Hubert Hurkacz: Mój poziom gry nie odstaje od czołówki

Hubert Hurkacz: Mój poziom gry nie odstaje od czołówki

– Jeżeli nie wygram turnieju, to nie jestem z niego do końca zadowolony. Cieszę się z lepszych występów, ale jadę na turniej właśnie po to, żeby go wygrać. Nawet wielkoszlemowy – mówi nam Hubert Hurkacz. W rozmowie z najlepszym polskim tenisistą poruszyliśmy też inne wątki: pewności siebie, której w tym roku mu brakowało; gorszych wyników przy… lepszej grze; igrzysk olimpijskich, na które bardzo czeka; a wreszcie też gnębiących go w ciągu sezonów problemów zdrowotnych, o których mało kto wiedział, bo Hubert nie chciał szukać wymówek.

SEBASTIAN WARZECHA: Jak oceniłbyś swój sezon?

HUBERT HURKACZ: Nie był łatwy. Liczyłem, że będę miał lepsze wyniki w singlu, a ostatecznie w wielu meczach zabrakło kilku piłek, które sporo mogły mi dać. Myślę jednak, że udało mi się go pozytywnie zakończyć. Cieszę się z tego, jak zagrałem w ostatnim turnieju w deblu. To da mi dużo pewności na kolejny rok i motywacji, żeby pracować jeszcze ciężej.

W Paryżu w deblu wygrałeś turniej, po drodze pokonując cztery spośród siedmiu najwyżej rozstawionych par. Co tam tak naprawdę zagrało? Grałeś już na większym luzie, bo sezon singla się skończył?

Z Felixem [Augerem-Aliassime – przyp. red.] dobrze się dogadujemy i fajnie nam się razem gra. W deblu tak naprawdę decydują niuanse – kilka piłek może rozstrzygnąć losy spotkania. Kluczem było to, że dobrze serwowaliśmy i świetnie graliśmy na returnie. Dzięki temu mogliśmy grać na równi nawet z najlepszymi zawodnikami.

Wspomniałeś serwis i return – czyli rzeczy, nad którymi pracowałeś w ciągu tego sezonu. Zresztą, nieco paradoksalnie, uważasz, że choć dobrych wyników było w tym roku niewiele, to twoja gra się poprawiła.

Zdecydowanie. Jestem lepszym tenisistą niż byłem rok temu. Bardzo poprawiłem na przykład wspomniany return i grę przy siatce. Podobnie jak i ogólne rozumienie gry oraz tego, co dzieje się na korcie. Jeżeli więc chodzi o aspekty czysto tenisowe – tak, jestem lepszym zawodnikiem.

Rozumienie gry?

Chodzi o to, że w danych sytuacjach na korcie jestem bardziej świadomy emocjonalnie czy też świadomy decyzji, które powinienem podejmować w konkretnych momentach.

Czyli mówimy o kwestiach psychologicznych?

Tak, chodzi o moje doświadczenia na korcie.

Zdarza ci się czytać komentarze w Internecie po swoich meczach?

Zdarza. Choć rzadko.

Więc może zauważyłeś, że jednym z powtarzających się często w tych komentarzach zarzutów jest to, że nie współpracujesz z psychologiem sportowym. Wiele osób sugeruje, że to też ma wpływ na twoje wyniki. Myślałeś o takiej współpracy?

Craig, czyli mój trener, bardzo mi pomaga w tych aspektach. Każdy tenisista ma inne potrzeby i inną osobowość. Niektórzy potrzebują sami dojść do pewnych rzeczy, aby to z nimi później zostało na przyszłość. Z Craigiem stale rozmawiamy, więc on cały czas wie, co się ze mną dzieje. Zna mnie już też bardzo dobrze. Spędziliśmy przecież ze sobą mnóstwo czasu i świetnie się dogadujemy.

Tego czasu pewnie było jeszcze więcej przez pandemię, co? Kilka miesięcy spędziłeś wtedy w jednym miejscu. Trudno było przejść od typowego życia tenisisty – wyjazdów na turnieje, podróży, ciągłej zmiany miejsca – do tego osiadłego trybu życia?

Tak, od marca przez cztery miesiące byłem na Florydzie. Tam trenowałem i przygotowywałem się do turniejów, których termin cały czas się przesuwał. Faktycznie, to było coś zupełnie innego. Od wielu lat nie spędziłem czterech miesięcy w jednym miejscu. Wcześniej cały czas podróżowałem, a tu nagle zostałem zamknięty na Florydzie na taki okres. Po jakimś czasie udało mi się jednak przystosować, choć nadal brakowało nam tych wyjazdów.

