osiągnęły całkiem sporo. Nie udało im się tylko być świętymi jak… no cóż, Jesus.

  1. Dora (Heinrich) Ratjen

Wokół tego występu narosło mnóstwo legend. Pewne jest tylko jedno – kilka miesięcy po zakończeniu igrzysk olimpijskich w Berlinie czwarta zawodniczka w konkursie skoku wzwyż przyznała się do bycia mężczyzną. Wiadomo, że zaczęła nowe życie pod zmienioną tożsamością i zniknęła ze świata sportu. W tej historii nic nie jest jednak czarno-białe, a na wiele pytań do dziś nie poznaliśmy odpowiedzi i pewnie już nigdy nie poznamy.

Fakt: w listopadzie 1918 roku w rodzinie Ratjenów urodziło się dziecko. Rodzice najpierw usłyszeli, że to chłopiec, ale kilka minut później przyszła korekta – jednak dziewczynka. Ochrzczono ją pod imieniem Dora, a jeden z lekarzy badając niemowlę tylko machnął ręką – tak jakby nie chciał zawracać im głowy skomplikowaną sprawą. – Rodzice wychowywali mnie jako dziewczynkę i przez całe dzieciństwo nosiłam odpowiednie ubrania. Ale gdy miałam 10-11 lat to odkryłam, że nie jestem kobietą. Nigdy nie zapytałam rodziców dlaczego wychowywali mnie w ten sposób – przyznała Dora w 1938 roku, tuż po tym jak została zdemaskowana.

Doszło do tego w wyjątkowo dziwny sposób. Na dworcu ktoś zauważył podejrzanie wyglądającą osobę. W donosie do policji poinformowano, że w tym miejscu przebywa mężczyzna przebrany za kobietę. Służby odpowiedziały na wezwanie i wylegitymowały podejrzaną. Choć w dowodzie zobaczyli imię “Dora” to z bliska widzieli męskie rysy i wyjątkowo owłosione ręce. Po krótkiej rozmowie przyparta do muru zawodniczka przyznała, że to wszystko jest jedną wielką mistyfikacja.

Kilka tygodni wcześniej Ratjen zdobyła złoty medal mistrzostw Europy, wynikiem 1,67 m bijąc nawet rekord świata. Po zamieszaniu na dworcu wyniki zweryfikowano. Zawodniczka trafiła na badania, a lekarze odkryli, że posiada nie do końca rozwinięte męskie genitalia. W marcu 1939 roku w końcu ogłoszono, że o sportowym oszustwie nie mogło być mowy, bo intencją zawodniczki nie było wprowadzenie nikogo błąd ani zyskanie w ten sposób finansowych nagród.

Początkowo wydawało się, że Dora pozostanie Dorą. Sama zainteresowana poinformowała, że kończy sportową karierę i zrzeka się wszystkich medali. Po kilku dniach jej ojciec złożył jednak w urzędzie wniosek o formalną zmianę płci, zgłaszając nowe imię – Heinrich. Nowy obywatel zmienił życie – zajął się fizyczną pracą, a potem przejął prowadzony przez rodziców bar.

Jak to było ze startem podczas igrzysk w Berlinie? Jest kilka teorii. Jedna z nich zakłada, że trenerzy i działacze stawiali na Dorę, by móc z czystym sumieniem skreślić jej rywalkę o żydowskich korzeniach – Gretel Bergmann. Ten wątek podkręcili filmowi twórcy, przedstawiając w 2009 roku fabularyzowaną wersję całej historii w obrazie “Berlin 36”.

W 1966 roku Dorę (która przedstawiła się podobno jako Hermann, nie Heinrich) mieli odwiedzić dziennikarze magazynu “Time”. Z tego spotkania pochodzi ckliwa legenda o złych nazistach, którzy celowo mieli wykorzystać osobę z zaburzeniami płci do propagandowej walki o złoto. – Przez trzy lata musiałem żyć jak kobieta. Co za nuda – miał powiedzieć Ratjen.

Problem w tym, że rozmowa prawdopodobnie została kompletnie zmyślona. Nie ma żadnych śladów, by do spotkania z zachodnimi dziennikarzami w ogóle doszło. Nie ma też żadnych wypowiedzi Dory (Heinricha) po II wojnie światowej. Nie bardzo wiadomo, dlaczego w 1966 roku miało dojść do wyjątku, który idealnie wpisywał się w jedną z teorii spiskowych – tak ustalił w 2009 roku “Spiegel”. Przez lata nie znaleziono żadnego dowodu, że Dora Ratjen miała być “tajną bronią nazistów”. Nie mówiąc już o tym, że wielopiętrowa mistyfikacja zakończyła się wtedy miejscem poza podium…

Bardziej prawdopodobny jest inny scenariusz. W rodzinie Ratjenów urodziło się dziecko z zaburzeniami płci, które wychowano na dziewczynkę. Po latach okazało się, że bliżej jej do mężczyzny, choć i tak nie może mieć dzieci. Takie sytuacje w tamtym okresie się zdarzały – dość powiedzieć, że w 1938 roku na mistrzostwach Europy odebrano medal Dorze Ratjen, ale na 100 i 200 metrów dominowała Stanisława Walasiewicz, która kontrowersje zaczęła budzić dopiero po tragicznej śmierci, choć żadnych trofeów ostatecznie jej nie pozbawiono.

  1. Usain Bolt

W sprincie o końcowym wyniku decydują detale. Podejście mentalne, czas reakcji, kwestie żywieniowe czy nawet pogoda – na tej jednej prostej wszystko może mieć kluczowe znaczenie. W ostatnich latach jeden biegacz otwarcie drwił z wszystkich konwenansów i konsekwentnie redefiniował wizerunek najszybszego człowieka świata na własnych prawach.

Warto pamiętać, że Usain Bolt niepodzielnie dominował także podczas igrzysk olimpijskich. Zgarnął pełną pulę – potrójny hat-trick w postaci złotych medali na 100 i 200 metrów oraz w sztafecie 4×100. Odkryta z opóźnieniem dopingowa wpadka Nesty Cartera po latach uszczupliła ten nieskazitelny dorobek o jeden ze skalpów, ale nie zmieniła nic w sposobie postrzegania Bolta, który i tak przerósł świat biegów, stając się jednym z bohaterów popkultury.

W historii Jamajczyka są właściwie wszystkie składowe współczesnych legend. Są nieoczywiste początki – Usain podobno poważnie postawił na biegi po wygranym zakładzie z jednym z kolegów. Przeszkodą na drodze do wielkości mogła być jednak skolioza, która wygięła kręgosłup biegacza do prawej strony. Praktycznym efektem tego schorzenia z dzieciństwa jest dłuższa o blisko 1,5 cm lewa noga. Z tym wiąże się inna ciekawa sprawa – lewa stopa pozostaje na powierzchni o 14 procent dłużej niż prawa, ale biomechanicy nie są pewni, czy ta asymetria w ogóle w czymkolwiek Boltowi pomaga.

Wiadomo, że biciu rekordów sprzyjała genetyka, ale nawet ona nie tłumaczy wszystkiego od początku do końca. Wymowne są jednak tabele, w których Bolt mimo upływu lat pozostaje jedynym rekordzistą świata, którego nigdy nie przyłapano na dopingu. Sympatię fanów pod każdą szerokością geograficzną wywalczył jednak za sprawą wyjątkowego luzu. Usain uwielbia stołować się w McDonald’s, zarywa noce grając w “Call of Duty”, a poza biegami chętnie realizuje się także na piłkarskim boisku i w nocnych klubach.

Mało kto pamięta, że pierwszy olimpijski start Bolta miał miejsce w Atenach. Wystartował wówczas tylko w biegu na 200 metrów, ale nie dotarł do finału. To właśnie na tym dystansie lepiej rokował – w 2006 roku złamał granicę dwudziestu sekund. “Setka” podczas najważniejszych zawodów pojawiła się przy okazji olimpijskiego sezonu w 2008 roku – dopiero wtedy po raz pierwszy na tym dystansie sięgnął po mistrzostwo Jamajki.

W samym Pekinie pobił trzy rekordy świata, ale największą wymowę miało wyśrubowanie legendarnego wyniku Michaela Johnsona na 200 metrów. Na “setkę” pokazał coś innego – wygrał z niespotykaną lekkością, a na ostatnich metrach zwolnił, wyluzował i sprawiał wrażenie człowieka, który po prostu cieszy się życiem. Do Chin przybył już jako rekordzista świata – kilka tygodni przed igrzyskami wyśrubował najlepszy wynik do poziomu 9.72. Podczas igrzysk poprawił ten wynik o trzy setne sekundy, ale eksperci byli przekonani, że biegnąc od początku do końca z pełnym zaangażowaniem Bolt mógłby się zakręcić nawet koło wyniku 9,5 sekundy.

