Grecki bóg tenisa. Tsitsipas prowadzi rewolucję nowego pokolenia

Grecki bóg tenisa. Tsitsipas prowadzi rewolucję nowego pokolenia

Jego dziadek był mistrzem olimpijskim i grał na piłkarskim mundialu, a matka zdobyła dwa medale na igrzyskach Przyjaźń 1984. On sam jeszcze kilka lat temu po każdej porażce uciekał z kortu ze łzami w oczach i chował się za samochodami. Dziś jest już zupełnie inaczej. Po pierwsze, oczywiście dojrzał, choć ma dopiero 21 lat. Po drugie, tych porażek jest też zdecydowanie mniej. W Londynie Stefanos Tsitsipas właśnie odniósł największe zwycięstwo w karierze, wygrywając kończące sezon ATP Finals, czyli turniej mistrzów. Nikt w świecie tenisa nie ma już większych wątpliwości: nadchodzą złote lata dla tego chłopaka, nadchodzi jego czas.

To nie był jednorazowy przypadek, tylko coś w rodzaju rytuału. Kiedy młody Stefanos przegrywał mecz, kort opuszczał ze łzami w oczach. Następnie chował się gdzieś za samochodami i nie chciał się nikomu pokazać. – Potrafiłem się schować i nie wychodzić z kryjówki przez godzinę albo półtorej. Rodzice mnie szukali, wołali mnie po imieniu, ale ja nie chciałem się nikomu pokazać. Nienawidziłem przegrywać. Po każdej porażce czułem się, jakby to był koniec świata. Byłem zażenowany i wstydziłem się swojej postawy na korcie tak bardzo, że nie mogłem się nikomu pokazać – przyznał niedawno w jednym z wywiadów.

Geny to potęga

Wspomniani przez Stefanosa rodzice nie są w żadnym wypadku przypadkowi. Ojciec, Apostolos Tsitsipas, to zawodowy trener tenisa. Z kolei matka, Julia Salnikowa, była profesjonalną tenisistką. Tak zresztą poznała się z Apostolosem: ona grała w turnieju w Atenach, na którym on był sędzią liniowym. Salnikowa wielkiej kariery jednak nie zrobiła, choć wielu jej to wróżyło. Była numerem 1 w światowym rankingu juniorek, w wieku 20 lat zdobyła złoty medal w deblu i brązowy w singlu na igrzyskach Przyjaźń 1984 (zorganizowane dla tych krajów, które z powodów politycznych zbojkotowały igrzyska olimpijskie w Los Angeles 1984). W zawodowym tenisie jednak najwyżej dotarła do 194. miejsca w rankingu. W międzyczasie skończyła studia dziennikarskie w Moskwie, a potem przeniosła się do Grecji. Tam razem z mężem zostali trenerami tenisa w hotelu Astir Palace w podateńskim miasteczku Vouliagmeni. Tam na świat przyszedł Stefanos.

Kończąc wątek sportowej rodziny, nie wypada nie wspomnieć jeszcze o dziadku młodej gwiazdy tenisa. Zmarły w 1984 roku Siergiej Salnikow, ojciec Julii, był piłkarzem. I to nie byle jakim. W barwach Związku Radzieckiego sięgnął po złoto na igrzyskach w Melbourne w 1956, a dwa lata później przebił się do ćwierćfinału mistrzostwa świata w Szwecji. W sumie w kadrze ZSRR zagrał dwadzieścia razy, strzelając jedenaście goli. W Spartaku Moskwa i Dynamie Moskwa rozegrał ponad trzysta spotkań, zdobywając prawie sto bramek. Po zakończeniu kariery przez kilka lat prowadził Spartak Moskwa, jako trener, a następnie został selekcjonerem reprezentacji Afganistanu.

Zostawmy jednak Afganistan oraz Związek Radziecki i wróćmy do Grecji. Stefanos przeszedł podobną drogę, co ładnych kilka lat wcześniej Agnieszka Radwańska, także córka trenera tenisowego. Od najmłodszych lat w zasadzie każdą chwilę spędzał na korcie. Miał o tyle łatwiej, że w okolicach Aten klimat jest jednak nieco przyjaźniejszy niż w naszej części Europy.