Jak się przystosowałeś?

Choćby tak, że trenowałem razem z kolegą, Oskarem Michałkiem, który uczęszcza do college’u. Przyjechał tam do mnie, dużo raźniej było ćwiczyć we dwójkę. Było też trochę innych osób – na przykład Marcelo Melo i Sascha Zverev. Jeżeli chodzi o wieczory, to często jeździliśmy do trenera. Mieszkała wtedy u niego zresztą cała rodzina. W domu było często ponad dziesięć osób, dobrze się tam bawiliśmy.

Pandemia jakoś na ciebie wpłynęła? Choćby pod tym względem, że w tym pierwszym okresie ty byłeś w Stanach, a rodzina w Polsce?

Wiadomo, że tęskniłem. Na początku nie było jednak możliwości powrotu do Polski. Świadomie zdecydowałem się zresztą zostać na Florydzie, bo miałem tam dobre warunki treningowe. Ale domu naprawdę mi brakowało.

Gdy w końcu trafiłeś do Polski, to na mistrzostwa kraju. Powiedz szczerze – faktycznie czekałeś na ten turniej, czy zagrałeś, bo wypadało?

Uwielbiam rywalizację, więc każda możliwość gry w turnieju mnie „rajcuje”. Dzięki temu miałem też okazję zmienić nawierzchnię i zagrać na mączce, co miało pomóc w późniejszych startach na ziemi. Zresztą rozegrałem potem na niej kilka dobrych meczów.

Hubert Hurkacz na mistrzostwach Polski. Fot. Hubert Hurkacz/Instagram

Jak wspominasz to przegrane spotkanie z Maksem Kaśnikowskim? Bo zrobiło się potem o nim naprawdę głośno. Maks szerszej publice nie był przecież w ogóle znany, a nagle pokonał gościa z szerokiej światowej czołówki.

Maks zagrał super spotkanie, więc po prostu ze mną wygrał. Szkoda, że nie pokazałem lepszego poziomu. Ale cóż, nawet takim meczem można się jakoś wspomóc.

Wspomniałeś o późniejszych spotkaniach na mączce, które poszły w miarę dobrze. Natomiast to był taki sezon, gdy często uciekały ci mecze, w których byłeś naprawdę bliski zwycięstwa – ledwie kilka gemów czy punktów od niego. Analizowaliście z trenerem przyczyny takiego stanu rzeczy?

Zabrakło mi pewnej mentalnej świeżości. Faktycznie, zdarzały się spotkania – choćby z Lorenzo Sonego [przegrana po dwóch tie-breakach – przyp. red.] – w których gdybym zagrał kilka piłek lepiej, to pewnie mógłbym wygrać. Po meczu z Sonego miałbym szansę zagrać z Novakiem Djokoviciem, a potem opcjonalnie z tenisistami, których już w tym roku pokonywałem. Tak naprawdę, zamiast przegrać w drugiej rundzie, mogłem nawet wygrać turniej. Ale czegoś zabrakło. Cieszę się z tego, że moja gra jest na wyższym poziomie, ale muszę dać sobie chwilę na to, by uzyskiwać lepsze wyniki.

Dodajmy, że Sonego potem łatwo Djokovicia ograł, bo ten – z różnych powodów – grał bardzo słabo. Masz takie poczucie, że uciekło w tym roku kilka fajnych szans? Oprócz meczu z Novakiem mogłeś też zagrać z Rogerem Federerem na Australian Open albo Rafą Nadalem w Rzymie. We wszystkich tych przypadkach się nie udało.

To już minęło, tego nie naprawię. Po prostu czerpię z tych meczów doświadczenie i czekam na kolejną szansę.

Naprawdę nie ma spotkania, którego szczególnie żałujesz w tym sezonie albo masz poczucie, że powinieneś był go wygrać?

Tych kilka ostatnich meczów w sezonie – one takie były. Począwszy od Rzymu, gdzie prowadziłem w trzecim secie z Diego Schwartzmanem, a ostatecznie przegrałem. Potem w kolejnych kilku meczach też zabrakło bardzo niewiele. Tego żałuję – że one nie potoczyły się po mojej myśli, że nie wyszły nieco lepiej. Bardzo mnie to jednak motywuje do jeszcze lepszej pracy i mądrzejszego trenowania. A co za tym idzie – skuteczniejszej gry w kolejnym sezonie.

