Hiszpania za mocna. Koszykarzom pozostaje walka o 5. miejsce

Hiszpania za mocna. Koszykarzom pozostaje walka o 5. miejsce

Wiedzieliśmy, że ćwierćfinał to już nie przelewki, a mecz z drużyną ze ścisłego światowego topu. O skali trudności zadania, stojącego przed reprezentantami Polski, nikt nie musiał nas więc przekonywać. To właśnie dlatego – a także przez ich poprzednie występy – po dzisiejszej porażce nie mamy do nich pretensji. Wręcz przeciwnie, wciąż jesteśmy gotowi ich oklaskiwać.

Bo gdyby przed turniejem ktoś powiedział, że Polacy dojdą w nim aż do ćwierćfinału, zapewne uznano by go za szaleńca. Tym bardziej że drużyna bardzo słabo wypadła w większości meczów przygotowawczych. Wyglądało to wówczas tak, jakby kompletnie brakowało jej zgrania, które miało być przecież jej największym atutem. W Chinach wszystko jednak zaczęło się zazębiać. Na tyle, że nie tylko nie załamywaliśmy rąk przy występach biało-czerwonych, ale wręcz przeciwnie – co chwilę unosiliśmy je z radości po trafieniach naszych zawodników. Cztery zwycięstwa na inaugurację turnieju były wynikiem znakomitym, dużo lepszym niż mogliśmy przypuszczać. Bo kalkulowaliśmy raczej, że z Chinami przegramy, do drugiej rundy wejdziemy z pięcioma oczkami, a w niej już polegniemy. To był nasz plan minimum i równocześnie maksimum.

Mike Taylor, Mateusz Ponitka, A.J. Slaughter, Aaron Cel i cała reszta tych znakomitych facetów sprawili jednak, że ten plan trzeba było wyrzucić do kosza. Na jego miejscu pojawił się za to nowy, który – jak się okazało – zakładał dojście do ćwierćfinału, pozwalając nam ekscytować się fantastycznymi spotkaniami kadry. W ćwierćfinale jednak naprzeciwko stanęła Hiszpania, europejska potęga, jedna z najlepszych ekip na świecie. By ją pokonać trzeba było zagrać nie na 100, a na 200 procent możliwości. To dla wszystkich było jasne.

I znaleźlibyśmy w tym meczu momenty, gdy Polacy prezentowali się naprawdę świetnie. Kilka akcji poderwało nas zresztą z krzeseł i foteli. Choćby te, gdy znakomicie pod koszem radził sobie Michał Sokołowski. Albo gdy wspaniale kolegom asystował A.J. Slaughter, który – wbrew oczekiwaniom – na tym turnieju został klasowym rozgrywającym, a nie tylko gościem, którego na tę pozycję przesunięto wbrew jego woli i musi sobie jakoś radzić. Sęk w tym, że obok takich zagrań mnóstwo było tych, gdy piłkę w łatwy sposób oddawaliśmy. A Hiszpanie tego po prostu nie wybaczają.

Choć i oni byli dość nerwowi, potrafili popełnić błędy nawet z otwartych pozycji i bliskiej odległości. O linii rzutów za trzy punkty nie wspominając. Kilkukrotnie pozwolili nam zresztą zbliżyć się do siebie. W czwartej kwarcie w pewnym momencie traciliśmy już przecież zaledwie cztery punkty. Ale wtedy się budzili. I to najlepiej świadczy o ich klasie – kiedy tylko czuli zagrożenie, nagle podnosili swą grę o kilka poziomów. Ricky Rubio, Willy Hernangomez czy Rudy Fernandez po prostu włączali wówczas wyższy bieg i bezlitośnie nas punktowali. Jeden trójkami, drugi spod kosza, a trzeci z każdego miejsca, w którym akurat stał.

Na to nasi zawodnicy nic nie potrafili poradzić. Nawet odpowiedzieć po drugiej stronie boiska. Bo im bliżej było końca spotkania, tym większa nerwowość wkradała się w nasze poczynania. Zabrakło dziś też broni, która tak znakomicie funkcjonowała w meczu z Rosją – rzutów osobistych. Hiszpanie rzadko faulowali, szczególnie pod koszem. Przez to Polacy mieli mało okazji do tego, by w ten sposób odrabiać straty. Dopiero w końcówce, gdy wszystko było już rozstrzygnięte, rywale pozwolili nam kilka razy rzucać wolne. To już jednak niczego nie zmieniło.

Przegraliśmy 78:90.

To jednak nie koniec mistrzostw dla Polaków. Pozostały im jeszcze dwa mecze, które zadecydują o końcowej klasyfikacji turnieju. Wywalczyć możemy nawet piąte miejsce. I choć brzmi to jak gra o pietruszkę, okazać się może niezwykle cenne. Bo dwie najlepsze europejskie ekipy z mistrzostw zapewnią sobie bezpośredni awans na igrzyska olimpijskie, bez konieczności przebijania się przez turnieje kwalifikacyjne. W tej chwili już wiemy, że nie znajdziemy się przed Hiszpanami. Zostaje jedno miejsce. Swoje ćwierćfinały dopiero jutro rozegrają Czesi i Francuzi. Ci pierwsi grają z Australią, drudzy z USA. W obu przypadkach faworytami są ekipy spoza Starego Kontynentu. Może więc okazać się, że rywalizacja o piątą lokatę będzie równocześnie walką o przepustkę na igrzyska olimpijskie.

Pewni jesteśmy tu więc dwóch rzeczy. Po pierwsze, że jeśli tylko dostaną szansę, to nasi koszykarze powalczą o bilet do Tokio z całych sił i na maksymalnym zaangażowaniu. A po drugie, że po ich występach w Chinach cholernie chcielibyśmy ich zobaczyć za rok na igrzyskach. Zasłużyli sobie na to, by tam pojechać.

Fot. Newspix 


Aktualności

Kalendarz imprez