Halo? Tu hala! Podsumowanie zimy

Halo? Tu hala! Podsumowanie zimy

Zima po raz kolejny nie zaskoczyła polskich lekkoatletów. Biało-czerwoni prezentowali się pod dachem dobrze, bardzo dobrze, albo fenomenalnie niejednokrotnie przewodząc listom światowym. Puentą krótkiego choć intensywnego sezonu halowego były mistrzostwa Europy w Glasgow, które nasi reprezentanci zakończyli jako zwycięzcy klasyfikacji medalowej. Szkocja, to kolejne podbite przez Polaków ziemie na lekkoatletycznej mapie Europy.

Klasyfikację medalową dużych imprez wygrywaliśmy w ostatnim czasie również w serbskim Belgradzie (2017) i holenderskim Amsterdamie (2016). Zwycięski trend został zatem podtrzymany. Duża w tym zasługa naszych największych gwiazd, których złote medale zdecydowały o końcowym triumfie. W klasyfikacji punktowej biorącej pod uwagę nie tylko dorobek medalowy, ale też miejsca 4-8, znacząco ulegliśmy reprezentantom Wielkiej Brytanii (122,5 pkt do 72 pkt).

 

Swoboda. Nazwisko, które Ewie pasuje.

 

Nasza największa nadzieja krótkiego sprintu rozpoczęła sezon w nadreńskim Karlsruhe 2 lutego. Polka pojawiła się już w pierwszym z dwóch biegów eliminacyjnych na dystansie 60 metrów. Pojawiła się, a chwilę później objawiła i przypomniała wątpiącym swoje niesamowite umiejętności. Jeszcze do dwudziestego metra rywalki były w stanie dotrzymać kroku Swobodzie. W drugiej części dystansu reprezentantka AZS-AWF Katowice odjechała koleżankom na całego. 7.08 s. – najlepszy wynik na świecie i bezapelacyjne zwycięstwo. Ewa zdążyła już zdjąć kolce i udzielić trzech wywiadów, a pozostałe zawodniczki dopiero dobiegały do mety (7,24s drugiej Rebekki Haase). W finale miało być trudniej, ponieważ do gry weszła Dafne Schippers (rekord życiowy: 7.00). Ewa Swoboda zrobiła jednak z holenderską rywalką dokładnie to samo co dzieci robią z puzzlami. Poskładała. 7,10 Polki i raptem 7,19 Schippers. Prawdziwy sprinterski nokaut.

 

Jeśli Swoboda zaczyna sezon od wyniku 7,08 w biegu eliminacyjnym to na czym skończy? Głowili się eksperci i kibice. Skończyło się passą jedenastu zwycięskich biegów z rzędu, którą przerwała dopiero Marie-Josée Ta Lou w Dusseldorfie (22 lutego) biegnąc sześćdziesiątkę w 7,02 i odbierając naszej reprezentantce przewodnictwo na listach światowych. Zwyciężczynią całego cyklu IAAF Indoor Tour została jednak Ewa Swoboda zostawiając za plecami wspomnianą Ta Lou, ale także Schippers, Ahye, czy Thompson (warto zaznaczyć, że wszystkie wymienione zawodniczki biegają 100 m poniżej 11 sekund).

 

Prawdziwą próbą ognia dla wychowanki UKS Czwórka Żory miały być jednak halowe mistrzostwa Europy w Glasgow (1-3 marca). Sprint to walka z czasem, ale też z presją. Wystarczy jeden błąd podczas przyjmowania pozycji startowej, zachwianie równowagi, falstart i do widzenia. Nikogo z komisji sędziowskiej nie będzie interesował udany sezon i medalowe aspiracje.

