Igor Jakubowski: Z igrzysk w Rio musiałem wracać za własne pieniądze, a potem było jeszcze gorzej

Igor Jakubowski: Z igrzysk w Rio musiałem wracać za własne pieniądze, a potem było jeszcze gorzej

Igor Jakubowski to w tej chwili prawdopodobnie najbardziej znany polski bokser, chociaż na zawodowym ringu stoczył zaledwie jedną walkę. Tyle samo, co na igrzyskach w Rio de Janeiro. Potem pięściarz z Konina zupełnie przypadkiem został gwiazdą programu „Big Brother”, w którym doszedł aż do finału. Po opuszczeniu domu Wielkiego Brata nadrabia bokserskie zaległości, próbuje wyleczyć kontuzjowaną rękę, której nie pomogły już trzy operacje, a także bez gryzienia się w język i owijania w bawełnę opowiada o patologiach w Polskim Związku Bokserskim.

Inni sportowcy bywali w takich programach, jak Big Brother, ale najczęściej już po zakończeniu kariery, jako gwiazdy. Ty trafiłeś do reality show z castingu, w którym wzięło udział 15 tysięcy osób! Czy twój udział w igrzyskach w Rio jakoś ci pomógł w tym, że zostałeś wybrany?

Myślę, że to mogło mieć wpływ, chociaż nie wiem, jak duży. Nie wiem, jakie kryteria były brane pod uwagę. To pytanie nie do mnie. Na żadnym etapie nie dano mi do zrozumienia, że biorą pod uwagę to, że byłem na igrzyskach. Przeszedłem normalnie cały proces rekrutacyjny. Domyślam się, że kiedy w takim programie był Marcin Najman, czy świętej pamięci Józek Warchoł, to na zasadzie zaproszenia, nie musieli przychodzić na castingi.

A ty poszedłeś na casting z ulicy?

Tak. Miałem kontuzjowaną rękę i tak miałem siedzieć na dupie, nie robiąc nic ciekawego, więc pomyślałem, że może spróbuję. Hitem było już to, jak się zarejestrowałem. Ankieta była mega długa, chyba dwie godziny wypełniania! Kiedyś z kolegą po treningu siedzieliśmy i piliśmy piwo, on rzucił pomysł: Igor, weź się zgłoś do Big Brothera, ty jesteś tak poj…, że na bank cię wezmą. Ja na to: weź, chłopie, nawet mi się nie chcę kombinować. Ale zaczęliśmy wypełniać ankietę we dwóch. Wkleiliśmy jakieś linki z moich wywiadów, hity z satelity. W połowie jednak zwątpiłem, odechciało mi się tego. Trzy dni później szukałem samochodu na Allegro, chciałem kupić. Włączyłem laptopa, pierwszy raz po trzech dniach. Jako pierwsza wyskoczyła mi strona z ankietą do Big Brothera. Posiedziałem pół godziny, dokończyłem, wysłałem. Następnego dnia do mnie zadzwonili, żebym przyjechał. To był sam koniec castingów, kilka dni przed zamknięciem rekrutacji. Ostatni gwizdek. Jeden casting, drugi, na trzecim powiedzieli, że już tylko badania zostały.

Psychiatryczne?

Takie też. Oni chyba potrzebują ludzi pozytywnie zakręconych, trochę wariatów. Jakbyś przyszedł i mówił, że dla ciebie liczy się pokój na świecie i żeby zwierzęta były zdrowe, raczej byś nie przeszedł.

To było dla beki, z nudów, czy raczej taki miałeś pomysł na budowanie kariery i popularności?

Byłem w próżni, zawieszony w mojej karierze sportowej, nie wiedząc, co będzie dalej. A zawsze lubiłem występować w różnych mediach, komentowałem walki. Lubię kamerę i mówią, że kamera lubi mnie. Nie miałem żadnego planu, poszedłem dobrze się bawić, pociągnąć trochę szyderki. Celem nie było budowanie popularności i zasięgów w mediach społecznościowych. No, bo jak? Wchodzisz tam na trzy miesiące i nie masz żadnego kontaktu ze światem, totalnie. Nie wiesz, czy ktoś to ogląda, czy to jest transmitowane, czy te kamery w ogóle są włączone! Jesteś odmóżdżony, mózg się odcina.

