Francuska gwiazda pływania oraz były szczypiornista. Manaudou wróci na szczyt w Tokio?

Francuska gwiazda pływania oraz były szczypiornista. Manaudou wróci na szczyt w Tokio?

Przez długi czas nazwisko “Manaudou” Francuzom kojarzyło się tylko z jedną osobą. Niesamowitą Laure, która jako siedemnastolatka zdobyła złoto olimpijskie, a następnie wygrała dwadzieścia trzy finały z rzędu na swoim królewskim dystansie. Z czasem jednak jej kariera wyhamowała. Zadecydowało o tym burzliwe życie towarzyskie oraz kolejne cyfry, które pojawiały się na liczniku. 

Nie musiała jednak długo czekać na swojego następcę, nowego pływaka numer jeden w kraju nad Sekwaną. Został nim… jej brat. Florent Manaudou od czasu igrzysk w Londynie sięgał po tytuły i bił rekordy, ale już po czterech latach startów się wypalił. I postanowił, że zostanie szczypiornistą.

Jak długo wytrzymał poza basenem? Ponad dwa lata. Ale obecnie znowu pływa, znowu jest w dobrej formie. Doświadczonemu już pływakowi marzy się “comeback” na miarę Michaela Phelpsa. I liczy, że będzie miał miejsce w Tokio.

Bliźniacze ambicje

Florent i Laure dzielą tylko cztery lata. On urodził się w 1990 roku, ona w 1986. Nietrudno sobie zatem wyobrazić sytuację, w której mijali się na basenach – może nie trenując razem, ale uczestnicząc w bliźniaczych zawodach. Kwestia jest jednak taka, że sukcesy siostry nadeszły znacznie wcześniej – podczas igrzysk w Atenach została mistrzynią olimpijską.

W szczycie formy była jedną z najlepszych pływaczek na świecie, jeśli chodzi o średnie dystanse – 400 czy 800 metrów stylem dowolnym. Czasami pływała również grzbietem, i to z niezłym skutkiem – bo tym stylem potrafiła sięgać po medale na europejskim podwórku. A polscy kibice mogą pamiętać ją z bojów, które toczyła z Otylią Jędrzejczak.

Młodszy brat patrzył na wszystko z boku. Kiedy Laure zdobyła złoty medal, miał zaledwie 13 lat, ale i tak poczuł nutkę zazdrości. Jak to już bywa w rodzeństwach – jak ona coś zrobiła, on nie chciał być gorszy. – Od zawsze pragnąłem szybko pływać i pokierować swoją karierę aż do igrzysk. Ale kiedy moja siostra zdobyła ten tytuł, nie myślałem już o braniu udziału, tylko o chęci zwycięstwa.

Śmieciowe jedzenie i walka z nudą

Nie chodziło tylko o siostrę. Ojciec grał zawodowo w piłkę ręczną, a matka była profesjonalną badmintonistką. A kiedy Florent rozpoczął przygodę z pływaniem, rolę trenera przejął nie kto inny, jak brat Nico. W jego otoczeniu próżno było szukać osób niezwiązanych ze sportem.

Nie dziwiło zatem, że poszedł w takim kierunku. Nie dziwiło też, że błyszczał wszechstronnością, trenując za młodu kraula, delfina i grzbiet. Zastanawiać mogło jednak to, jak bardzo go to wszystko męczyło.

Manaudou wielokrotnie podkreślał, jak bezlitosną dyscypliną jest pływanie. Jak dużego hartu ducha, cierpliwości i dedykacji wymaga. Mówił, że największym problem dla niego, ale też innych zawodników, jest to, że istotne w realiach pływackich jest tylko kilka dni w całym roku. Te kilka dni na ważnych zawodach, podczas których czujesz adrenalinę, a także stajesz przed szansą wygrania cennego trofeum.

Większość czasu zajmują przecież treningi. Można kochać to, co się robi, ale każdy pływak powie to samo – w tym sporcie nie da się uciec od monotonii. Wstawanie rano, przepływanie kolejnych kilometrów, w ten sam sposób, podobnymi seriami, może zmęczyć nawet najbardziej wytrwałych.