Tato, muszę ci coś powiedzieć

Pierwsza rzecz, jaką pamiętam, to odbijanie piłek z moim tatą w przerwach pomiędzy lekcjami. Jako dzieciak oglądałem mecze w telewizji. Nie mogę sobie przypomnieć, kto grał, ale pamiętam, że oglądałem – wspomina. Regularne treningi pod okiem ojca zaczął w wieku sześciu lat. W międzyczasie grał w piłkę i korzystał z bliskości Morza Śródziemnego, bardzo dużo pływając. Ojciec oczywiście chciał, żeby syn wybrał grę w tenisa, ale zapewnia, że w żaden sposób na niego nie naciskał i chciał mu zostawić wybór. Aż nagle, pewnego dnia, Stefanosowi „coś przeskoczyło w głowie”. – Miał dziewięć lat, kiedy obudził się w środku nocy i powiedział „tato, muszę ci coś powiedzieć: chcę zostać tenisistą, lubię rywalizację, lubię wyzwania – opowiadał niedawno Apostolos, który do dziś jest jego szkoleniowcem. Co ciekawe, po latach pracy z synem podjął studia z zakresu treningu tenisowego na Uniwersytecie Ateńskim. Wszystko po to, żeby pomóc mu w karierze. Jak się okazało, była to doskonała inwestycja.

Pod okiem ojca Stefanos szybko piął się po szczeblach prowadzących do zawodowego tenisa. Podobnie, jak w przypadku wspomnianej Agnieszki Radwańskiej, u Tsitsipasa także bardzo często padały określenia „pierwszy ze swojego kraju”, o co było o tyle łatwo, że Grecja nigdy nie była szczególnie mocnym tenisowo państwem. Z biegiem czasu stał się więc pierwszym greckim numerem 1 w rankingu juniorów, pierwszym greckim mistrzem juniorskiego Wielkiego Szlema w erze open, potem pierwszym greckim tenisistą w półfinale turnieju ATP, w finale, pierwszym zwycięzcą, pierwszym Grekiem w pierwszej dziesiątce rankingu i tak dalej. Od niedzielnego wieczoru jest także pierwszym greckim mistrzem turnieju ATP Finals. Co ciekawe, choć greckich śladów w profesjonalnym tenisie nie ma zbyt wielu, to jednak Tsitsipas znalazł utytułowanego rodaka i od pewnego czasu trenuje już nie tylko z ojcem, ale także z Patrickiem Mouratoglu. To świetnie znany francuski trener greckiego pochodzenia, współautor sukcesów między innymi Sereny Williams (którą doprowadził do tytułów na Wimbledonie, igrzyskach Olimpijskich, US Open, Roland Garros i Australian Open oraz do numeru 1 w rankingu).

Sekundy od śmierci

Zanim rodzina Tsitsipasów nawiązała współpracę z Mouratoglu, zanim Stefanos wbił się do pierwszej dziesiątki rankingu, a później wygrał turniej mistrzów, wydarzyło się coś, co w jednej chwili mogło przerwać nie tylko pięknie rozwijającą się karierę, ale także całe życie. Cztery lata temu, nieco przed siedemnastymi urodzinami, powoli rozkręcał zawodową karierę. Grał akurat w niewielkim turnieju rangi Futures (z pulą nagród 10 tysięcy dolarów) w Heraklionie na Krecie. Przerwę między meczami wykorzystał na to, żeby wyskoczyć na plażę, a że dzień był gorący, szybko wskoczył do morza. Od dziecka pływał, więc pływał jak ryba, wydawało mu się, że w wodzie nic złego nie może mu się przydarzyć. A jednak, nagle pojawił się jakiś prąd, który błyskawicznie porwał chłopaka. Kiedy ojciec podniósł wzrok znad gazety, zobaczył, że Stefanos jest 25 metrów od brzegu i nie może złapać oddechu. Popędził na pomoc i uratował syna w ostatniej chwili.

Fale pokrywały mnie co dwie, trzy sekundy. Wtedy, po raz pierwszy w życiu, poczułem, że byłem kilka sekund od śmierci. Po tym wydarzeniu zauważyłem nie czuję już strachu na korcie, jestem luźniejszy i bardziej zrelaksowany – wspominał po wszystkim.

