Gdy ci kot przebiegnie drogę. Dlaczego sportowe gwiazdy są przesądne?

Gdy ci kot przebiegnie drogę. Dlaczego sportowe gwiazdy są przesądne?

Dziś piątek trzynastego, synonim pecha, gwarancja kłopotów i powód do potężnego stresu. Oczywiście – tylko dla tych, którzy wierzą w przesądy i zabobony. Gdybyście jednak pomyśleli, że przecież to jakaś bujda dla dzieci i nikt poważny takimi głupotami się nie przejmuje, będziecie w ogromnym błędzie. W świecie sportu widać jak na dłoni, że wiara w nadprzyrodzoną moc amuletów, zwyczajów, czy innych zaklęć ma się dobrze. Przykładów jest mnóstwo, i to wcale nie wśród amatorskich sportowców, czy dziwnych drużyn gdzieś z końca świata. O, nie, także wśród mistrzów olimpijskich i największych gwiazd świata sportu strach przed czarnym kotem, piątkiem trzynastego, czy cofającym się autokarem jest bardzo silny. Czytajcie śmiało, obiecujemy, że to pecha nie przynosi.

Wspomniany cofający się autokar to był konik trenera Adama Nawałki. Selekcjoner piłkarskiej reprezentacji Polski miał zresztą kilka rytuałów i zabobonów, których się trzymał. Jednym z nich było przekonanie, że autokar, wiozący drużynę na mecz, pod żadnym pozorem nie może wrzucić wstecznego biegu. Zdaniem Nawałki to by mogło sprawić, że reprezentacja także zaczęłaby się cofać w rozwoju i oczywiście przyniosło by pecha. Kierowca kadry czasem musiał się więc nieźle nagimnastykować, szukając absurdalnych objazdów dziurawymi uliczkami, zamiast po prostu cofnąć się kilka metrów. Zanim jednak uśmiechniecie się z politowaniem, że ktoś w taki sposób myśli w dzisiejszym, nowoczesnym i profesjonalnym sporcie, spieszymy z wyjaśnieniem – po pierwsze: myśli tak bardzo wielu znakomitych sportowców, a po drugie: to naprawdę potrafi czynić cuda.

Magiczna łysina Bartheza

Wprawdzie od tych wydarzeń minęło ponad 20 lat, ale wszystkim kibicom, którzy oglądali piłkarski mundial we Francji, te obrazki zapadły głęboko w pamięć. Obrońca reprezentacji gospodarzy Laurent Blanc przed rozpoczęciem każdego spotkania podchodził do bramkarza Fabiena Bartheza i całował go w łysinę. Kiedy raz przyniosło to szczęście, rytuał był powtarzany aż do wygranego 3:0 finału z Brazylią.

Skoro już mowa o reprezentacji Trójkolorowych, to nie wypada zapomnieć o Raymondzie Domenechu, który ją prowadził w latach 2004-10, aż do skandalu na mistrzostwach świata w RPA. Selekcjoner wierzył w różnego rodzaju zabobony, był także święcie przekonany w sens stosowania horoskopów. Uważał na przykład, że przy powoływaniu piłkarzy równie istotny co umiejętności i aktualna forma jest… znak zodiaku. Skorpiony do drużyny mu nie pasowały, zdecydowanie unikał więc piłkarzy urodzonych między 23 października, a 22 listopada, choć kilku świetnych by się znalazło. Do RPA na 23 graczy zabrał tylko jednego spod znaku Skorpiona, który zresztą na turnieju nie zagrał ani minuty. Cóż, miało to przynosić szczęście, ale Domenech i tak w niesławie odszedł po mistrzostwach w RPA, na których jego drużyna zdobyła wstydliwy jeden punkt.

