I co, łyso wam! Jak Amerykanie w Barcelonie medal wyskakali

I co, łyso wam! Jak Amerykanie w Barcelonie medal wyskakali

– Naprawdę przykro mi z powodu tej decyzji, bo wiem, że zrani ona wielu miłych ludzi w Stanach Zjednoczonych. Ale nawet jeśli każecie mi położyć rękę na Biblii, będę zapewniał, że była ona sprawiedliwa – powiedział 28 lipca 1992 r. szef światowej siatkówki Ruben Acosta. Słowa te padły po prawdopodobnie największej aferze sędziowskiej w historii olimpijskich turniejów siatkarskich.

Poziom sędziowania to po bałaganiarskim kalendarzu i termoplastycznych turniejowych regulaminach jedna z największych bolączek światowej siatkówki. Kibic zdążył już przywyknąć do kuriozalnych wpadek arbitrów podczas najważniejszych imprez, a niektórzy gorzko żartują, że od kiedy w dyscyplinie na dobre rozgościł się system challenge, to panowie stojący na słupku prawie już w ogóle przestali sędziować. Kibica od lat drażni też to, że nierzadko rozjemcami podczas bardzo ważnych spotkań są jegomoście z Dominikany, Bahrajnu czy Tajlandii (to tylko przykłady, można odkrywać inne lądy). Czyli ludzie z krajów, które dla światowej siatkówki znaczą mikroskopijnie mało lub nie znaczą wręcz nic.

Dlatego czy kogoś powinno specjalnie dziwić, że jeden z najgrubszych numerów w historii wykręcił sędzia pochodzący z Azerbejdżanu?

Wykartkowany inaczej

Przed startem turnieju siatkarskiego na igrzyskach w Barcelonie w 1992 r. pytań było kilka. Czy ekipa Stanów Zjednoczonych będzie pierwszą, która zdobędzie trzeci złoty medal olimpijski z rzędu? Jak zaprezentuje się Wspólnota Niepodległych Państw będąca następczynią upadłego chwilę wcześniej Związku Radzieckiego? Czy Włosi, którzy zaczęli powoli dominować na siatkarskiej planecie, są w stanie zdobyć tytuł?

Najbardziej nurtujące było to pierwsze, bo dotyczyło czegoś, co wydawało się misją wręcz niewykonalną. Poza tym, Amerykanie, którzy mistrzami olimpijskimi byli w Los Angeles i Seulu, wymieniani byli w dość szerokim gronie faworytów. Wynikało to z sinusoidy ich formy na początku lat 90. (trzecie miejsce w Pucharze Świata w 1991 r., ale też trzynaste na mistrzostwach świata rok wcześniej) oraz tego, że w składzie nie było już Karcha Kiraly’ego, a więc głównego budowniczego złotych drużyn z 1984 i 1988 r. (po latach został obwołany jednym z najwybitniejszych graczy w historii dyscypliny). Jednak obecność w drużynie takich grajków, jak 34-letni Steve Timmons, który pamiętał triumfy sprzed lat, a także dość pomyślne losowanie, pozwalały kibicom wierzyć.

Drużyna prowadzona przez Freda Sturma na przystawkę dostała w pierwszej kolejce Japończyków. Niby byli to mistrzowie olimpijscy z 1972 r., ale od lat nie potrafili wrócić do dawnego grania i już bardzo długo czekali na medal igrzysk czy mistrzostw świata. Mówiąc krótko, Amerykanie teoretycznie bez większego problemu mieli odhaczyć ten mecz.

I nie zmieniało tego to, że drużyna borykała się z problemami zdrowotnymi. Przez kontuzję wypadł podstawowy środkowy Bryan Ivie. Co bardzo ważne dla dalszego biegu tej historii, w jego miejsce wskoczył 26-letni Robert Samuelson (na zdjęciu w górnym rzędzie, trzeci od prawej). Gość, który jeszcze pod koniec ogólniaka był rozdarty między siatkówką a koszykówką, po latach został jedną z najbardziej charakterystycznych postaci reprezentacji. 195 cm wzrostu może nie było wystrzałowym parametrem jak na środkowego, ale facet był porządnie napakowany, skoczny i przede wszystkim był jednym z tych, którzy ciągnęli mentalnie drużynę. Samuelson odziedziczył najwyraźniej temperament po ojcu trenującym sporty walki, bo był po prostu boiskową trajkotką. Ciągle miał coś do powiedzenia, trash talking to była dość ważna pozycja w jego wachlarzu zagrań. Ale rzucał się w oczy z jeszcze jednego powodu – przez chorobę genetyczną już od 18. roku życia był łysy jak kolano. Z nim w składzie Amerykanie mieli zjeść Japończyków, ale sushi nieoczekiwanie stanęło im w gardle.