Dziś jesteśmy totalnie zależni od smartfonów, to bardzo wpływa na mózg, na zdrowie psychiczne, fizyczne, na relacje. Czy zauważyłeś u siebie jakieś zmiany po trzymiesięcznym odcięciu od świata?

Szczerze, to były moje najlepsze trzy miesiące w życiu, jeśli chodzi o rozbrat z telefonem. Pierwszy tydzień jest ciężki, naprawdę. Usłyszysz jakiś dźwięk, jak pika kuchenka mikrofalowa i myślisz, że to telefon, łapiesz się za kieszeń! Jesteśmy uzależnieni, na pewno. Każdy z nas w pierwszym tygodniu miał okres ciężkiego przestawienia się: nie dość, że bez telefonu, to jeszcze bez jakiegokolwiek kontaktu ze światem. Po tygodniu to minęło, cieszyłem się, że nie mam telefonu, że mam spokój. Jak na “sankach”: odklepane trzy miesiące “sanków”, tyle, że w trochę lepszych warunkach, ale bez kontaktu ze światem. W areszcie jest chociaż telewizor, czy siłownia, tu nie było nic. Za to kiedy wyszedłem z domu Wielkiego Brata, telefon mi wybuchł! Gdy go włączyłem, przez 10 minut nie mogłem nic wcisnąć, bo non stop pikało, cały czas Meksyk! Teraz się uspokoiło, ale wciąż zgłaszają się firmy, proponują współpracę. Mam teraz bardzo duże zasięgi na Instagramie. Moje życie było znacznie spokojniejsze przed programem. Teraz jest inaczej: zaproszenia, ścianki, propozycje. Mogę ponarzekać, że ciągle trzeba gdzieś latać, że dużo tego wszystkiego, ale… ja to lubię, mnie to pasuje.

Kiedy tam wchodziłeś, byłeś olimpijczykiem, kojarzonym sportowcem, już po zawodowym debiucie, ale na ulicy raczej nikt cię nie zaczepiał. Gdy wyszedłeś, jesteś gwiazdą Instagrama, ze 100 tysiącami obserwujących. Co cię najbardziej zaskoczyło, do czego się nie mogłeś przystosować?

Ja się szybko dopasowuję do nowych sytuacji. Nie mam problemów. Przykładowo: z dnia na dzień staję się milionerem. Spoko, dwa dni szoku, że siano można rzucać na prawo i lewo, ale po dwóch dniach się dopasowuję…

Ale to jest hipotetyczna sytuacja, czy masz stówkę do pożyczenia?

Hipotetyczna, ale sto złotych jeszcze mogę pożyczyć, aż takiej lipy nie ma (śmiech). Szybko się przystosowuję, choć pierwsze dwa dni po programie były ciężkie, dostawałem po 600-700 wiadomości dziennie. Byłem w stanie odpowiedzieć może na 10 z nich. Ja jestem pozytywnie nastawiony do świata, nie robi mi to większego problemu.

Kiedy ogłoszono twój udział w programie, wielu kibiców było w szoku. Ten program okazał się jednak dla ciebie strzałem w dziesiątkę. Ale czy nie czujesz, że teraz stoisz przed dylematem, czy być poważnym sportowcem, czy może monetyzować swoją popularność występami w telewizji i walkach typu Fame MMA?

Jestem realistą, nie wiszę głową w chmurach. Wiem, że w boksie już nie osiągnę tego, co jeszcze dwa lata temu miałem w planach. Wtedy, przed kontuzją, miałem wielkie aspiracje, wiedziałem, że stać mnie na dużo, bo toczyłem równe walki z mistrzami świata, medalistami olimpijskimi, wygrywałem z mistrzami Europy. Wiedziałem, na co mnie stać. Po długiej przerwie uciekło mi trochę pewności siebie. Zdałem sobie sprawę, że musiałby się zdarzyć cud, żebym po dwóch latach kontuzji i nie do końca sportowego prowadzenia się, wrócił na ten najwyższy poziom. Trochę sobie poluzowałem, doszły imprezy, kiedyś dziewczyny. Różnie bywało. Jestem inteligentnym gościem i potrafię sobie poukładać co, gdzie i kiedy. Gdyby się okazało, że ręka jest sprawna i mógłbym wrócić do boksu,  myślę, że na pewien poziom mnie stać. Ale już nie na ten, na którym się kiedyś widziałem.

