Iga Baumgart-Witan: Mam jeszcze duże rezerwy

Iga Baumgart-Witan: Mam jeszcze duże rezerwy

Z Igą Baumgart-Witan z grupy sportowej ORLEN, mistrzynią Europy i brązową medalistką mistrzostw świata w sztafecie 4×400 metrów rozmawia Sebastian Kierzek.

 

Spotkaliśmy się w jednej z bydgoskich kawiarni w przerwie między zgrupowaniami bydgoszczanki. Iga Baumgart-Witan miała wystartować w nieoficjalnych mistrzostwach świata sztafet w Jokohamie, ale ze względu na lekki uraz musiała wcześniej wrócić do kraju. Kilka dni po naszej rozmowie zawodniczka BKS Bydgoszcz wyjechała na kolejny obóz przygotowawczy do Zakopanego. Jej celem na ten sezon są mistrzostwa świata w Dausze.

 

SEBASTIAN KIERZEK: Łatwo o przyjaźń w sporcie?

IGA BAUMGART-WITAN: Bardzo trudno. To jest specyficzna przyjaźń.

Dlaczego?

Ze względu na rywalizację. Na pewno na bieżni nie ma żadnej przyjaźni, jedynie zasady fair play. Nikt nie odpuszcza, każdy walczy o swoje.

To się jednak zmienia w sztafecie, tam cel jest wspólny.

To prawda. My z jednej strony rywalizujemy indywidualnie, ale chwilę później już tworzymy drużynę. Dla przykładu w Berlinie na mistrzostwach Europy finał 400 metrów i bieg sztafetowy były w niedługim odstępie czasu. Wtedy wygrała Justyna (Święty-Ersetic – przyp. red.), a ja dobiegłam piąta. Oczywiście cieszyłam się z jej sukcesu, bo to Polka i przyjaciółka, ale z drugiej strony było takie ukłucie w sercu, że też bym chciała. Za chwilę jednak trzeba było to wszystko odrzucić i walczyć w sztafecie.

W Berlinie tego czasu na regenerację i przestawienie myślenia było wyjątkowo mało, bo tylko nieco ponad godzina. Udało się to zrobić i chwilę później cieszyłyście się ze zdobycia mistrzostwa Europy. Obserwując waszą radość wszyscy podkreślali to, że zwyczajnie jest między wami chemia.

To nie jest udawane, naprawdę mamy bardzo dobre relacje. My ze sobą przebywamy więcej niż z naszymi rodzinami. Wiemy o sobie wszystko, znamy wszystkie swoje tajemnice. Ale to nie jest też tak, że jesteśmy szkolone drużynowo. Każda z nas trenuje indywidualnie i po prostu z najszybszych zawodniczek tworzy się później sztafetę. Oczywiście fajnie, że jesteśmy przyjaciółkami, ale jednocześnie każda chce być najlepsza. Dlatego powiedziałam, że jest to specyficzna przyjaźń. Mam nadzieję, że będziemy się również przyjaźnić po zakończeniu kariery. Wtedy powinno być łatwiej.

Wracając do startu w Berlinie na mistrzostwach Europy. Co o twojej karierze powiedziało ci piąte miejsce indywidualnie?

Że ciężka praca, którą wykonuję od wielu lat wreszcie zaczęła przynosić efekty. Że jestem w stanie biegać szybko także indywidualnie, a nie tylko w sztafecie.

W Berlinie dwa razy biłaś swój rekord życiowy, a wynik w finale to 51.24 sek. Potem przyszedł sezon halowy, w którym byłaś liderką światowych tabel. Czy coś się zmieniło w twoich przygotowaniach czy po prostu ta praca zaczęła przynosić efekty właśnie teraz?

Kilka lat temu zaczęłam trenować z moją mamą (Iwoną Baumgart – przyp. red.), która też musiała się mnie nauczyć. Nasza praca zaowocowała niezłym sezonem 2017 i jeszcze lepszym 2018. Ale ja wiem ile lat ciężko trenowałam po to by osiągać takie wyniki. To nie jest tak, że coś się zmieniło i nagle Baumgart zaczęła biegać. To jest efekt długoletniej pracy.

Bardziej się docenia sukcesy w sytuacji kiedy długo się na nie czekało?