Przedwczesna radość, okazana jeszcze w trakcie biegu, nie przysporzyła mu jednak samych fanów. Pojawiły się głosy, że to niesportowe zachowanie. Brak szacunku dla przeciwników zarzucił Jamajczykowi nawet prezydent Międzynarodowego Komitetu Olimpijskiego Jacques Rogge. Ato Boldon na gorąco ocenił, że występ Bolta był “świetną rozgrywką telewizyjną, ale słabą z punktu widzenia fair play”. Po latach zmienił zdanie i przyznał, że do końca nie rozumiał natury rodzącego się wówczas zjawiska. Sprawa odbiła się na tyle szerokim echem, że biegacza musieli bronić na arenie międzynarodowej nawet krajowi politycy.

W 2008 roku rekord Bolta mógł być lepszy z jeszcze jednego niecodziennego względu. Zdobywając złoto dotarł do mety… z rozwiązanym butem. Pięć lat później zdradził tajniki swojej niecodziennej diety. Ponieważ chińszczyzna jego zdaniem „jest dziwna”, w kluczowych momentach napędzały go kawałki kurczaka z McDonalds, które pożerał hurtowo. – Pierwszego dnia zjadłem 20 na lunch, a potem drugie tyle na obiad. Kolejnego już 40 na śniadanie, 20 na lunch i kolejne 40 na kolację – opisywał w autobiografii.

Sto nuggetsów dziennie przez blisko dwa tygodnie pobytu w Chinach – to musi robić wrażenie i aż dziwne, że nie zostało wykorzystane w żadnej kampanii reklamowej. Bolt jednak nie narzekał – w 2009 roku poprawił kosmiczne rekordy świata na 100 i 200 metrów, a potem podczas igrzysk w Londynie i Rio zaliczył kolejne złote żniwa. W księdze rekordów Guinnessa zostawił po sobie aż 19 śladów – więcej w świecie sportu dokonał tylko Michael Phelps. Bolt wygrał z nim jednak w naszym rankingu, bo to po prostu gość, obok którego nie da się przejść obojętnie.

  1. Kurt Angle

Postać tak barwna, jak tragiczna. Ale jego historia ma happy end. Po kolei jednak. Angle był utalentowanym zapaśnikiem. W 1996 roku pojechał na igrzyska do Atlanty i zdobył złoto. Okupił je jednak w sposób wręcz straszny. Po raz pierwszy w styczniu tamtego roku – gdy John du Pont zabił Dave’a Schultza. Trenera, przyjaciela i mentora Kurta. Człowieka, przy którym Angle stał się dużo lepszym zapaśnikiem. O tej sprawie możecie przeczytać w tym miejscu.

Druga rzecz? Problemy z karkiem. Coś co po latach stało się jego hasłem rozpoznawczym, gdy regularnie powtarzał, że wygrał złoty medal ”with a broken freakin’ neck”, wtedy niemal tego medalu mu nie zabrało. Problem pojawił się w czasie testów przedolimpijskich. Przy jednym z upadków na głowę, Angle doznał złamania – trzy dyski wbijały mu się bezpośrednio w rdzeń kręgowy. Nic sobie z tego jednak nie zrobił i, mimo że przegrywał już 0:3 przed urazem, wygrał ostatecznie 4:3. Następnego dnia poszedł jednak na badania, a tam doktor powiedział, że przez sześć miesięcy musi odpoczywać i się leczyć. Nagle okazało się, że nie pojedzie na igrzyska. No, przynajmniej zdaniem lekarza.

Znalazłem innego doktora. Takiego, który był albo tak mądry, albo tak głupi, by pozwolić mi pojechać. Kazał mi przestać trenować i brać mnóstwo nowokainy [lek o działaniu znieczulającym – przyp. red.] przed każdą z walk – wspominał. I faktycznie, podziałało. Angle brał zastrzyki lub łykał tabletki i był w stanie wyjść na matę. A nawet wygrywać. I to mimo że każdy kto obserwował to z boku, musiałby przyznać, że była to po prostu jedna z najgłupszych rzeczy, jaką można zrobić. Ryzykował przecież trwałym kalectwem, nawet paraliżem. Był jednak napompowany na medal. To był jedyny cel, jaki widział.

Bo poza tym był w złym stanie. Związek, w którym tkwił, tylko go ranił. Śmierć Schultza wpędziła go w rozpacz. A na domiar złego ten kark. Medal miał to wynagrodzić. Sam wspominał, że wiele razy od złamania myślał, że ”misja: złoto” się nie powiedzie. Finał mistrzostw kraju wygrał jednak decyzją sędziów, po tym jak na macie było 0:0 mimo przeprowadzenia dogrywki. To dało mu bezpośredni awans do innego finału – kwalifikacji na igrzyska. Zastrzyki (sam mówił, że przed każdym spotkaniem brał ich dwanaście) i tabletki znów poszły w ruch. Wystarczyły mu dwa pojedynki i już był w Atlancie. Po każdym z nich cierpiał, ale złoto wciąż było w zasięgu.

Na matę wchodził przy muzyce z ”Rocky’ego”. Widać działała, bo do finału doszedł łatwo. W nim już jednak miał problemy z Abbasem Dżadidim. Na tyle duże, że tuż po walce – zakończonej remisem – był przekonany o tym, że przegrał. Tym bardziej że Irańczyk zobaczył u jednego z sędziów swoje nazwisko otoczone kółkiem. Obaj spotkali się jeszcze raz na środku, gdy sędzia ogłaszał zwycięzcę. Podniósł rękę Amerykanina, a ten padł na kolana. Angle powie potem, że zawsze próbował jeszcze raz móc poczuć to samo, co w tamtej chwili, ale nigdy mu się to nie udało.

Sekunda, gdy myślałem, że przegrałem, mnie załamała. Pomyślałem sobie: ”Szlag, będę to musiał robić jeszcze przez cztery lata. Nie zamierzałem skończyć, dopóki nie wygrałbym złota. Tak byłem nastawiony. Więc, kiedy Abbas się cieszył, myślałem tylko o tym, że czekają mnie jeszcze cztery lata. Gdy ogłoszono zwycięzcę, jego ręce opadły, a moje się uniosły. To był koniec. Dziękowałem Bogu, że to koniec. To było tak szybkie. Byłem w szoku, czułem się, jakbym wpadł w depresję i wyszedł z niej w trzy sekundy – mówił Angle.

Medal dedykował Dave’owi Schultzowi, zresztą jego żonę widział na trybunach i do niej też przemawiał. Ale po igrzyskach pojawiła się pustka i pytanie: co robić? Dostał kilka ofert, w tym jedną z UFC. Zdecydował się na inną – z WWE (wtedy jeszcze WWF), największej federacji wrestlingowej świata. Jak sam wspominał, nieco żartując, gdy Vince McMahon, jej właściciel, odezwał się po raz pierwszy, Kurt nie wiedział wiele o funkcjonowaniu tego przemysłu i zażądał jednego: że zawsze będzie wygrywać. To nie było możliwe. Potem zobaczył wrestling w TV i się wciągnął. Więc ostatecznie kontrakt podpisał.

I wiecie co? Był genialny. Szybko stał się jednym z najlepszych wrestlerów na świecie, dawał świetne walki, radził sobie na mikrofonie. To były czasy The Rocka, Chrisa Jericho, Stone Colda, Brocka Lesnara czy, nieco później, Johna Ceny (który zresztą debiutował w walce z Angle’em!). Kurt był jedną z głównych sił napędowych tamtego wrestlingu. Przede wszystkim genialnie walczył – miał przecież genialne podstawy z amatorskich zapasów, a po kilku miesiącach treningu stał się wrestlerem niemalże kompletnym.

A jego postać? Przechodziła – jak to bywa w tym biznesie – sporo przemian. Ale radził sobie z każdą z nich. Potrafił być zabawny (na przykład gdy oblewał wszystkich w ringu mlekiem z cysterny), potrafił świetnie grać dobrą postać narodowego bohatera, a potrafił sprawić, by ludzie na niego buczeli, jeśli akurat był heelem (czyli złym gościem). Swoją drogą do dziś na melodię jego theme songu, z którym wchodził do ringu fani skandują ”You suck!”. Ale to z sympatią, nie tak jak wtedy, kiedy ten okrzyk zaadaptowali. Do dziś też Kurt pozostaje jedynym złotym medalistą olimpijskim, który przerzucił się na ten rodzaj rozrywki.

