Igrzyska bez polityki? Kontrowersje wokół pewnego zapisu

Igrzyska bez polityki? Kontrowersje wokół pewnego zapisu

Czy da się oddzielić sport od polityki? Życie pokazuje, że to właściwie niemożliwe. Dzieje igrzysk także zdają się potwierdzać, że dla chcącego nic trudnego, a kreatywność startujących jest właściwie nieograniczona. Międzynarodowy Komitet Olimpijski (MKOl) obawia się, że w Tokio polityczne manifesty mogą przybrać na sile. Dlatego pojawił się zapis, które miałby to mocno ograniczyć. Problem w tym, że jego interpretacja nie jest jasna nawet w obrębie zgłaszającej go organizacji. To przy okazji tylko wierzchołek góry lodowej.

Kontrowersyjny zapis stał się znany w środowisku jako “rule 50”. W ścisłej interpretacji zakazuje on uczestnikom igrzysk jakiegokolwiek wyrażania poglądów politycznych, religijnych lub rasowych. Jeśli ktoś zdecyduje się wyłamać, to musi liczyć się z konsekwencjami dyscyplinarnymi. W tym jednak cały ambaras, że nie zostały one precyzyjnie określone. Zaznaczono tylko, że każdy przypadek ma być traktowany indywidualnie.

Sprawa cały czas żyje – w styczniu przegłosowano nowelizację zapisu, która obejmuje także klęczenie. Nie ma w tym przypadku, bo “klęczący protest” podbił w ostatnich latach amerykański sport. Zaczęło się w 2016 roku od Colina Kaepernicka – w ten sposób chciał w futbolowej lidze NFL zwrócić uwagę na nierówności rasowe i brutalność policji. W maju 2020 roku – po tragicznej śmierci zamordowanego przez policję na oczach kamer George’a Floyda – protesty rozlały się na kolejne dyscypliny.  Kilka miesięcy później z podobnych powodów na moment stanęła nawet liga NBA.

Protesty sportowców podzieliły opinię publiczną. Na początku próbowano jednak to zjawisko marginalizować. W przypadku Kaepernicka skończyło się tak, że po paru miesiącach został bez pracy, ale mógł liczyć na sponsora. Został twarzą firmy Nike i w jakimś sensie spieniężył ideały, o których na początku tyle opowiadał. Zdążył jednak zasiać ziarno. W 2020 roku amerykański sport na wielu płaszczyznach wydaje się nierozerwalnie spleciony z wielką polityką.

Iran umywa ręce

Nie chodzi już tylko o wewnętrzne problemy samych Stanów Zjednoczonych. W ostatnich tygodniach sportowa rodzina wzywa do usunięcia z igrzysk w Tokio reprezentantów Iranu. List w tej sprawie podpisali już przedstawiciele 39 państw. Oburzenie spowodowała egzekucja (po wyreżyserowanym procesie) Navida Afkariego – irańskiego zapaśnika.

O darowanie mu życia apelował nie tylko prezydent MKOl Thomas Bach, ale nawet sam Donald Trump. Na problem uczulił go podobno Dana White – szef organizacji UFC. Niestety, płomienny apel prezydenta USA na Twitterze również nie doczekał żadnej reakcji. Irańczycy nie oglądając się na reakcję świata doprowadzili sprawę do smutnego, ale mocno przewidywalnego zakończenia.

“To głęboko zasmucające, że prośby sportowców z całego świata i zakulisowa praca MKOl wraz z Irańskim Komitetem Olimpijskim, Światową Federacją Zapasów oraz krajowym związkiem zapaśniczym w Iranie nie przyniosły zamierzonego celu. W tych trudnych chwilach jesteśmy myślami z rodziną i przyjaciółmi Navida Afkariego” – to fragment opublikowanego już po wszystkim oświadczenia MKOl.

O co poszło? 27-letni zapaśnik został oskarżony o zabójstwo robotnika podczas antyrządowych protestów, do których doszło w 2018 roku. Wiadomo, że wraz ze swoimi braćmi był wtedy w centrum wydarzeń. Jedyną poszlaką wskazującą na zabójstwo – którego okoliczności nie zostały wyjaśnione – było jednak przyznanie się do winy. Afkari utrzymywał, że zostało ono wymuszone długimi torturami. Żadnych dowodów łączących go ze zbrodnią nie było.

