Gwiazda czy średniak przykrywający problem? A.J. Slaughter i kadra Polski

Gwiazda czy średniak przykrywający problem? A.J. Slaughter i kadra Polski

Naturalizacja zawodnika zawsze wzbudza kontrowersje. A co dopiero wtedy, gdy nie ma on żadnych związków ze swym nowym krajem. Tak jednak postępuje wiele europejskich reprezentacji, tak postąpiła i Polska. A.J. Slaughter w naszej kadrze gra już od kilku dobrych lat. Skąd się tu wziął? Jak reagowało otoczenie? I czy jest wartością dodaną dla ekipy Mike’a Taylora? To pytania, które sobie zadaliśmy. A potem postanowiliśmy odpowiedzieć. 

Reprezentant z importu

Reprezentowanie swojego państwa w sporcie, który się uprawia, jest marzeniem miliardów ludzi. Mało kto zapewne marzy jednak o tym, by reprezentować jakikolwiek kraj. Możemy więc śmiało założyć, że mały A.J. Slaughter, zaczynający przygodę z koszykówką, nie myślał: „o tak, kiedyś będę reprezentować Polskę”. Bo nie miał powodu. Z naszym krajem absolutnie nic go nie łączyło. Nie miał nawet pradziadka, który pochodziłby z Warszawy czy Krakowa. Nie zahaczył też o naszą ligę, choćby na miesiąc, choćby na jeden mecz.

Jak więc doszło do tego, że od ponad czterech lat może się nazywać reprezentantem Polski? Cóż, zaczęło się tak naprawdę jeszcze w czasach, gdy grał w NCAA. Tam radził sobie naprawdę solidnie, występował w ekipie Uniwersytetu Zachodnie Kentucky, obserwowały go kluby z NBA… Generalnie przyszłość Slaughtera rysowała się raczej w jasnych barwach. I to właśnie w trakcie jednego z takich meczów jego grę oglądał wysłannik Boston Celtics. Zwał się Mike Taylor, a kilka lat później został trenerem reprezentacji Polski.

Ale wróćmy jeszcze na moment do Slaughtera. Bo gdyby grał w USA, przecież nic by z naturalizacji nie wyszło. W 2010 roku A.J. przystąpił do draftu NBA. Nikt jednak nie zdecydował się go wybrać. Zainteresowanie zgłaszali w Detroit Pistons. Amerykanin został nawet przez nich zaproszony na testy w trakcie rozgrywek Ligi Letniej, ale ostatecznie nic z tego nie wyszło. Więc, w poszukiwaniu okazji do gry, Slaughter wyleciał do Europy. Na Starym Kontynencie pograł najpierw we Włoszech, potem przeniósł się do Belgii, a gdy rozpoczynał rozmowy o naturalizacji, grał w greckim Panathinaikosie, z którym występował w Eurolidze.

Tu do gry wkroczyły przepisy. Bo raz, że w wielu europejskich rozgrywkach obecny jest limit zawodników spoza Unii Europejskiej, a dwa, że przepisy FIBA zezwalają na posiadanie jednego naturalizowanego gracza w reprezentacji.  Polacy chcieli z tego skorzystać. – Już po mistrzostwach Europy w Słowenii, rozmawialiśmy jeszcze z ówczesnym trenerem reprezentacji Dirkiem Bauermannem, o koncepcji poszukania zawodnika na pozycję rozgrywającego. Pojawiło się kilka nazwisk-kandydatów, ale oczywiście nie będę ich zdradzał. Kiedy szkoleniowcem został Mike Taylor, rozpoczęliśmy intensywne rozmowy i poszukiwania – mówił wtedy PAP Marcin Widomski, menedżer kadry.

Obecność zawodnika naturalizowanego nie była w naszej reprezentacji niczym nowym. Grali w niej już Joe McNaull, Jeff Nordgaard, Eric Elliott, David Logan czy Thomas Kelati. Ich przygody z biało-czerwonymi barwami różniły się od siebie znacząco. Dla przykładu: Logan po jednym turnieju stwierdził, że swoje zrobił i więcej w zespole nie pogra (w głośnym wywiadzie stwierdził, że mógłby grać nawet dla Afganistanu), a Kelati był jednym z liderów drużyny, której sporo dał na Eurobaskecie w 2011 roku i sporo z siebie dawał. Łączyło ich jednak jedno: każdy miał jakieś związki z naszym krajem. Jeden grał w nim od kilku lat, inny ożenił się z Polką, jeszcze inny przez przodków, którzy z niego pochodzili. U Slaughtera tego elementu nie było.

