Hubert Hurkacz ograł Andy’ego Murraya w drugiej rundzie W&S Open

Hubert Hurkacz ograł Andy’ego Murraya w drugiej rundzie W&S Open

Hubert Hurkacz dopisał kolejne znane nazwisko do listy swoich ofiar. I tak, można mówić, że w dzisiejszym układzie tenisowych sił Andy Murray straszyć może głównie owym nazwiskiem. Że gdyby znajdował się w życiowej formie, ten mecz wyglądałby inaczej. Ale słynny Szkot dziś postawił Polakowi naprawdę trudne warunki i udowodnił, że wciąż stać go na kawał dobrego tenisa. Zatem pomimo, że Hurkacz nie wygrał lekko, łatwo i przyjemnie, to zwycięstwa po takim meczu nie należy deprecjonować. Bardziej trzeba oddać szacunek samemu Murrayowi.

Andy’ego Murraya nikomu przedstawiać nie trzeba – to chodząca legenda tenisa. Oczywiście, trzy wygrane wielkoszlemowe tytuły zapewne wyglądają blado przy dokonaniach wielkiej trójki Federer-Nadal-Djoković. Ale nie tylko suchą liczbą wygranych w najbardziej prestiżowych turniejach zyskuje się szacunek fanów oraz należne miejsce w historii. Brytyjczyk przez długie lata był jednym z nielicznych tenisistów, którzy zdołali przeciwstawiać się potędze wspomnianego tercetu. Zarówno Szwajcara jak i Serba ograł jedenaście razy w karierze, zaś z Hiszpanem zwyciężył siedmiokrotnie.

Nazwaliśmy Andy’ego Brytyjczykiem, choć bardziej trafnym byłoby określenie go Szkotem, gdyż stamtąd właśnie pochodzi. A jego pochodzenie przez długi czas wpływało na to, jak odbierali go fani tenisa na wyspach. Oczywiście dziś, po tym jak wiele osiągnął, trudno byłoby znaleźć w Wielkiej Brytanii ludzi, którzy przynajmniej go nie szanują. Ale nie zawsze tak było. Murray nigdy nie ukrywał swojego przywiązania do Szkocji, przez co kibice z Anglii po prostu go nie akceptowali. W 2012 roku wielu angielskich kibiców wręcz cieszyło się, kiedy przegrał z Federerem w finale Wimbledonu.

Lecz niecały miesiąc później Szkot wziął na Szwajcarze rewanż, zwyciężając z nim w finale gry pojedynczej podczas turnieju olimpijskiego. Flaga Zjednoczonego Królestwa na maszcie, hymn, złoto dla wyspiarzy… być może w świecie tenisa turniej olimpijski nie jest najbardziej prestiżowy, ale dla samego Murraya stanowił swoisty przełom w tym, jak był postrzegany na wyspach. On sam również to doceniał, nigdy nie lekceważąc igrzysk, co poskutkowało drugim złotem w Rio de Janeiro.

Murray nie wniósł na kort tylko nazwiska

Gdyby Hubertowi – którego styl jest porównywany właśnie do gry Szkota – przyszło mierzyć się z dzisiejszym rywalem w jego najlepszym momencie kariery, Polak zapewne nie miałby wielkich szans na wygraną. Ale choć Murrayowi wciąż nie sposób odmówić umiejętności, obecnie jest zawodnikiem permanentnie zmagającym się z problemami zdrowotnymi, który od dwóch lat funkcjonuje z metalowym biodrem w ciele. Dość powiedzieć, że człowiek który zarobił na korcie aż sześćdziesiąt dwa miliony dolarów, obecnie zajmuje sto piątą pozycję w rankingu ATP, a na turniej w Cincinnati dostał się poprzez przyznanie mu dzikiej karty.

Lecz nie znaczyło to, że spotkanie samo się wygra. Szkot nie mógł już tak imponować ruchliwością na korcie, jak za dawnych lat, więc na początku sprawy przybierały dla niego dobry obrót. Akcje były krótkie, a w repertuarze obu tenisistów dominował serwis. Ale z czasem weteran kortów zaczął się rozkręcać. Kiedy przegrał gema przy swoim podaniu, błyskawicznie sam odkuł się przełamaniem. Dodatkowo, do dobrego serwisu dołożył kilka niezłych skrótów, z których słynął w trakcie kariery i w ten sposób dość niespodziewanie to on przejął inicjatywę w secie.

