Halowe mistrzostwa Europy: Czas na medale. Polskie medale

Halowe mistrzostwa Europy: Czas na medale. Polskie medale

Wczoraj był – jak nazwali to sami organizatorzy – “dzień zero”. Dziś zaczynają się właściwe Halowe Mistrzostwa Europy w Lekkoatletyce Toruń 2021. Rozdane zostaną pierwsze medale, a Polska od razu może liczyć na co najmniej dwa krążki. Na tym się jednak nie skończy. W kolejnych dniach podiów powinno być jeszcze więcej. Na to zresztą liczymy.

Nawiązać do przeszłości

Dwa lata temu było siedem – pięć złotych i dwa srebrne – co dało zwycięstwo w klasyfikacji medalowej. Cztery lata temu dwanaście – z bilansem 7-2-3 – co też dało triumf i to absolutny (nikt nie miał nie tylko więcej złotych, ale też więcej medali w ogóle). Trzeba się cofnąć aż do 2015 roku, by odnaleźć Polskę nie na pierwszym miejscu klasyfikacji medalowe halowych mistrzostw Europy. Choć wtedy też było nieźle – zdobyliśmy osiem medali, ale tylko jedno złoto.

Nie dziwi, że w ostatnich latach regularnie porównywano naszą obecną kadrę do historycznego Wunderteamu, który medale zgarniał jak na zawołanie. Ta reprezentacja też to potrafi. Choć wszyscy jak mantrę powtarzają hasło, że “imprezą docelową są igrzyska olimpijskie” (a specjalizuje się w tym Marcin Lewandowski, który wczoraj powiedział to chyba każdemu, z kim rozmawiał), to jednak w hali – zwłaszcza, że mistrzostwa odbywają się przecież w Polsce – każdy chce się pokazać.

Choć o triumf w klasyfikacji medalowej nie będzie łatwo.

Nowa potęga?

Od czasu gdy Rosja w dużej mierze sama wykluczyła się z rywalizacji, na mistrzostwach Europy w lekkiej atletyce liczą się głównie Wielka Brytania i Polska, od czasu do czasu straszone przez Niemcy. Tak było w 2017 roku, tak wyglądało również dwa lata później, tak też wyglądało to w 2016 i 2018 roku na otwartym stadionie. Generalnie powtarzalność była tu spora. Ale właśnie – była.

Bo tej zimy do głosu doszedł inny kraj. Holandia, która zawsze rywalizowała na niezłym, ale nie wybitnym poziomie, nagle wspięła się na szczyty. Sportowcy z tego kraju dominują na hali w wielu konkurencjach, a najbardziej jaskrawym tego przykładem jest prawdopodobnie Femke Bol. W jej przypadku już bieg eliminacyjny pokazał, że lekkość wygrywania ma ogromną – na ostatnich pięćdziesięciu metrach biegła spokojnie, lekko, oglądając się tylko za plecy, czy ktoś jej przypadkiem nie wyprzedzi.

Nie wyprzedził nikt.

Fenomenalna młoda zawodniczka stała się symbolem znakomitej zimowej dyspozycji reprezentantów Holandii i główną kandydatką do złota na 400 metrów, gdzie rywalizować będzie zapewne między innymi z Justyną Święty-Ersetic.

Faworytką w naszej rywalizacji zdecydowanie jest Femke. Biega znakomicie. Ja spróbuję powalczyć – zapowiadała zawodniczka Grupy Sportowej ORLEN po swoim, również wygranym, starcie w eliminacjach. Bieg na 400 metrów kobiet to więc jedna z tych konkurencji, w których finał na pewno powinien nas elektryzować i zapewnić sporą dawkę emocji.

Zresztą, choć mogłoby się wydawać, że będzie inaczej, warunki na hali też temu sprzyjają.

Atmosfera? Jest!

