Hubert Hurkacz: Raczej zagram z Łukaszem Kubotem w deblu na igrzyskach

Hubert Hurkacz: Raczej zagram z Łukaszem Kubotem w deblu na igrzyskach

Nie znajdziecie tu opisów szaleństw, imprez i odpuszczania treningów. Hubert Hurkacz jest bowiem przykładem profesjonalizmu. Dlatego przeczytacie o tym, co dał mu niedawny mecz z Novakiem Djokoviciem, jakie są jego plany na przyszłość i jakie ma tenisowe marzenie. Znalazło się też jednak miejsce na rozmowę o filmach, koszykówce, prywatnej stronie Djokovicia i Rogera Federera czy tym, jaki samochód Hubert chciałby mieć w przyszłości. W skrócie: z tego wywiadu wyłania się prawdziwy Hubert Hurkacz. 

SEBASTIAN WARZECHA: Bardzo trudno znaleźć u ciebie punkt zaczepienia do rozpoczęcia wywiadu. Bo w teorii to powinno być pytanie o coś kontrowersyjnego, które przyciąga. Sęk w tym, że nie da się czegoś takiego znaleźć.

HUBERT HURKACZ: To chyba dobrze, chociaż… sam nie wiem. Dobrze albo niedobrze.

Właśnie nad tym się zastanawiałem. Bo z jednej strony super, że tego nie ma, a z drugiej…

Nie ma o czym pisać.

…nie ma PR-u, zainteresowania mediów, tych światowych. Bo jednak kilku tych tenisistów z twojego pokolenia ma swoje sposoby na nakręcenie tego, są bardziej – nie obraź się – „przyciągający”. Stefanos Tsitsipas na przykład tworzy wideoblogi o miastach, w których przebywa. Nie zastanawiałeś się nad czymś takim?

Myślę, że to musi być coś naturalnego dla danego człowieka. Jeśli nie czuję się w czymś najlepiej, to nie będę się w tym pokazywał. Bo wyjdzie z tego obraz kogoś, kim nie jestem.

Podobnie jest z twoimi social mediami. Tam też się nie wyróżniasz, a wręcz przeciwnie. Bo nawet ci najlepsi się udzielają – choćby Roger Federer, który często odpowiada na pytania fanów czy podrzuca coś „zakulisowego”. U ciebie to głównie fotka z podpisem „awansowałem do kolejnej rundy” czy „jestem już w Londynie”, rzadko coś więcej. Nie przydałoby się tego zmienić?

Wiadomo, że czasami warto podrzucić coś innego. Choćby po to, by kibice – którym dziękuję za wsparcie – mogli zobaczyć coś więcej. To na pewno.

W jednym z wywiadów mówiłeś, że lubisz historię. To może coś związanego z tym?

Historię… lubię, fakt. Może nie pasjonuję się tym jakoś bardzo, ale lubię. Inna sprawa, że, będąc na turnieju, często po prostu nie mamy czasu, by zobaczyć coś poza kortami i hotelem. Czasami trochę szkoda, ale takie mam zajęcie. Kiedyś pewnie ten czas się pojawi.

Teraz na Wimbledonie też tylko hotel i korty?

Tak, praktycznie nie było czasu, w którym moglibyśmy zrobić coś innego. Treningi, przygotowanie się, regeneracja – nie było momentu, w którym można by spędzić dzień nieco inaczej.

Właśnie przez ten twój wizerunek, w pewnym momencie w mediach nastąpił fajny kontrast. Bo strona ATP nazwała cię kiedyś „cichym zabójcą”, co brzmi… trochę drastycznie.

(śmiech) No tak. Chodziło tam o to, że jestem człowiekiem raczej cichym, spokojnym, a na korcie walczę o wygranie każdej piłki, seta i meczu. Co zresztą mi wychodziło. Choć wiadomo, że może być jeszcze dużo lepiej.

W podobnym czasie „L’Equipe” opisało cię z kolei jako „zagubionego w supermarkecie chłopca, którego do kasy woła mama”.

Chyba wolałbym zostać przy tym pierwszym.