Ten luz i spokojna głowa bardzo szybko przyniosły mu pierwsze sukcesy. Rok temu, tuż przed 20. urodzinami, zaliczył absolutnie przełomowy turniej w Toronto. Imprezę zaczynał jako 27. zawodnik listy ATP. W Kanadzie jednak udowodnił, że jego miejsce jest znacznie wyżej. Dość powiedzieć, że został najmłodszym tenisistą w historii, który w jednym turnieju ograł czterech graczy z czołowej dziesiątki rankingu. Kolejno odsyłał do domu Dominika Thiema (#8), Novaka Djokovicia (#10), Aleksandra Zvereva (#3) i Kevina Andersona (#6). Przegrał dopiero w finale, w dwudzieste urodziny, z numerem jeden na świecie Rafą Nadalem. Po tym turnieju wskoczył na 15. pozycję w światowym rankingu.

Gwiazda nowej generacji

Jesienią dołożył pierwszy tytuł w Sztokholmie (jasne, jako pierwszy Grek w historii), a sezon zakończył na turnieju NextGen. W imprezie dla ośmiu najlepszych graczy do 21. roku życia nie miał sobie równych, pokonał kolejno Jaume Munara, Francesa Tiafoe i Huberta Hurkacza (w grupie), a następnie Andrieja Rublowa oraz Aleksa de Minaura. Żaden z tenisowych ekspertów nie miał nawet cienia wątpliwości, że określenie „next gen”, wskazujące gwiazdę następnej generacji, jest wręcz stworzone do opisania Tsitsipasa.

Zresztą Grek nie kazał długo czekać na potwierdzenie tych przypuszczeń. W styczniu osiągnął półfinał Australian Open i awansował na dwunasty miejsce w rankingu (najwyżej notowany Grek w historii). Co ważne, w IV rundzie wyeliminował samego Rogera Federera, co skomentował słowami „mózg mi eksplodował”. Następnie wygrał w Marsylii i zameldował się w finale w Dubaju, co dało mu miejsce w najlepszej dziesiątce świata. Warto dodać, że w tym elitarnym gronie znajduje się do dzisiaj i dodatkowo jest najmłodszy w tym zestawieniu. Kolejne sukcesy przyszły w sezonie na kortach ziemnych. Najpierw wygrał swój pierwszy turniej na kortach ziemnych (w Estoril), a potem w Madrycie pokonał na ziemi Rafę Nadala, co brzmi już jak science fiction i udało się raptem kilku graczom. Z Roland Garros odpadł w IV rundzie po pięciogodzinnej batalii ze Stanem Wawrinką, po czym… nastąpiła zniżka formy.

Z Wimbledonu i US Open odpadł już w pierwszym rundach. Podobnie jak z turnieju w Montrealu. To dla nas o tyle ważne, że w Kanadzie przegrał z innym graczem młodego pokolenia – Hubertem Hurkaczem. Po US Open wciąż był cieniem samego siebie, pierwsze mecze przegrał także w Genewie i Zhuhai. Jak mówi klasyk, mężczyznę poznaje się jednak nie po tym, jak zaczyna, tylko po tym, jak kończy, a w tym przypadku można powiedzieć, że sportowca poznaje się nie po tym, jak wygrywa, tylko jak potrafi odbudować się po porażkach. Tsitsipas potrafi. Przełamał się w Pekinie, gdzie osiągnął finał, w którym przegrał z Dominikiem Thiemem. W Szanghaju wziął rewanż na Hurkaczu, a potem ograł Novaka Djokovicia, zanim przegrał z Miedwiediewem. W półfinale w Bazylei lepszy od niego okazał się Federer, zaś w ćwierćfinale w Paryżu – Djoković. Ale, koniec końców, wszystkim zrewanżował się w Londynie. W grupie ograł Miedwiediewa i Zvereva, w półfinale Federera, a w finale po niesamowicie zaciętym meczu Thiema. To dało mu zwycięstwo w turnieu ATP Finals (oczywiście, jako pierwszemu Grekowi). Sezon zakończył na szóstym miejscu w rankingu.

Najpierw byłem ogromnie podekscytowany, że w ogóle się zakwalifikowałem do ATP Masters. To już była dla mnie wielka sprawa. Teraz jestem mistrzem. Nie wiem, jak to wyjaśnić. Szczerze mówiąc, na razie nic jeszcze nie czuję, mam w sobie zbyt wiele emocji, żeby cokolwiek czuć – mówił, odbierając puchar. – Pamiętam, gdy oglądałem ATP Finals w telewizji i myślałem sobie: och, ci goście musieli mieć nieziemski rok, żeby tam zagrać. A teraz sam tu jestem, i to jako mistrz. To niesamowite uczucie.