 

Swoboda wystąpiła w drugim z sześciu biegów eliminacyjnych i zafundowała publiczności powtórkę z inauguracyjnego mitingu w Karlsruhe. 7,14s i mimo że najgroźniejsze rywalki uzyskały najlepsze wyniki w sezonie przewaga Polki nad kolejną zawodniczką przekroczyła 1 dziesiątą sekundy. W biegu półfinałowym w szranki z naszą reprezentantką stanęła Mujinga Kambudji, jedna z głównych kandydatek do złotego medalu. Reprezentantka Szwajcarii podczas mistrzostw swojego kraju wyrównała najlepszy tegoroczny rezultat Swobody – 7,08s. Nic zatem dziwnego, że wszyscy spodziewali się wyrównanego pojedynku. Nic takiego ostatecznie nie miało miejsca. Polka nie pozostawiła Helwetce złudzeń przecinając linię mety 11 setnych sekundy szybciej.

 

Bieg finałowy był bardzo wyrównany. Ale jedynie na pozycjach 2-5, które oddzieliły zaledwie 2 setne części sekundy. Na pierwszym miejscu niezagrożona finiszowała Ewa Swoboda zdobywając złoto dla Polski i potwierdzając, że problemy mentalne to już przeszłość. Jeśli w poprzednich sezonach presja potrafiła przygnieść podopieczną Iwony Krupy, to tegorocznej zimy nie stanowiła najmniejszego problemu.

 

Krótki sprint to specyficzna konkurencja. Trzeba sprzedać siłę i dynamikę w nominale o nazwie – luz. Im mocniej się napinasz tym trudniej wejść na odpowiednie obroty. Ewa Swoboda w swoim biegowym kroku luz i swobodę miała od dawna, do pełni szczęścia brakowało jednak chłodnej głowy. Tej zimy nasza sprinterka dostroiła mental do doskonałej formy fizycznej w sposób, w jaki stroił gitary Jimmy Hendrix. Perfekcyjnie.

 

Pan biegacz Lewandowski.

 

Wpisując w dowolną wyszukiwarkę hasło „Lewandowski”, otrzymamy długą listę linków informujących o sukcesach i życiu “pana piłkarza” Roberta Lewandowskiego. Jeśli natomiast  zapytamy wyszukiwarkę o hasło – profesor bieżni, wyskoczy… Adam Kszczot. Tej zimy Google powinno zmienić algorytmy, ponieważ życiową formę prezentował nie Robert, a Marcin Lewandowski „profesor bieżni”, a przede wszystkim – stary lis.

 

Reprezentant bydgoskiego Zawiszy formę do zimowych startów szlifował daleko od domu. Pierwsze zgrupowanie miało bowiem miejsce w Nowej Zelandii (przełom listopada i grudnia), drugie w kenijskim Iten (do końca stycznia). Na efekty obozów nie trzeba było długo czekać. 6 lutego podczas mitingu Orlen Copernicus Cup w Toruniu w obecności licznie zgromadzonej polskiej publiczności Lewandowski pobił własny halowy rekord Polski na 1500 m. Zegar zatrzymał się na wyniku 3:36,50!

 

Marcin Lewandowski nie należy do sportowców, którzy krygują się ze swoimi opiniami. Kipyegona Betta i innych dopingowiczów nazywa frajerami, kibiców dopytywał, czy w związku z lekkoatletycznymi mistrzostwami Europy też zawieszą flagi na autach tak jak robili kiedy piłkarze walczyli na Euro 2016 czy mundialu. Przed mityngiem w Toruniu czuł, że jest w formie, bez skrępowania informował, że zamierza pobić rekord Polski. I pobił! A tydzień później w irlandzkim Athlone dopisał do CV halowy rekord kraju na milę (3:56.41).