Pierwszy set meczu rozegranego 26 lipca 1992 r. w hali Palau d’Esports nie zapowiadał jeszcze problemów. Obrońcy tytułu bez kłopotu bowiem pokonali Azjatów 15:8. Później jednak gra Jankesów posypała się, przez co przegrali dwie kolejne partie do 11 i 10. Mecz, który miał być spokojny, stał się więc koszmarkiem, co udzielało się zawodnikom. Prowadzący mecz Azer Ramis Samedow musiał temperować graczy i w jednej z akcji za dyskusje pokazał żółtą kartkę wspomnianemu Robertowi Samuelsonowi. Amerykanom mocno paliło się pod tyłkiem też w czwartym secie, bo przegrywali już 13:14 i Japończycy mieli przed sobą piłkę meczową. I tutaj należy zrobić stop-klatkę.

Przy stanie 13:14 pod siatką doszło do kolejnej słownej utarczki Samuelsona z sędziami. Amerykański środkowy ponownie krytykował decyzję arbitrów, bo uważał, że nie popełnił błędu w ataku. Został za to ukarany drugą żółtą kartką. Według obowiązujących wówczas przepisów, amerykańska drużyna powinna wtedy stracić punk. W tym przypadku, to jedno “oczko” zakończyłoby mecz i dało Japończykom zwycięstwo 3:1.

Jednak mecz się nie zakończył, ponieważ sędzia nie wiedzieć czemu, punktu nie przyznał. Ramis Samedow puścił grę dalej i feralny set zakończył się wygraną USA. Amerykanie odbudowali się i byli lepsi również w piątej partii, którą wygrali 16:14. Na parkiecie Samuelson wraz z kumplami mógł odtańczyć więc taniec radości po wygranej 3:2. Trener Japończyków Seiji Oko krótko po spotkaniu złożył jednak oficjalny protest, bo uważał, że ograbiono go z kluczowego punktu.

Kiedy Amerykanie kładli się tamtego dnia spać, byli jeszcze zwycięzcami. Kompletnie nie brali pod uwagę, że może się to zmienić.

Leć po golarkę!

Kolejnego dnia rano zaczęła się jednak nerwówka, bo przedstawiciele amerykańskiej ekipy zostali zaproszeni na godzinę 8 na spotkanie w hotelu Via Claris w centrum Barcelony. Mieli spotkać się tam z członkami komisji kontroli. Amerykanie podczas przesłuchania bronili się trzema głównymi argumentami: po pierwsze, nawet jeśli doszło do błędu, to jego autorem był sędzia, a nie żaden z graczy. Po drugie, przywoływali podobne historie, do których doszło w przeszłości na igrzyskach (chociaż z innych dyscyplin), kiedy mimo błędów arbitrów nie odwracano wyniku. Po trzecie zaś utrzymywano też, że Japończycy złożyli protest zbyt późno.

Po ośmiogodzinnym posiedzeniu komitetu Międzynarodowej Federacji Piłki Siatkowej (FIVB) zapadła jednak decyzja, że wynik 3:2 dla Stanów Zjednoczonych zostanie zmieniony na 1:3 na korzyść Japonii. Głosowanie było jednogłośne i zakończyło się wynikiem 23:0. Z oczywistych względów nie brał w nim udział przedstawiciel federacji japońskiej, a ten z amerykańskiej dlatego, że… po prostu takiego w tym gronie nie było.

Jakie były ustalenia działaczy? Kluczowe okazały się oczywiście wyjaśnienia głównych podejrzanych, a więc pierwszego sędziego Ramisa Samedowa oraz drugiego, Brazylijczyka Laerta de Souzy. Okazało się, że podczas meczu Japonii z USA doszło do sędziowskiej samowolki.

Robert Samuelson przy stanie 13:14 dla Azjatów zobaczył drugą żółtą kartkę za niesportowe zachowanie, ale arbiter z Azerbejdżanu uznał, że nie zakończy meczu przyznaniem punktu technicznego. Ponoć podczas dyskusji przy słupku uspokoił nawet samego siatkarza, że mimo kartki nie będzie kary punktowej. Sędzia najwyraźniej uważał, że ma prawo tak postąpić, ponieważ zlekceważył nawet reakcję de Souzy, który przypomniał mu zapis o punkcie technicznym. Zamieszanie zrobiło się tak duże, że drugiej żółtej kartki nie było rzekomo nawet w meczowym protokole. Sekretarz zawodów uznał prawdopodobnie, że skoro nie było punktu dla Japonii, cofnięta została decyzja o drugim żółtym kartoniku.