Tylko czy były faktycznie potrzebne? Jego bracia nie zostali oskarżeni o żadne morderstwo, a za udział w protestach zostali skazani odpowiednio na 54 i 27 lat więzienia. Tak działa reżim – brutalnie i bezceremonialnie przecinając jakiekolwiek dyskusje. Egzekucję Navida ostatecznie w ogóle przyspieszono – głównie po to, by skrócić nagonkę międzynarodowych mediów. Od bulwersującego finału minął ponad miesiąc, ale sprawa wciąż żyje w mediach i może doczekać się ciągu dalszego.

Izrael wkracza do gry

I tu znowu wkraczamy w świat wielkiej polityki, bo na czele protestów stoi od niedawna organizacja American Jewish Comittee (AJC). Zajmuje się ona – w dużym skrócie – obroną Żydów na całym świecie. Skąd zainteresowanie Iranem? To akurat zrozumiałe, bo oba kraje od lat są w konflikcie. Często widać go również na arenach sportowych. Reprezentanci Izraela w indywidualnych sportach w ogóle nie rywalizują z Irańczykami – ci drudzy mają odgórny nakaz oddawania walkowerów. Takie sytuacje wielokrotnie miały miejsce choćby w zapasach i judo.

“Pozwolenie Iranowi na udział w igrzyskach olimpijskich w Tokio byłoby wyrazem poparcia dla systematycznego łamania praw człowieka w tym kraju. Ukaranie Iranu sprawi, że w świat pójdzie potężna wiadomość. To oznaczałoby, że sportowcy są chronieni i mogą uprawiać swoje dyscypliny bez obaw, a każda dyskryminacja i przemoc nie będzie tolerowana w olimpijskiej rodzinie. Tylko w taki sposób nawiążemy do olimpijskiego ducha pokoju, wolności i koegzystencji” – głosi wniosek AJC.

Krytyka coraz głośniej jest słyszana także w środowisku. Spora w tym zasługa ruchu Global Athlete, który ma na sztandarach walkę o prawa sportowców. Rob Koehler – dyrektor organizacji – jeszcze przed wykonaniem wyroku na Afkarim domagał się postawienia Iranowi ostrego ultimatum. – Ta sprawa ma być przestrogą dla innych. Wzywam wszystkich sportowców do zabrania głosu – apelował.

Wtedy się nie udało, ale sukces może przyjść na innym polu. Ruch opublikował niedawno wyniki badań, które powstały we współpracy z dwiema uczelniami. W raporcie wzięto pod uwagę oficjalne sprawozdania finansowe i dokumenty dotyczące komercyjno-reklamowych związków MKOl z innymi podmiotami. Okazało się, że bezpośrednio do sportowców trafia zaledwie 4,1% zysków z marketingu, a organizacja za ostatni rok zarobiła 1,4 miliarda dolarów.

Zapis do poprawki

Sportowcy chcą nie tylko więcej zarabiać – aktywnie próbują mieć także większy wpływ na rzeczywistość także w innych aspektach. Ograniczający swobodę zapis „rule 50” głosi wprost, że: “na wszystkich oficjalnych olimpijskich arenach nie ma miejsca na żadne demonstracje polityczne, religijne i rasowe”. Trudno nie zauważyć, że to dość pojemny termin, który można rozumieć na różne sposoby. Szybko pojawiły się głosy wzywające do doprecyzowania tych słów.

Jeśli ktoś chce klęknąć na podium, to powinien mieć taką możliwość. Będę to popierał. Sportowcy są częścią świata, w którym żyją i chcą to odzwierciedlić. Dla mnie to zrozumiałe – tłumaczył w mediach Sebastian Coe. Wagi tego głosu nie sposób przecenić. Długoletni przewodniczący Międzynarodowej Federacji Lekkoatletycznej (World Athletics, wcześniej znanej pod skrótem IAAF) niedawno został nowym członkiem MKOl. W ostatnich latach ma do powiedzenia coraz więcej.

Poza Amerykanami najgłośniej w ostatnich tygodniach protestują Niemcy. Tam jednoznaczne stanowisko zabrała lekkoatletyczna organizacja Athleten Deutschland. – Obowiązujące restrykcje narzucane przez zapis „rule 50″ idą za daleko. Do tego stoją w sprzeczności z wartościami deklarowanymi przez sportowe federacje na podstawie obowiązującego prawa – oceniła Marie-Catherine Arnold z grupy analizującej nowe przepisy.