Fot. Sean M. Haffey/Getty Images

Okej, cichy zabójco. Kolejne pytanie będzie do tego nawiązywać. Bo mam wrażenie, że z twoim charakterem tak szybki, nagły przeskok z miejsc w trzeciej czy czwartej setce rankingu, gdzie byłeś dość długo, do grona najlepszych tenisistów, musiał być szokiem. Taki pierwszy moment ogromnego zainteresowania to chyba ubiegłoroczne finały Next Gen?

Tak, to na pewno było dla mnie zupełnie nowe przeżycie. Tam wszystko kręciło się wokół kilku zawodników, którzy byli na tym samym turnieju. Inne doświadczenie, również medialnie. Poziom zainteresowania turniejem też był naprawdę duży. Trochę rzucono mnie na głęboką wodę, bo wcześniej nie miałem takich doświadczeń. Dużo było też tam innowacji, testowanych rzeczy, które być może wejdą kiedyś do tenisa na stałe. Niezwykłe przeżycie. Dziś myślę, że mi pomogło.

Teraz wciąż jesteś w szoku? Bo – licząc od momentu, gdy Jerzy Janowicz był w półfinale Wimbledonu – sześć lat czekaliśmy na wyrównane mecze polskiego tenisisty ze światową czołówką. Odczuwasz to, jest presja?

Szkoda, że „Jerzyk” miał później kontuzję i nie grał. Mam nadzieję, że za niedługo wróci na najwyższy poziom. Co do mnie – wiadomo, że sam chciałbym już teraz wygrywać i zachodzić dużo dalej w tych największych turniejach. To jest proces, wydaje mi się, że idę do przodu. Sęk w tym, że skupienie się na tym, że kibice chcieliby więcej, że ja sam chciałbym więcej, może nie przynieść mi pożądanych skutków w trakcie meczów czy turniejów. Zaadoptowałem się do tego, rozmawiałem o tym z trenerem, on też powiedział mi, co mam robić i jak na to patrzeć.

Pytam, bo wyraźnie widać zainteresowanie ludzi twoją osobą. W czasie gdy grałeś z Novakiem Djokoviciem mój Twitter się nagle odmienił. Zwykle o meczach tenisa na mojej tablicy – poza mną samym – pisze kilka osób. Wtedy było ich mnóstwo, nagle wszyscy się zainteresowali, nawet ci, którzy rzadko oglądają ten sport.

To też było zupełnie inne, ciekawe doświadczenie. Nie spodziewałem się, że aż tak pójdzie to w świat. To przecież dopiero III runda. Choć wiadomo – grałem z najlepszym tenisistą na świecie. Mecz i dla mnie był bardzo emocjonujący. Za wsparcie mogę tylko dziękować.

Powiedziałeś kiedyś, że największą radość sprawia ci właśnie granie z najlepszymi, czyli na przykład z Novakiem. Ale czy z drugiej strony nie lepiej byłoby dostać taką drabinkę, żeby dojść w turnieju kilka rund dalej?

Najfajniej byłoby być rozstawionym w turniejach wielkoszlemowych już w najbliższej przyszłości. Ale jak chce się wygrywać największe turnieje, to trzeba pokonywać tych najlepszych na świecie.

Czyli następnym razem Djoković schodzi z kortu pokonany?

Taki jest plan.

Już teraz była na to szansa. Co tam nie zagrało? Bo pierwsze dwa sety były świetne, czwarty po prostu słabszy, ale trzeci odstawał od reszty spotkania zupełnie.

Trochę gorzej go zacząłem. Po bardzo emocjonującej końcówce drugiego, trzeba było wyjść na trzeciego i utrzymać ten sam poziom. Novak, w dużej mierze ze względu na jego ogromne doświadczenie, zrobił to. Mi przytrafił się słabszy okres, zagrałem gorszego gema. Takie rzeczy Novak od razu to wykorzystuje. Jego poziom w trakcie meczu jest cały czas bardzo wysoki, jeśli widzi wahnięcie w grze rywala, choćby małe, to z miejsca z tego korzysta.

Grałeś już z Novakiem Djokoviciem, grałeś z Rogerem Federerem. I z tym, i z tym też trenowałeś. Jacy są prywatnie, gdy nie mają na sobie tych wszystkich kamer?