Dziewięciu w całej dekadzie

Co ważne, wygrywając w Londynie, Tsitsipas dołączył do elitarnego grona. W ciągu ostatniej dekady rozegrano łącznie 50 turniejów wielkoszlemowych oraz turniejów ATP Finals. Lista ich zwycięzców jest wyjątkowo krótka i liczy raptem… dziewięć nazwisk: Nadal, Federer, Djoković, Murray, Wawrinka, Cilić, Dimitrov, Zverev i od teraz także Tsitsipas (dodajmy tylko, że na analogicznej liście wśród pań jest ich 22). Pierwszych trzech ma na koncie 40 tytułów, następnych dwóch po trzy, reszta po jednym. W tym przypadku warto jednak zwrócić uwagę na zupełnie inne liczby: 38, 34, 33, 32, 32, 31, 28, 22 i 21 – to wiek wyżej wymienionych dżentelmenów. Nie trzeba być tenisowym ekspertem, żeby doskonale zdawać sobie sprawę, że czas Federera, Nadala i Djokovicia powoli (?) się już kończy. Wchodzimy w nową erę. Erę, w której warunki będą stawiać młodzi, właśnie Tsitsipas, Zverev, Miedwiediew, Shapovalov i miejmy nadzieję – Hurkacz. W rodzinie Tsitsipasów mają także nadzieję, że w ślady najstarszego Stefanosa wkrótce pójdzie młodsze rodzeństwo: Petros, Pavlos i Elisavet.

Nowy mistrz ATP Finals z miejsca stał się jednym z mocnych kandydatów do dokonania przewrotu i zepchnięcia z tronu starych mistrzów. Na papierze – ma wszystko, czego do tego potrzebuje. W Londynie po raz kolejny udowodnił, że stać go na wielkie rzeczy. Stać go zresztą także dosłownie. Do domu wrócił bogatszy o 2,6 milionów dolarów, w sumie w sezonie zarobił prawie siedem milionów. I ma pełną świadomość tego, że jeśli ma na czymś zarabiać, to właśnie na machaniu rakietą. Jakiś czas temu na Twittera wrzucił zrzut ekranu ze swoją skrzynką, w której miał ponad 20 tysięcy nieprzeczytanych maili. „Nikt nigdy nie wzbogacił się, częściej sprawdzając maile” – napisał.

Maili nie sprawdza, ale z mediami społecznościowymi radzi sobie znakomicie. Co ciekawe, na takim na przykład Instagramie ma dwa różne konta, jedno oficjalne, głównie tenisowe, drugie „SteveTheHawk”, na którym zajmuje się głównie podróżami. – Jako tenisiści podróżujemy praktycznie przez cały rok, co często jest niełatwe. Zabieramy ze sobą wiele rzeczy, które pozwalają nam pozostać szczęśliwymi i umotywowanymi. Tenis zawsze będzie. Podróże też zawsze będą. Mogę więc mieć hobby, podróżować z nim i czuć się z tym dobrze – mówi.

A propos podróży, Tsitsipas wykorzystuje każdą dogodną okazję, by wszystkich zaprosić do swojej ojczyzny. Jak sam mówi, swój kraj po prostu uwielbia. – Grecja jest tym, kim jestem, moja krew jest niebieska – mówi, nawiązując do kolorów greckiej flagi. – Nie rozumiem niektórych gości, którzy nie mają takich uczuć do swojego kraju. Żartujecie sobie ze mnie? Każdy powinien być dumny z miejsca, z którego pochodzi. Inna sprawa, że Grecję jest łatwo kochać. Mamy najbardziej niesamowity, najbogatszy język, który pozwala nam się wyrażać tak dokładnie. Mamy krajobrazy, wodę, plaże, historię. Mamy przyjaznych ludzi, gdziekolwiek pójdziesz. Tak, jestem zakochany w moim kraju.

Nie musimy chyba dodawać, że z wzajemnością?

JAN CIOSEK


Aktualności

Kalendarz imprez