Diego w tym sezonie i tak pokonałeś. W styczniowym ATP Cup.

Dokładnie. Więc tak naprawdę mój poziom gry nie odstaje od czołówki. Detale zadecydowały o tym, że na koniec sezonu znajduję się w tym miejscu, w którym się znajduję.

Swoją drogą dzięki temu, że Dominic Thiem wygrał US Open, to możesz powiedzieć, że ogrywałeś mistrza wielkoszlemowego i to w każdym waszym spotkaniu. Graliście dwa razy, w obu przypadkach wygrałeś.

W ogóle bardzo na tym US Open kibicowałem Dominicowi. Bo to super gość, czasem mamy okazję ze sobą trenować. Fajnie, że to on osiągnął taki sukces. Zresztą zajęło mu dobrych parę lat. Od dłuższego czasu jest już przecież w czołówce, a szlema wygrał dopiero teraz.

To też pokazuje, że bardzo różne są tenisowe drogi, co? Zresztą sam to czasem powtarzasz: że można wygrać szlema mając kilkanaście lat, a można też w wieku 27 lat jak Dominic, a nawet jeszcze później.

Dokładnie. Nie ma takiej samej ścieżki dla dwóch osób, każdy jest jakąś indywidualnością. Nie można patrzyć na siebie przez pryzmat innych zawodników. Niektórzy szybciej dojrzewają do lepszej gry i sukcesów, a niektórym potrzeba dłuższego czasu, żeby wejść na ten swój najwyższy poziom.

Tobie w takim razie brakuje jeszcze tej dojrzałości?

Trochę jeszcze tak, to na pewno. Trochę doświadczenia, trochę gry na najwyższym poziomie. To tak naprawdę dopiero mój drugi sezon w turniejach ATP. Na pewno był inny niż ten pierwszy. Jednak teraz wydaje mi się, że z kolejnym czy jeszcze następnym rokiem będę już na dużo wyższym poziomie. Również mentalnym.

Jakie osiągnięcie w takim razie zadowoli cię w tym kolejnym roku?

Tak naprawdę jeżeli nie wygram turnieju, to nie jestem z niego do końca zadowolony. Cieszę się z lepszych występów, ale jadę na turniej właśnie po to, żeby go wygrać.

Nawet jak to turniej wielkoszlemowy?

No… tak. Tym bardziej, że pokonywałem już zawodników, którzy wygrywali takie imprezy. Więc wierzę w to, ale wiem, że muszę się jeszcze bardzo poprawić, by móc walczyć o zwycięstwo w takich turniejach.

Hubert Hurkacz w Rzymie. Fot. Hubert Hurkacz/Instagram

Pozwolisz, że wrócę do komentarzy internautów. Bo w pewnym sensie wielu zwróciło uwagę na coś, co przeszkadza ci wygrywać spotkania, a co za tym idzie – turnieje. Mówiąc najprościej: często gdy idzie dobrze, to nagle się zacinasz. I na przykład po przełamaniu na swoją korzyść, od razu na powrót tracisz serwis. Z czego to wynika?

To może być kwestia pewności siebie, której w tym sezonie nie miałem zbyt dużo. Głównie z powodu tego, że po tej przymusowej przerwie nie udawało mi się wygrać kilku meczów z rzędu w jednym turnieju. Może za bardzo chciałem osiągać lepsze wyniki i to powodowało lekkie napięcie? Analizowaliśmy to z Craigiem i mam nadzieję, że w przyszłym sezonie wszystko będzie wyglądało lepiej. Zwłaszcza w ważnych momentach.

Czyli to takie błędne koło? Po kolejnych porażkach było ci jeszcze trudniej wygrać?

Na pewno nie było łatwiej. Wiele tych wspomnianych wcześniej meczów mogłem wygrać i mogłyby one dużo dać, jeśli chodzi o wynik sportowy. A wciąż, choć niewiele, to trochę brakowało.

Obok spadku pewności siebie rosła też frustracja? Wiem, że to był trudny sezon również z powodów zdrowotnych. W trakcie jednego z turniejów miałeś na przykład zrotowany krąg.

