Gdy kończą się igrzyska, przychodzi pustka

Gdy kończą się igrzyska, przychodzi pustka

Moment, na który przygotowujesz się kilka lat, a w niektórych przypadkach niemal całe życie. Niby trwa kilka tygodni, ale jakby przemija w mgnieniu oka. Igrzyska olimpijskie. Sportowe święto, ale też wyjątkowe wydarzenie, które ma miejsce raz na cztery lata i wiąże się z absolutnym przesytem bodźców. Kiedy dobiega końca, często pozostawia po sobie spaloną ziemię. Nie tylko w kontekście pustej wioski i obiektów sportowych, ale też tego, co dzieje się w głowach zawodników. Czym jest post-olimpijski blues i kto bywa jego ofiarą?

Jednego dnia wioskę olimpijską opuszczają tysiące sportowców z dziesiątek krajów. Większość w nastrojach podbudowanych samą obecnością w tym miejscu. Część zawiedziona, że nie udało im się zaspokoić sporych, czasem zbyt wygórowanych ambicji. Niektórzy w euforii – bo je spełnili. I wracają do domu z jedyną w swoim rodzaju biżuterią. Wszystkim grozi jednak to samo. Poczucie pustki, które następuje, po tym jak to wszystko się już skończyło. I co dalej? Brutalna perspektywa czekania kolejnych czterech lat…

Oczywiście nie dotyczy to wszystkich, bo nie dla każdego zawodnika igrzyska są w ogóle imprezą docelową. W przypadku niektórych dyscyplin to tylko i wyłącznie jedna z imprez do skreślenia w kalendarzu. Piłkarze, czy koszykarze nie przywiązują do niej aż tak dużej wagi. Siatkarze owszem, ale zdobycie mistrzostwa świata, jest uważane za niemal równie niebywały sukces. Większość tenisistów – nie tylko ze względów finansowych – za to wolałaby pewnie wygrać Wimbledon.

Ale co jeśli igrzyska są jedynym, co się liczy? Bo tylko wtedy ludzie przywiązują do ciebie większą uwagę. Bo tylko wtedy twój sport jest transmitowany w publicznej telewizji. Bo tylko wtedy masz okazję wzbić się na pierwsze strony gazet. To nie tylko strzelectwo i łucznictwo. To na dobrą sprawę, większość dyscyplin olimpijskich. Jak wielu z nas oglądało występ Michaela Phelpsa na mistrzostwach świata?

Najwybitniejsi z najwybitniejszych

Nazywają to post-olimpijską depresją, albo post-olimpijskim bluesem. Drugie określenie prawdopodobnie nieco lepiej oddaje istotę tego zjawiska, bo odnosi się do większej gamy przypadków. O czym mówimy? O wewnętrznej pustce, z jaką zmagają się sportowcy, po zamknięciu igrzysk olimpijskich. Z czego wynika to uczucie? Cóż, trudno wyciągnąć tylko jedną przyczynę. Wytłumaczmy to w ten sposób: przygotowujesz się do jednej imprezy przez cztery lata. Żyjesz nią cały czas. Uzależniasz od niej wszystkie swoje plany. A potem następuje moment kulminacyjny. I koniec. A im wyżej się znajdujesz, tym dłużej zajmuje droga w dół. W tym przypadku, jest nią powrót do szarej codzienności.

Naturalnie, są też sportowcy, którzy znajdują się po drugiej stronie spektrum. Czas po igrzyskach wiąże się u nich z… radością. Patrzą na to w inny sposób: miesiące ciężkich przygotowań wreszcie dobiegają końca, a oni mają moment na oddech. – Robisz wszystko co możesz, wyczerpujesz wszelkie zasoby swojego potencjału. A potem następuje taka mentalna i fizyczna ulga. Trudno opisać, jak dużo pracy i emocji wkładasz w przygotowania, każdy dzień treningu, czy występ na zawodach – mówiła gimnastyczka Gabby Douglas dla USA Today. Jej zdanie podzieliła chociażby koleżanka z kadry Aly Raisman oraz Kerri Walsh Jennings, która podkreślała: – Ludzie uwielbiają mieć cele i do nich dążyć. Jednak poczucie wolnego elektronu, jakie mam po igrzyskach, jest niezastąpione. Wreszcie przychodzi czas na relaks, naładowanie baterii przed kolejnymi wyzwaniami.

Ile ludzi, tyle przeżyć. Należy unikać generalizacji, bo to co dla jednego jest przekleństwem, drugiemu sprawia przyjemność. Być może jednak na post-olimpijski blues paradoksalnie najbardziej narażeni są sportowcy, którzy odnoszą największe sukcesy? A nie ci, którzy wracają do domu wyłącznie z bagażem rozczarowań, który działa jak nawóz do chęci rewanżu i powrotu do pracy? Warto zwrócić uwagę na jeden, szczególny przypadek. Nikt nie wygrał tyle, co Michael Phelps. Mimo tego najwybitniejszy olimpijczyk wszech czasów wcale nie emanował szczęściem i poczuciem spełnienia. W momencie kiedy gasły światła i znicz olimpijski, popadał w głęboką depresję. Przyznał się do tego w 2018 roku: – Nie chciałem być częścią tego sportu. Po każdych igrzyskach doznawałem ciężkich stanów depresyjnych. Kiedy dosięgasz takiego dna, do myśli przychodzą ci nawet myśli samobójcze. 