O ile w życiu zawodowym radził sobie świetnie, o tyle gorzej było w prywatnym. Pisaliśmy, że to postać tragiczna. Tak było w sumie od kiedy był nastolatkiem. Miał szesnaście lat, gdy jego ojciec (który zresztą był alkoholikiem, choć uzależnienie objawiało się u niego tylko piciem, nie był agresywny) spadł z wysokości wprost na głowę i zmarł kilka dni później w szpitalu. W 2003 roku samobójstwo popełniła jego siostra, uzależniona od heroiny. Żałobę przepracował na swój sposób – dzień później wyszedł do ringu z Brockiem Lesnarem i dał jedną z najlepszych walk w całej karierze. Trwający 60 minut klasyk, który każdy szanujący się fan wrestlingu powinien znać.

Dobijał go kark. W okolicach 2003 roku złamał go czterokrotnie! Mówiono, że może przejść na emeryturę. Wracał jednak na tabletkach. Brał ich coraz więcej. W pewnym momencie próbował ograniczyć, ale gdy zmarła jego siostra, wszystko wróciło do poprzedniego stanu. W szczytowym momencie połykał 65 kapsułek vicodinu dziennie. Miesięcznie wychodziło niemal 2000. Sami nie wiemy, czy licząc wszystkie lekarstwa, jakie w życiu dostaliśmy, wzięliśmy więcej. Jakim sposobem je załatwiał? Brał recepty od 12 różnych lekarzy, którzy o sobie nie wiedzieli, i objeżdżał mnóstwo okolicznych aptek. Brakujące leki (tak, wciąż było ich za mało) kupował od dealerów. I jakoś się udawało.

W 2006 roku odszedł z WWE. Poszło o kilka rzeczy – on chciał występować rzadziej, McMahon nie chciał się na to zgodzić. Ale szef widział też, że z Kurtem nie dzieje się dobrze, a i on sam czuł się winny, gdy go okłamywał. McMahon, który Angle’a uwielbiał i szczerze się z nim przyjaźnił, chciał go wysłać na odwyk. Kurt nie chciał tam iść. Jeszcze nie wtedy.

Musiałem odejść. Nigdy potem nie rozmawiałem z Vince’em, aż do mojego powrotu. Zobaczyliśmy się pierwszy raz od 11 lat, uściskaliśmy i go przeprosiłem. Czemu odszedłem? Kontuzjowałem się, naprawdę źle to wyglądało. Powiedziałem Vince’owi, że muszę odpocząć. Wyciągnął pięć stron wiadomości z telefonu i spisanych rozmów, w których mówiłem mu, że go skopię. Szalone rzeczy. Nie pamiętałem tego, ale brałem w tamtym czasie środki przeciwbólowe i co jakiś czas mnie ”wyłączało”. Vince stwierdził, że skoro chcę go skopać, możemy to zrobić zaraz, bo on mnie też. Wyszedłem z pokoju, wróciłem i po prostu pękłem. Powiedziałem mu, że nie mogę tak dłużej. Poprosiłem o rozwiązanie kontraktu. Zgodził się.

Kurt przeszedł do TNA. Innej, mniejszej federacji, gdzie miał mniej wyjazdów, częściej więc mógł być w domu. Ale jego stan tylko się pogarszał, choć wciąż dawał wspaniałe walki. Problem był taki, że w TNA siedziała wtedy stara gwardia, wrestlerzy z czasów sprzed testów antynarkotykowych, przywykłych do używek. Palili, pili, niektórzy pewnie brali coś cięższego. Angle zaczął pić z nimi, nie odstawiając przy tym leków. Czterokrotnie w tym czasie łapano go na jeździe na podwójnym gazie. On sam przyznał kiedyś, że takich sytuacji było pięć, ale raz wręczył sędziemu 800 dolarów łapówki i ten sprawę oddalił.

Do tego dochodziły inne sprawy. Raz został oskarżony o molestowanie (oskarżenie zostało potem wycofane), raz zamieszany był w skandal sterydowy. Cierpiał na depresję. Rozstał się też z pierwszą żoną, która potem związała się z… jego szefem. Wkrótce ożenił się po raz drugi, ale coraz częściej zaliczał spore wpadki. Aż wreszcie małżonka usiadła z nim do szczerej rozmowy. I powiedziała wprost: ”kocham cię, ale jeśli nie pójdziesz na odwyk, odejdę”. Wtedy Angle skumał, że sprawa jest poważna. Oddalał się od rodziny, niemal nie widywał dzieci z poprzedniego małżeństwa. To dla nich wszystkich postanowił spróbować.

Nie dbałem wtedy o to, co się ze mną stanie. Było mi obojętne, czy umrę, czy też nie. Zdarzały się incydenty, gdy przedawkowywałem leki i przez kolejne 24 godziny się nie budziłem. Nie miałem granic. Robiłem głupie rzeczy, byłem zdesperowany. Na leki wydawałem kupę kasy. Nie myślałem o niczym, tylko o tym, kiedy kolejny raz będę mógł wziąć tabletki. To był najgorszy okres w moim życiu. Pójście na odwyk było za to najlepszym, co w nim zrobiłem. Byłem tam trzydzieści dni. To mi pomogło – mówił.

Po odwyku pozostał czysty. W międzyczasie stworzył też aplikację, która ma pomóc innym uzależnionym w wyjściu z nałogu. Anglestrong, bo tak się zwie, kontroluje, gdzie ktoś przebywa, wysyła komunikaty do oznaczonych bliskich, a przy okazji codziennie wymaga wypełnienia tabelek dotyczących tego, co się robiło w ciągu dnia. Raz w miesiącu Kurt rozmawiał też, właśnie za pośrednictwem apki, z jej subskrybentami, opowiadając o swoich doświadczeniach.

Dalej też uprawiał wrestling. Ba, w 2012 roku poważnie rozważał powrót do zapasów i start w igrzyskach, mimo że był już po czterdziestce. Przeszkodziła jedynie kontuzja nogi. Tych zresztą doznawał coraz więcej. W końcu odszedł z TNA, a odezwało się do niego WWE, które postanowiło wprowadzić go do swojego Hall of Fame. Trzy dni później został też nowym generalnym menadżerem RAW, jednej z tygodniówek WWE. Na Wrestlemanii – największej gali roku – zawalczył w mieszanym tag teamie z debiutującą wówczas na niej Rondą Rousey.

Fani wciąż go kochali. I choć to historia inna niż większość z tu opisanych, to na tyle wciągająca, że nadaje się na film. A właśnie, filmy! Angle wystąpił w kilku, choć sukcesów nie odnosił. Jednym z “lepszych” tytułów, w których zagrał było ”Sharknado 2”. Nie zdziwilibyśmy się, gdyby jego dzieci (ma ich piątkę, mówił, że chyba musi zrobić sobie wazektomię, bo zaszło to za daleko) bardziej cieszyły się tym występem, niż całą jego karierą.

Przede wszystkim jednak w tej historii ważne jest to, że mimo wszystkich tych przeciwności losu – a możemy dołożyć choćby to, że w 2015 roku jego brat został skazany za zabójstwo żony – Angle pozostał cholernie pozytywną i barwną postacią. A to prawdziwa sztuka.

  1. Frederick Lorz (i gromadka innych biegaczy)

42 195 metrów do przebiegnięcia to nie przelewki. Współczesny maraton stoi pod znakiem rywalizacji technologicznej, która często sprowadza się do detali. Zanim jednak zaczęliśmy brać pod lupę budzące kontrowersje obuwie, problemy biegaczy wydawały się bardziej przyziemne. Podczas igrzysk olimpijskich w 1904 roku doszło do jednego z największych sportowych oszustw w dziejach, które początkowo wcale nie zostało wykryte.

W Saint Louis zawodnicy rywalizowali w koszmarnym ukropie. Temperatura wynosiła około 30 stopni Celsjusza w cieniu, a oni biegli w pełnym słońcu po zakurzonych drogach, na których dodatkowo tumany pyłu wzbijały w powietrze jeżdżące obok biegaczy samochody. Podobno na domiar złego nie zatrzymano ruchu ulicznego i zawodnicy dodatkowo musieli omijać pojazdy oraz pieszych. Do tego część trasy wiodła po nierównym terenie, a kilkukrotnie też wznosiła się i maratończycy musieli biec pod górkę. Generalnie więc wszystko było z nią nie tak.

Na starcie pojawiło się 32 biegaczy z czterech krajów, ale zdecydowanymi faworytami byli Amerykanie. Dla wszystkich bez wyjątku ten start był jednak drogą przez piekło nie tylko przez pogodę, ale także za sprawą zasad. Trudno w to uwierzyć, ale zawodnicy… nie mogli się swobodnie nawadniać. Pierwszy wodopój znajdował się mniej więcej w jednej trzeciej trasy, a drugi tuż przed metą. Podobno wszystko to na polecenie organizatora igrzysk Jamesa Sullivana, który chciał przetestować w praktyce jedną ze swoich teorii o „celowym odwodnieniu”.