Sam turniej w RPA to zresztą dobry przykład, by mówić o zabobonach i dziwnych wierzeniach. Przed imprezą przez światowe media przetoczyła się fala oburzenia, kiedy okazało się, że są plany rytualnego zabicia krowy na każdym ze stadionów. Miał to być sposób na tradycyjne pobłogosławienie turnieju w „afrykański sposób”. – Musimy mieć kulturalną ceremonię, na której zabijemy bestię. Poświęcimy zwierzę na to wspaniałe wydarzenie i wezwiemy naszych przodków, by pobłogosławili imprezę, żeby wszystko poszło dobrze. Mistrzostwa odbędą się na kontynencie afrykańskim i musimy się upewnić, że goście z całego świata poczują afrykańskie wartości i zwyczaje – mówił Zolani Mikva z Makhonya Royal Trust. Obrońcy praw zwierząt próbowali całe przedsięwzięcie zablokować, ale Sąd Najwyższy RPA nie przyznał im racji. Ostatecznie na stadionie w Johannesburgu stworzono specjalny ołtarz, na którym rytualnie zarżnięto wołu. Potem kapłani i uzdrowiciele odtańczyli na stadionie swoje tańce, odprawili modły i błogosławieństwa. Czy pomogło? Cóż, turniej rzeczywiście udało się przeprowadzić bez większych kłopotów, ale reprezentacja RPA odpadła w fazie grupowej, jako pierwszy gospodarz w historii.

Sportowcy z Afryki to zresztą osobny rozdział w rozmowie o rytuałach i przesądach.  W czasie Pucharu Narodów Afryki regularnie na stadionie, a nawet na murawie pojawiają się szamani, kapłani i inni uzdrowiciele, którzy wzywając na pomoc duchy, próbują pomóc swoim piłkarzom. – Przed meczem piłkarze palili kurę, a popiołem smarowali sobie kolana i kostki. To miało ich chronić przed kontuzjami – wspominał kiedyś Henryk Kasperczak swoje obserwacje z czasów, gdy prowadził reprezentację Wybrzeża Kości Słoniowej.

Sposób na złoto: unikaj maszynki do golenia

Ofiara z wołu, czy nacieranie się popiołem ze spalonej kury to jednak mocno drastyczne przykłady, w naszej kulturze jednak raczej nie mieszczące się w głowie. Nie znaczy to jednak w żadnym wypadku, że nasi sportowcy nie mają swoich rytuałów. Wręcz przeciwnie.

Adam Małysz na przykład, zdobywca niemal wszystkiego, co było do zdobycia w skokach narciarskich, w tym czterech medali olimpijskich, miał choćby zwyczaj, polegający na jedzeniu przed zawodami bułki z bananem. Szczęście miał mu przynosić także słynny wąsik. To był zarost w stylu, który już dawno wyszedł z mody, ale – czy komuś to przeszkadzało, skoro „Orzeł z Wisły” bił kolejne rekordy i zdobywał coraz to nowe trofea?

A propos zarostu: Kazimierz Górski, legendarny trener naszych piłkarzy, których doprowadził choćby do złotego medalu olimpijskiego w Monachium, w dniu meczu jak ognia unikał maszynki do golenia. To było o tyle ciekawe, że zawsze chodził gładko ogolony. Zawsze, poza dniem meczowym.

Krok dalej poszedł znakomity judoka Paweł Nastula. On na maszynkę obraził się nie na jeden dzień, ale na całe igrzyska olimpijskie w Atlancie. Ogolił się dopiero po tym, jak już odebrał złoty medal.

Przecież 1+8 to także 9

Medale na koncie miał także Michael Jordan (złote z Los Angeles i Barcelony oraz 6 mistrzowskich tytułów w NBA). Jego gra zmieniła całą koszykówkę, a jego przesąd – sposób ubierania się koszykarzy. W dawnych latach zawodnicy NBA nosili dość krótkie spodenki. Legendarny MJ z kolei miał zwyczaj, że zakładał spodenki drużyny uniwersyteckiej z Północnej Karoliny, w barwach której przebił się do wielkiej koszykówki. Dopiero na wierzch wkładał spodenki Chicago Bulls. Żeby jednak spod spodu nic nie wystawało, te musiały być dłuższe od standardowych. W ten sposób Jordan wylansował trwającą do dziś modę na spodenki do kolan.