Czyli – Fame MMA?

Czemu miałbym teraz nie skorzystać z tej popularności, którą mam po Big Brotherze? Jeśli będę w miarę zdrowy, mogę sobie boksować i jednocześnie stoczyć jakąś freakową walkę. Nie wiem, czy słyszeliście, nawet potężna platforma DAZN, organizująca największe walki bokserskie na świecie, teraz wprowadza do siebie pojedynki youtuberów! Takie czasy… Robi mi się przykro, kiedy patrzę na to, co się dzieje w boksie. Ludzie, których biłem na turniejach amatorskich, podpisali zawodowe kontrakty, dziś są w pierwszej dwudziestce rankingu. A przecież pamiętam, jak ich sobie przerzucałem z ręki na rękę… Widzę, jak to wygląda i smutno mi z tego powodu, bo wiem, że stać mnie było na dużo. Dziś już tej świadomości nie mam, już mnie na to nie stać…

Niektórzy uważają, że po Big Brotherze nie ma już dla ciebie miejsca w poważnym sporcie, że wybrałeś świat celebrytów…

Taki klimat to chyba tylko w Polsce. Mamy jeszcze w różnych związkach działaczy, starych komunistów, którzy mają klapki na oczach, a przed sobą żelazny, czy betonowy mur nie do przebicia. Są zawistni ludzie, którym coś w życiu nie poszło i wolą się wyżywać na nas, którym coś tam się układa. Ja nie mam z tym problemu. Był tylko jeden moment, w którym zabolało mnie to, że ludzie po mnie jechali – po igrzyskach. Przegrałem 1:2 z Lewrence’em Okolim, a niektórzy ostro po mnie cisnęli, że łożą na mnie podatki, że dostaję z ich pieniędzy stypendium. Wtedy się tym przejąłem, ale teraz mam to wszystko w dupie. Leję na to, nie przykładam do tego żadnej wagi, żyję swoim życiem.

Jechałeś do Rio de Janeiro jako jedna z naszych nadziei, ale przegrałeś w pierwszej walce z reprezentantem Wielkiej Brytanii. Co nie zagrało? Byłeś źle przygotowany? Czy już miałeś kłopoty z ręką?

Problemu z ręką jeszcze nie było żadnego. Były inne. Ja zdobyłem późną kwalifikację olimpijską, na ostatnim turnieju, pięć tygodni przed igrzyskami. Trzy tygodnie przed występem już byłem w Rio, w międzyczasie latanie na przymiarki strojów, na przysięgę olimpijską. Na nic nie było czasu, zwłaszcza na odpoczynek i normalny trening. W efekcie na igrzyska jechałem bez formy, przemęczony i zajechany. W boksie olimpijskim nie da się formy zrobić tak, żeby była cały czas. Szczytówkę masz raz na pół roku. Ja miałem ją na kwalifikacje, gdzie wygrałem cztery walki z medalistami największych imprez. Po powrocie trenerzy nie dali mi odpoczynku, mówili, że trzeba trenować. Ja na zajęcia chodziłem już bez pasji, bez zacięcia, czułem, że jestem przemęczony. Sparingi wyglądały zupełnie inaczej niż przed kwalifikacjami, nie było już tego zęba. Kiedy wychodziłem w Rio do ringu, zupełnie nie czułem tej atmosfery. Byłem na igrzyskach, a czułem się, jak na Sobocie Bokserskiej w Lesznie… Zrobiłem wszystko, co mogłem, zmuszałem się, żeby iść za tym Okolim i go bić, ale coś nie wychodziło. Psychika w sporcie jest bardzo ważna.