Sama nie wiem, bo siłą rzeczy nie mam takiego porównania. Nie wiem też czy drugi raz bym się tego podjęła, gdybym miała tak długo czekać na efekty. Na pewno to dobrze smakuje, mając świadomość ile wysiłku się w to włożyło. Że to wszystko jest dzięki mojej pracy, charakterowi, a nie że samo sobie przyszło ot tak. Ale myślę, że satysfakcja jest zawsze, kiedy się wygrywa, kiedy jest się najlepszym.

Na zgrupowaniach trenujecie na granicy ludzkich możliwości. Czujesz, że masz jeszcze jakieś rezerwy, które możesz z siebie wykrzesać?

Średnio dwa razy w tygodniu mówię, że kończę biegać. Że już nigdy więcej! Ale potem wychodzę na kolejny trening, bo taki sport sobie wybrałam. Co do rezerw to mam ich sporo, mimo trzydziestu lat na karku. W zasadzie to w każdym aspekcie, w szybkości, wytrzymałości i sile. To czy będę mogła je rozwinąć to jest kwestia wielu czynników, takich jak zdrowie. Pytanie czy moje ciało będzie w stanie znieść większe obciążenia.

Kontuzje w ciągu twojej kariery niestety cię nie omijają. Ostatnio przed mistrzostwami świata sztafet doznałaś kolejnego urazu na treningu. Przez nieuważnego Japończyka, z którym zderzyłaś się na bieżni, musiałaś przedwcześnie wracać z Jokohamy do Polski. Co wykazały badania?

To było mocne naciągnięcie mięśnia czworogłowego. Nic poważniejszego na szczęście nie ma, więc przy dobrej fizjoterapii szybko powinnam wrócić do pełni formy. Było mi bardzo przykro, że nie mogłam wystartować razem z dziewczynami w Jokohamie. Na szczęście już pomału wdrażam się w mocniejsze treningi. Trochę mi to skomplikowało przygotowania, ale nie na tyle by stracić sezon. Tegoroczny jest wyjątkowo długi, więc początek nie jest aż tak ważny.

Mistrzostwa świata w Dausze odbędą się dopiero na przełomie września i października. To nowość w porównaniu z poprzednimi sezonami, gdzie docelowa impreza była rozgrywana na początku sierpnia. Co to zmienia w przygotowaniach?

Przede wszystkim są one dłuższe i przez to trudniejsze. Normalnie dyspozycję trzeba mieć w sierpniu, a teraz ponad miesiąc później, więc na pewno nie będzie to łatwe. Jednocześnie do sierpnia trzeba zrobić minimum i dobrze pobiec na mistrzostwach Polski, bo to od nich będzie zależało kto wystartuje indywidualnie w Katarze. Ale w samym treningu nic się nie zmieniło. Kontynuujemy plan czteroletni, który trenerka mi założyła. To jest plan długofalowy, a zmienia się tylko to, że robię coraz więcej, coraz ciężej i… coraz szybciej.

Ten plan czteroletni ma oczywiście swoją metę na igrzyskach w Tokio. To będzie twój trzeci olimpijski występ. Co dały ci poprzednie starty w 2012 i 2016 roku?

Po co innego leciało się do Londynu, po co innego do Rio, a po co innego mam nadzieję polecimy do Tokio. Londyn to były pierwsze igrzyska, wszystko nowe, wszystko “wow”. Wtedy byłyśmy młodymi dziewuszkami, które nie były otrzaskane w sporcie. Do Londynu tak naprawdę pojechałyśmy zobaczyć jak to jest na dużej imprezie. W Rio biegałyśmy szybciej i chciałyśmy już walczyć o finał olimpijski. To się udało i było to wtedy dla nas bardzo duże osiągnięcie. Do Tokio prawdopodobnie polecimy jako faworytki do finału i pewnie też do medalu.

Jak podejdziesz do startów w hali w sezonie olimpijskim?

To zależy od tego jak będę się czuła po obecnym sezonie, który skończy się późno. Ostatnie halowe mistrzostwa Europy w Glasgow nie były dla mnie udane, mimo że jechałam na nie z najlepszym wynikiem. Już analizowałam na wszystkie możliwe sposoby, dlaczego tak się stało. To była kumulacja wielu rzeczy, o których nie chcę za bardzo mówić. Wiem, co zrobić by uniknąć takich sytuacji na przyszłość. Prawdopodobnie nie będę też biegała indywidualnie w hali, choć nie chcę tego powiedzieć na sto procent. Generalnie jestem stadionową zawodniczką, a nie halową.