To na pewno nie pomagało. Wiadomo, że gorzej się gra, gdy fizycznie nie jest się w stuprocentowej dyspozycji. Z powodu tego kręgu nie mogłem nawet dobrze serwować. Cóż, takie rzeczy się zdarzają. Trzeba jak najlepiej dbać o własne ciało, żeby unikać urazów. Czasem było to pechowe, ale te problemy już minęły. Teraz jeszcze lepiej wiemy, na co zwrócić uwagę, jeśli chodzi o przygotowanie fizyczne. Będziemy nad tym pracować.

Ale to nie tylko przygotowanie, co? W niedawnym meczu z Roberto Bautistą-Agutem miałeś problemy z zatruciem i po dwóch długich setach, pełnych walki, w trzecim kompletnie zabrakło prądu.

Faktycznie – trochę pechowo się zatrułem. Nie miałem energii, cały dzień leżałem w łóżku. Starałem się odpowiednio podejść do tego meczu i jak najlepiej się przygotować – mentalnie oraz fizycznie. Od początku próbowałem skracać wymiany. Wiedziałem, że będę miał limitowaną ilość energii, więc chciałem ją jak najlepiej wykorzystać, żeby powalczyć o jakiekolwiek szanse.

O problemach z plecami wiedziało niewiele osób. Zatrucia można było się domyślić, bo z tego powodu wycofałeś się z następnego turnieju. Ale nie uważasz, że może lepiej byłoby o tym powiedzieć głośno albo na przykład napisać na Facebooku? Na pewno inne byłyby wtedy oceny kibiców, gdyby tylko o tym wiedzieli.

Mnie najbardziej zależy na tym, żeby jak najlepiej przygotowywać się do konkretnych spotkań. Nie chcę mieć żadnych wymówek. Jeżeli zdarzały się takie sytuacje, że bolały mnie plecy i nie byłem w stanie serwować, to jednak pomimo tego walczyłem na tyle, na ile mogłem, korzystając z tego, co miałem danego dnia do dyspozycji. Nie udawało mi się wygrywać meczów, ale nie ma co szukać wymówek. Urazy się zdarzają, oczywiście, ale nie czuję potrzeby tłumaczenia się z porażek.

To teraz muszę zapytać wręcz o coś odwrotnego: czy ty aby sam siebie nie traktujesz zbyt surowo?

To nie jest łatwy sport. Innym tenisistom też czasem coś dolega, a starają się te mecze wygrywać. W niektórych przypadkach jest to praktycznie niemożliwe, ale jak już wychodzi się na kort, to jest się tam tylko po to, żeby wygrać całe spotkanie. I robi się wszystko, żeby się to udało. A myślenie o tym, że coś boli czy czegoś nie może się robić, nie prowadzi do sukcesu. Po prostu.

Powiedziałeś, że „to nie jest łatwy sport”. Często w przypadku tenisa podkreśla się tę samotność na korcie. Czy ona się jeszcze spotęgowała teraz, w czasach pandemii, gdy w większości turnieju brakuje nawet kibiców?

Na pewno ten okres nie był tak łatwy, jak wtedy, gdy fani byli na trybunach i nas dopingowali. Tak, było jeszcze bardziej samotnie. Czasem naprawdę brakowało tego wsparcia. Brakowało też możliwości wydostania się z hotelu. Bo na turniejach spędzaliśmy czas albo na korcie, albo w pokoju. Czasami trudno jest się przez to zresetować się po meczu – nieudanym czy udanym – bo jednak cały czas jest się w tym samym miejscu.

Pamiętam te obrazki z US Open, gdzie wielu zawodników relaksowało się na trybunach, oglądając inne mecze, a kamery to pokazywały.

Na US Open było o tyle lepiej, że turniej odbywał się na dworze. A jako zawodnicy rozstawieni dodatkowo dostaliśmy dostęp do lóż VIP-ów, które są umieszczone na trybunach dookoła kortu. Tam mieliśmy swoje pokoje, w których mogliśmy się spokojnie relaksować przed meczami i po nich.

Jak przypominasz sobie teraz początek roku – na czele z ATP Cup, gdzie panuje przecież zupełnie inna atmosfera, gra się dla reprezentacji i fani żywiołowo dopingują – to wydaje się wręcz nierealne, że tak to wyglądało jakieś dziesięć miesięcy temu?

Pewnie nikt nie spodziewał się takiego obrotu spraw. Brakuje tego, co było na początku roku, to na pewno. Ale jesteśmy w sytuacji, w jakiej jesteśmy. Mam nadzieję, że ludzie będą dalej pozytywnie do tego podchodzić i sobie poradzimy.