Igrzyska są raz na cztery lata, trenujesz, walczysz, ciężko pracujesz, zdobywasz kwalifikację, lecisz na turniej życia. Wychodzisz do ringu, 10 minut i po wszystkim. Co się wtedy czuje?

Niedosyt. Ludzie dookoła widzą tylko mnie, wychodzącego do ringu, nie widzą tych wszystkich, którzy ze mną pracowali przez 3-4 lata. Moi trenerzy brali wolne z pracy, żeby mnie przygotowywać, bo taka jest specyfika boksu olimpijskiego w Polsce. Poświęcali mi mnóstwo czasu na treningi, wyjazdy na sparingi i tak dalej. Ich wszystkich mi było szkoda, fizjoterapeutów, pani psycholog, sparingpartnerów, w sumie to było pewnie 50 osób, które mi pomagały w przygotowaniach. Wszystko było podporządkowane pod igrzyska. Potem schodzisz z ringu i… dupa. Nie wiesz, co się stało, jak i czemu. Jest dół. Tym bardziej, kiedy odpalisz Facebooka, czy stronę internetową i zaczynasz czytać komentarze: “Jakubowski to ch…, płacimy na niego podatki, a on jedzie na wakacje do Rio”. To smutne, że jesteśmy takim zawistnym narodem.

Myślisz, że taki hejt jest tylko w Polsce?

Ja nie myślę, ja wiem. Mieszkałem trochę w Anglii, bywałem w USA, Ameryce Południowej, więc wiem, że tam jest inna mentalność. Oni do sportu podchodzą zupełnie inaczej, może nie całkiem zabawowo, ale z innym flow, na luzie. W Miami na przykład, wchodzimy na salę, trenują obok siebie dziewczyny, dopiero zaczynające boksować oraz mistrzowie świata. Każdy odpala muzykę, rusza się, tańczy. Jest luz, każdy stoi za drugim. A u nas? Jak coś zrobisz, coś ci wyjdzie, połowa kolegów się na ciebie obraża, bo osiągnąłeś sukces. Może w Gruzji, czy Albanii jest podobnie, ale mówimy o krajach mniej cywilizowanych…

Przed igrzyskami pokonywałeś zawodników znacznie lepszych niż Okoli. Teraz on jest niepokonanym zawodowcem, na koncie ma 13 zwycięstw i wszystko wskazuje na to, że niedługo będzie boksował o mistrzostwo świata. W waszej walce on wygrał dwie pierwsze rundy, ty wygrałeś trzecią. Czemu tak to wyglądało?

Przez moje zmęczenie. W sumie, to ja się nawet nie rozgrzałem. Opowiem wam hit moich igrzysk olimpijskich. Po raz pierwszy był przepis, że nie było bandaży, tylko tejpowali nam ręce. 90 procent ekip miało swoich ludzi od tego. A my – komunistyczny związek – nie mieliśmy nawet bandaży! Wchodzimy na salę rozgrzewkową, a tam przede mną dwie osoby w kolejce. Ręce się tejpuje jakieś pół godziny, a my przyjechaliśmy tam godzinę i 15 minut przed walką! Oczywiście, nikt z ekipy nic nie wie. Nikt z polskiej ekipy nie mówi po angielsku, więc ja sam muszę się dogadywać z cutmanem. Rozumiecie? Jestem na igrzyskach, a muszę robić za tłumacza ekipy. Tak to wyglądało… Przed walką na igrzyskach olimpijskich miałem 10 minut na rozgrzewkę. Wskoczyłem, zrobiłem dwie rundy walki z cieniem i wyjazd do ringu. No, poważnie, Sobota Bokserska w Lesznie! Mało kto o tym wiedział, wina spadła na nas, a nie na Związek.