Obydwaj są fantastycznymi osobami, dobrze się z nimi komunikuję. Wiadomo, Roger gra trochę inaczej w tenisa – to jak uderza piłkę, jest czymś niezwykłym. Dlatego fajnie jest móc z nim potrenować, to ogromne przeżycie. Z Novakiem zresztą to samo, bo już jak z nim trenujesz, widzisz, że nie jest łatwo skończyć przeciwko niemu wymianę. Takie treningi bardzo dużo dają.

Nawet na treningu gra na sto procent?

Tak. Dlatego Novak jest, gdzie jest. Bo trenuje właśnie na sto procent.

Teraz, gdy widzicie się w szatni, podchodzisz i zagajasz normalnie: „Hello Novak. Hello Roger”?

Tak. Wiadomo, że wcześniej było to dla mnie ogromnym przeżyciem, spotkać tych wszystkich zawodników. Wcześniej widziałem ich przecież tylko w telewizji. Teraz jednak rywalizujemy w tych samych turniejach, a moim celem jest zajść tam jak najwyżej.

Fot. Peter Staples/ATPTour.com

Kto jest tenisistą, którego najbardziej podziwiasz?

Myślę, że Roger.

A to prawda, że jak byłeś dzieciakiem, to był nim Rafa Nadal? Zdarzyło mi się przeczytać, że nawet ubierałeś koszulki bez rękawów, żeby wyglądać podobnie.

Myślę, że zawsze Roger. Choć Rafa też, bo obaj są niesamowici. Teraz trochę bardziej Federer, ale niewiarygodne jest to, jak Nadal gra na ziemi. Jego wyniki we French Open są przecież niesamowite.

Skoro zahaczyliśmy o przeszłość – zacząłeś trenować podobno dlatego, że twoi rodzice zabierali cię na kort, gdy sami grali?

Tak, moi rodzice odbijali piłkę, ja z tyłu też próbowałem odbijać, tyle że o płot. Potem zostałem zapisany na lekcje i powoli się to rozwinęło.

W jakim wieku cię zapisali?

Jak miałem jakieś pięć-sześć lat.

To już troszeczkę późno.

W sumie nie. Wiadomo, że w przypadku dzieci im wcześniej, tym lepiej, ale myślę, że jeżeli uprawia się też jakiś inny sport, to zupełnie kompensuje.

Skoro o innym sporcie – nie kusiła koszykówka, w którą też grałeś?

Też bardzo mi się podobała, ale wybrałem tenis. Wydaje mi się, że to był dobry wybór.

Śledzisz wyniki?

Zdarza mi się.

Ulubiona drużyna?

Oglądam głównie NBA, a tam patrzę bardziej po zawodnikach, nie drużynach. Wiadomo, że różnica czasu nie ułatwia sprawy. Gdy jest się w Europie, to trudno jest to wszystko śledzić.

Jacy zawodnicy? Tradycyjnie LeBron?

Tak, zdecydowanie. Wcześniej też Michael Jordan, choć to już trochę odległe czasy.

Wymieniliśmy dwóch zawodników, których bezustannie się porównuje. Ciebie eksperci też porównują. Początkowo myślałem, że zapytam cię o porównania do Andy’ego Murraya, które często się słyszy. Potem pojawiły się też te do Borisa Beckera. A poza tym znaleźć da się inne: do Łukasza Kubota, Marina Cilicia, Tomasa Berdycha… Wychodzi, że jesteś ich hybrydą.

Tak by było najlepiej – wyciągnąć wszystkie najlepsze elementy od tych gwiazd. Mój styl gry jest wszechstronny, tak mi się wydaje. Mogę robić więcej niż jedną rzecz na korcie. Tak też było od początku, trochę przez to, że wychowałem się w Polsce na kortach ziemnych. Bo na nich da się wypracować bardziej defensywę, a ja – ze względu na moje warunki fizyczne – powinienem grać ofensywnie.

Większość kortów w Polsce to korty ziemne, o których tu powiedziałeś. Ale to na nich odnosimy najsłabsze wyniki.