Skoro mowa o garderobie, słynny piłkarz Gary Lineker słynął z tego, że zdobywał mnóstwo goli, niestety także przeciwko Polsce. W każdym razie, jeśli w pierwszej połowie nie trafił do bramki rywali, na drugą MUSIAŁ wyjść w świeżej koszulce. Jeśli i to nie pomogło, następnego dnia szedł do fryzjera. Cóż, w większości przypadków – pomagało, bo w barwach Leicester, Evertonu, Barcelony i Tottenhamu zdobył grubo ponad 200 goli, a kolejnych 48 dołożył w reprezentacji Anglii.

Lineker w przerwie zmieniał koszulkę, zaś inny znany z Premier League piłkarz Kolo Toure miał taki zwyczaj, że ZAWSZE wychodził na boisko przed drugą połową, jako ostatni. Kiedyś mało brakowało, a już nie musiałby wchodzić. William Gallas przed rozpoczęciem gry potrzebował jeszcze pomocy sztabu medycznego. Toure tak długo czekał z wejściem na plac, że dostał żółtą kartkę, po czym… czekał dalej. Niepocieszony wszedł na boisko, gdy sędzia już miał sięgnąć po czerwoną kartkę.

Wśród piłkarzy mocna jest także wiara w to, że dany numer na koszulce może pomagać, a jego brak – przynosić pecha. I taki na przykład Ivan Zamorano był bardzo mocno związany z numerem 9 i za żadne skarby nie chciał go odstąpić, gdy do Interu dołączył Ronaldo. Brazylijczyk jednak nie chciał słyszeć o żadnym innym numerze, a że miał status absolutnej gwiazdy, kolega z Chile musiał się z dziewiątką rozstać. Co więc zrobił? Poprosił w klubie o numer 18. Rzecz w tym, że między cyframi „1”, a „8” wstawił malutki znak „+”, niejako pozostając przy szczęśliwej dziewiątce.

Talizmany za kierownicą

Oddzielna kategoria zaklęć i talizmanów dotyczy kierowców rajdowych i wyścigowych. Trudno się zresztą dziwić, bo przecież oni ryzykują zdecydowanie więcej niż piłkarze czy tenisiści.

Czterokrotny mistrz Formuły 1 Sebastian Vettel ma zwyczaj wkładać monetę do buta – na szczęcie. Krok dalej idzie Krzysztof Hołowczyc. On nie wsiada za kierownicę swojego samochodu rajdowego bez… skarpetek swoich córek, schowanych w kieszeni. Nieważne, że córki są już pełnoletnie – talizman to talizman.

Co jeszcze może przeszkadzać sportowcowi? Wiadomo – numer 13, w wielu kulturach uważany za ten, który przynosi pecha. W Formule 1 na przykład, gdzie przez lata było wiele ofiar śmiertelnych, bardzo długo tego numeru w ogóle nie było. Mistrz świata jeździł z jedynką, jego partner z dwójką, kolejni kierowcy według klasyfikacji z poprzedniego sezonu dostawali numery od 3 do 12. Następny w kolejce jednak miał przydzielaną czternastkę. Na wszelki wypadek. Dziś każdy kierowca sam wybiera swój numer, Kubica w barwach Williamsa jeździł na przykład z „88”. – Wybrałem ten numer, bo ósemka to moja ulubiona liczba. We Włoszech mówi się, że dwa jest lepsze niż jeden, więc sięgnąłem po dwie ósemki – mówił. Na trzynastkę nikt się nie zdecydował.

Tenisowe przesądy

Tenis to mocno specyficzny sport. Zdarza się, że mecz trwa nawet pięć godzin, a o wszystkim decydują dwie piłki. W takiej sytuacji – zdecydowanie lepiej mieć szczęście po swojej stronie. Jak to zrobić? Można spróbować metody Sereny Williams, najbardziej utytułowanej zawodniczki naszych czasów i czterokrotnej mistrzyni olimpijskiej. Młodsza z sióstr Williams na przykład ZAWSZE przed pierwszym serwisem odbija piłkę pięć razy, a przed drugim – dwa razy. Dodatkowo, ma taki zwyczaj, że przez cały turniej nosi tę samą parę skarpetek.