Robert Samuelson po ogłoszeniu werdyktu był oczywiście bardzo rozczarowany, bo przecież nie jego winą był sędziowski burdel z tamtego meczu, ale nie był zaskoczony. Jak zdradził później dziennikarzom “Washington Post”, po tym, jak Japończycy wszczęli awanturę i działacze przeanalizowali całe zajście, otrzymał wiadomość, że prezydent FIVB chciałby widzieć go w swoim pokoju. W spotkaniu graczowi towarzyszył trener Fred Sturm.

Acosta powiedział, że jestem bardzo emocjonalnym graczem i muszę się uspokoić. I że skoro Japonia protestuje, to muszą niestety podjąć decyzję na ich korzyść. Przygotowywał nas na ten werdykt

– opowiadał środkowy.

Kiedy zmiana wyniku została podana do publicznej wiadomości, Ruben Acosta oświadczył, że sędzia Samedow był niechętny do stosowania reguły o utracie punktu za wlepioną kartkę, ponieważ nie chciał w ten sposób zamykać tak ważnego meczu. Potwierdził, że doszło tym samym do jawnego złamania regulaminu, bo sędzia nie ma prawa tak interpretować przepisów. – Naprawdę przykro mi z powodu tej decyzji, bo wiem, że zrani ona wielu miłych ludzi w  Stanach Zjednoczonych. Ale nawet jeśli każecie mi położyć rękę na Biblii, to będę zapewniał, że była ona sprawiedliwa. Zasady gry zostały złamane wyraźnie i bezspornie – mówił Meksykanin, który sternikiem światowej siatkówki był w latach 1984-2008.

Amerykańscy siatkarze byli oczywiście wściekli. Uważali, że odwrócenie wyniku to gruba przesada i że jeśli już, w najgorszym wypadku powinno nakazać się obu drużynom powrót na parkiet i wznowienie meczu od stanu 13:14 w czwartym secie (ciekawe jakby to miało wyglądać…). Uważali, że nie można ot tak wymazać ponad pół godziny gry. Odwołanie się od decyzji FIVB nic oczywiście nie dało i Jankesi musieli pogodzić się z tym, że w najbliższym meczu z Kanadą będą tak naprawdę walczyć o wszystko.

Reprezentanci USA jeszcze tego samego dnia zebrali się w hotelowym pokoju. Stwierdzili, że muszą jakoś zaprotestować. Po krótkiej burzy mózgów lider zespołu Steve Timmons rzucił hasło, że na znak solidarności z łysym Samuelsonem, oni także powinni ogolić się na zero. Z taką propozycją wyszedł więc facet, który miał akurat dużo do stracenia, bo znany był z bujnej, rudej fryzury. Po wewnętrznym głosowaniu, czy taka nietypowa forma protestu zostanie zastosowana, padło hasło:

Golimy!

Kilku zawodników chciało się jeszcze wycofać, ale kiedy zobaczyli łysego Timmonsa, który poszedł jako pierwszy do strzyżenia, poszli za nim już wszyscy (oprócz trenera Sturma). Wspomniany Steve, który dał impuls drużynie, śmiał się potem, że obawiał się tylko jednej rzeczy: jak na nową stylizację zareaguje jego żona.

Chociaż tak naprawdę nikomu nie było tam do śmiechu. – To forma protestu, aby pokazać nasz niesmak po tej decyzji. Czujemy się urażeni, że przedstawiciele 23 krajów głosowali przeciwko nam. Oni chcieli, żebyśmy przegrali. Chcielibyśmy, aby pokazały nas wszystkie stacje telewizyjne i wzbudziły ogólnoświatową reakcję – mówił z kolei Bryan Ivie odgrażając się, że ta porażka i tak nie powstrzyma ich w drodze po medal.

Siatkarze USA stanęli murem za kolegą, którego porywcze zachowanie było powodem problemów, a dziennik “USA Today” pisał patetycznie o wielkiej jedności w drużynie. Ale dla odmiany, najbliżsi rywale Amerykanów, Kanadyjczycy, po prostu się z nich nabijali. Twierdzili, że to jakieś jaja oraz że “to nic nie znaczy, oprócz tego, że wyglądają głupio“. Robert Samuelson po wygranym 3:2 meczu odpowiedział jednak krótko sąsiadom z północy:

Może to żart, ale kto się teraz śmieje?