No tak, a na trawie najlepsze. (śmiech) Jest to ciekawe, może wpływ na to ma budowa fizyczna zawodników. Bo z niej często wynika styl gry. Weźmy Łukasza Kubota. Jest wysoki, gdy grał singlowo, jego tenis opierał się na grze serve and volley. Więc mączka, która nie premiuje takiej gry, po prostu nie mogła być jego ulubioną nawierzchnią.

Fot. Adam Pretty/Getty Images

Mówiłeś wcześniej o tym, że trzeba umieć się na korcie odseparować od oczekiwań fanów. Jak to robić poza nim? W jaki sposób zachowujesz czystą głowę, odgradzasz się choć na moment od tego tenisa?

Trzeba znaleźć balans. Na korcie trzeba być skupionym w stu procentach na tym, co się tam robi. A poza nim warto odpuścić, pomyśleć o innych rzeczach, trochę luźniejszych. Można wyjść, zjeść kolację ze znajomymi. To po prostu pomaga w życiu i tym, co się na co dzień robi.

Dobra książka, dobry film?

Tak, jak najbardziej.

Jakie?

Lubię filmy akcji i biograficzne. Książki w sumie podobnie, zdarzyło mi się przeczytać choćby kilka biografii innych tenisistów. Właściwie każdy fajny, dobry film jest… fajny. Po prostu.

Gdzieś przeczytałem, że podobno z pamięci potrafisz cytować film „Kiler”…

Z pamięci? Może nie aż tak, ale znam kilka scen. To dobry, bardzo śmieszny film. Zresztą z tego roku, z którego jestem i ja. Miałem taki okres, gdy – wspólnie z kolegami – obejrzałem go kilka razy.

Twoje inne hobby to samochody. Ale chyba na razie kasa wyniesiona z kortu idzie na rozwój kariery, a nie na bryki?

Tak, na razie na karierę. Wiadomo, że tenis kosztuje sporo pieniędzy. Wyjazdy, trenerzy, hotele… Inwestuję w karierę, bo na tym, żeby to wszystko jak najlepiej szło, mi najbardziej zależy. Pomoc Craiga czy Przemka, który pracuje ze mną nad moją fizycznością, jest nieoceniona. Na tym się skupiam. Inwestuję w siebie, żeby w przyszłości osiągać jak najlepszy wyniki.

I wtedy przyjdzie czas na samochód?

Tak.

A jaki?

Oj, strasznie dużo mam takich wymarzonych aut. Niestety, będę potrzebować dużego garażu. Podobają mi się te mega szybkie samochody, takie jak Aston Martin czy McLaren.

Mijałem po drodze na wywiad Lamborghini, zastanawiałem się, czy to przypadkiem nie twoje.

Też je widziałem. Niestety nie moje…

Jeszcze?

Jeszcze.

Oglądasz Formułę 1?

Czasami. Wiesz, teraz różnie z czasem. Fajnie byłoby w przyszłości zobaczyć, jak wygląda Grand Prix od środka, z padoku. Super, że znów jeździ tam Robert Kubica. Wszyscy chcielibyśmy, żeby miał większe szanse, ale sytuacja jest, jaka jest.

To chyba jedyna wada F1, co? Że nie ocenia do końca umiejętności kierowców.

Tak, choć to już ekstremalny przypadek.

To chyba dobre słowo. Ale z drugiej strony z przodu też jest podobnie – Mercedes rządzi, dopiero ostatnio nie udało im się wygrać wyścigu.

Wiadomo, że to wszystko zależy od konstruktorów i kierowców. A gdy kierowcy są tak na wysokim poziomie, że między nimi decydują niuanse, to kluczowe jest auto. Niektórych rzeczy się nie przeskoczy.

Podobno bardzo lubisz też program „Top Gear”. A wiesz, że Jeremy Clarkson z kolei lubi tenis?

Nie, ale miło się dowiedzieć. Faktycznie, oglądałem „Top Gear”, każdy odcinek. Mega mnie to interesowało i pasjonowało. Pozwalało też się odciąć od tenisa, zrelaksować umysł.