– Kiedy zaczynasz kolejny tydzień, i nie odpocząłeś w weekend, nie będziesz dobrze spisywał się w wodzie. W moim przypadku – muszę uciec od tego wszystkiego, napić się z przyjaciółmi. Ale nie palę. Palenie jest złe dla płuc. Alkoholu łatwiej się pozbyć – mówił Manaudou.

Podobne odczucia miał przez całą karierę, “cheat meale” nigdy nie były mu obce. Pasa zaczął jednak popuszczać w pełni dopiero w ciągu ostatnich lat. Obecnie zdarza mu się zjeść ciasteczka Oreo na śniadanie, nawpychać się chipsów, a około północy maczać frytki w majonezie, a potem popijać je piwem. Robi to wszystko, bo nie potrafiłby inaczej. W ten sposób ucieka przed wypaleniem.

Co mu to przyniesie? Okaże się w ciągu najbliższych kilku miesięcy. Pewne jest jednak to, że swoje w karierze już wygrał. Na przykład wtedy, kiedy po raz pierwszy dorównał siostrze.

Najszybszy na świecie

Laure Manaudou wyrosła na wielką gwiazdę. Między 2004 a 2008 rokiem nie przegrała żadnego wyścigu na dystansie 400 metrów. Zainteresowanie wzbudzała zresztą też poza basenem. Media rozpisywały się zarówno o jej sukcesach sportowych, jak i życiu towarzyskim. Wchodziła w kilka głośnych związków, aż nie trafiła na ten, wydawałoby się, właściwy. Z Frédérickiem Bousquetem, francuskim pływakiem, doczekała się w 2010 roku dziecka.

Ona była mistrzynią olimpijską, on rekordzistą świata, który miał wkrótce toczyć pojedynki z jej bratem, bo ten również specjalizował się w dystansach sprinterskich. We Francji rosła zatem ciekawa pływacka rodzina, ale wszystko się posypało. Zarówno jeśli chodzi o relację – bo doszło do rozstania – jak i kwestie sportowe. Laure zawiesiła chwilowo karierę, a Bousquet, po zbanowaniu strojów poliuretanowych, wypadł ze światowej czołówki.

Powodów do narzekań nie miał jednak Florent. W 2012 roku absolutnie wystrzelił z formą. Choć w poprzednich latach nie odnosił żadnych międzynarodowych sukcesów, zaczął notować wyniki, które pozwalały mu myśleć o dobrym występie na igrzyskach w Londynie. Choć może nie o złotym medalu – ten wydawał się odległym marzeniem. Inna sprawa, że te marzenie się spełniło.

I to mimo tego, że w tamtych czasach na 50 metrach kraulem rządził tylko jeden gość. Cesar Cielo był rekordzistą świata, obrońcą tytułu z Pekinu, a także ówczesnym mistrzem globu. Stały za nim zatem wszystkie tytuły. I choć Brazylijczyk wzbudzał trochę kontrowersji – bo w 2009 roku brał udział w aferze dopingowej, w jego organizmie wykryto zabroniony Furosemid – to w Londynie to on miał triumfować.

Ale tak się nie stało. Manaudou, który w półfinałach miał dopiero szósty najlepszy czas, kiedy przyszło co do czego, popłynął najlepszy wyścig w życiu. Miał drugą najlepszą reakcję startową w finale, ale to nawet nie ona zdecydowała o jego zwycięstwie  – bo popisał się też fantastycznym finiszem. Srebro zgarnął Amerykanin Cullen Jones, a do Cielo trafił zaledwie brązowy krążek.

Tuż po wyjściu z wody Florent zwrócił się w kierunku trybun. Tam czekała na niego Laure. Padli sobie w objęcia, tworząc być może najbardziej symboliczny – z perspektywy francuskiego kibica – moment igrzysk w Londynie. Siostra nie była już najlepsza na świecie, ale pałeczkę przejął brat. – Kiedy widziałam go na treningu, wiedziałam, że może wygrać. Po eliminacjach, myślałam, że to niemożliwe. Po półfinałach, że prawie niemożliwe. A teraz jest mistrzem olimpijskim  – mówiła Laure.