Rozmowy zawodnika z przedstawicielami kadry się jednak odbyły, A.J. był zainteresowany grą dla Polski. Zresztą wiele osób powtarzało, że brak nam kogoś na obwodzie, kto potrafiłby i rozegrać, i rzucić do kosza. Slaughter miał być remedium na te problemy. Oczywiście, nie wszystkim się to jednak podobało.

Pierwsze chwile

Z Amerykaninem podpisano umowę. Miał występować w naszej kadrze przez co najmniej trzy lata i stawiać się na każdym kolejnym zgrupowaniu. W zamian miał dostać paszport. Tylko i aż tyle. Tak się zresztą stało, a A.J. dołączył do nowych kolegów przed Eurobasketem 2015. Wiązano z nim duże nadzieje, bo wielu wskazywało, że to właśnie takich zawodników, jak Amerykanin, nam brakuje.

Pierwsze chwile w kadrze wypadły dobrze. Podkreślano, że Slaughter jest zdyscyplinowany, szybko dogadał się z kolegami, dobrze współpracuje z Łukaszem Koszarkiem i, mimo gry w tak dużym klubie jak Panathinaikos, ani przez chwilę nie „gwiazdorzy”. Koledzy z drużyny mówili, że to bardzo fajny gość, a on sam twierdził, że dobrze mu się z nimi rozmawia i od razu zaczęli uczyć go języka. Dopasował się też do Marcina Gortata, wówczas jeszcze grającego w kadrze. W pierwszym meczu, w którym wystąpił, a Marcinowi szło słabo, starał się mu pomagać na wszystkie sposoby.

– Dobrze się tu czuję – mówił A.J. – Chłopcy powitali mnie z szeroko otwartymi ramionami, jakbym od zawsze był jednym z nich. Cieszę się, że zdecydowałem się dołączyć do reprezentacji. Nadal pracuję nad nauką języka, koledzy mi pomagają, próbują podszkolić. Ułatwieniem jest to, że trener jest Amerykaninem. Na początku było dziwnie, musiałem przyzwyczaić się do bycia Polakiem. Wszyscy powitali mnie jednak miło, czułem się komfortowo. Jestem im za to wdzięczny. Niewiele wiedziałem o Polsce, ale gdy dotarłem do Warszawy, byłem zaskoczony tym miastem. Kiedy myślisz o tym kraju, nie myślisz o miastach, wyglądających jak to. Jest naprawdę świetne, ludzie są tu bardzo serdeczni.

Tak to wyglądało w samej kadrze. Inaczej było jednak na zewnątrz. Część reprezentantów anonimowo twierdziła, że naturalizacja Slaughtera to zły pomysł. Mówili, że lepiej stawiać na Polaków, a nie najemników z zagranicy. Wielu, oczywiście, taką linię argumentacji popierało. Naturalizację Slaughtera za dobrą rzecz uważał jednak choćby wspomniany Gortat, który chwalił umiejętności Amerykanina i mówił, że ten pomoże kadrze. Sęk w tym, że ta dyskusja wykracza poza samą ideę sprowadzenia sobie takiego zawodnika, jakim jest A.J.

– Generalnie jestem przeciwny naturalizacji zawodników – mówi nam Krzysztof Sendecki, dziennikarz sportowy Radia ZET i komentator koszykówki w Sportklubie. – Nie z jakichkolwiek innych względów, a dlatego, że – w naszym przypadku – jest to maskowanie większego problemu. Nie mamy dobrego szkolenia, nie mamy też, od wielu lat, nowych rozgrywających. Bo jest Łukasz Koszarek i długo, długo nic. Więc sprowadzamy sobie zawodnika, który ma zatkać tę dziurę, tylko dlatego, że inni tak robią. Tyle tylko, że jak robi to Hiszpania, to mnie to nie boli. Bo czy z tym naturalizowanym zawodnikiem, czy też bez niego, oni i tak sobie poradzą – z nim mogą być co najwyżej nieco lepsi. Wiadomo jednak, że to nie ma wielkiego znaczenia. U nas jest inaczej, bo za każdym razem przykrywa się tym problemy. I dlatego jestem przeciwny.