Fot. Yong Teck Lim/Getty Images

Wspominałeś, że relaksować można się też choćby na kolacjach ze znajomymi. A są w tourze zawodnicy, których bardzo lubisz i spotykasz się z nimi nie tylko w szatni czy na korcie?

Dużo jest osób, z którymi się dobrze dogaduję. Atmosfera w szatni też jest super. Rywalizujemy między sobą, ale jak widzimy się poza kortem, to jest zupełnie inaczej. Zresztą też niemal wszyscy ze sobą trenują. Z kilkoma zawodnikami się przyjaźnię. Choćby z Marcelo Melo, deblowym partnerem Łukasza [Kubota]. Super się z nim dogaduję, jest świetną osobą. Co do spotkań – kolację często je się w swoich teamach, z trenerami, ale czasem zdarzy się z kimś innym. Choćby z Łukaszem właśnie, jeśli zaprasza, to zawsze fantastyczna okazja.

A jest ktoś, kto zalazł ci za skórę? Kilka lat temu głośno było o tym, że Lukas Rosol jest w tourze taką postacią. Andy Murray rzucił mu nawet przez siatkę, że „nikt go tam nie lubi”.

Nie, raczej nie mam nikogo takiego, kogo bym nie lubił, czy nie chciał widzieć. Nawet jeśli się coś przytrafi, to z czasem wszystko zaczyna się uspokajać. Nie wszyscy muszą się lubić, po prostu wystarczy, żeby się akceptowali.

To nie tylko w tourze, ale i na całym świecie.

Zdecydowanie.

Wywołałeś Łukasza Kubota. Kiedyś powiedziałeś, że wybudowałbyś mu w Polsce pomnik? To teraz uzasadnij dlaczego.

Ja mu pomnik chciałem budować?

Taki cytat znalazłem. Chyba że ktoś przekręcił?

Nie pamiętam, ale fakt, uważam, że warto by wybudować za to, co osiągnął. Jest też fantastyczną osobą poza kortem i świetnym wzorem dla młodszych. To, jak profesjonalnie postępuje i wyniki, jakie za tym idą – wygrał przecież dwa wielkie szlemy w deblu – jest po prostu niesamowite.

Nie chciałbyś zagrać z nim w deblu?

Myślę, że będzie okazja.

Igrzyska? Łukaszowi odpadają ostatnio partnerzy do pary. Nie ma już Mariusza Fyrstenberga, Marcin Matkowski podobno zakończy karierę w tym roku…

I z braku alternatyw chyba będzie musiał postawić na mnie. Tak, pojawił się taki pomysł, żeby zagrać razem. Raczej to zrobimy, o ile tylko rankingi pozwolą. Muszę jedynie nauczyć się lepiej grać w debla do tego czasu.

Czytałeś książkę Łukasza?

Czytałem.

Mam wrażenie, że to bardziej Biblia dla młodych tenisistów. A na pewno nie Agassi, który opisywał choćby zażywanie narkotyków i swą nienawiść do tenisa.

No nie jest. Dobrze, że u Łukasza się tak nie działo. On swoimi wynikami pokazuje, że można osiągnąć wielkie rzeczy, a w książce wyjaśnia, jak można je osiągnąć. Pisze po prostu o tym, jak to u niego wyglądało, co mu pomagało.

Teraz ty próbujesz osiągać wielkie rzeczy, jesteś już w pierwszej „50” rankingu, ale wcześniej trochę czasu spędziłeś gdzieś w trzeciej czy nawet czwartej setce. Jak wygląda życie tenisisty z tych niższych pozycji? Zawsze powtarza się, że to wcale nie sielanka.

No nie. Człowiek ma ambicję, chciałby dochodzić jak najdalej w tych największych turniejach, ale zacząć trzeba od tych małych. W tych najmniejszych, Futuresach, nie ma choćby dzieci od podawania piłek, jest tylko jeden sędzia, który sędziuje całe spotkanie… Jakość, oprawa turnieju też jest zupełnie inna. Brak choćby zainteresowania, poza rodzinami i trenerami zawodników. Ważne jest w tym okresie to, żeby skupić się na poprawie swojej gry. Trzeba mieć z tyłu głowy, jakie ma się cele i ambicje na przyszłość.