I nie chodzi nam tu tylko o bieżnię, o której często się mówi, że jest naprawdę szybka. W tym sezonie sportowcy regularnie pytani są o brak fanów na trybunach. Odpowiedzi? Wiadomo, typowe. “Szkoda, że nie ma tego dopingu”, “Fani potrafią ponieść”, “Na pewno lepiej rywalizowałoby się z kibicami”. Już po dzisiejszym biegu Justyna Święty-Ersetic mówiła w kuluarach, że wraz z Angeliką Cichocką wspominały halowe mistrzostwa świata w Sopocie w 2014 roku i to, jak tam niosła je publika.

SPONSOREM POLSKIEJ LEKKIEJ ATLETYKI JEST PKN ORLEN

Temu, że ten brak może doskwierać, nikt więc nie ma zamiaru zaprzeczać. Ale tę lukę w Toruniu udało się zapełnić najprostszym wręcz sposobem – na obiekcie jest głośno. To leci muzyka (didżej ma zresztą naprawdę niezły gust), o której Michał Haratyk mówił, że zagłusza niemal wszystko, to z głośników puszczane są nagrane odgłosy trybun, to gada spiker. Niemal cały czas coś słychać.

Gdy więc trafia się chwila ciszy, choćby przed startem eliminacyjnego biegu na 400 metrów, naprawdę da się odczuć towarzyszące tej rywalizacji napięcie. W takim momencie nagle uświadamiasz sobie, że łapie, porywa cię ta atmosfera. Szybko się w to wczuwasz, obserwujesz w napięciu – zwłaszcza, gdy startują Polacy, a z boku trybun jeszcze któryś z trenerów zachęca swoją zawodniczkę czy zawodnika krzykami. Odzywa się w tobie kibic.

Wczoraj – w tym rozgrzewkowym, zerowym dniu – momentem, gdy dało się to odczuć najbardziej, był eliminacyjny bieg Michała Rozmysa. Polak potknął się lekko na niespełna pół okrążenia przed końcem, musiał zwolnić i nadrabiać straty szybkim finiszem. Wtedy okazało się, że nawet ten mechaniczny doping może dodać takiej sytuacji emocji, jeśli tylko okoliczności rywalizacji temu sprzyjają.

Zresztą, kibice w pewnym sensie… są. Raz, że zawodnicy i zawodniczki wzajemnie się wspierają i zachęcają oklaskami czy okrzykami do rywalizacji, a część z nich dba też o atmosferę – taki Gianmarco Tamberi, jedna z europejskich gwiazd skoku wzwyż, potrafił wczoraj chwycić kamerę i zabawić się w operatora, filmując oficjalną maskotkę mistrzostw.

Druga rzecz – na jednej z trybun siedzą ci sportowcy, którzy akurat nie rywalizują, a wraz z nimi członkowie sztabów czy inni oficjele. Część okazała się zresztą przewidująca, zgarnęła flagi i wywiesiła na barierkach. Jasne, może to nie ultrasi i nie zorganizowany doping, ale i tak jest nieźle, bo od razu dodaje to imprezie pewnego kolorytu.

W chwili pisania tego tekstu wywieszone są na przykład barwy Chorwacji, Szwajcarii, Belgii czy Hiszpanii. A, podkreślmy, trwają przecież tylko eliminacje. Pierwsze finały dopiero wieczorem, flag powinno do tego czasu wyłącznie przybyć. I wtedy być może okaże się, że niepotrzebne są nawet nagrania. Bo skoro nawet w tej chwili przebijają się pojedyncze oklaski czy okrzyki, to w trakcie walki o medale powinny być już znacznie częstsze.

Dziś dwa, potem więcej? 

A skoro o medalach, to podkreślmy, że już dziś rozdanych zostanie sześć kompletów. Polscy fani zwrócić uwagę powinni na dwie konkurencje – bieg na 1500 metrów i pchnięcie kulą mężczyzn. W tej pierwszej pobiegną obaj wspomniani już goście – Marcin Lewandowski i Michał Rozmys. “Lewy” w mixed zonie mówił wczoraj, że kluczem jest teraz dla niego regeneracja, bo swoje lata ma. A rywalizować będzie przecież z młodymi, głodnymi sukcesów facetami. Dlatego odbębnił tylko kilka rozmów, a potem poszedł odpoczywać.