Z Polakami też nie był święty

Łysa dwunastka z dnia na dzień stała się przebojem igrzysk w Barcelonie. Mecze USA oglądali nawet ci, którzy mieli gdzieś siatkówkę. Samuelson wyrósł z kolei na jednego z najważniejszych graczy w drużynie i był w czołówce punktujących. Amerykanie po wygranej z Kanadyjczykami nabrali wiatru w żagle i w kolejnych meczach odprawili z kwitkiem kolejno Hiszpanię (3:2), Francję (3:0) oraz Włochów (3:1). Zajęli w grupie drugie miejsce, ponieważ mieli gorszy bilans setów niż Italia.

Drużyna Freda Sturma pokonała w ćwierćfinale Wspólnotę Niepodległych Państw (a więc graczy ZSRR) 3:1. W półfinale na Amerykanów czekali z kolei dobrzy znajomi, Brazylijczycy. Była to więc powtórka z rozrywki z Los Angeles ’84, gdzie Stany Zjednoczone pokonały Canarinhos w finale oraz z Seulu, gdzie pobiły ich w półfinale. Niestety, tym razem Brazylia już się odegrała, pokonała mistrzów olimpijskich 3:1 i wyleczyła ich tym samym z marzeń o trzecim złotym medalu z rzędu. Amerykanie zdołali się jednak zmobilizować na mecz o trzecie miejsce, w którym pokonali Kubę. Wrócili do domów z medalem i opinią jednego z najbardziej wyjątkowych zespołów, jakie pamiętały siatkarskie turnieje olimpijskie.

Dziś można tylko gdybać, co by się stało, gdyby wynik meczu z Japonią nie został zmieniony. Prawda jest jednak taka, że porażka z Azjatami miała swoje konsekwencje. Drużyna Stanów Zjednoczonych, przegrywając minimalnie pierwsze miejsce w grupie, znalazła się w trudniejszej części ćwierćfinałowej drabinki. Gdyby wyszła z grupy jako lider, w ćwierćfinale dostałaby Holandię, a w półfinale najprawdopodobniej Kubańczyków. Droga do finału byłaby mniej wyboista.

Amerykanie nawet mimo braku złota dla wielu byli bohaterami tamtych igrzysk, a jaki los spotkał sędziego Ramisa Samedowa? – Przykro to mówić, ale jego kariera jest skończona – mówił jeszcze w trakcie rozgrywek grupowych rzecznik FIVB Gilles Petit, który jak widać też nie gryzł się w język. Azerski arbiter, dla którego były to czwarte igrzyska, niedługo potem zresztą zmarł.

Co ciekawe, jego wyczyny z Barcelony przykryły inną historię, której był antybohaterem. Dotyczyła ona meczu Polaków na igrzyskach w Montrealu w 1976 r.

Samedow był głównym arbitrem bardzo ważnego meczu grupowego z Kubą, który biało-czerwoni wygrali w dramatycznych okolicznościach 3:2. Kilka lat po tamtym meczu arbiter przyznał, że przy piłce meczowej tak naprawdę nie widział, czy piłka po ataku Tomasza Wójtowicza na pewno zahaczyła o linię boiska. Mimo to przyznał punkt, ponieważ – jak przywołuje Krzysztof Mecner w książce “Kat” – lubił ponoć polską drużynę. Przyznał również, że przed wspomnianym meczem wziął udział w prywatnym spotkaniu ze sztabem trenerskim drużyny ZSRR, podczas którego wprost zapytał Rosjan, komu ma pomóc wygrać: Polakom czy Kubańczykom. Chodziło oczywiście o wycięcie groźniejszego rywala w drodze do potencjalnego finału. Trener reprezentacji Związku Radzieckiego uznał ponoć, że nie ma to dla niego żadnego znaczenia, ale ile w tym prawdy?

Znacznie lepiej potoczyły się losy Roberta Samuelsona. Brązowy medalista olimpijski dwa lata po igrzyskach w Barcelonie podpisał kontrakt w lidze… japońskiej. Konkretnie z Suntory Sunbirds. Z tym klubem zdobył nie tylko mistrzostwo kraju, ale zgarnął nawet nagrodę MVP ligi!

 

 

 

Fot. “USA Today”, olympic.org


Subskrybuj
Powiadom o
guest
1 Komentarz
Najstarsze
Najnowsze Najlepiej oceniane
Inline Feedbacks
Pokaż wszystkie komentarze
Wojtek Nowak
Wojtek Nowak
1 rok temu

Takie historie świetnie się czyta. Chętnie bym coś o igrzyskach w Seulu i Calgary poczytał.

Aktualności

Kalendarz imprez