Rodzeństwo razem

Dla pływaków z kraju nad Sekwaną to była zresztą niezwykle udana impreza. Sięgnęli po aż cztery złote medale i siedem łącznie. Media podkreślały wagę tych sukcesów i to, że wzięły się z rewolucji szkoleniowej, jaką przeprowadzono we Francji w drugiej połowie lat dziewięćdziesiątych. Wtedy tamtejsze pływanie było na dnie – z igrzysk w Atlancie Francuzi wrócili z pustymi rękoma. W Sydney nie było wiele lepiej, ale już w Atenach narodziła się nowa gwiazda. Gwiazda, która w 2012 roku znalazła swojego następcę. O tym samym nazwisku.

Dobre rzeczy trwają krótko

– Myślę, ze byłem najbardziej zrelaksowanym pływakiem przed finałem. Wiedziałem, że spokój będzie kluczem. Ale wciąż nie doszło do mnie, jak mogłem płynąć tak szybko – mówił Florent po wyścigu. Na kolejne sukcesy nie musiał długo czekać – rok 2012 kończyły mistrzostwa świata oraz Europy na krótkim basenie. Z pierwszych przywiózł dwa krążki – brązowy i srebrny. Z drugich – pięć, wszystkie z najcenniejszego kruszcu.

Nic więc dziwnego, że zaczęło się robić o nim coraz głośniej. Pływak pojawiał się w francuskich mediach, a kibice stanęli przed okazją poznania go bliżej. – Jak zmieniło się moje życie? Niewiele rzeczy uległo zmianie. Może poza kontraktami reklamowymi i różnymi sponsorami. Ale moja codzienność pozostała mniej więcej taka sama – podkreślał w wywiadzie z GQ w 2013 roku.

W tej samej rozmowie opowiadał, że lubi śledzić inne dyscypliny, nie tylko pływanie. A także, że, owszem, przepada za pozowaniem, byciem modelem. I sesja, którą zrobił dla wspomnianego magazynu, absolutnie go nie krępowała. Przyznał się też do współpracy z trenerem mentalnym, który pomaga w odpowiednim przygotowaniu do zawodów i zachowywaniu koncentracji. Choć w wieku 22 lat wypalenie mu nie grozi.

Cóż, wtedy może mu nie groziło, ale taki stan rzeczy długo się nie utrzymał. Do czasu kolejnych igrzysk, w Rio de Janeiro, Manaudou zachowywał wysoką formę. A podczas imprezy docelowej również spisał się nieźle – sięgnął po dwa srebrne medale, na dystansie 50 metrów kraulem i sztafecie 4×100 tymże stylem. Niedługo później uznał jednak, że… nie chce dalej pływać. Albo przynajmniej nie tak często.

Na lądzie

We wrześniu 2016 roku ogłosił, że zawiesza karierę, aby grać… w szczypiorniaka. Dla fanów Francuza mogło to brzmieć jak nieśmieszny żart, ale nic z tych rzeczy. Manaudou był konkretny, bo szybko podpisał kontrakt z klubem piłki ręcznej Aix-en-Provence, dołączając do jego drugiego zespołu. Przy tym zapewnił, że z pływaniem się kompletnie nie rozstanie. Będzie od czasu do czasu odwiedzał basen, trzymał formę, ale od ciągłej rywalizacji musi po prostu odpocząć.

Podkreślał, że przerwa pływakowi może – paradoksalnie – wyjść na dobre (podając za przykład Michaela Phelpsa oraz Anthony’ego Ervina, którzy w Rio stawali na najwyższym stopniu podium). Przytoczył też nazwiska trzech francuskich pływaków, których w środowisku francuskiego pływania bardzo mu brakowało. Chodziło o jego siostrę oraz Yannicka Agnela, którzy skończyli karierę, a także Camille Muffat – mistrzynię olimpijską z Londynu, która zginęła w katastrofie helikopterów w 2015 roku.

– W celu wyjaśnienia spekulacji: to prawda, że trenuję z zespołem Aix. Porzuciłem sport zespołowy za szybko, nawet mimo tego, że nie kłócił się z pływaniem. Robię to z żadną inną motywacją niż tym, że chcę dać z siebie wszystko i znaleźć nowe źródło radości – mówił Florent.

Do tematu piłki ręcznej podszedł bardzo poważnie. Nie zarabiał kokosów, utrzymywał się głównie z pozostałych kontraktów reklamowych, ale funkcjonował na tych samych zasadach, co wszyscy jego koledzy z drużyny. Trenował od poniedziałku do piątku, a w sobotę grał mecze. Choć na boisku nie spędzał wiele czasu – zazwyczaj wchodził dopiero na końcówki spotkań. A czy tęsknił za pływaniem? Tylko za przebywaniem w wodzie. Ale nie za, jakże wymagającą, rywalizacją na najwyższym poziomie.