W tym świetle raczej nie dziwi, że bieg ukończyło tylko 14 zawodników. Fred Lorz – ambitny 19-latek z Nowego Jorku, który nabył krzepę, układając zawodowo cegły – na początku nieźle znosił trudy rywalizacji. Prowadził mniej więcej do 13. kilometra, ale stopniowo zaczął słabnąć i w końcu zszedł z trasy. Nic dziwnego zresztą – z powodu swojej pracy trenować mógł tylko nocami, nie był w żaden sposób przyzwyczajony do takiego skwaru. Podwózkę zorganizował mu menedżer – obaj udali się w kierunku stadionu, ale na końcu drogi auto się zepsuło. Lorz wyskoczył z pojazdu i jak gdyby nigdy nic wrócił na trasę. Przy aplauzie widowni finiszował jako złoty medalista i zaczął odbierać honory.

Tuż przed dekoracją pojawiły się pierwsze problemy. Wiele osób widziało biegacza jadącego samochodem, który zresztą specjalnie się nie chował i… pozdrawiał widzów i rywali. Zrobił sobie nawet zdjęcie z córką prezydenta Alice Roosevelt. Kiedy pojawiły się pierwsze wątpliwości, Lorz oznajmił, że tak naprawdę żartował i wcale nie chciał odbierać złotego medalu. Jak było naprawdę? Nie sposób przesądzić. Wiemy jedynie, że dziś miałoby to chwytliwy tytuł na YouTubie, kilka milionów odsłon, a Lorz krzyczałby, że „it’s a prank, bro!”.

W tamtych czasach żart Freda Lorza nie spotkał się z uznaniem i pierwotnie został dożywotnio zdyskwalifikowany. Zawodnik odwołał się od decyzji i przeprosił za osobliwy happening. Ostatecznie nie dopatrzono się w jego działaniach celowej próby oszustwa i po kilku miesiącach wrócił do biegania. Jego największym sukcesem był triumf w Maratonie Bostońskim w 1905 roku. Zmarł jeszcze przed trzydziestką na zapalenie płuc.

Zwycięzcą maratonu z igrzysk okazał się za to Thomas Hicks, którego w dzisiejszych czasach z pewnością by zdyskwalifikowano. Już na kilkanaście kilometrów przed metą Amerykanin niemal padał ze zmęczenia. Po kolei podchodziło do niego wiele osób, trenerzy zachęcali go do kontynuowania wysiłku. Nie pozwolili mu położyć się i odpocząć, gdy tego chciał. Nie dali mu też wody. Zamiast tego podawali minimalne dawki strychniny (trucizna na szczury, serio), którą wówczas często wspomagano sportowców, a do tego dokładali surowe jajka i brandy.

Taka mieszanka pozwoliła mu dotrzeć do mety, choć przez ostatnich kilka kilometrów, jak to opisywano: „biegł mechanicznie, jak dobrze naoliwiona maszyna. Jego oczy były matowe, pozbawione blasku. Pogłębił się popielaty kolor jego twarzy. Ręce miał jak obciążone. Ledwo był w stanie podnieść nogi. Miał halucynacje, wydawało mu się, że meta jest 20 kilometrów od niego”. Dobiegł jednak i wygrał. A potem potrzeba było ponad godziny, by doprowadzić go do względnego porządku, bowiem tuż za metą padł nieprzytomny. Jego czas – 3:28.53 – jest najwolniejszym w historii zwycięzców maratonu na igrzyskach.

Hicks i tak miał sporo szczęścia. William Garcia z San Francisco do mety nie dotarł. Znaleziono go nieprzytomnego na trasie. Z miejsca zawieziono też do szpitala. W płucach miał mnóstwo pyłu, odniósł obrażenia wewnętrzne. Ostatecznie wyzdrowiał i… wrócił do biegania. Ale mało brakowało, by został pierwszym zmarłym w historii igrzysk olimpijskich.

A, o jeszcze jednym biegaczu z tamtego maratonu wypada napisać osobno…

  1. Andarin Carvajal

Istnieją co najmniej trzy różne daty jego urodzin i trudno dziś stwierdzić, która jest prawdziwa (zwykle wszyscy skłaniają się ku jednej z dwóch: 18 marca 1875 lub 16 stycznia 1866. Ta druga to jedyna, znajdująca się na oficjalnym, państwowym dokumencie). Tak naprawdę nazywał się Felix de la Caridad Carvajal Soto. Andarin to przydomek. Na nasze to „chodziarz” lub „biegacz”. Wziął się stąd, że… no cóż, po prostu to robił niemal całe swoje życie. Już gdy miał czternaście lat wyzwał podobno na pojedynek hiszpańskiego sportowca Mariano Bielsę, by zobaczyć, kto będzie w stanie najdłużej biegać wokół parku. Pojedynkiem zainteresowało się wielu ludzi. Wygrał Carvajal. Bielsa odpuścił po ośmiu godzinach, Andarin biegał o kilka dłużej.

Chodzeniem i bieganiem zarabiał na życie. Nie jako gwiazda sportu jednak. Był listonoszem, chodził z reklamami, bywał też ponoć kurierem w trakcie wojny, a nawet… dostarczał kanapki. Czasem złapał pracę, która biegania nie wymagała – na przykład został odźwiernym w hotelu. Dziennie potrafił zrobić ponad 50 kilometrów. Do dziś niektórzy na Kubie powtarzają ponoć, gdy ktoś robi sporo kilometrów, że „biega więcej niż Carvajal”.

Całe życie spędził w biedzie. Podobno w ostatnich latach stać go było na mały kawałek ziemi, własne gospodarstwo, na którym hodował warzywa i owoce. Pewnego dnia krowa sąsiada zniszczyła jego płot i uprawy. Ten przeprosił, ale Carvajal wściekł się na tyle, że chciał interwencji policji. Nie doczekał się jej, zmarł na zawał. Tak odszedł gość, którego przez wiele lat nie mogły powstrzymać żadne niedogodności. Dosłownie.

A jego przygoda z maratonem z 1904 roku to tego najlepszy dowód.

Zaczęło się od tego, że Carvajalowi zamarzył się wyjazd na igrzyska. Ale, jak już sobie powiedzieliśmy, po prostu nie miał pieniędzy. Sprawę załatwił więc po swojemu – całymi dniami chodził po Hawanie w koszulce (według innych źródeł: z tabliczką), na której napisaną miał prośbę o wspomożenie jego wyprawy. Ostatecznie kasę udało mu się zebrać. Ale pojawiły się inne problemy. Na statku dostał podobno (dużo, jak już pewnie zauważyliście, w jego życiorysie rzeczy nie do końca pewnych) choroby morskiej i niemal nic nie jadł.

Ostatecznie wylądował w Nowym Orleanie. Wciąż miał zapas pieniędzy, ten jednak szybko przepuścił na tamtejsze rozrywki. Kasyna, alkohol, śliczne dziewczyny. Wylądował w świecie pokus, którego nie znał. I łatwo stracił na nim wszystkie oszczędności. W tym pieniądze na podróż do St. Louis. Inni pewnie zrezygnowaliby ze startu. On nie. Resztę trasy przeszedł pieszo, w tym fragment górski, który wymagał nieco wspinaczki. Łącznie było tego ponad 1000 kilometrów, możliwe, że udało mu się spłynąć kawałek po Mississippi albo ktoś podwiózł go samochodem. Tego jednak nie wiemy. Po drodze prosił o jedzenie miejscowych. Często je dostawał, więc jakoś to przetrwał.

Do St. Louis dotarł tuż przed startem biegu. Zdążył się zapisać, ale pojawił się inny problem. Miał na sobie swój strój z pracy. Długie spodnie, koszulę z długim rękawem i znoszone buty. Nowy planował kupić na miejscu, ale sami wiecie – zawładnął nim Nowy Orlean. Inni biegacze lekko się z niego nabijali. Jedynie ktoś życzliwy zgarnął nożyczki i przyciął mu spodnie. Swoją drogą, gdy stanął na starcie, nie jadł od prawie dwóch dni. A czekało na niego jedno z największych wyzwań, jakie igrzyska kiedykolwiek miały do zaoferowania.