Przejść z Polskim Związkiem Bokserskim miałeś więcej. Co ci najbardziej przeszkadzało? Bo co jakiś czas słyszymy, że zaraz coś się zmieni, że ktoś wjedzie na białym koniu i zrobi porządek…

Tylko konia brakuje! Może teraz coś się zmieni, bo wchodzą nowi ludzie, ze świeżym spojrzeniem. Kiedy ja boksowałem, przez 10 lat występów w barwach reprezentacji Polski, ani razu nie dostałem ani złotówki od PZB. Zarabiałem tylko na tym, że pracowałem i miałem sponsorów, których sam sobie ogarniałem. Tak to wyglądało. A przecież siano tam było, Związek dostawał dofinansowanie za nasze medale. My nie widzieliśmy ani grosza, kasa gdzieś znikała pod stołem, nie wiadomo kto i co brał do kieszeni. Za czasów prezesa Górskiego na przykład ja z igrzysk w Rio de Janeiro wracałem… za własne pieniądze.

Nie było biletu dla ciebie?

Był. Na za dwa tygodnie. Przegrałem walkę i chciałem wracać do kraju. Po co miałem tam siedzieć, kisić się w hotelu i przeżywać porażkę. Prezes powiedział, że mogę wracać, jeśli kupię sobie bilet. Kosztował jakieś cztery tysiące złotych w wersji last minute. Ja o wielu rzeczach nie mogłem mówić, straszyli mnie, że jak powiem, to nie będę jeździł na obozy, zgrupowania, turnieje, musiałem siedzieć cicho…

Klasyka gatunku.

Tak. Tam nic nie działało. My musieliśmy się prosić o odżywki. Albo jechaliśmy na turniej do Halle, w dziesięć osób. Połowa składu nie miała… dresów reprezentacji! Ja dekadę boksowałem w kadrze, więc miałem mnóstwo starych dresów, od kadeta do seniora. W domu miałem ich ze 30 sztuk. Busem jechaliśmy pod mój dom, zwijałem dresy do torby i potem rozdawałem chłopakom, żeby każdy miał swój rozmiar! Każdy inny, ale jakoś pasowały… Wszystko musieliśmy załatwiać sami.

Dresy, czy odżywki to jeszcze pół biedy. A na przykład lekarze, fizjoterapeuci? Co w przypadku kontuzji?

Ze wszystkim zostawałem sam. Miałem swoją fizjoterapeutkę w Koninie, Justynę Krzemień, która prowadziła mnie przez najlepszych pięć lat kariery, zawsze wyprowadzała mnie z kontuzji. W Polskim Związku Bokserskim jest tak: jak jest dobrze, to klepią cię po plecach, “Igor, świetnie, brawo”, ale kiedy pojawi się kontuzja, dostajesz kopa w dupę i wyjazd. W którymś momencie zadzwoniłem do PZB, bo borykałem się z kontuzją kilka miesięcy i prosiłem o pomoc w sprawie rehabilitacji, czy badań. Pierwsze, co usłyszałem, to kiedy oddam kasę za bilet z Rio, który kupiłem za pośrednictwem Związku. Jak przyszło co do czego, nikt nie spytał, co u mnie, jak zdrowie i tak dalej, tylko kiedy oddam siano… Dziś już nie mam żadnych zobowiązań wobec tego patologicznego związku, więc mogę lecieć po bandzie i mówić, jak to wyglądało.

Czekamy na medal olimpijski 27 lat. Ale skąd on ma być, skoro słyszymy takie historie… Trochę wygląda to tak, że ktoś marnował najlepsze lata twojej kariery.

Tych absurdów było dużo więcej. Często przed 2-3 miesiące jeździliśmy na obozy za swoje pieniądze. Polski Związek oddawał nam po jakimś czasie na przykład za bilety. A gdy kiedyś wszystkie miejsca w drugiej klasie były wyprzedane, nie mogliśmy jechać pierwszą, za to by nam nie oddali. Jak bilet na zgrupowanie był za drogi, musieliśmy ze swojej kasy dokładać. Albo wzywali nas na badania do Warszawy do COMS. Badania były od 13 do 18. Ja mieszkałem w Koninie, to pociągiem dwie godziny, bez problemu mogłem wrócić. Ale chłopaki ze Szczecina, którzy mieli osiem godzin jazdy? Oni chcieli się przespać w Warszawie w hotelu, ale nigdy nie było na to pieniędzy, kop w dupę i jedź z powrotem.