– Czy odnalazłem szczęście? Tak. Kiedyś, jako pływak, nie chciałem wstawać rano na trening. Teraz wygląda to odwrotnie! Ani razu nie miałem myśli: kurde, muszę się zbierać na halę. Zawsze mam ochotę zobaczyć moich kolegów, porzucać, nauczyć się nowych rzeczy – mówił dla Le Parisien.

Jedyne, co mu szczególnie w tamtym okresie dokuczało, było ciągłe zainteresowanie francuskich mediów. Te zwracały uwagę, że nie radzi sobie zbyt dobrze. Bo przecież pływakiem był kapitalnym, a szczypiornistą jest jednym z wielu, naprawdę wielu. Florent, jako niezwykle ambitna osoba, takich słów nie przyjmował zbyt dobrze. – Krytyka? Tak, tak, jest nudna. Bycie ocenianym za parę miesięcy gry jest słabe, ale wiedziałem, że tak będzie. Zależy mi tylko na opinii kolegów z zespołu oraz trenerów. Niczym więcej. We Francji, jeśli zrobisz coś nowego, zawsze zostaniesz skrytykowany. Kiedy zajmę się, na przykład, aktorstwem, będzie podobnie – zauważał.

Florent przepada również za futbolem. Na zdjęciu na meczu PSG z Lyonem

Na lądzie wytrzymał długo, ale w listopadzie 2018 roku uznał, że przyszedł czas na powrót. Do starego sportu wrócił z nową energią i na wstępie podkreślił, że, nie ma wątpliwości: zawsze będzie pływakiem.

Cel na horyzoncie

Od kiedy wrócił, zdążył już odnieść pierwsze sukcesy. Podczas mistrzostw Europy na krótkim basenie zgarnął srebrny medal na 50 metrów kraulem oraz brązowy w mieszanej sztafecie 4×50. Wziął też udział w pierwszym sezonie International Swimming League, w którym bronił barw drużyny Energy Standard, pełniąc wraz z Sarah Sjostrom rolę kapitana. Trzeba jednak przyznać, że wciąż nie jest tym niesamowicie szybkim Florentem Manaudou, którego pokochali francuscy kibice.

Inna sprawa, że nie cierpi już na brak motywacji. Pomaga mu w tym to, o czym pisaliśmy wcześniej – jeszcze luźniejsze podejście do diety. Ważny dla niego jest również fakt, że nikt nie uważa go za faworyta. W roli pływaka, który goni, czai się na resztę czołówki, czuje się najlepiej. – Nie jestem już tym, na którego polują. Tylko sam jestem łowcą. Rano budzę się i myślę o zawodnikach, którzy pływają ode mnie szybciej. I o tym, że chcę ich pobić. To działa na mnie lepiej, niż poczucie, że muszę się utrzymać na szczycie – mówi.

Awans na igrzyska w Tokio wywalczył w ubiegłym tygodniu, podczas zawodów FFN Golden Tour. Dystans 50 metrów przepłynął w czasie 21,72 sekund, bijąc drugiego Jessego Putsa (złotego medalistę mistrzostw świata z 2016 roku) o niemal pół sekundy. Dał tym samym sygnał pod tytułem “znowu jestem groźny”. – Moje podejście się zmieniło. Chcę wygrywać bardziej niż w 2016 roku, mam w sobie to zwierzę.

O powtórzenie sukcesu z 2012 roku oczywiście nie będzie mu łatwo. W drodze do złotego medalu musiałby w końcu pokonać Caeleba Dressela, najlepszego pływaka globu, który również uwielbia sprinterskie dystanse. Nie ma jednak wątpliwości, Manaudou stać na wiele. A gdyby w Tokio faktycznie stanął na podium, byłaby to niesamowita historia – bo przecież jeszcze pare lat temu grał w piłkę ręczną w niższej lidze francuskiej.

KACPER MARCINIAK

Fot. Newspix.pl


Subskrybuj
Powiadom o
guest
0 komentarzy
Inline Feedbacks
Pokaż wszystkie komentarze

Aktualności

Kalendarz imprez