Carvajal przed startem maratonu w Saint Louis. Fot. Wikimedia

Jak się okazało, nie był na gotowy. Biegł swoim tempem, czyli… szybciej niż inni. Po drodze zatrzymywał się kilkukrotnie, rozmawiał z widzami, pozdrawiał ich, zabawiał. Był do startu nastawiony niesamowicie pozytywnie i tym wygrał sobie serca wielu osób obserwujących zmagania. Jedynie ten głód, który zaczął mu doskwierać – z nim nie był w stanie sobie poradzić. I tu rozegrał się jego dramat. Gdyby uznał, że zje po biegu, pewnie byłby dziś mistrzem olimpijskim. Ale stwierdził, że po prostu nie dociągnie.

Historia, którą zaraz opiszemy, ma kilka wersji. Zmieniają się liczby, kolejność wydarzeń, czasem wkrada się jakiś dodatkowy element lub wypada inny. Jednak jej podstawy są zawsze takie same, choć… i tak nie jest w stu procentach pewne, że to właściwie się wydarzyło. Ale dobrze, opowiedzmy ją. Brzmi tak: Carvajal był głodny, więc gdy zobaczył w pobliżu sad i jabłka, sięgnął po kilka. Były jednak niedojrzałe lub nadgniłe. W jego żołądku sporo się po nich zadziało. Zaczął wymiotować. Raz, drugi, trzeci. Potem poszło też drugą stroną, musiał schować się w krzakach. Też kilkukrotnie. Za którymś razem widział, jak mija go czterech biegaczy. Wcześniej prowadził, więc znaczyło to, że spadł na piąte miejsce.

Pozbierał się jakimś cudem do kupy, wrócił na trasę. Dołączył do reszty biegaczy, którzy jeszcze rywalizowali i z nimi wygrał. Ale rywali z przodu nie dogonił. Ostatecznie skończył czwarty, po dyskwalifikacji Lorza. Wygrał sobie jednak serca kibiców… ale nie pieniądze. A, przypomnijmy, nie miał grosza przy duszy. Mówi się, że ponad rok zajęło mu zgromadzenie środków na powrót. W międzyczasie wystartował w kilku biegach w USA, w których bardzo dobrze sobie poradził. Do kraju wrócił z niezłą kolekcją nagród i został bohaterem.

Po czym szybko znów z niego wyjechał. Do Aten, na organizowane w 1906 roku igrzyska, dziś nieuznawane za oficjalne. Tym razem jego podróż została opłacona przez rząd. Problem w tym, że – z powodu różnic w używanych kalendarzach – spóźnił się na start. Przy okazji zaginął, na Kubie wydrukowano nawet jego nekrolog. Okazało się jednak, że odbywał po prostu tournée po Europie, w trakcie którego biegał w różnych miastach. Znów wrócił z workiem wyróżnień, medali i trofeów. Ale wciąż bez grosza.

Potem nadal startował. Głównie w ojczyźnie i Stanach Zjednoczonych. Kilkukrotnie dokonywał też rzeczy, które wydawały się niemożliwe. W 1928 roku biegał wokół jednego z hoteli przez sześć dni i nocy, żywiąc się podobno jedynie sokiem pomarańczowym. Dobił do 4375 okrążeń wokół budynku, a to niemała budowla była. W 1930 urządził sobie za to długodystansowy maraton do przejścia. 2300 kilometrów. A był już wtedy przecież staruszkiem. Ogarnął to jednak bez problemu.

Na Kubie był uwielbiany, zdarzyło się, ze już pod koniec życia wiwatował na jego cześć cały stadion. Ale, jak już wspomnieliśmy, nigdy nie wyrwał się z biedy. Takie to były czasy.

  1. Hiszpańska kadra paraolimpijska w koszykówce

Przy okazji sióstr De Jesus wspominaliśmy, że najlepsze oszustwo jeszcze przed nami. Co prawda nie z tych „zwykłych” igrzysk, bo wybierzemy się teraz na paraolimpiadę, ale to po prostu historia, w którą do dziś trudno uwierzyć. Wiadomo, że idea igrzysk paraolimpijskich jest wspaniała. Pokazują nam one, jak to nie w pełni sprawni ludzie potrafią uprawiać wymagające technicznie czy fizycznie sporty. Jak przeciwstawiają się trudnościom. Jak trenują, rywalizują i wygrywają.

Gorzej, gdy ktoś stwierdzi, że najważniejsze w tym wszystkim jest zwycięstwo i odnieść je trzeba za wszelką cenę.

A właśnie tak było z tamtą kadrą Hiszpanii. Wiadomo, że koszykarsko to znakomita nacja, europejska potęga. Napisalibyśmy też, że światowa, ale tam jednak USA stoi poziom nad wszystkimi. Ujmijmy to więc tak: gdyby nie było Stanów Zjednoczonych, Hiszpanie regularnie zgarnialiby najcenniejsze trofea. Nie dziwi więc, że ich kadra paraolimpijska też była mocna. W 2000 roku w Sydney, jak burza przeszła do finału, a w nim zdobyła złoto.

Ich wyniki na tym turnieju wyglądały tak: 73:58 z Portugalią, 94:48 z Brazylią, 87:20 z Japonią, 97:67 z Polską i 87:63 z Rosją w meczu o tytuł. Komfortowe, pewne zwycięstwa. „Marca”, prawdopodobnie największy sportowy dziennik w kraju, wrzucił reprezentację na okładkę. Cały kraj im kibicował i był zachwycony ich występami. Mistrzostwo paraolimpijskie fetowano hucznie i z wielką radością. Tym bardziej że cała paraolimpiada była najlepszą w historii Hiszpanii.

Sprecyzujmy tu jeszcze jedną rzecz: to był turniej w kategorii osób z niepełnosprawnością umysłową. Jednym z zawodników, którzy brali w nim udział, był Carlos Ribagorda. Sęk w tym, że nie był chory. Był za to dziennikarzem. Zgłosił się do zespołu, bo chciał sprawdzić czy pogłoski, które słyszał, są prawdziwe. Mówiono, że w kadrze jest wielu zawodników, którzy wcale nie chorują. – Nie mogłem uwierzyć, kiedy powiedziano mi, że cały ruch paraolimpijski jest farsą. Musiałem zobaczyć to na własne oczy, więc wziąłem udział w Pucharze Iberyjskim w Portugalii przed igrzyskami w Sydney. Żaden z dwunastu graczy, którzy byli wtedy w naszym zespole, nie był niepełnosprawny – mówił.

Dostał się więc do zespołu. Podobno przeszedł tylko testy na ciśnienie krwi, które wymagały, żeby zrobił sześć pompek. Testów inteligencji nie przeprowadzono w ogóle, a cały turniej opierał się na tym, że jednym z głównych wyznaczników, była liczba punktów IQ. Grał w kadrze przez dwa lata. I wiele widział. Na przykład, że 90% osób, z którymi się spotykał, nie było niepełnosprawnymi. A początkowo nawet i 100. Dopiero po kilku miesiącach miał styczność z pierwszymi, którzy faktycznie mieścili się w ramach definicji. Głównie grali jednak pełnosprawni i to tacy, którzy w kosza pykali sobie amatorsko, a jeden nawet w zawodowej ekipie.

Na igrzyskach Hiszpanów strofował momentami trener. Ale nie wtedy, kiedy grali źle. Wręcz przeciwnie. Zdarzało się, że zawodnicy się zapominali, a szkoleniowiec musiał krzyczeć, by przestali grać dobrze. To zresztą, jak wspominał Ribagorda, był dla niego kluczowy moment – oznaczał, że wszyscy doskonale zdają sobie sprawę z tego, co tu właściwie się dzieje. I to nie tylko w koszykówce, wkrótce swoją listę rozszerzył o przedstawicieli innych dyscyplin. A wśród jego kumpli z drużyny tylko dwóch faktycznie chorowało. Na dwunastu, licząc razem z nim.

Zresztą tajemnica zostałaby ujawniona zapewne i bez udziału Ribagordy. Po tym jak „Marca” wydrukowała swoją okładkę, do redakcji zaczęło spływać mnóstwo listów w stylu: „Hej, znam tego gościa z lewej. To Sergio! Jest zdrowy, gram z nim co tydzień”. Było ich tyle, że przy okazji wysiadania z samolotu zawodnicy dostali nakaz założenia kapeluszy i okularów przeciwsłonecznych. Po czym szybko uciekali do domów. A Carlos Ribagorda do redakcji „Capital”, gazety, w której pracował.