 

W Glasgow Marcin Lewandowski bronił honoru polskiego średniego dystansu. Pod nieobecność Adama Kszczota, który rozpoczął już misję Tokio 2020 i postanowił zrezygnować ze startów halowych, oraz wobec nieudanych startów Borkowskiego i Rozmysa na 800 metrów, Lewandowski był naszą jedyną nadzieją na męski średniodystansowy medal. Biegacz poradził sobie zarówno z presją jak i z norweskim rywalem, pozostawiając na ostatnim okrążeniu w tyle najmłodszego z braci Ingebrigtsen, Jakoba. Pojedynek polsko-norweski reklamowany był w mediach jako rywalizacja młodego wilczka ze starym lisem. W świecie natury to lis stałby się obiadem dla wilka. Marcin Lewandowski zachwiał jednak ekosystemem konsumując przeciwnika na ostatnim okrążeniu wybieganym w zabójcze 26.24! Nawet nie znając norweskiego można było odczytać z twarzy Ingebrigtsena co myślał na ostatniej prostej. „Nie ma siły na Polaka!” – ten charakterystyczny grymas uchwycony przez telewizyjne kamery nie mógł oznaczać nic innego.

 

Dwie historie.

 

Jest Michał Ha., który kulą daleko pcha, oraz Iga Be-Wu., która gna ile tchu. Pani Iga rozpoczyna swoje halowe zmagania od rekordu życiowego i najlepszego wyniku na świecie (52,13). Pan Michał w pierwszym kontrolnym starcie w Spale (20.01) oddaje sześć spalonych prób kończąc zawody na ostatniej pozycji. Pani Iga na oczach polskiej publiczności podczas mitingu Orlen Copernicus Cup w Toruniu (6 lutego) poprawia osiągnięty zaledwie trzy dni wcześniej rekord. Nowa życiówka to spektakularne 51,91. Kulomiot również postanawia pokazać się polskim fanom biorąc udział w innym prestiżowym mitingu w kraju nad Wisłą – Orlen Cup w Łodzi (4 lutego). Pan Michał nie zalicza jednak żadnej próby i po trzech nieudanych pchnięciach żegna się z konkursem. Kulomiot i sprinterka w dniach 1-3 marca startują w halowych mistrzostwach Europy w Glasgow. Zagadka. Kto z nich zaprezentuje się z lepszej strony?

 

Dziś jesteśmy mądrzy i wiemy doskonale, że to właśnie Michał Haratyk został halowym mistrzem Europy w Glasgow, natomiast Iga Baumgart-Witan odpadła już w biegu półfinałowym z rozczarowującym czasem. Choć to reprezentantka BKS Bydgoszcz przez cały sezon zimowy błyszczała w lekkoatletycznych halach, a kulomiot przez miesiąc nie mógł zbliżyć się do swojego rekordu życiowego bardziej niż na metr, finalnie to właśnie zawodnik Sprintu Bielsko-Biała pokazał się z lepszej strony podczas docelowego startu.

 

21,65 m w pierwszej próbie i Haratyk zgasił światło rywalom. Zaledwie 53,83 w biegu półfinałowym Igi Baumgart-Witan i koniec snów o jakimkolwiek indywidualnym medalu liderki europejskich list.

 

Piotr i Paweł.

 

Takich dwóch jak nas trzech to nie ma ani jednego. Podobne hasło mogli przez dłuższą chwilę głosić o sobie nasi czołowi tyczkarze, ponieważ do Piotra Liska i Pawła Wojciechowskiego dołączył prezentujący znakomitą formę Robert Sobera. 5,70 m uzyskane przez zawodnika AZS-AWF Wrocław podczas mitingu Orlen Cup w Łodzi to jego najlepszy wynik od blisko trzech lat. Same mistrzostwa Europy nie były już tak udane dla powracającego po kontuzjach Polaka, ale z pewnością Sobera dał zimą sygnał, że jeszcze nie zamierza odkładać tyczki na stojaki.