Zacznij od Bacha?

W gronie krytyków przeważają dwa nurty. Jeden wzywa do maksymalnego doprecyzowania zapisu i głównie chce zapewnić sportowcom większą swobodę wypowiedzi. Drugi z kolei nie bawi się w półśrodki i apeluje o całkowite wykreślenie tego pomysłu. Niektórzy podgryzają MKOl nawiązując w dość pomysłowy sposób do całkiem świeżej olimpijskiej historii. Brian Lewis – wpływowy działacz z Karaibów – wytknął Thomasowi Bachowi nawet pewnego rodzaju hipokryzję.

Podczas ceremonii otwarcia igrzysk w Soczi prezydent Bach dał mocne wystąpienie. Stojąc na olimpijskim podium mówił o potrzebie tolerancji i walce z dyskryminacją. To było odważne stawienie czoła rosyjskim prawom uderzającym w osoby homoseksualne. Decyzja była słuszna, ale było to zachowanie o jednoznacznie politycznym podłożu, możliwe dzięki wolności słowa. W tym wszystkim nie zabrakło wzmianki o olimpijskich wartościach, ale całość można było interpretować w kategoriach politycznych. Dzisiaj zapis “rule 50” miałby podobnych  zachowań zabraniać – tłumaczył obrazowo absurd sytuacji Lewis.

Problem jest szczególnie ważny dla Amerykanów. Według “Washington Post” do akcji zamierza się włączyć Amerykański Komitet Olimpijski (USOPC), który chce powołać specjalny zespół. Taki panel przeanalizuje proponowane zapisy i zgłosi autorskie poprawki – a one mają odzwierciedlać nie tylko “amerykańskiego ducha”. Wszyscy podkreślają jednak, że sprawa nie jest stracona. W końcu sam Bach jest otwarty na rozmowy – to on zlecił, by zapisami zajęła się Komisja Zawodnicza w MKOl.

Problem jest jednak delikatny, bo przecież nie sposób wyobrazić sobie igrzysk całkowicie wolnych od polityki. W dzisiejszym świecie wątki się splatają, a wielkie imprezy często są organizowane w krajach o autorytarnych ciągotach. Otwarte zakazanie jakiejkolwiek krytyki nie doprowadzi do tego, że takie głosy znikną – będą zapewne przemycane w bardziej kreatywny sposób.

Głos sportowców często ma przecież wymowę głównie symboliczną. Żeby nie szukać daleko – „gest Kozakiewicza” jest mocno zakorzeniony w polskiej popkulturze, ale zgodnie z zapisem „rule 50” coś takiego zostałoby bezwzględnie ukarane. Nie byłoby też miejsca na protest Tommiego Smitha i Johna Carlosa. W 1968 roku na olimpijskim podium demonstrowali oni solidarność z prześladowanymi czarnoskórymi rodakami. Za to spotkały ich zresztą srogie reperkusje. Musiało minąć wiele lat, by ten protest został właściwie przetłumaczony i w jakimś sensie zrehabilitowany.

W obecnie proponowanej formie zapis „rule 50” może być więc pałką, którą można dostać po głowie właściwie za wszystko. Zostawienie szerokich widełek interpretacyjnych to ogromne ryzyko. W dobie pandemii jest wiele innych palących problemów – naprawdę nie ma potrzeby przerzucać się kolejnym gorącym kartoflem, który irytuje środowisko zawodniczek i zawodników.

A może łatwiej po prostu spróbować pogodzić się ze złożonością realiów? W 1936 roku podczas igrzysk w Berlinie polityka była wszechobecna, a gesty „hailujących” gospodarzy mają jednoznacznie obrzydliwy kontekst. Ale na tym tle polityczną deklaracją może być przecież nawet… brak reakcji. Maria Kwaśniewska stojąc z dumnie podniesioną głową na olimpijskim podium w towarzystwie „hailujących” rywalek nie musiała nic robić ani mówić, by wysłać w świat jednoznaczny komunikat.

KACPER BARTOSIAK


Subskrybuj
Powiadom o
guest
0 komentarzy
Inline Feedbacks
Pokaż wszystkie komentarze

Aktualności

Kalendarz imprez