A pieniądze? Faktycznie niemożliwe jest to, by z samych nagród zapłacić za wszystko?

Koszty rosną wraz ze wzrostem rankingu. To trochę inaczej wyglądało, jak byłem gdzieś 300. Na świecie. Kiedy zaczynasz grać w Challengerach, hotel jest już opłacony przez organizatorów, trzeba jedynie zapłacić za przyjazd. Większość zawodników jeździ sama, bez trenera, bo to oszczędza dużo pieniędzy. Jeżeli człowiek poleciał do Turcji czy Egiptu, gdzie było dość sporo turniejów, i wygrał kilka meczów, to jakoś dało się utrzymać. Choć to są pieniądze z tygodnia na tydzień, z dnia na dzień.

Trzeba liczyć każdy grosz?

Tak, oszczędzało się na wszystkim, co się dało.

Wtedy o aucie nawet byś nie myślał, co najwyżej mógłbyś kupić do niego na przyszłość jakąś maskotkę?

Zapachową choinkę. (śmiech)

Fot. Mike Lawrence/ATPTour.com

A jak jest z możliwościami rozwoju w Polsce? Bo na przykład Wojciech Fibak regularnie powtarza, że jeśli tylko dostaje się taką możliwość, to trzeba jechać do USA, żeby tam trenować.

To też jest ważne. Mam nadzieję, że właśnie Łukasz czy Mariusz [Fyrstenberg], który teraz organizuje Challengera w Sopocie, pomogą w tej kwestii. Oby w przyszłości powstało więcej turniejów. Wydaje mi się, że w Polsce nie ma wielu zawodników, bo brak też wzorów do naśladowania. Młodzi nie widzą, jak grają ci na najwyższym poziomie, bo nikt z czołówki nie przyjedzie na mały turniej.

Brak też choćby takich akademii jak w Stanach Zjednoczonych?

Oczywiście. Jak w Stanach ma się trenera, który był w top 50 rankingu, dwaj zawodnicy, obok których się trenuje, jadą na szlemy, a inny był kiedyś w ćwierćfinale czy nawet dalej… Dla nich to normalne, nie mają takich mentalnych blokad. U nas jest inaczej, tę drogą trzeba utorować sobie samemu.

Twoi trenerzy sprzed jakiejś dekady mówili, że mieli listę kilku zawodników, którzy mogli się rozwinąć na bardzo dobrych tenisistów. Ty na niej byłeś, ale nie na pierwszym miejscu. Za większy talent był uważany choćby Michał Dembek. A dziś nawet nie wiem, czy jest w rankingu.

Jest, grał ostatnio Futuresa we Wrocławiu [475. w rankingu ITF, według nowych zasad nie ma go w rankingu ATP – przyp. red.]. Ale tak, z Michałem rywalizowałem od dziecka, napędzało to nas obu. Kiedy byłem młodszy, zawsze byłem od niego słabszy. Teraz się to zmieniło. Mam nadzieję, że i on odmieni swoją grę.

Jaki moment uważasz za najbardziej przełomowy w karierze? Właśnie taki, który pomógł, odmienił grę?

Było takich kilka. Zawsze, gdy przechodziłem z poziomu na poziom, co mi się do tej pory dość dobrze udawało, musiałem się oswoić z tym poziomem, zdobyć jakieś doświadczenie, potem zacząć osiągać coraz lepsze wyniki. Dwa lata temu pomogły mi lepsze wyniki w Challengerach i kwalifikacja do eliminacji Australian Open. Potem dużo dało doświadczenie z tego turnieju, sam pobyt tam, marzenia o awansie do głównej drabinki. Później występ w turnieju głównym Rolanda Garrosa. Powolutku staram się czerpać doświadczenie z takich chwil, każdego meczu. Kluczem jest rozwój.

A z kolei takie chwile, które zniechęcały? Pojawiały się?

Czy zniechęcały… nie, raczej nie. Nie tego słowa bym użył. Ale trudnych chwil było bardzo dużo, czy to jak byłem młodszy, czy w ostatnich latach. Nawet w tym roku zdarzały się okresy mentalnie trudniejsze. Miałem większe ambicje, chciałem się rozwijać, a nie wszystko wychodziło…

Challenger w Poznaniu i porażka w półfinale?