Dobry związek, przecież dał pieniądze na bilet, mógł kazać piechotą iść i kondycję robić…

Dał, ale nie całą! Trzeba było wracać za swoje, albo czekać na zwrot pieniędzy kilka miesięcy!

Czy widzisz jakieś szanse, że polski boks doczeka się medalu w Tokio?

Trochę zależnie od tego, jak to wszystko teraz wygląda. Jest wielu utalentowanych, rokujących chłopaków, choćby mój kumpel Mateusz Polski, z którym jestem w stałym kontakcie. On jest doświadczony, boksował z kozakami, wygrywał choćby z wicemistrzem olimpijskim Sotomayorem. W jego kategorii wagowej o kwalifikację powinno być łatwo. To świr, ma trochę nasrane w głowie, jak ja. Ale do tego sportu to dobre, to pomaga. Pytanie tylko, czy w PZB poprawiło się na tyle, żeby chłopaki mogli się skupić tylko na sporcie. Ja pamiętam, że zanim znalazłem kilku stałych sponsorów, to wracałem po dwóch tygodniach zgrupowania na tydzień do domu i zamiast odpoczywać, musiałem szukać jakiejś pracy, żeby dorobić parę złotych. Nie mogłem się skupić tylko na treningach. Teraz jest ponoć lepiej, prezes Nowaczyk chyba ma inny tryb myślenia niż reszta starych komunistów, którzy tam wcześniej byli. Ostatnio byłem na meczu Polska – Bułgaria w hotelu Hilton i widziałem, że wszystko idzie rozwojowo. Jak zobaczę efekty, to zbiję z nimi piąteczkę i powiem, że robią dobrą robotę…

Przejdźmy do tematu twojej prawej ręki. Wiem, że o tej kontuzji można by napisać pracę magisterską, albo ciekawą książkę. Tyle czasu nie mamy, więc poprosimy w skrócie: jak to jest z tą ręką?

Wszystko zaczęło się w 2016 roku, po igrzyskach w Rio. Przygotowywałem się do zawodów i biegałem w lesie. Potknąłem się i upadłem, akurat na prawą rękę, na nadgarstek. Ręka spuchła, zaczęła boleć i bolała dość długo. Zrobiłem wszystkie badania, nic nie wychodziło, ale ból ciągle był. Boksowałem z tą bolącą ręką, ale ją oszczędzałem. Na którymś sparingu uderzyłem mocniej i poczułem ból nie do zniesienia. Od nowa: badania, rezonanse, tomografie, lekarze. Wszystko prywatnie, bo PZB oczywiście nie pomagał, nawet nie wiem, czy jako zawodnicy w ogóle byliśmy ubezpieczeni… Po tym sparingu zrobiłem USG, ale nic nie wyszło. Pojechałem do Rehasportu, do doktora Lubiatowskiego, jednego z najlepszych chirurgów ręki w Polsce. Zrobił mi rezonans i inne kompleksowe badania, na trzech kolejnych USG nic nie wychodziło. Nie miałem nawet argumentu do Związku, żeby powiedzieć, że nie mogę boksować. W końcu pojechałem znowu do Rehasportu, do doktora Dzianacha, radiologa, który wykrył, co mi jest: zerwany staw nadgarstkowy. Chociaż – nie wiem, czy to dobra diagnoza, bo po trzech operacjach ciągle jest źle. Pierwszy zabieg to przeszczep ścięgien do stawu nadgarstkowego. Doktor Lubiatowski powiedział, że robił mnóstwo operacji, ale z taką kontuzją zetknął się dopiero drugi raz w życiu.

Operacja nie pomogła?