Co na to Hubert? Niestety, Polak długimi momentami wyglądał, jakby był zbyt zdekoncentrowany. Jego skróty lądowały na siatce, a powracające ze strony Szkota piłki wymuszały u Polaka proste błędy. Zatem miało być dopisanie do listy pokonanych kolejnego dużego nazwiska – obaj grali ze sobą po raz pierwszy – a tymczasem tablica obwieszczała 6:6 w gemach, więc o wyniku seta miał rozstrzygnąć tie-break. Na szczęście w nim Hubert popisał się kluczowym elementem, którym był własny serwis. Hubi w całym secie zagrał aż dwanaście asów serwisowych i takim właśnie zagraniem zakończył pierwszą partię na swoją korzyść. Murray próbował jeszcze porozmawiać z sędzią, lecz nic tym nie wskórał. Pierwsza, wyrównana partia padła łupem Polaka.

Weteran w końcu padł

Przed drugim setem zastanawialiśmy się jak Murray wytrzyma trudy tego pojedynku. Zwłaszcza, że wysoka temperatura powietrza nie działała na jego korzyść. I rzeczywiście, wydawało się, że zaczyna odstawać od Polaka. W swoim drugim gemie serwisowym najpierw pomylił się przy zagrywanym skrócie, a później dał się zaskoczyć celnym returnem, zagranym na jego forehand. Choć ostatecznie zdołał obronić własny serwis, to trudno było nie odnieść wrażenia, że zaczyna mu brakować paliwa. Pozostawało tylko czekać, aż weteran w końcu pęknie.

Ale ten, sapiąc i dysząc, wciąż nie chciał dać się przełamać, czym zyskiwał sobie jeszcze większą sympatię publiczności, która i tak sprzyjała mu przez cały mecz. Nie żeby Amerykanie mieli coś przeciwko Hubiemu. Ich reakcja bardziej świadczyła o estymie jaką Murray cieszy się w tenisowym świecie. Przy stanie 4:3 w gemach dla Hurkacza, Andy zdołał nawet wygrać najdłuższą wymianę w całym meczu, na którą składało się grubo ponad dwadzieścia odbić. Jednak ta kosztowała go resztki energii i ostatecznie, po wyrównanej walce przegrał własny serwis – jedyny, który oddał w drugim secie. Hubert już nie mógł tego wypuścić. Zwłaszcza, że serwis Polaka stał dziś na bardzo wysokim poziomie. I choć cieszymy się z wygranej naszego rodaka, to patrząc na grę Murraya trudno było na zakrzyczeć „gloria victis!”.

Tymczasem Hurkacz w trzeciej rundzie turnieju W&S Open zmierzy się z Pablo Carreno-Bustą, który bez większych problemów wygrał swój mecz z niżej notowanym Dominikiem Koepferem 6:4, 6:2. Polak i Hiszpan sąsiadują ze sobą w rankingu ATP zajmując odpowiednio 13. i 12. miejsce, zatem szykuje się wyrównany pojedynek. Możemy obawiać się tylko o to, czy Hubert przed meczem singlowym nie będzie przemęczony. Dziś około godziny 23:00 gra jeszcze w meczu deblowym, w parze z Jannikiem Sinnerem. Oczywiście, o ile w wyniku awansu do następnej rundy singla nie zdecyduje się na odpuszczenie rywalizacji w grze podwójnej.

Hubert Hurkacz – Andy Murray 2:0 (7:6, 6:3)

Fot. Newspix


Subskrybuj
Powiadom o
guest
2 komentarzy
Najstarsze
Najnowsze Najlepiej oceniane
Inline Feedbacks
Pokaż wszystkie komentarze
Stachu123
Stachu123
10 miesięcy temu

Brawo, Hubert pokonał (ledwo) inwalidę ze sztucznym biodrem!

bax
bax
10 miesięcy temu
Odpowiedz  Stachu123

wal sie na ryjek

Aktualności

Kalendarz imprez