– Pewnie, to jest trochę dziwne. Polska nie jest krajem mojego pochodzenia. Nie mam z nią żadnych związków, korzeni, nie grałem w polskiej lidze. Ale zostałem tam bardzo dobrze przyjęty, zintegrowałem się z zespołem. Tylko to się dla mnie liczy. […] Wiem, że niektórzy chcą widzieć w reprezentacji tylko graczy ze swojego kraju, rozumiem ich punkt widzenia. Ale jeśli takie praktyki są dozwolone i koszykarze reprezentacji je akceptują, to dla mnie tylko to się liczy – mówił z kolei sam Slaughter w wywiadzie dla francuskich mediów, udzielonym dwa lata temu.

I na tym teoretycznie moglibyśmy skończyć. Problem w tym, że ta dyskusja wracała wielokrotnie. Gdy tylko przycichła, znów – z różnych powodów – robiło się o niej głośniej. Raz były to słabe mistrzostwa Europy w wykonaniu Polaków, innym razem… kolejne słabe mistrzostwa, a jeszcze innym fakt, że A.J. Slaughter odpuścił sobie grę w kadrze. No, przynajmniej tak się wydawało.

A.J. nie przyjeżdża

Po Eurobaskecie 2017 okazało się, że kontrakt z Amerykaninem nie był podpisany bezzasadnie. Niedługo po jego wypełnieniu A.J. Slaughter przestał przyjeżdżać na zgrupowania kadry. Niby Amerykanin tłumaczył, że zabrania mu tego klub. Niby i on, i Mike Taylor mówili, że na linii reprezentacja-zawodnik jest utrzymany stały kontakt. Ale z drugiej strony do mediów wyciekały informacje, że Slaughter obiecywał przyjazd na kolejne zgrupowania, a potem się nie zjawiał. I to był tak naprawdę największy zgrzyt. Bo przecież nikt Amerykaninowi nie mógłby mieć za złe, że po tym jak pograł trzy lata w naszej kadrze (i powtórzmy: w kadrze kraju, z którym nic go nie łączyło), po prostu sobie to odpuścił. Swoje zrobił, na tyle się umówił, koniec tematu. Sęk w tym, że skoro obiecał, to słowa powinien dotrzymać – tak pisano, mówiono i myślano.

Slaughter opuścił trzy zgrupowania reprezentacji, rozpętując tym samym (ponownie) dyskusję na temat naturalizacji. Podkreślano, że gdyby go nie naturalizować, wyniki byłyby zapewne takie same (bo o gorsze na obu Eurobasketach byłoby tak naprawdę trudno), a mecze w kadrze mógłby łapać jakiś polski zawodnik. Choćby Kamil Łączyński, który być może stałby się przez to ważnym ogniwem reprezentacji. I wtedy, gdy już niemal wszyscy zgodnie go skreślili, A.J. wrócił do kadry.

Pojawił się we wrześniu 2018 roku, przed meczami eliminacji mistrzostw świata z Włochami i Chorwacją. Zaledwie trzy miesiące po tym, jak w ostatniej chwili odwołał przyjazd na poprzednie zgrupowanie. Nieoficjalnie mówiło się wtedy, że nie przyjechał z powodu organizacji obozu dla dzieciaków. On sam powtarzał wersję o klubie (bo faktycznie było wtedy trochę problemów na linii europejskie kluby-FIBA), ale zdarzało się, że jego koledzy z ekipy pojawiali się na spotkaniach swoich kadr. Więc mało kto mu wierzył. Choć trener Taylor zdawał przychylać się do jego wersji. „Przeglądowi Sportowemu” mówił:

– Jako sztab trenerski i związek zrobiliśmy wszystko, by Adam [Waczyński] i A.J. przyjechali na mecze reprezentacji. Spotkałem się ze szkoleniowcami ASVEL. Choć kluby występujące w Eurolidze oficjalnie nie mają nic przeciwko udziałowi zawodników w meczach eliminacji, jeśli nie kolidują terminy, to jednak nieoficjalnie koszykarze czują presję przy podejmowaniu decyzji. A klub to ich pracodawca i nic na to nie można poradzić. ASVEL ma bardzo dobre kontakty z Euroligą dzięki właścicielowi, Tony’emu Parkerowi z NBA. Klub grał w Pucharze Europy i ma podobno gwarancje występów w Eurolidze w następnym sezonie, więc ta sytuacja przekłada się na postawę wobec udziału zawodników w eliminacjach. Nie chcemy stawiać niczego na ostrzu noża, bo zależy nam na budowaniu dobrych relacji między związkiem, zawodnikami i ich klubami.