Ani trochę. Co więcej, z PZB mi powiedzieli, że przysługuje mi stypendium olimpijskie, dość wysokie, jak na tamte czasy, ale warunkiem jest występ na mistrzostwach Europy. Ja trenowałem, ale wiedziałem, że z moją ręką nie jest dobrze. Postawiłem wszystko na jedną kartę, wiedziałem, że ręka jest rozwalona i tak, i tak. Trener kadry powiedział, że abym zakwalifikował się na turniej, muszę stoczyć dwie walki w Polsce. W Poznaniu na gali Włodarczyk – Gevor zaboksowałem z Andrzejem Szkutą. Lewą ręką go porozbijałem, prawej nie używałem prawie wcale, dwa razy go tylko dotknąłem. Potem pojechałem do Gdańska na turniej, wygrałem z mistrzem Niemiec, też walcząc tylko lewą ręką. Mistrzem Polski był wtedy Janek Sosnowski z Bydgoszczy, z którym wcześniej wygrałem cztery razy. Wiedziałem, że jeśli on ma jechać na mistrzostwa Europy, to ja lepiej zaboksuję jedną ręką…

Grubo.

Nie chcę nikogo obrażać, po prostu znałem swoją wartość. Już przed walką w Gdańsku ta łapa bardzo mnie bolała. Od znajomych lekarzy załatwiłem sobie ketonale w zastrzykach, sam sobie kułem łapę przed każdą walką, waliłem co 40 minut, żeby mniej bolało. Dostałem też jakieś peptydy. Przed wejściem do ringu było dobrze, potem pierwsze uderzenie i czułem, że łapa rozrywa mi rękawice.

Pojechałeś na te mistrzostwa?

Pojechałem. Przegrałem pierwszą walkę z mistrzem Ukrainy, bo z nim już się nie dało jedną ręką boksować, wiadomo, jaki tam jest poziom. Ale wojnę w ringu zrobiliśmy, obaj byliśmy podłączeni. Zeszedłem z ringu, wyciągnąłem łapę z rękawicy i już wiedziałem, że jest jeszcze gorzej niż było. Wróciłem i zaczęły się operacje.

Dużo kosztowały?

Dużo. Oczywiście miałem w tym czasie profesjonalne ubezpieczenie PZU Sport, płaciłem za nie z własnej kieszeni ponad 7 tysięcy rocznie. Jako bokser należę do najwyższej grupy ryzyka, dlatego tak drogo. Ubezpieczenie obejmuje koszty leczenia i kontuzje odniesione w ringu. Ja płaciłem składki regularnie, wszystko mam na papierze, całą dokumentację medyczną, więc teraz ubezpieczyciel powinien być od wypłaty odszkodowania, jak dupa od srania! Po pierwszej operacji miałem drugą: wkładane płytki tytanowe i drutowaną rękę. Lekarz powiedział, że na zdjęciach wszystko wygląda dobrze, a ręka się właściwie zrasta.

Wtedy zadebiutowałeś w ringu zawodowym?

Kiedy lekarz powiedział, że jest ok, dogadałem się z Tomkiem Turkowskim, że robimy debiucik. Kontrakt podpisany, sponsorzy załatwieni, hala zaklepana, u mnie w domu w Koninie, sprzedane mnóstwo biletów po znajomych. Pojechałem na zgrupowanie do Karpacza, powoli zacząłem uderzać prawą ręką. Za każdym razem czułem ból, więc znów pojechałem do doktora Lubiatowskiego. Zrobiłem ponowne badania, oczywiście za swoje siano. Wyszło, że kość jednak jest niezrośnięta! Wszystko zaklepane, przeciwnik, walka, miejsce, a ja mam połamaną łapę… Dwa miesiące do gali!