Przywołałem ten ATP Cup też z innego powodu – żeby zapytać cię, czy to wtedy grałeś tak, jak chciałbyś się prezentować na korcie? Pokonałeś w nim przecież Bornę Coricia, Diego Schwartzmana i Dominica Thiema – wszyscy byli wyżej notowani.

ATP Cup był na pewno był z mojej strony bardzo dobrym turniejem, grałem tam świetne mecze. Sądziłem, że uda mi się to kontynuować w dalszej części sezonu. Ale jednak potem przyszła ta przymusowa przerwa w grze. Jak mówiłem: wydaje mi się, że zdecydowanie poprawiłem się, jeśli chodzi o umiejętności tenisowe, ale jednak czegoś brakowało, by odnosić zwycięstwa.

A pomagało wtedy też to, że grałeś dla kadry? O ile tenis często spycha te te rozgrywki reprezentacyjne nieco, to o tobie usłyszałem kiedyś, że „gra dla reprezentacji dodaje mu 200 procent do motywacji”.

Zdecydowanie. Niesamowicie było grać z całym teamem: Marcinem [Matkowskim, kapitanem kadry – przyp. red.], Łukaszem [Kubotem], Kamilem [Majchrzakiem], Wojtkiem [Markiem] i Kacprem [Żukiem]. Panowała świetna atmosfera, znakomicie się dogadywaliśmy. Gra dla reprezentacji razem z nimi była bardzo pozytywnym przeżyciem.

Hubert Hurkacz w Australii. Fot. Hubert Hurkacz/Instagram

W takim razie igrzyska w Tokio musiałeś mieć zaznaczone w kalendarzu jako jeden z najważniejszych turniejów w tym roku.

Tak, marzyłem o igrzyskach. Byłoby to dla mnie ogromne przeżycie, gdybym mógł tam powalczyć o medale. Naprawdę żałuję, że się nie odbyły i mam nadzieję, że w przyszłym roku będę mógł w nich zagrać.

Moment przełożenia igrzysk był w pewnym sensie szczególny? Nie dość, że dowiedziałeś się, że w tym roku na nich nie zagrasz, to jasno pokazywał przecież, że sytuacja związana z pandemią jest poważna. Przełożono przecież największą imprezę sportową na świecie.

Na pewno. Igrzyska pewnie odbędą bez kibiców, takie to czasy. Jeśli o mnie chodzi… to wiem, że w przyszłym roku będę grać w tenisa lepiej niż w tym sezonie. Więc na moje szanse wpłynęło to dobrze, ale jednak przełożenie takiej imprezy jest dużym wydarzeniem.

Czyli jednak trochę tej pewności siebie wciąż masz. Powiedziałeś właśnie, że w przyszłym roku na pewno będziesz grać lepiej. Nie „może” – „na pewno”!

Jeżeli chodzi o mojego tenisa, to cały czas się poprawiam. Pracuję, daję z siebie wszystko na treningach. Wiem, że to przyniesie rezultaty w przyszłości.

A jak to jest z opcjonalnym deblem na igrzyskach właśnie? W ATP Cup z Łukaszem Kubotem w parze nie poradziliście sobie zbyt dobrze, ale już ten wygrany turniej w Paryżu na nowo rozbudził nadzieje u kibiców. Nadal planujecie razem zagrać?

No jasne! Taki występ byłby dla mnie niesamowitą szansą. Łukasz jest fantastycznym człowiekiem, możliwość zagrania z nim debla na igrzyskach byłaby czymś wyjątkowym. No i na ten moment gram w debla zdecydowanie lepiej, niż wtedy, gdy występowaliśmy razem na początku roku.

Łukasz już się o tym przekonał. Właśnie w Paryżu, gdy on i Marcelo Melo z wami przegrali.

Tak, to był mega zacięty i trudny mecz. Rozstrzygnęliśmy go dopiero w super tie-breaku. Fajnie dla mnie, że się z nimi zmierzyliśmy i wygraliśmy. Łukasz gra niewiarygodnie w debla. Po meczu chwilkę pogadaliśmy. Pogratulował mi wtedy dobrej gry i życzył powodzenia w kolejnym meczu.

Skoro już jesteśmy przy innych postaciach z polskiego tenisa. Słyszałem, że jakiś czas temu wróżyłeś Idze Świątek dojście do tytułu wielkoszlemowego w dwa lata. I wróżba się spełniła.