Gdy A.J. stawił się w Polsce we wrześniu ubiegłego roku, powitano go z otwartymi ramionami. Sam podkreślał, że ważne było dla niego takie przyjęcie. – Wiem, że ludzi byli źli i zawiedzeni faktem, że nie było mnie na kadrze. Muszą jednak zrozumieć, że nie wszystko zależało ode mnie. Gdybym mógł, to zawsze stawiałbym się na zgrupowaniu. To duża sprawa grać dla reprezentacji Polski. Mam nadzieję, że fani mnie ponownie zaakceptują i będą wspierać podczas meczów kadry – mówił Sportowym Faktom.

Dodawał też, że był w kontakcie z trenerem Taylorem, ale równocześnie podkreślał, że o przyjazdach na zgrupowania decydował sam, a o tym, że się nie stawiał, decydowały względy zdrowotne. Choć presja ze strony klubu również była, ale oficjalnego zakazu nigdy mu nie wręczono. Powtarzał też, że będzie do dyspozycji trenera na kolejne mecze i marzy o występie na mistrzostwach świata.

Z tej obietnicy się wywiązał. Podobnie jak z marzenia.

Do Chin

W dwóch meczach po powrocie – przegranym z Włochami i zwycięskim z Chorwacją – był jednym z najlepszych na parkiecie. Ważne było szczególnie to drugie spotkanie, które bardzo pomogło Polakom w awansie na mistrzostwa świata. Slaughter zdobył w nim 12 punktów, zaliczył też dwie zbiórki, dwie asysty i trzy przechwyty. W ostatnich minutach trafił też bardzo ważne rzuty wolne. Innymi słowy: odkupienie win za wcześniejsze zgrupowania, na których go zabrakło, przyszło bardzo szybko.

W kolejnych meczach też grał nieźle, choć jego forma potrafiła się nieco wahać. Wiele zależało od tego, gdzie był wystawiany. Jeśli na „jedynce” (rozgrywający), to nie realizował w pełni swego potencjału. Jeśli jednak grał na „dwójce” (rzucający obrońca), a rolę rozgrywającego przejmowali Łukasz Koszarek czy Kamil Łączyński, cała gra polskiej ekipy wyglądała lepiej.

Poza kadrą on w ogóle nie gra na rozegraniu – mówi Krzysztof Sendecki. – Można mówić, że to tak zwane „kombo” jedynki z dwójką, ale prawda jest taka, że jest rzucającym obrońcą i jakbyśmy mieli fajnego rozgrywającego, to A.J. mógłby grać na dwójce. W skrócie: woli rzucać niż podawać. Gdy grał w klubie, wszystko najlepiej wychodziło mu, gdy obok miał naturalnego rozgrywającego. To po prostu nie jest typowa jedynka. W reprezentacji Polski też, tak mi się wydaje, nie do końca udało się go przekwalifikować na rozgrywającego, bo wciąż najlepiej wygląda wtedy, gdy rzuca. Fajnie, że jest, ale najlepiej byłoby, jakbyśmy mieli typowego rozgrywającego, kogoś, kto bawiłby się w kreowanie gry, a Slaughter kończyłby akcje.

Sytuacja jest jednak jaka jest i A.J. musiał się dostosować. Zrobił to nieźle i znacznie przyczynił się – mimo że nie wystąpił w kilku spotkaniach – do awansu na mistrzostwa świata. W eliminacjach miał jedną z najlepszych średnich punktów na mecz, a gdy obok siebie miał rozgrywającego i wspólnie z nim grał na parkiecie, Polacy byli zdecydowanie lepsi od swoich rywali i zdobywali więcej punktów. Bardzo dobrze sprawdzał się też w pick and rollach – to jedna z jego najmocniejszych stron i zagranie, na które lubi stawiać Mike Taylor, stąd Slaughter z pewnością zyskuje w jego oczach. Co oczywiste, świetnie sprawdzał się też w akcjach 1 na 1. To nic odkrywczego, wystarczy obejrzeć kilka minut jakiegokolwiek meczu z Amerykaninem, by zobaczyć, że potrafi wychodzić z takich sytuacji zwycięsko.