Po kilku dniach miał już gotową historię. Wcześniej musiał załatwić jedną sprawę. Do siedziby Międzynarodowego Ruchu Paraolimpijskiego wysłał swój strój i medal, pisząc, że się ich zrzeka. Chodziło przede wszystkim o jego wiarygodność. Bo „Capital” na wydrukowanie tekstu gotowe było od dawna. Ba, gotową okładkę miało przed powrotem Carlosa do kraju. W końcu historia poszła w świat. I zatrzęsła Hiszpanią oraz całym ruchem paraolimpijskim. Tym bardziej że Ribagorda dodawał, że innych zawodników „wyglądających na zdrowych” widział też m.in. w kadrze Polski czy Rosji.

Konsekwencje ponieśli zawodnicy, trener, federacja, ale wszyscy chcieli, by ukarany został też jej prezydent – Fernando Martin Vicente. Gdy wybuchła afera, dziennikarze ogarnęli, że gość nieźle na tym wszystkim zarabiał i miał już zgromadzony niemały majątek. O oszustwach doskonale wiedział. To on zatwierdzał dokumenty, dopuszczające zawodników do gry w drużynie. On był mózgiem całej tej operacji, o ile tak można to nazwać. Nie była to zresztą pierwsza afera na jego koncie. I w sumie, to… niespecjalnie odbiła mu się czkawką. I to mimo tego, że w roku 2013 został jedyną osobą ze wszystkich zamieszanych, oficjalnie skazaną przez sąd. Wlepiono mu… 5400 euro grzywny i zwrot otrzymanych dotacji dla federacji w wysokości 142 tysięcy. Jego majątek wyceniano wówczas na kilka milionów.

Igrzyska w Sydney były drugimi, na których występowały osoby niepełnosprawne umysłowo. I przez tę aferę zabrakło ich na kolejnych, w Atenach. A potem jeszcze w Pekinie. Dopiero w 2012 roku, po tym jak trzy lata wcześniej ustalono jasne zasady dotyczące badań sportowców, udało się przywrócić tę kategorię niepełnosprawności na paraolimpiadę. Wiele osób straciło zapewne swoje szanse na medale. A wszystko przez jedną ekipę.

  1. Jerzy Kulej

Papa Stamm, legendarny trener polskich bokserów, autor sukcesów naszych pięściarzy na igrzyskach, mawiał, że „nie ma bokserów odpornych na ciosy, są tylko źle trafieni”. Potem to powiedzonko przejął Kulej i powtarzał tak często, że przylgnęło do niego. Paradoksalnie, bo on sam mu zaprzeczał. W swojej karierze stoczył 348 walk. Ani razu nie leżał na deskach. Ba, ani razu nie był liczony nawet na stojąco. 25 walk, owszem, przegrał, ale na punkty. Sześć zremisował. Nic dziwnego, że wielu uważa go za najwybitniejszego boksera olimpijskiego w naszej historii.

Sam do rywali podchodził zaskakująco łagodnie. Choć jego styl opierał się na ciągłym atakowaniu – był wręcz maszynką do wyprowadzania ciosów – to gdy widział, że przeciwnik ledwo stoi na nogach i nie ma prawa wygrać pojedynku, nieco odpuszczał. Nie chciał sprawiać mu ponadprogramowego bólu. Sam mówił, że może to przez legitymację ratownika WOPR, którą posiadał – jako ratownik po prostu nie chciał przesadnie rywalom szkodzić.

Swoją drogą, skoro już przy tym jesteśmy, to podkreślmy, że Kulejowi kilkukrotnie zdarzyło się ratować tonących. Uwielbiał Mazury, często tam bywał, więc miał styczność z takimi sytuacjami. Miał też dar przekonywania, o czym opowiadał „Wysokim Obcasom”. – Niedawno na jeziorze Bełdany przewróciła się łódka. Dostałem sygnał, że ktoś tonie. Popłynąłem ślizgaczem na ratunek. Chłopakowi udało się wypłynąć, a dziewczynie, która z nim płynęła, nie. Została pod spodem, w poduszce powietrznej. Nie wiedziałem, w jakim jest stanie. Podpłynąłem, zapukałem w dno łodzi. Odpowiedziała, więc ją wypytałem, dokąd sięga jej woda, i wyjaśniłem, że zaraz postaram się pomóc. Wpłynąłem pod tę łódź i zobaczyłem tam spanikowaną śliczną dziewczynę. Powiedziałem, że musi nabrać powietrza, zanurzyć się ze mną pod wodę tak, żebyśmy razem mogli wypłynąć na powierzchnię. Krzyczała, że nie umie pływać i nigdzie się stamtąd nie ruszy. A ja na to, że jestem bokserem i w takim razie będę musiał ją zaraz znokautować, bo jej tu nie zostawię. Chyba byłem przekonujący, bo tak się wystraszyła, że błyskawicznie zanurkowała. Nie mogłem jej nawet dogonić, bo szła na dno jak kamień. Ale złapałem ją i wyciągnąłem na powierzchnię.

Nienawidził sytuacji, w których nie mógł nic zrobić. Jeśli miał choćby minimalną kontrolę nad wydarzeniami, wszystko było w porządku. Jeśli nie – długo to przeżywał. Kiedy leciał wraz z resztą kadry na igrzyska do Meksyku, w radzieckim samolocie zepsuł się jeden z silników. Nad oceanem. Załoga zbierała nawet paszporty pasażerów do czarnej skrzynki, katastrofa po prostu wisiała w powietrzu. Na pokładzie panowała absolutna cisza, wszyscy byli tak przerażeni, że nawet nie mieli sił na okazywanie emocji. Ostatecznie samolot doleciał, ale Kulejowi pozostał do nich uraz.

Urodził się w drugim roku okupacji. Podobno jego matka – przerażona wizją posiadania dziecka w trakcie wojny – chciała dokonać aborcji, ale akuszerkę kilka godzin przed planowanym spotkaniem złapali Niemcy. Mieszkał, wraz z rodzicami, w częstochowskim Ostatnim Groszu, biednej dzielnicy. Matka była robotnicą w farbiarni, ojciec pracował w tartaku. Pieniędzy niemal stale brakowało. Młody Jurek wiele sobie z tego nie robił, tylko ganiał po podwórkach ze znajomymi. Szybko zaczął też uprawiać sporty. W liczbie mnogiej, bo było ich wiele – choćby pływanie, w którym miał ponoć wielki talent. Chodził też oglądać żużel i grał w piłkę nożną. Do boksu trafił jednak za sprawą chłopaka z klasy.

– Nie chciałem, żeby mnie dłużej maltretował. To było bolesne, tym bardziej że on mnie też eliminował z rozgrywek sportowych w szkole. W nogę mi nie dał grać. Był kapitanem, ustalał składy drużyn i powodował, że byłem chłopcem do podawania piłek za bramką. A ja tak lubiłem grać. Byłem malutki i bardzo szybki, błyskawicznie przebijałem się do bramki przeciwnika i strzelałem gole. Próbowałem wielu dyscyplin sportu, nawet łyżwiarstwa szybkiego, ale to do mnie ukierunkował na boks – mówił “Wysokim Obcasom”. “Ukierunkował” znaczy tu, że Kulej najpierw czytał radziecki podręcznik do nauki boksu, a potem poszedł na treningi, głównie po to, by móc Heniowi przyłożyć. I zrobił to, zresztą nie raz.

Przy boksie został, choć wielu sugerowało, że nic z niego nie będzie. Jan Wojdyga, redaktor “Przeglądu Sportowego” w 1958 roku na turnieju kadry juniorów, widząc w ringu Kuleja, powiedział do Henryka Kukiera, mistrza Europy, że “on przypomina bardziej ministranta niż boksera, wątpię, czy zobaczymy tu coś ciekawego”. Zobaczyli jednak, bo Kulej w ringu się nie patyczkował. Na tyle, że kilka miesięcy później Feliks Stamm dał mu szansę debiutu w seniorskim spotkaniu z Jugosławią. A Kulej odwdzięczył mu się zwycięstwem. I szybko stał się jednym z ulubieńców kibiców.

Był też ulubieńcem Stamma, ale ten nie zabrał go na igrzyska do Rzymu, mimo że jechać miał na nie zwycięzca walki Kulej – Kasprzyk. Ostatecznie postawił na drugiego z nich, który zdobył tam brąz, bo z powodu krwiaka nad okiem nie mógł stanąć do walki półfinałowej. W Tokio się już stawił i był bezkonkurencyjny. Choć przed walką finałową był niesamowicie zdenerwowany. Z rywalem, z którym miał się zmierzyć, niedawno przegrał, bo ten znakomicie potrafił kontrować ataki Polaka. Stamm to widział i zabrał go na spacer, na którym sporo mu wyjaśnił.