 

Piotr Lisek zaczął sezon od zupełnie nieudanego konkursu w niemieckim Merzig (12 stycznia). W rozgrywanych w niecodziennym anturażu namiotu cyrkowego zawodach Polak odpadł już na poziomie 5,31 m. O tym, że był to tylko wypadek przy pracy kibice mogli przekonać się niespełna trzy tygodnie później podczas mitingu w Cottbus (30 stycznia), gdzie reprezentant OSOT Szczecin wygrał pokonując 5,85 m i tym samym stając się liderem list światowych. Obrońca tytułu halowego mistrza Europy z Belgradu przez cały sezon przygotowujący do tegorocznego czempionatu prezentował bardzo dobrą równą formę. 5,76 m w Berlinie (1 lutego), 5,80 m w Łodzi trzy dni później, czy w końcu 5,83 m podczas halowych mistrzostw Polski w Toruniu (17 lutego) i 5,93 m na tydzień przed mistrzostwami Europy uzyskane we francuskim Clermont Ferrand (24 lutego) – tak dobra passa mogła budować morale szczecinianina przed docelowym startem w Szkocji. Lisek przez blisko dwa miesiące toczył korespondencyjny pojedynek o tytuł lidera list światowych z Samem Kendricksem, Armandem Duplantisem, czy Renaudem Lavillenie. Pojedynek zakończył się pierwszym miejscem ex aequo z Amerykaninem.

 

Droga do HME w Glasgow Pawła Wojciechowskiego wyglądała podobnie do szlaku jaki przemierzył jego największy rywal na krajowym podwórku. Ścieżki obu zawodników przecinały się podczas mitingów w Cottbus, Berlinie, Łodzi, Toruniu, Szczecinie, oraz Clermont Ferrand. Podopieczny trenera Wiesława Czapiewskiego również prezentował równy wysoki poziom, choć nie uniknął dołka formy. Najpierw podczas toruńskiego Orlen Copernicus Cup nie zaliczył żadnej wysokości, a tydzień później podczas II Szczecińskiego Mityngu Skoku o Tyczce (12 lutego) zakończył zawody z kiepskim 5,46 m. Im bliżej mistrzostw tym jednak dyspozycja mistrza świata z Daegu 2011 zaczęła się stabilizować. Potwierdził to ostatni sprawdzian przed Glasgow, czyli miting w Clermont Ferrand i uzyskane we Francji 5,80 m.

 

W szkockich eliminacjach do finałowego konkursu skoku o tyczce z dużo lepszej strony pokazał się Piotr Lisek. W pierwszej próbie skoczył 5,70 m i mógł ze spokojem oglądać jak zaprezentują się rywale. Paweł Wojciechowski zaliczył skromne 5,60 m i do finału awansował z ostatnim rezultatem dzieląc zaszczytne ostatnie kwalifikujące miejsce z Grekiem Konstantinosem Filippidisem.

 

Na liście startowej tegorocznych halowych mistrzostw zabrakło medalistów z berlińskiego czempionatu pod gołym niebem. Bez Duplantisa, Timura Morgunowa i Lavillenie otwierała się dla Polaków szansa zdobycia więcej niż jednego krążka. Tak też się stało, choć końcowe rozstrzygnięcie z pewnością było dla wielu obserwatorów sporym zaskoczeniem.

 

Paweł Wojciechowski to absolutny Mr Last Chance. Kiedy już nie można się pomylić, gdy pozostała ostatnia próba, od której zależy być albo nie być – on skacze bezbłędnie. Dramaturgia, którą stworzył Wojciechowski w Glasgow powtarza się regularnie. Scenariusz powtórzył się nie po raz pierwszy. Męczarnie na niższych wysokościach: 5,65 m pokonane dopiero w trzeciej próbie, 5,85 m po pierwszym strąceniu przełożone na 5,90 m i… zrzutka. Zostaje ostatnia szansa. Skacze! Wygrywa! My już to  znamy, ponieważ podobnie było w Belgradzie (2017), Zurychu (2014) czy Daegu (2011). I właśnie Daegu jest wydarzeniem szczególnie wartym przypomnienia przy okazji tegorocznego triumfu tyczkarza Zawiszy Bydgoszcz, ponieważ po blisko ośmiu latach od zwycięstwa na mundialu w Korei Południowej Wojciechowski powrócił na najwyższy stopień imprezy mistrzowskiej.