To Łukasz tak mówił. Ale w Idze faktycznie było widać ten potencjał – to jak ona potrafiła grać już jakiś czas temu, było naprawdę niesamowite. Miała możliwości, żeby osiągnąć ten wynik, a to w jakim stylu to zrobiła, jest wręcz niewiarygodne. Niesamowicie się cieszę z jej sukcesu. Dużo to da polskiemu sportowi, dużo da tenisowi.

Myślisz, że to faktycznie jakoś ruszy do przodu polski tenis? Od razu po jej sukcesie pojawiły się głosy o budowie ośrodków, lepszym finansowaniu…

Myślę, że mogą się pojawić kolejne dzieciaki, którym ten sport będzie się podobał. Iga pokazała, że można osiągnąć niesamowite rzeczy nawet w takim wieku. Trzeba się tylko przyłożyć, trenować i wierzyć w swoje możliwości.

Już ustaliliśmy, że ty też się „przykładasz, trenujesz i wierzysz w swoje możliwości”. Zapytam więc o kolejny rok – pewnie nie stawiasz sobie żadnych celów rankingowych, więc zapytam nie o nie, a o to, czego od tego kolejnego sezonu oczekujesz?

Oczekuję od samego siebie, że będę przykładał się do gry i nauczę się wygrywać jeszcze więcej tych bliskich spotkań, na styku, o których mówiliśmy. Chcę grać jeszcze lepiej i mądrzej w kluczowych momentach.

Jak zawsze odpowiadasz niesamowicie spokojnie. Więc chciałem sięgnąć jeszcze raz do tego, co pisze się w Internecie. A tam można na przykład wyczytać zarzut, że często na korcie jesteś właśnie zbyt spokojny, że brakuje ci takiej „zadziory”. Jak sam to widzisz?

Czasami rzeczywiście mógłbym być bardziej ekspresywny. Jednak gdy wychodzę na kort, to walczę o każdą piłkę i staram się grać jak najlepiej. Jestem takim typem człowieka, który na korcie jest raczej spokojny. Myślę, że ten spokój może dać mi dużo więcej, niż sięganie po emocje w każdym punkcie. Tak naprawdę spokój może pomóc mi jeszcze przez wiele lat, w całej mojej karierze.

Rzucanie rakietami się jednak zdarzało. Choć żadnej nie zniszczyłeś.

Tak, czasami się zdarzało, niestety. W tych ostatnich turniejach, gdy nimi rzucałem, nie byłem zadowolony ze swojej dyspozycji i z tego, co prezentuję na korcie. Pewnie nie powinienem tak robić, ale cóż – zdarzyło się. Staram się nauczyć, żeby tego nie robić i być od razu gotowym na kolejny punkt.

A może trzeba było jednak jakąś zmienić w drzazgi? Wiele razy słyszałem tenisistów, którzy mówili, że to jednak pomaga.

Czasem tak faktycznie bywa. Pomaga się rozładować po nieudanych punktach, a potem podejść do kolejnych zagrań z większym spokojem.

Wiesz z autopsji? Rozwaliłeś w ogóle kiedyś jakąś rakietę?

Zdarzyło się. Ale już od dawna tego nie zrobiłem.

ROZMAWIAŁ
SEBASTIAN WARZECHA

Fot. Hubert Hurkacz/Instagram


Subskrybuj
Powiadom o
guest
4 komentarzy
Najstarsze
Najnowsze Najlepiej oceniane
Inline Feedbacks
Pokaż wszystkie komentarze
Adam Mazur
Adam Mazur
13 dni temu

Tak naprawdę, zamiast przegrać w drugiej rundzie, mogłem nawet wygrać turniej. Ale czegoś zabrakło.
Mnie też w życiu tak często się zdarza.

Kamil
Kamil
13 dni temu
Odpowiedz  Adam Mazur

W tej rozmowie wygląda, jak zupełnie inny zawodnik, a nie jak taki, który niezadowolony z kilku piłek przegrywa mecz. Jeszcze jakieś wstawki, o tym, że w podrzędnym turnieju coś wygrał, Ja widzę jedno, że ten chłopak nie ma psychiki i wiele nie osiągnie-Oczywiście chciałbym się mylić.

MGNS
MGNS
13 dni temu

“moja granie nie odstaje od czołówki” ….. on to powiedział ? chyba zwariował chłop

niewierze
niewierze
4 dni temu
Odpowiedz  MGNS

Widziałeś jakikolwiek jego mecz w tym roku?

Aktualności

Kalendarz imprez