Na światowe areny wypłynął jako 15-latek, kiedy w 2000 roku w Sydney zadebiutował na igrzyskach. Na tym etapie wszystko było w najlepszym porządku. Miał przed sobą widoczną drogę i cele, które chciał zrealizować. Dopiero kiedy je osiągnął, poczuł że coś w nim pękło. Jeśli był już mistrzem, to w którą stronę powinien się teraz skierować? Co dalej? W wieku 19 lat własne myśli zaczęły go zżerać od środka. – Oczekuje się od nas, że będziemy tymi wielkimi, silnymi fizycznie facetami w stylu macho. Ale depresja to nie jest słabość. Dążymy i szukamy pomocy, to normalne – tłumaczył dalej cytowany przez The Telegraph.

Przed erą Phelpsa za największą legendę pływania uchodził Mark Spitz. Pierwszy i przez ponad trzydzieści lat jedyny sportowiec, który zdobył siedem złotych medali podczas jednych igrzysk. Dokonał tego jako 22-latek w Monachium. Już podczas pierwszej konkurencji na obiekcie Olympia Schwimmhalle, sięgnął nie tylko po krążek z najcenniejszego kruszcu, ale również rekord świata. Tak było też podczas drugiej. I trzeciej, i tak dalej, aż do siódmej. Dopiero wtedy zaczął się wahać. Narzekał na ból pleców, sugerował że może zostać zmuszony do wycofania się z rywalizacji. Tuż przed wyścigiem w rozmowie z Donnie Da Varona z telewizji ABC zdecydował się na chwilę szczerości: – To nie żarty, zdarzało mi się zgrywać, ale mówię na poważnie… Jeśli popłynę sześć razy i wygram sześć razy, będę bohaterem. A jeśli popłynę siedem razy i tym razem się potknę, zostanę nieudacznikiem.

Ostatecznie Spitz wziął udział, w jak się okazało, swojej ostatniej konkurencji indywidualnej. Tak, nie tylko podczas samej imprezy, ale w karierze (pomińmy nieudany epizod dwadzieścia lat później). Z takim samym skutkiem (złoto i rekord), co poprzednio, ale wciąż czuł się nieswojo. Zadał sobie pytanie: co pozostało na mojej liście do odhaczenia? No, nic. Mark miał wrażenie, że przeszedł tą grę. To była finalna meta. Siedem złotych medali, siedem rekordów świata. Nie dało się zrobić więcej. W tamtym momencie, uchodziło to za osiągnięcie nie do pobicia. Stracił pewien głód rywalizacji i postanowił pożegnać się ze sportem.

Dlaczego ja?

Przykład Allison Schmitt różni się od poprzednich o tyle, że nie dotyczy sportowca, który stanął na szczycie szczytów w swojej dyscyplinie. Owszem, Schmitt można śmiało uznać za jedną z najlepszych pływaczek dekady. W całej karierze uzbierała (dotychczasowo, bo wciąż startuje i to z niezłym skutkiem, z mistrzostw świata w Gwangju przywiozła dwa srebrne medale) aż osiem medali olimpijskich. Zadebiutowała jako 18-latka w Pekinie, a cztery lata później podczas zawodów w Londynie odniosła wielki sukces. Trzy złote krążki, po jednym srebrnym i brązowym. To sporo, ale fakt faktem wciąż pozostawała jej przestrzeń na rozwój. Przynajmniej w teorii – miała o co walczyć i po co się poprawiać.

Amerykanka również spotkała się jednak wtedy ze sporymi problemami, które jak sama podkreślała, nadeszły znikąd: – Istnieje takie zjawisko, które nazywają post-olimpijskim bluesem i myślę, że byłam tego ofiarą, izolując się od reszty społeczeństwa. Wpadałam w coraz większa otchłań. To było trudno do określenia. Chciałam po prostu, aby to przeminęło, a ja znowu byłam szczęśliwa i taka jak dawniej. 

Mimo powiększających się oznak depresji, nie chciała nikogo prosić o pomoc: – Cały czas spałam, a kiedy ktoś zapytał się mnie: na co czekasz, po tym jak wstajesz rano – nie wiedziałam co powiedzieć. Bo prawdę mówiąc, po prostu czekałam, aby znowu się położyć i wrócić do snu. Nie odpowiadałam na wiadomości, ani połączenia telefoniczne, w szczególności od mojej mamy, bo bałam się że domyśli się, co się ze mną dzieje. Kiedy dzwoniła podczas mojego płaczu, wpadałam w panikę: skąd ona wie?