 

Piotr Lisek zakończył zawody ze srebrnym medalem. 5,85 m ujmy nie przynosi. Tego dnia jego reprezentacyjny kolega był zwyczajnie lepszy. Rywalizacja obu panów w sezonie letnim zapowiada się pasjonująco.

 

Sofia vs Laura.

 

Sofia Ennaoui przywitała się z bieżnią a zarazem polskimi kibicami 6 lutego podczas Orlen Copernicus Cup w Toruniu startując na dystansie 800m. Powiedziała sympatykom i rywalkom „witam” w pięknym stylu poprawiając rekord życiowy na dystansie czterech halowych okrążeń o ponad trzy sekundy (2:00.40!). Był to o tyle wartościowy rezultat, że zawodniczka traktuje 1500 metrów jako swój koronny dystans a 800 m jedynie jako narzędzie do szlifowania prędkości. Tymczasem 2:00,40 to czwarty wynik w historii polskiej lekkoatletyki i zarazem minimum na HME w Glasgow wypełnione w cuglach (2:03.00).

 

Już dwa dni później Ennaoui miała okazję aby zmierzyć się ze swoim ulubionym „półtorakiem” zwyciężając w mitingu w Madrycie z czasem 4:08.31. Wynik dał reprezentantce AZS UMCS Lublin minimum na halowe mistrzostwa Europy (4:12.00), ale jednocześnie nie był jej ostatnim słowem jeśli chodzi o rekordy życiowe w tym sezonie.

 

12 lutego w czeskiej Ostrawie nasza drobna biegaczka rozprawiła się z dystansem niepełnej mili w 4:05,22, co stanowiło nie tylko nową życiówkę, ale jednocześnie drugi wynik w historii polskiej LA. Szybciej 1500 m w hali biegała tylko słynna Lidia Chojecka. W tamtym momencie Polka zajmowała trzecie miejsce na listach światowych ustępując jedynie Etiopce Genzebie Dibabie i Niemce Konstanze Klosterhalfen. Etiopka – jak nietrudno się domyślić – nie planowała startu w Glasgow, natomiast Niemka szykowała się na 3000 metrów. Naszej zawodniczce w walce o triumf w Szkocji mogła za to przeszkodzić piekielnie szybka reprezentantka gospodarzy Laura Muir.

 

Muir postanowiła zagrać w Glasgow o pełną pulę, czyli dwa złote medale – na 3000 m i 1500 m. Najpierw 1 marca odprawiła z kwitkiem Klosterhalfen w biegu na 15 okrążeń, a dwa dni później w podobnym stylu odczepiła wagonik z napisem Ennaoui biegnąc ostatnie 400 m w kosmiczne 57 sekund. Nasza reprezentantka stoczyła natomiast pojedynek na śmierć i życie z Irlandką Ciarą Mageean, z którego wyszła zwycięsko dosłownie na ostatnich dwóch krokach. Drugie srebro mistrzostw Europy stało się faktem. Po niedawnym sukcesie w Berlinie, Ennaoui znowu jest wicemistrzynią Starego Kontynentu. Tym razem w hali.

 

3 marca – dzień kobiet.

 

Nie tylko Iga Baumgart-Witan mogła czuć się rozczarowana startem indywidualnym. Ostatnie miejsce w finałowym wyścigu mistrzyni Europy z Berlina Justyny Święty-Ersetic również nie mogło jej dać szczególnej satysfakcji. Na szczęście na sam koniec mistrzostw przewidziano jeszcze bieg damskiej sztafety 4×400 m. Nasze sprinterki miały więc okazję, aby odkuć się za niepowodzenia indywidualne. Późnym wieczorem w niedzielę 3 marca Polki wykorzystały tę szansę w stu procentach od początku nadając ton całej rywalizacji. 3:28,77 uzyskane przez nasze reprezentantki w składzie: Anna Kiełbasińska, Iga Baumgart-Witan, Małgorzata Hołub-Kowalik i Justyna Święty-Ersetic przyniosło nie tylko zwycięstwo paniom, ale też piąty złoty medal dla Polski i wiktorię w klasyfikacji medalowej HME.