Ale przecież zawalczyłeś i nawet wygrałeś…

No tak, ale było jeszcze gorzej. Co tydzień jeździłem na blokadę sterydową, którą dostawałem w łapę, żebym w ogóle mógł trenować. Na worek mogłem nawet mocno uderzyć, bo on się nie ruszał. Ale jeździłem na sparingi do Nikodema Jeżewskiego i tam już nie było dobrze. Raz uderzyłem prawą ręką: łapa jak balon, lód, ketonal, tak się szprycowałem w kółko, aż do walki. A w dniu gali pojechałem do znajomego lekarza ginekologa, dostałem zastrzyk taki, jak kobiety dostają przed porodem, bardzo mocno przeciwbólowy. Przed walką siedziałem w szatni, czułem się dziwnie. Nie wiem, jak się czuje człowiek po heroinie, bo nigdy takich specyfików nie stosowałem, ale zakładam, że podobnie. Opuszczona głowa, ledwie żywy, myślę “co ja tu robię: połamana łapa, naćpany, mnóstwo ludzi, debiut, a boksuję z wicemistrzem Ukrainy”. Już przed walką wiedziałem, że będzie konieczna kolejna operacja. Chociaż ta ostatnia była za darmo u tego samego lekarza, chyba doszedł do wniosku, że z poprzednimi coś poszło nie tak…

Udało się?

Zrobiłem zabieg w lutym. Niestety, nie przyniósł żadnego efektu, trochę już straciłem wiarę w to wszystko. Trzy operacje. Na dojazdy, operacje, rehabilitacje i tak dalej, wydałem już prawie sto tysięcy złotych. Wyrzuciłem je w błoto, mogłem wyrzucić za siebie, albo wydać na balety, przynajmniej miałbym jakieś wspomnienia…

Masz jeszcze jakieś pomysły?

Podobno trzeba dużo cycków masować, to najlepsza metoda (śmiech). Boks to moje życie, chciałbym mu się poświęcać. Kiedy boksowałem, wiedziałem, po co żyję, po co robię detoksy, odmawiam sobie pewnych rzeczy. Wiecie, jak smakuje woda po tym, jak się przed trzy dni nie pije? Jak największy cud! Chciałbym do tego wrócić, znowu żyć głównie sportem. Rozmawiałem z kilkoma lekarzami, dwóch czy trzech ekspertów powiedziało mi, że nie będą naprawiali czegoś, co ktoś aż tak zjeb…ł. To nie moje słowa, cytuję. Ale jest jeszcze jeden doktor, który chce się tym zająć. Ciągle wierzę, że uda się wrócić do sportu.

Do boksu?

Do boksu, MMA, tak naprawdę jakiegokolwiek sportu walki. Na razie do grudnia jestem w Big Brotherze, jako komentator, w międzyczasie trenuję, nagrywam płytę hip-hopową, wychodzę na miasto, prowadzę konto na Instagramie, współpracuję z wieloma firmami. Jakoś żyję.

W domu Wielkiego Brata byłeś kompletnie odcięty od świata. Wyszedłeś 16 czerwca. Co cię bardziej zaskoczyło, gdy wyszedłeś: wygraną Briedisa z Głowackim po ciosie łokciem, czy sensacyjna porażka Joshuy z Ruizem? A może jednak przegrana Najmana w rewanżu z Bigisem?

O, tak, zdecydowanie to ostatnie (śmiech). Zawsze podziwiałem walki Marcina Najmana, był moim bohaterem, na jego pojedynki mógłbym wstawać nawet w środku nocy. Ten człowiek porywa publikę. Widziałem na youtubie nawet jego walkę z manekinem, też wzbudziła we mnie bardzo dużo emocji i tak naprawdę bardzo mu gratuluję, bo jest naprawdę świetnym zawodnikiem (śmiech).

I tak długo wytrzymałeś z poważną miną! A propos Najmana, on teraz ma walczyć na Fame MMA z Bonusem. Wiemy, że ty też dostałeś propozycję z tej federacji. Widzisz się w walce z El Testosteronem?

Myślę, że jeśli szanowny pan Marcin, którego ogromnie szanuję za jego osiągnięcia sportowe, chciałby się zmierzyć, to nie widzę problemu.

Lewa ręka powinna wystarczyć…

Dokładnie. Nawet, jak mi prawej nie wyleczą, to dla takiej walki się poświęcę, bo to jest coś, co się zdarza raz w życiu (śmiech).

ROZMAWIALI:
KACPER BARTOSIAK i JAN CIOSEK

 

Wysłuchaj rozmowy w formie podcastu “Ciosek na wątrobę”:

 

foto: newspix.pl


Aktualności

Kalendarz imprez