– Miałem zaskoczyć go tym, że nie atakuję – mówił Kulej Tadeuszowi Olszańskiemu. Zamiast rzucać się do przodu, jak to zwykle robił, czekał na ataki Rosjanina, który nie czuł się w tej roli swobodnie. Dopiero w ostatniej rudzie dostał od trenera pozwolenie na ruszenie do przodu. I ruszył. Taktyka zadziałała, Jerzy Kulej zdobył złoty medal, za który – jak i inni mistrzowie olimpijscy z Polski – dostał 30 dolarów. Do kraju wrócił z robotem, który sam chodził oraz zdalnie sterowanym helikopterem. Kupił je dla syna, który od tamtej pory robił furorę na podwórku. W komunistycznej Polsce takich rzeczy wówczas po prostu nie było.

Na igrzyska w Meksyku miał jechać jako faworyt do obrony medalu. Dwa razy wydawało się jednak, że w ogóle się tam nie zjawi. Po raz pierwszy, gdy miał wypadek samochodowy. 18 czerwca 1968 roku, na niespełna cztery miesiące przed igrzyskami. Przed jego auto wyjechała na rowerze dziesięcioletnia dziewczynka. Zdążył odbić, ale wypadł z drogi. Koziołkował. Był cały pokiereszowany: złamał szczękę, wyleciało mu kilka zębów, odcięło fragment nosa, rozerwało policzek, a odłamki szkła poważnie poraniły mu całą twarz. Do końca życia miał blizny. Ale wylizał się, wrócił do treningów, tylko po to, by niemal pozbawić się szansy na wyjazd w dużo głupszy sposób.

– Wracaliśmy z dancingu, szliśmy Krupówkami w dół, do postoju taksówek, by dojechać do Doliny Kościeliskiej, a stamtąd dojść do schroniska na Ornaku, gdzie tego dnia spała grupa olimpijska. I wtedy banda miejscowych zaczęła szukać z nami zaczepki. Walka nie trwała długo, ale prawdziwe problemy zaczęły się, gdy pobiegłem za jednym z nich. Uciekał w kierunku pobliskiego komisariatu, wołając o pomoc. I zaczęło się piekło. Milicjanci tłukli czym popadnie. Mnie, porucznika milicji. Znokautowałem wtedy czterech funkcjonariuszy, jednemu wyrwałem pistolet i wycelowałem w kierunku tych, którzy katowali mnie przed komisariatem. Na szczęście znów pomógł Feliks Stamm. Był jak ojciec, stał murem za nami. Wtedy też mnie wybronił, a ja odwdzięczyłem się w Meksyku złotym medalem, jedynym dla polskiego boksu – opowiadał na łamach “Rzeczypospolitej”.

Po medalu nie tylko nie trafił do więzienia, co mu groziło, ale… go awansowano. Otrzymał też nowego Volkswagena 1200. W Meksyku stało się jednak coś znacznie ważniejszego – w finale igrzysk, gdy walczył z Enrique Regueiferosem, przyjął potężny cios. Kompletnie go zamroczyło, tak naprawdę nic nie widział. Nie dostrzegł tego jednak ani rywal, ani sędzia, ani nikt w narożniku. Wiedział jedynie on i… Stamm, którego uwadze nic nie mogło umknąć. Jak mówił sam Kulej, zdecydował wówczas, że to będą jego ostatnie igrzyska. I faktycznie, karierę zakończył w 1971 roku. W popisowym stylu. Zadzwonił do znanego dziennikarza Jacka Żemantowskiego i w telewizyjnym studiu powiedział, że to koniec. Obaj mieli potem z tego powodu mnóstwo nieprzyjemności. Władze liczyły bowiem, że Kulej w Monachium zgarnie trzecie złoto do kolekcji.

Bokserzy, trenowani przez Stamma, mieli opinię “złych chłopców” i taki też przylgnął do nich przydomek. Do Kuleja bardzo pasował. Wspomniana bójka to jedno, ale w wielu wywiadach w późniejszym okresie życia były bokser nie krył, jak wiele błędów popełnił. Zaczęło się niewinnie – zarobione w ringu pieniądze zainwestował w knajpkę. Ta po roku splajtowała, Kulej miał na głowie komornika. Zaczął pić. Zdradzał żonę. Gdy dowiedział się, że ona – w ramach zemsty – zdradziła też jego, nie był w stanie sobie z tym poradzić. Myślał o tym, by popełnić samobójstwo. Przez kilka miesięcy pił, w końcu postanowił, że to zrobi. Mieszkał na dziewiątym piętrze, planował, że wyjdzie na balkon poprawić antenę, jak to często robił, po czym skoczy.

Nie zdecydował się. Kilkukrotnie wracał do środka i wychodził na zewnątrz. Aż nagle sięgnął do kieszeni i znalazł tam 1000 złotych. A skoro miał pieniądze, to poszedł pić. Z ulgi. Potem trafił na terapię, wyleczył się z alkoholizmu. W międzyczasie był też uczestnikiem niezłej rozróby. Tłumaczył, że tylko się bronił, a była to prowokacja, ale do dziś nie znaleziono świadków, którzy mogliby to potwierdzić. Dostał dozór milicyjny, uznano go za chuligana. Nie mógł znaleźć sobie pracy, w której dłużej zagrzałby miejsce. W końcu został nauczycielem WF-u i… okazało się, że był to strzał w dziesiątkę. Pokochał tę robotę.

Grał też w filmie “Przepraszam, czy tu biją?”, uczył boksu w Oksfordzie, nigdy za to nie został na stałe trenerem, co najwyżej bywał nim epizodycznie, choć talent miał do tego ogromny. Jakoś tak wyszło. To on też zorganizował pierwszą w Polsce galę boksu zawodowego. Był również posłem z ramienia SLD, ale z polityki szybko się wyleczył, gdy “zobaczył na Wiejskiej szkołę chamstwa”. W 2011 roku, w trakcie przemówienia na benefisie Daniela Olbrychskiego, jego przyjaciela, doznał zawału i udaru. Udało się go uratować, bo na widowni było dwoje lekarzy. Przez dziesięć dni był w śpiączce. Potem przechodził rehabilitację, która przynosiła coraz lepsze skutki.

Zmarł jednak w kolejnym roku. Z innego powodu, ale dla wielu niespodziewanie. Żegnała go cała sportowa Polska.

  1. Cassius Clay (Muhammad Ali)

Na igrzyskach olimpijskich pojawił się dwa razy i oba te występy skradły uwagę mediów, choć na zupełnie innych warunkach. W 1960 roku nastoletni Cassius Clay przyleciał do Rzymu jako jeden z najbardziej utalentowanych amerykańskich pięściarzy młodego pokolenia. Miał osiemnaście lat i u stóp cały świat, ale panicznie bał się latać. Według jednej z wersji młody pięściarz dał się przekonać do pomysłu wylotu do Rzymu tylko jeśli całą podróż będzie mógł spędzić… ze spadochronem na plecach.

We Włoszech wszyscy zobaczyli już innego Claya. Od początku dowcipkował i po prostu zarażał optymizmem. – Wyglądał na burmistrza wioski olimpijskiej zanim w ogóle wyszedł do ringu – opisywali inni sportowcy. Choć Cassius był jednym z najmłodszych uczestników olimpijskiego turnieju, między linami zachwycał od pierwszej walki. Już w drugiej czekało na niego wielkie wyzwanie – starcie z doświadczonym Giennadijem Szatkowem, złotym medalistą poprzednich igrzysk i dwukrotnym mistrzem Europy.

Cassius nie okazywał rywalom respektu. W drodze do finału nie przegrał ani jednej rundy. W walce o złoto postawił mu się Zbigniew Pietrzykowski, ale sędziowie również nie mieli wątpliwości. Nie miał ich również sam Polak, który w kolejnych latach z klasą podkreślał, że jest dumny ze srebra, bo przegrał ze znakomitym zawodnikiem. Ścieżki finalistów olimpijskich zmagań w kategorii półciężkiej przecinały się jeszcze kilka razy. W 1977 roku Pietrzykowski na życzenie Alego został zaproszony na jeden z włoskich festiwali. Trzy lata później Polak zaskoczył dawnego rywala wizytą w jednym z amerykańskich programów telewizyjnych. A kiedy córka Pietrzykowskiego zażyczyła sobie psa, nowy ulubieniec rodziny został nazwany Alim.

Muhammadem Alim młody Cassius stał się dopiero w 1964 roku, gdy po wywalczeniu mistrzowskiego tytułu na zawodowstwie, przeszedł na islam. Cztery lata wcześniej w Rzymie był jeszcze chłopakiem mocno przywiązanym do korzeni. W narożniku mógł liczyć na Joego E. Martina – odkrywcę jego talentu. Do ich pierwszego spotkania doszło w niezwykłych okolicznościach. Dwunastoletni uczeń przyszedł na policję, by zgłosić kradzież roweru. Opisując szczegóły stwierdził, że chętnie spuściłby lanie sprawcy. Policjant zapytał wtedy, czy wiedziałby jak to zrobić. Pyskaty Cassius przyznał, że w sumie to nie ma pojęcia. Wtedy przyjmujący zgłoszenie Joe Martin zaprosił go do swojej sali, gdzie po godzinach uczył dzieci boksu.