 

Polki przyjechały do Glasgow jako obrończynie tytułu mistrzowskiego z Belgradu 2017 oraz wicemistrzynie świata z Birmingham 2018 i pokazały, że damskie 4×400 m wciąż jest polską domeną. Co prawda nie udało się pobić rekordu kraju z zeszłorocznych HMŚ (3:26.09), ale o przyszłość naszej sztafety nie powinniśmy się martwić.

 

Na uwagę zasługuje zwłaszcza doskonała dyspozycja Anny Kiełbasińskiej, sprinterki, która na 400 m startuje regularnie dopiero od roku. Wcześniej reprezentantkę SKLA Sopot kibice widywali w blokach do startów na 100 i 200 m na stadionie, oraz 60 m w hali. Wydłużanie głównego dystansu zawodniczki przebiega niezwykle skutecznie. Już w poprzednim sezonie letnim Kiełbasińska pokonała dystans jednego okrążenia w 52,13, a tej zimy ustaliła swoją halową życiówkę na poziomie 52,32.

 

Wypunktowani.

 

Aby stwierdzić kto wygrał zawody lekkoatletyczne posługujemy się klasyfikacją medalową. Jest ona jednak o tyle nieobiektywna, że kluczowe są jedynie złote medale. Można mieć zatem w teamie pod tytułem „Jamajka” Usaina Bolta, który wygrywa 100 m, 200 m, a potem dokłada trzecie złoto w sztafecie 4×100 m i zdominować klasyfikację medalową. Można być natomiast drużyną, który ma w szeregach dwóch doskonałych skoczków w dal, dwie świetne skoczkinie wzwyż, kilku fenomenalnych płotkarzy, dyskobola i wieloboistę, zdobyć łącznie 12 medali, a przegrać całą klasyfikację z trzema złotami jednego Bolta. Chcąc zatem poznać prawdziwą siłę lekkoatletycznej reprezentacji warto patrzeć na bardziej miarodajną klasyfikację punktową, która poza liczbą złotych krążków, bierze również pod uwagę to jak prezentowali się zawodnicy na pozycjach 2-8.

 

Od kilku już lat przy okazji mistrzostw globu i Starego Kontynentu zarówno na stadionie jak i w hali Polacy grają nieco na nosie swoim rywalom z Wielkiej Brytanii i Niemiec. W Amsterdamie podczas ME 2016 wygrywaliśmy klasyfikację medalową jednocześnie wyraźnie przegrywając pod względem dorobku punktowego zarówno z reprezentacją wyspiarzy, jak i naszych zachodnich sąsiadów. Rok temu zimą podczas halowych MŚ w Birmingham zostaliśmy trzecią drużyną świata i zarazem najlepszym teamem rodem z Europy. Przeważył o tym jeden srebrny medal więcej niż wywalczyła Wielka Brytania. W klasyfikacji punktowej przegraliśmy już z ekipą Zjednoczonego Królestwa wyraźnie (67:50). W marcu w Glasgow znowu o naszym sukcesie w klasyfikacji medalowej HME przeważył jeden krążek. W  punktach natomiast zostaliśmy wręcz zdeklasowani przez lekkoatletów z Wielkiej Brytanii (122,5:72). Niewiele zabrakło by spaść z podium najlepiej punktujących, ponieważ czwarta Hiszpania zgromadziła zaledwie trzy punkty mniej. Nawet w tak bardzo dobrze wspominanym Belgradzie sprzed dwóch lat, kiedy nasza reprezentacja zdobyła łącznie dwanaście medali, w tym aż siedem złotych zdołaliśmy w klasyfikacji punktowej jedynie zrównać się z wyspiarzami (103:103).