Przez ostatnie kilka lat wasza sztafeta na stałe zagościła w świadomości polskich kibiców. Medale z mistrzostw świata i Europy zaowocowały także nominacją w plebiscycie Przeglądu Sportowego na dziesięciu najlepszych sportowców Polski. Jak to wszystko przekłada się na twoją rozpoznawalność w codziennym życiu?

Zdarza się, że ktoś podejdzie i poprosi o autograf lub zdjęcie. Przyznam, że wciąż mnie to trochę dziwi jak mnie ludzie rozpoznają. Nie wiedziałam, że aż tak dużo ludzi ogląda lekką. To są bardzo sympatyczne spotkania, ale nie jest też tak, że codziennie ktoś podchodzi. Kawę na mieście spokojnie mogę wypić.

Zainteresowanie wzmaga się przy okazji wielkich imprez. W Berlinie widziałem, że byłyście wręcz oblegane przez kibiców.

Wiadomo, że sukcesy nakręcają zainteresowanie. Z roku na rok nasza dyscyplina ma coraz więcej kibiców. Kiedy wracamy z medalem ze światowej imprezy, przez jakiś czas robi się taki szum i to bardzo miłe. W pewnym momencie jednak następuje przesyt. Nie chcę wiedzieć co czują ci mega znani sportowcy, z dużo większą rozpoznawalnością.

Z Andrzejem Witanem, bramkarzem Bytovii Bytów tworzycie sportowe małżeństwo. Na ile kibiców i media dopuszczasz do waszego świata?

Do mojego świata bardziej, a do małżeńskiego to nie. Mój mąż zupełnie nie ma potrzeby błyszczenia w mediach. Nie jest tak, że jak coś nagrywam to on chce być w tle, to zupełnie nie ten typ. Czasami jednak wręcz proszę go żebyśmy nagrali coś wspólnie, albo zrobili jakieś zdjęcie, bo dostaję wiadomości a’la matrymonialne.

Kibice przekraczają granice?

Zdarza się, że piszą w prywatnych wiadomościach. Staram się nie odpisywać, ale bywa to uciążliwe. Dlatego wrzucam czasami zdjęcia z mężem, żeby dać do zrozumienia, że mam swoje życie. Prowadzę facebooka i instagrama żeby ludzie wiedzieli co się dzieje u sportowców. Jest mi bardzo miło kiedy kibice cieszą się z naszych sukcesów i doceniam wszelkie przejawy sympatii z ich strony. Nie oznacza to jednak, że chcę nawiązywać prywatne relacje. Większość osób to rozumie, ale niestety nie każdy.

A pojawia się hejt w twoim kierunku?

Bezpośrednio nie, albo bardzo rzadko. Ale wystarczy w internecie wejść w jakiś artykuł na mój temat, obojętnie czy po wygranej czy przegranej. Tam większość komentarzy to hejt i to taki w najgorszym stylu: „No dobra, szybko pobiegła, ale jak ona wygląda?”, albo „Fajnie, że wygrała, ale jaka to Polka? Co to za jakieś szwabskie nazwisko?”. Czym innym jest merytoryczna krytyka, a czym innym chamski hejt.

Frustraci.

No chyba tak. Kiedyś mnie to denerwowało, ale teraz już nie czytam tych komentarzy.

Można się od tego odciąć?

Myślę, że można, a nawet trzeba. Niby się człowiek tym nie przejmuje, ale jak coś przeczyta negatywnego na swój temat to jakoś tam ukłuje w serce. Teraz jak czytam artykuły to tylko po to, żeby zobaczyć co napisał dany dziennikarz. Kiedyś mąż pokazał mi stand-up Abelarda Gizy o hejterach, na przykładzie Stinga i bardzo mi się to spodobało. Teraz wiem, że zwyczajnie nie ma sensu zaprzątać sobie głowy hejtem i trzeba robić swoje.

Rozmawiał: Sebastian Kierzek

 

FOT. 400MM.PL


Aktualności

Kalendarz imprez