Zresztą, jak wspominał, robił to już w pewnym sensie trakcie biegu. – Zawsze myśli się o tym, jak zaoszczędzić energię. Tu nawet bardziej, bo w planie mam cztery biegi w ciągu czterech dni. Bieg poszedł zgodnie z moim planem. Im równiejsze tempo, tym więcej energii się zaoszczędzi. Tu udało mi się biec równym tempem przez 1000 metrów, potem przyśpieszyłem. Wiele lat biegania w hali i na stadionie nauczyło mnie, jak to robić – mówił.

Odpocząć, jak już wspomniano, na bieżni nie mógł Michał Rozmys, którego start z pewnością nie potoczył się zgodnie z planem. – Bieg kosztował mnie dużo energii i był testem cierpliwości. Może nałożyłem na siebie zbyt dużo presji. Sporo było przepychania, mieszania się, ale udało mi się przejść na czoło w końcówce. Wiem, że wielu najlepszych biegaczy odpuściło sezon halowy, ale ja zdecydowałem się obrać taką ścieżkę na igrzyska – opowiadał.

Z tej dwójki to Lewandowski jest zdecydowanym faworytem do medalu. Niekoniecznie złotego, trudno będzie mu o obronę tytułu sprzed dwóch lat, bo fantastycznie biega tej zimy Jakob Ingebrigtsen.

O krążek w piątek ma też powalczyć Michał Haratyk, inny mistrz z ostatnich HME. Właściwie tylko kataklizm mógłby mu odebrać medal, szczególnie, że Polak jest w formie, co pokazał i w Toruniu – jako pierwszy zawodnik w eliminacjach pchnął ponad minimum kwalifikacyjne i spokojnie mógł już myśleć o wieczornym finale.

– Moja pierwsza próba ustawiła mnie w dobrym miejscu do kwalifikacji, a w drugiej pchnąłem akurat tak, jak było trzeba. Finał to zawsze inna rywalizacja, każdy będzie miał sześć prób. Przed zawodami nie byłem całkowicie pewien swoich możliwości, ale gdy wszedłem do koła, poczułem ten właściwy rodzaj stresu. Do koła muszę się zresztą przyzwyczaić, bo jest trochę inne – mówił Michał po eliminacjach. Dodawał jednak, że ogółem czuje się dobrze. Więc można liczyć, że nie tylko pchnie na medal, ale że ten medal będzie złotego koloru.

Polskie szanse medalowe na Halowych Mistrzostwach Europy. Kto może powalczyć o podium?

To jednak ma być tylko początek. W sobotę swój krążek może dorzucić choćby Justyna Święty-Ersetic, a mówi się, że i Remigiusz Olszewski jest w stanie pokusić się o podium biegu na 60 metrów. W niedzielę – gdy finał dosłownie pogania finał – liczyć można na krążki w skoku o tyczce (Piotr Lisek), biegu na 3000 metrów (Lewandowski, Rozmys), biegach na 800 metrów (Adam Kszczot, Joanna Jóźwik, Angelika Cichocka) czy w sztafetach 4×400. Odpadła nam niestety szansa na inny krążek – Ewa Swoboda przedwczoraj miała pozytywny wynik dwóch testów na koronawirusa i nie będzie miała nawet szansy obronić tytułu mistrzyni Europy.

Mimo tego to i tak powinny być dla nas naprawdę udane mistrzostwa. I tego się trzymajmy. Oby jedynymi wspomnieniami związanymi z czymś negatywnym były dla nas po tych mistrzostwach te, które trzeba było otrzymać na wejściu do hali – z wymazu.

Z TORUNIA
SEBASTIAN WARZECHA

Fot. Newspix

Subskrybuj
Powiadom o
guest
0 komentarzy
Inline Feedbacks
Pokaż wszystkie komentarze

Aktualności

Kalendarz imprez