Podobnie do sprawy podchodził Bjoern Borg. Legendarny gracz co roku przed Wimbledonem zakładał tę samą koszulkę oraz… zapuszczał brodę. O skuteczności tej metody trudno nawet dyskutować, skoro Szwed wygrał na londyńskiej trawie pięć razy z rzędu!

Oddzielna kategoria to Rafa Nadal, zwycięzca 19 turniejów Wielkiego Szlema oraz dwukrotny mistrz olimpijski. Zresztą, zobaczcie sami:

Patrząc na tę rutynę genialnego Hiszpana na serio można sobie zadawać kilka pytań:

  • Po co on to robi?
  • Czy robi to świadomie?
  • Czy to pomaga?
  • Czy to normalne?

Zaklinanie rzeczywistości

Piłkarz, który zmarnuje rzut karny, skoczek narciarski, który spóźni wyjście z progu czy sprinter, który wystartuje o kilkanaście setnych sekundy później od swoich konkurentów praktycznie nie mają możliwości naprawienia swojego błędu. Wszystko musi być wykonane jak najlepiej za pierwszym razem. To powoduje zaś powstawanie presji i stresu. Te, negatywnie wpływając na sportowca, utrudniają mu osiągnięcie dobrego wyniku i wygraną. W takiej sytuacji jego szanse na sukces stają się mniejsze. Przesąd ma temu zapobiec i ochronić przed wszelkimi pechowymi czynnikami, które mogłyby przeszkodzić w osiągnięciu sukcesu. Staje się on sposobem na zapewnienie sobie komfortu psychicznego. Jednocześnie staje się też formą zaklinania rzeczywistości, czyli próbą podporządkowania świata własnym celom i pragnieniom – pisze Tomasz Janus w publikacji „Przesądy w sporcie. Między religijnością a zaklinaniem rzeczywistości”. – Jeżeli człowiek dążąc do jakiegoś celu, którego osiągnięcie jest dla niego równoważne z sukcesem, zetknie się z jakimś bodźcem, a później cel zostanie osiągnięty, nastąpi wzmocnienie tego bodźca. Dążąc kolejny raz do osiągnięcia sukcesu, człowiek będzie uważał, że bez bodźca, który pojawił się poprzednim razem, pomyślne zakończenie, czyli sukces, nie będzie możliwe.

Inaczej mówiąc: Rafa Nadal od dłuższego czasu powtarza swoje rytuały i od lat utrzymuje się na szczycie niesamowicie konkurencyjnej dyscypliny. Może więc wyciągać prosty wniosek, że skoro ustawianie butelek w taki, a nie inny sposób, czy unikanie stawania na linach pozwoliło mu osiągnąć tyle sukcesów, to po co to zmieniać?

Znacznie trudniej jest, kiedy przesąd dotyczy czegoś, na co wielkiego wpływu nie mamy. W kontekście zbliżających się wielkimi krokami igrzysk w Tokio nie wypada nie wspomnieć o tak zwanej klątwie chorążego. Od prawie 30 lat osoba, która niesie polską flagę na ceremonii otwarcia igrzysk olimpijskich, wraca do domu z pustymi rękami. Żeby zobaczyć polskiego chorążego z medalem, musielibyśmy się cofnąć aż do Barcelony, do 1992 roku. Waldemar Legień leciał tam jako mistrz olimpijski z Seulu w judo, na ceremonii dumnie niósł biało-czerwoną flagę, a potem sięgnął po drugie złoto. Po nim było w gronie chorążych wielu świetnych sportowców, często faworytów w swoich dyscyplinach, ze Zbigniewem Bródką, Andrzejem Wrońskim, Bartoszem Kizierowskim, czy Agnieszką Radwańską na czele. Wszyscy przepadli.

Póki co, jeszcze nie wiadomo, kto poprowadzi naszą reprezentację 24 lipca na ceremonii otwarcia igrzysk olimpijskich w Tokio. Wychodzimy jednak z założenia, że minus i minus dają plus, więc wykorzystując moc czarnego kota i piątku trzynastego niniejszym kasujemy klątwę chorążego. Oby tylko nie przyniosło to pecha…

JAN CIOSEK

foto: wikimedia, pixabay.com


Aktualności

Kalendarz imprez