Aby pozostać w cieniu, nie mogła rezygnować ze swoich obowiązków. Cały czas trenowała, a wszelkie złe emocje chowała w sobie. Co ciekawe, pomógł jej… Michael Phelps. Przyjaciel Amerykanki, który jako pierwszy zwrócił jej uwagę, że jeśli potrzebuje pomocy, to może na niego liczyć. – Podczas Austin Grand Pix, pływałam na 400 metrów stylem dowolnym. Nie dałam z siebie stu procent, chociaż udawałam że wszystko było okej. W pewnym momencie podszedł do mnie Michael i powiedział: “Hej, widzę że coś jest na rzeczy. Ostatnie kilka tygodni nie jesteś sobą. Coś wydaje się dziwne. Jeśli potrzebujesz pomocy, daj mi znać. Sam przez to przechodziłem, są też inni ludzie którzy potrafią temu zaradzić”. Dopiero coś w niej pękło. Ściągnęła maska, przyznała się do swojego problemu i rozpoczęła terapię.

Post-olimpijski blues dotknął również osób, które niekoniecznie sięgnęły po najwyższe laury. A nawet wręcz przeciwnie – nie zdołały osiągnąć swoich celów, kończąc zawody poza podium. Chociażby Kelley Hurley. Amerykańska florecistka, która razem z drużyną skończyła turniej w Rio na 5. miejscu. Tuż po powrocie do domu mówiła dla npr.org: – Czujesz się nieco pusta w środku. Wszystko co robiłaś do tego momentu, przestaje mieć znaczenie, to koniec. Zaczyna się nowy rozdział, ale kiedy i gdzie rozpocząć pisanie? Hurley poruszyła również istotny temat: wpływ przygotowania do igrzysk na inne sfery życia: – Czy powinnam wrócić do szkoły, albo poznać nowych przyjaciół? Nie wiem. Poprzednich straciłam w ciągu ostatnich czterech lat, kiedy nie miałam czasu dla żadnego z nich.

Nie tylko oni

Trudno postawić się w ich sytuacji. Istnieje jednak zjawisko, które w pewien sposób oddaje to, co czują olimpijczycy. Mówi się o nim głównie w zagranicznych kuluarach, więc znowu jesteśmy zmuszeni posłużyć się angielskim nazewnictwem – Post-Christmas Blues. Święta, święta i po świętach. Przygotowujemy prezenty, sprzątamy i gotujemy. Do mieszkania zjeżdżają się niezliczeni krewni, dla których jest to często jedyna okazja w roku, aby spotkać się z resztą rodziny. Potem wszyscy siadają przy wigilijnym stole. I zanim się obejrzysz, odchodzą w swoją stronę. W tej sytuacji również możemy mierzyć się z uczuciem pustki i złym samopoczuciem.

Jak walczyć z post-olimpijskim bluesem? Według psychologa Scotta Goldmana bardzo ważne jest szerzenie świadomości wśród sportowców, że ich talent nie ogranicza się tylko do tego, co robią na basenie, stadionie, czy hali. – Należy przypominać atletom, że ich osobowość i umiejętności, które doprowadziły ich do mistrzostwa w danej dyscyplinie, mają szerokie zastosowanie. Jeśli po skończeniu kariery, a nawet w jej trakcie, znajdą coś co sprawia im przyjemność, mogą się w tym realizować z podobnym sukcesem, co w przypadku sportu – komentował Goldman dla theatlantic.com.

Sportowcy muszą więc pamiętać, aby realizować się na różnych płaszczyznach. Tak jak zresztą każdy z nas. Nie ma znaczenia, czy twoja praca ogranicza się do regularnego przesiadywania w biurze, czy litrów potu wylewanych na siłowni i zawodach. Jeśli będziesz nieustannie pracował, poświęcając tym samym chociażby życie rodzinne, znajdziesz się na prostej drodze w przepaść. To jednak nie takie proste i jednowymiarowe. Rozwiązań jest zawsze tyle, co przypadków, czyli mnóstwo.

Igrzyska w Tokio zbliżają się wielkimi krokami – pozostało już mniej niż pół roku. Mimo tego, że świat sportu robi postępy pod względem zapewnienia zawodnikom odpowiedniej opieki mentalnej i psychologicznej, nie ma wątpliwości, że ten wyjątkowy czas znowu znajdzie sobie nowe ofiary. Słowa Michaela Phelpsa, czy Alison Schmitt stawiają jednak ważne świadectwo. Olimpijczycy, każdy ma prawo do chwili słabości.

KACPER MARCINIAK

Fot. Newspix.pl


Subskrybuj
Powiadom o
guest
0 komentarzy
Inline Feedbacks
Pokaż wszystkie komentarze

Aktualności

Kalendarz imprez