 

Polska lekkoatletyka od kilku już sezonów jest jedną z trzech najmocniejszych w Europie. Pod tym względem nie można mieć cienia wątpliwości. Mówienie jednak o potędze, czy dominacji jeśli przejrzymy tabele punktowe musi natomiast wynikać co najwyżej z emocji i dobrych życzeń niż zdrowego rozsądku. Siłą polskiej lekkoatletyki są przede wszystkim gwiazdy dostarczające medali, zwłaszcza medali z najcenniejszego kruszcu. W drugim szeregu sytuacja wygląda natomiast gorzej. Podczas halowych mistrzostw Europy w Glasgow nie tylko zabrakło naszych zawodników wśród finalistów wielu konkurencji (60 m przez płotki kobiet i mężczyzn, 60 m mężczyzn, 400 m mężczyzn, 800 m mężczyzn) ale jeszcze bardziej martwi długa lista dyscyplin których nie udało nam się w ogóle obstawić swoimi reprezentantami. Zabrakło Polaków wśród wieloboistów i wieloboistek, skoczkiń wzwyż, skoczkiń o tyczce, skoczkiń w dal, biegaczek na dystansie 800 m i 3000 m, biegaczy na 3000 m, czy kobiet w trójskoku. Najbardziej kuriozalny przykład braków kadrowych to natomiast start męskiej sztafety 4×400 m, w której zmuszony był wystąpić Damian Czykier. Zawodnik przyjechał do Glasgow by biegać 60 m przez płotki, sytuacja natomiast wymagała, aby wystartował również na dystansie niemal siedmiokrotnie dłuższym.

 

Podsumowując, należy pamiętać jedno – hala to tylko hala. Każdy lekkoatleta zbudzony w środku nocy i zapytany: „Jakie zawody są dla ciebie ważniejsze, pod dachem czy na stadionie?”. Odpowie bez  zawahania: „Kpisz, czy o drogę pytasz? Jasne że pod gołym niebem”. Hala to jedynie przerwa w treningu, sprawdzian aktualnej dyspozycji, narzędzie do budowania formy na sezon letni. Z tegorocznych startów halowych zrezygnował chociażby wspomniany już Adam Kszczot. Zimą nie dane nam było zobaczyć w akcji również Angeliki Cichockiej czy Patrycji Wyciszkiewicz, a powracająca po kontuzji Joanna Jóźwik pokazała się pod dachem jedynie trzykrotnie, zresztą na nietypowym dla siebie dystansie 400 m.

 

Zbliżający się w siedmiomilowych butach sezon letni będzie nie lada wyzwaniem dla szkoleniowców naszych lekkoatletów. Jaką obrać strategię startową, aby zaskoczyć najwyższą formą podczas jesiennych mistrzostw świata w Doha? Kalendarze IAAF oraz European Athletics pękają w szwach od terminów letnich startów. Już 3 maja w Dausze wystartuje prestiżowa Diamentowa Liga, a tydzień później w Yokohamie rozegrane zostaną nieoficjalne mistrzostwa świata sztafet. 9-11 sierpnia to ważne dla Polaków Drużynowe Mistrzostwa Europy w Bydgoszczy. Naszych najlepszych lekkoatletów walczących o tytuł mistrza Polski podczas 95. MP będzie gościł stadion w Radomiu (23-25 sierpnia). Ciekawie we wrześniu zapowiada się mecz Europa – USA, którego miastem gospodarzem będzie Mińsk.

 

Lekkoatletyczny mundial odbędzie się w stolicy Kataru na przełomie września i października (28.09-6.10).

 

 

 

fot. NEWSPIX.PL

 


Subskrybuj
Powiadom o
guest
0 komentarzy
Inline Feedbacks
Pokaż wszystkie komentarze

Aktualności

Kalendarz imprez