W takich niecodziennych okolicznościach wykluł się jeden z największych pięściarskich talentów w dziejach. Współpraca Claya z Martinem trwała przez całą karierę amatorską pięściarza, która w Rzymie doczekała się idealnej puenty. Nastolatek był dumny z medalu – chodził z nim wszędzie. Nie nacieszył się nim jednak zbyt długo, ale okoliczności jego zaginięcia do dziś budzą pewne wątpliwości. Pięściarz przedstawił historię, w której po zetknięciu się z rasizmem w restauracji w rodzinnym Louisville, z wściekłością cisnął nagrodę do rzeki. Po latach okazało się, że historia mogła zostać podkręcona, a trofeum prawdopodobnie zaginęło w innych okolicznościach.

Ali w ringu został legendą, ale zostawił tam mnóstwo zdrowia. Karierę zakończył w grudniu 1981 roku – o wiele lat za późno. Ostatnie walki wielkiego pięściarza były smutnymi spektaklami – w każdym kolejnym występie wyglądał na człowieka coraz bardziej zmęczonego życiem. Gdy w końcu powiedział “dość”, w jego życiu pojawił się nowy rywal. Lekarze zdiagnozowali u niego chorobę Parkinsona. Do dziś nie wiadomo, czy boks w jakimś sensie się do tego przyczynił, ale na pewno w niczym nie pomógł.

Na początku lat dziewięćdziesiątych Muhammad Ali był legendą, o której sport pod wieloma względami wolał już chyba nie pamiętać. Mówił cicho i powoli – zupełnie inaczej niż pyskaty nastolatek, który trzydzieści lat wcześniej zmienił bieg historii. W 1996 roku jednak znowu rozmawiali o nim wszyscy, bo to właśnie on zapalił olimpijski znicz w Atlancie. Cały świat zobaczył trzęsącą się rękę legendy i po latach przypomniał sobie, że niektóre walki nie kończą się nigdy.

  1. Ryan Lochte

Nie mogło być inaczej – nasz ranking barwnych postaci musiał wygrać wielokrotny medalista igrzysk, który stał za najbardziej absurdalną olimpijską akcją w historii. Najpierw poznaliśmy go jednak ze strony wyłącznie sportowej. W 2004 roku miał 20 lat, gdy sięgał po pierwsze medale. W sumie stawał na podium jeszcze w Pekinie, Londynie i Rio. Sześć złotych medali, trzy srebrne i trzy brązowe, do tego tona krążków z mistrzostw świata – jest co brać pod lupę. Nasze serca Lochte podbił jednak od zupełnie innej strony.

W Brazylii wykonał plan minimum – pomógł wywalczyć złoto w sztafecie. Ten krążek sprawił zresztą, że w całej olimpijskiej historii pływania zajmuje zaszczytne drugie miejsce (zaraz za Michaelem Phelpsem, a na przykład przed Markiem Spitzem) pod względem liczby zdobytych medali. Nikt już nie pamiętał wówczas o niepowodzeniach w startach indywidualnych – zamiast tego świat sportu zajął się aferą znaną dziś jako Lochtegate. Nazwa to pochodna tego, że Ryan był najbardziej znany z grona sportowców zamieszanych w ten trudny do zrozumienia skandal.

Ryan Lochte. Pływacki celebryta w drodze do Tokio

Zaczęło się od szoku. “Mistrzowi olimpijskiemu grożono bronią!” – grzmiały nagłówki gazet i serwisów internetowych. Pierwsza wersja tej historii była bulwersująca, ale trafiła na podatny grunt – wszyscy zdawali sobie sprawę, że w Brazylii faktycznie jest duży problem z przestępczością. Kiedy wybitny pływak relacjonował, że podróżując z kolegami z kadry został zaatakowany przez nieznanych mężczyzn na stacji benzynowej, którzy grozili im bronią i kazali wysiadać z taksówki, uwierzyli w to wszyscy. W końcu po co ktoś miałby kłamać przy tak wielu świadkach i możliwości zweryfikowania wszystkiego monitoringiem?

Coś nam mówi, że Lochte nigdy sobie tego pytania nie zadał. Już po kilkunastu godzinach okazało się, że jego wersja koło prawdy nie leżała nawet przez moment. Relacje świadków i taśmy potwierdzały – to wracający z libacji pijani Amerykanie szukali guza i wywołali awanturę na stacji. Na początku szli jednak w zaparte. Historia trafiła do mediów jednak trochę przypadkowo. Matka Ryana spotkała jednego z dziennikarzy i przekazała mu informację, która szybko zaczęła żyć własnym życiem. Po kilkunastu godzinach sam Lochte opowiedział o ataku mężczyzn przebranych za policjantów i tym, że ktoś przyłożył mu pistolet do głowy. Ubolewanie w podskokach wyraził sam rzecznik igrzysk w Rio.

Kilka dni później burza osiągnęła epickie rozmiary. Ryan wrócił do kraju, ale dwóch kolegów z pamiętnej libacji zostało zatrzymanych tuż przed wylotem. Sprawa mocno uderzała w wizerunek organizatorów i została gruntownie wyjaśniona, a po drodze pojawiło się wiele nieścisłości. Nad Lochtem na moment zawisła nawet groźba… ekstradycji. W końcu po paru dniach przyznał, że z tą bronią to trochę mu się skłamało, ale wymyślając tę historię w sumie był jeszcze pijany, więc tak naprawdę to nic się przecież nie stało.

Cóż, jednak się stało. Świat mocno zainteresował się sprawą, a Lochte w trakcie kilkunastu godzin z bohatera wspieranego przez 90% ankietowanych, stał się pogardzany przez ponad 2/3 pytanych. Potem obejrzeliśmy efekt domina. Afera stała się znana w mediach społecznościowych jako #LochMess, a pływaka parodiowali Jimmy Fallon i Stephen Colbert. Momentalnie odwrócili się sponsorzy (między innymi Speedo i Ralph Lauren), na czym sam zainteresowany mógł stracić miliony dolarów. Negatywne konsekwencje odczuwał długo – gdy brał udział w “Tańcu z gwiazdami”, program przerwało wtargnięcie dwóch mężczyzn w koszulkach z napisami jednoznacznie potępiającymi Ryana.

Choć miał wtedy 32 lata, wcale nie zakończył kariery. Najpierw został zdyskwalifikowany na 10 miesięcy przez krajową federację, a potem zapowiedział, że spróbuje powalczyć o bilet do Tokio. W maju 2018 roku Lochte dostał kolejną karę – tym razem za przyjęcie niezgodnej z prawem kroplówki. Choć były to tylko witaminy, przepisy nie dopuszczają przyjmowania ich w ten sposób. Jakby tego było mało, to Ryan… pogrążył się sam wrzucając zdjęcie dokumentujące ten proces na Instagrama. Pod koniec 2019 roku pływak zdradził, że choć związał się z króliczkiem Playboya, to nie jest do końca zadowolony z życia, bo zdołał odłożyć zaledwie 20 tysięcy dolarów. Wychodzi więc na to, że finansowy talent Ryana Lochtego nie dorównuje jego umiejętnościom pływackim oraz bajkopisarskim.

KACPER BARTOSIAK I SEBASTIAN WARZECHA

Igrzyska pełne są barwnych postaci i historii. Wybraliśmy najlepsze (20-11)

Igrzyska pełne są barwnych postaci i historii. Wybraliśmy najlepsze (30-21)

Igrzyska pełne są barwnych postaci i historii. Wybraliśmy najlepsze (miejsca 40-31)

 

Fot. Newspix


Subskrybuj
Powiadom o
guest
1 Komentarz
Najstarsze
Najnowsze Najlepiej oceniane
Inline Feedbacks
Pokaż wszystkie komentarze
Przemek Budzyński
Przemek Budzyński
6 miesięcy temu

Swoją drogą jesteśmy ciekawi czy ktoś, kto kilkanaście lat później wpadł na pomysł nakręcenia filmu „Nie wierzcie bliźniaczkom” (w oryginale „Parent Trap”, to ten film z Lindsay Lohan w podwójnej roli) inspirował się tą historią

Nie, ten film inspirował się książka pisarza Ericha Kastnera “Mania czy Ania”.

Aktualności

Kalendarz imprez