To akurat nie. Tam widziałem, że to trochę przez ból pleców, bo je czułem. Ale zdarzały się sytuacje, z którymi wcześniej się nie spotykałem, choćby zwiększone zainteresowanie. Sam też narzucałem sobie oczekiwania, a potem nie wychodziły mi mecze i turnieje, co do których miałem nadzieje, że będzie dobrze. To spada na człowieka. Musiałem sobie z tym poradzić, żeby nadal, cały czas iść do przodu, myśleć nad rozwojem swojej gry i się nie zatrzymywać.

Potrzebna była pomoc psychologa?

Pomoc najbliższych, trenera, twarda rozmowa o tych sprawach, które mnie gnębiły. To pomagało. Ważne, żeby mieć plan na przyszłość, ustalić, jak z tego wszystkiego wyjść. Dzięki temu można iść do przodu. Trzeba być świadomym tego, co się tak naprawdę wydarzyło, wtedy wie się też, co przeszkadza i łatwiej to wyeliminować.

Jesteś w czołowej „50” na świecie, regularnie powtarzasz, że wciąż możesz sporo poprawić, więc gdzie się widzisz za dwa lata?

Trudno powiedzieć. Nie chcemy patrzeć z trenerem na numer, ranking, bo to może blokować. Patrzymy na rozwój, to, co da się poprawić. Jeśli konkretne elementy pójdą w górę, to ranking za nimi po prostu podąży.

Fot. Peter Staples/ATPTour.com

Nie wiem, czy wiesz, ale właśnie przez jeden z elementów twojej gry, w pewnym momencie zainteresowali się tobą nawet naukowcy. Chodziło o zamykanie oczu przy uderzeniach. Wyjaśniali, czemu powinno się grać z otwartymi i czemu dziwne jest to, że ty je zamykasz.

Możliwe, że jakbym widział piłkę, to by mi to pomogło…

W teorii tak to powinno działać.

W teorii tak, ale tak naprawdę w momencie uderzenia i tak tej piłki nie widać. A przynajmniej ja jej nie widzę (śmiech). Jakoś sobie radzę, wiem, gdzie ta piłka jest. Zazwyczaj po uderzeniu leci w to miejsce, gdzie mniej więcej chcę, żeby poleciała.

Nie wiem, czy oglądałeś kiedyś snookera…

Zdarzało mi się.

Tam zawodnicy tak naprawdę decydują o uderzeniu, chodząc dookoła stołu i analizując położenie bil. Sam moment dołożenia kija to już tego efekt. Nawet nie muszą do końca tego wszystkiego widzieć. Ty masz mniej więcej tak samo, tak? Wszelkie obliczenia poczynione są już wcześniej?

Chyba tak. Wiadomo, że mózg analizuje rzeczy, których sobie nawet nie wyobrażamy. Prędkość piłki, rotacja, to, gdzie się odbije i na jakiej wysokości będzie. Wszystko to mniej więcej wiem jeszcze przed uderzeniem.

To pytanie to banał, ale zbliżamy się do końca wywiadu i musi paść: jakie jest w tej chwili twoje tenisowe marzenie?

Wygrać szlema.

Ambitnie.

To dość przyszłościowe marzenie, wiadomo.

Będziesz do niego zmierzał standardowo – krok po kroku?

Tak.

A uważasz, że to lepsza droga dojścia do czegoś, niż taka, jaką zaliczył choćby Jerzy Janowicz, który jednym turniejem wszedł do takiej szerokiej czołówki?

Trudno powiedzieć, zależy od tego, jak się skorzysta z szansy. Jeśli pojawi się jeden bardzo dobry turniej, to najlepiej traktować to wyłącznie jako kolejny krok i starać się dalej rozwijać.

W takim razie jaki krok postawisz do końca sezonu?

Fajnie byłoby być wśród najlepszych 32 tenisistów świata. Żeby mieć rozstawienie w szlemach.

 

Fot. główne: Mike Lawrence/ATPTour.com


Aktualności

Kalendarz imprez