Podsumowując to wszystko: A.J. Slaughter w eliminacjach (gdy już zaczął w nich grać) spisywał się poprawnie. Może bez fajerwerków, jakich niektórzy mogliby oczekiwać po graczu, który niegdyś świetnie radził sobie w NCAA i brał udział w Lidze Letniej NBA, ale wystarczająco dobrze, by wydatnie przyczynić się do historycznego awansu Polski. W międzyczasie, co ciekawe, zaliczył też 50. spotkanie w kadrze. Zresztą w kluczowym meczu z Chorwatami. – Nie sądziłem, że tych meczów będzie aż tak dużo. Nie będę ukrywał, że gdyby nie trener Taylor, zapewne nie byłoby mnie w tej drużynie. On mnie znalazł, zaufał i powierzył dużą rolę w zespole. Jestem mu za to ogromny wdzięczny – mówił później.

– To, że A.J. wciąż jest z tą drużyną, jest sporym plusem na jego koncie – mówi Krzysztof Sendecki. – Sam byłem przekonany, że jak tylko skończy mu się ta umowa z PZKoszem, to powie, że fajnie było, ale już nie może grać w reprezentacji Polski, bo ma ważniejsze rzeczy do roboty. A on jest, przyjeżdża i to jest fajne. Slaughter nie miał totalnie żadnych związków z Polską przed naturalizacją, więc wydawało mi się, że potraktuje to jako umowę, grę za paszport. Zrobił nieco więcej, to trzeba docenić. Po tych czterech latach można powiedzieć, że jest reprezentantem Polski, trochę tej drużynie daje i to jest spoko. Nie mam nic przeciwko temu.

Sam A.J. dodawał jeszcze, że awans na mistrzostwa jest dla niego największym sukcesem w karierze, a zaraz za nim ustawia – zdobyte niedługo po nim – mistrzostwo Francji. Pozostają jednak dwa pytania. Pierwsze – czy A.J. Slaughter może wznieść grę naszej kadry na wyższy poziom na mistrzostwach świata? I drugie – skoro minęły już cztery lata, to…

… jak go oceniać?

– To nie jest taki zawodnik, który odmieniałby drużynę. Po ostatnich sparingach Polski można było wysnuć taki wniosek, że Czesi czy Niemcy mają pojedynczych zawodników, zdolnych wznieść ekipę na wyższy poziom. Polska – przynajmniej w osobie Slaughtera – nie. To zawodnik, powiedzmy, średniej klasy. Gra w lidze francuskiej, został tam mistrzem, ale to nie najmocniejsza liga w Europie. Teraz idzie do mocnej, będzie grać w Hiszpanii, ale w przeciętnym klubie. Doceniam to, że wciąż gra w kadrze i dużo dał tej reprezentacji, ale jednak na poziomie eliminacji. Być może bez niego w którychś z tych eliminacji by nam się nie powiodło. Na poziomie Eurobasketu czy MŚ też jest ważną częścią drużyny, ale nie jest zawodnikiem, który zmienia Polskę z europejskiego średniaka w ekipę, która się w Europie liczy – mówi Krzysztof Sendecki.

Ocena Slaughtera momentami jest jednak problematyczna. Bo może więcej dawałby, gdyby zawsze grał na „dwójce”, swojej normalnej, naturalnej pozycji? Momentami widać wręcz, że na rozegraniu czuje się nieswojo. Bo to gość, który lubi sobie wejść pod kosz, rzucić po koźle, wykończyć akcję. Podaje sporo, owszem, był nawet jednym z najlepiej asystujących zawodników naszej reprezentacji w eliminacjach, ale to wynika raczej z naturalnych wyborów na boisku i inteligencji, zmysłu Slaughtera. Gdy ma z tyłu głowy, że musi to robić, bo gra na rozegraniu, to jego gra często wygląda gorzej. Gdyby grał w NBA, pewnie mógłby wcielić się w rozgrywającego, bo tam właśnie takich gości cenią na tej pozycji. Ale w europejskiej koszykówce jest jednak inaczej. I choć Slaughter jest lepszym koszykarzem choćby od Kamila Łączyńskiego, to ten drugi jest lepszym rozgrywającym.

Oczywiście, jeszcze inna sprawa jest taka, że dziś możemy mówić sobie „czemu nie naturalizowaliśmy typowego rozgrywającego?”. Ale trzeba pamiętać, że nie każdy Amerykanin chce grać w reprezentacji Polski. A.J. był chętny, trener Taylor chciał go mieć w ekipie i, z perspektywy czasu oceniając, chyba trzeba uznać, że to był dobry pomysł. Jak by nie było – wywalczyliśmy historyczny awans na mistrzostwa świata właśnie ze Slaughterem w składzie. Teraz A.J. powtarza, że marzy o igrzyskach olimpijskich, chciałby znaleźć się i tam. Gdyby tak się stało, trudno byłoby krytykować jego obecność w tym zespole. Inna sprawa, że – jak mówił Krzysztof Sendecki – naturalizacja takiego zawodnika, to zawsze maskowanie problemów. I jasne, to nie spada na barki Slaughtera – nie jego wina, że nie stawiamy na szkolenie – ale zawsze mamy to gdzieś z tyłu głowy, gdy o nim rozmawiamy.

Tak naprawdę wiele zależy od tego, co stanie się w Chinach. Jeśli tam A.J. sporo da drużynie i będzie – zgodnie z oczekiwaniami – jej ważnym ogniwem, to lata spędzone przez niego w naszej kadrze, powinny być wspominane przez kibiców całkiem nieźle. Mimo wielkiej porażki na Eurobaskecie w 2017 roku. Mimo kontrowersji związanych z jego naturalizacją. Mimo że opuścił kilka zgrupowań kadry. No i mimo że na kolejne, przed mistrzostwami świata, bardzo się spóźnił. Ale gdy tylko przyjechał, od razu wniósł nieco ożywienia w grę drużyny.

– Spóźnienie było słabe, ale rozumiem, że nie wpłynęło to na morale drużyny i było pod kontrolą. A.J. przyjechał, gra, choć stracił większość przygotowań. Wygląda nieźle, robi to, co robił do tej pory w tej drużynie. Waży się to, jak będzie wyglądał ten zespół, ale ostatecznie chyba Koszarek będzie rozgrywającym, a Slaughter rezerwowym i na rozegranie, i na „dwójkę”. W jego grze nie widać żadnych nowości. On zawsze da coś drużynie, z Holandią był przecież najskuteczniejszym zawodnikiem. Ta kadra na pewno ma większe zmartwienia niż A.J. i jest ich niespodziewanie dużo. Choćby to, że w sparingach cały czas wyglądało to tak, jakby brakowało komunikacji czy zgrania. W obronie i w ataku było tyle chaosu, że nie jestem w stanie sobie tego wytłumaczyć. Bo zgranie to przecież miał być największy atut tej kadry. A.J.? Trochę tej drużynie na pewno da. Obok Ponitki, Waczyńskiego czy Kuliga będzie jedną z najważniejszych postaci. Nie liczyłbym jednak na to, że będzie nam wygrywał mecze z trudnymi rywalami. Może zrobi to z Wenezuelą czy Wybrzeżem Kości Słoniowej. Jest ważną częścią tej drużyny, ale nie wyniesie nas na wyższy poziom – kończy Sendecki.

Jak więc oceniać naturalizację Slaughtera i jego grę w polskiej kadrze? Wystawilibyśmy mu czwórkę z minusem w szkolnej skali. Ostateczny sprawdzian jednak dopiero przed nim. Możliwe, że przyniesie nam w nim więcej radości, niż całe pokolenia nienaturalizowanych zawodników, jakie grały w niej wcześniej. Gorzej jeśli zawiedzie wraz z całą kadrą. Bo wtedy dopiero zacznie się dyskusja.

Fot. Newspix


Subskrybuj
Powiadom o
guest
0 komentarzy
Inline Feedbacks
Pokaż wszystkie komentarze

Aktualności

Kalendarz imprez