Fiodorow: Widzę, że są rezerwy. Życiówkę da się poprawić

Fiodorow: Widzę, że są rezerwy. Życiówkę da się poprawić

Kiedy i dlaczego była bliska zakończenia kariery? Jak to się stało, że za młodu grała w tee-ball, czyli odmianę baseballu? Czy kupiła już mieszkanie, na które miała przeznaczyć kasę za srebro mistrzostw świata? Jakie marzenie spełniła w trakcie wakacji? Dlaczego trenerka przed mistrzostwami świata zabroniła jej… rzucać młotem? Jak przebiegają przygotowania do sezonu olimpijskiego? W długiej rozmowie o tym wszystkim opowiada nam Joanna Fiodorow.

SEBASTIAN WARZECHA: Jesteś na obozie w Portugalii, za tobą pierwszy dzień. Jak minął?

JOANNA FIODOROW: Ciekawie. Były dwa treningi, pierwsze ćwiczenia technicznie, pierwszy też dzień trzymania młota w ręku i pierwsze rzuty. Śmieję się, że jest światełko w tunelu. Myślę, że będzie dobrze. Wszystko następnego dnia będzie boleć, ale tak to już jest.

„Światełko w tunelu”? Brzmi jakby coś było nie tak.

Zawsze trudno jest wrócić po przerwie. A przecież przez dwa miesiące nie rzucałam. Chodzi o to, żeby wrócić na dobre tory, trzeba to wszystko poukładać. Aktualnie góra robi swoje, a nogi swoje. Potrzebuję pięciu-sześciu treningów technicznych i wszystko powinno być fajnie.

Przerwa od rzucania była, ale po drodze mieliście choćby zgrupowanie w Karpaczu…

Tak, chodziliśmy tam po górach, robiliśmy sprawność, treningi w wodzie czy aerobik, który prowadziła Monika Mordaka. Robiliśmy tam taki wstęp do treningu, żeby przygotować organizm do ciężkiej pracy.

Chodzenie po górach to nie jest jedna z pierwszych rzeczy, która kojarzy się z treningiem do rzutu młotem.

Nie kojarzy się, ale robimy wtedy wydolność. Dużo chodzimy, te wycieczki mają po 10-15 kilometrów. Taki wysiłek w górach potrafi nam – a nie należymy przecież do małych osób i nie biegamy tak jak pozostała część lekkoatletów – dać w kość. Robimy wytrzymałość, ona przekłada się później na trening techniczny czy siłowy. Nie przeszkadza mi wówczas oddawanie czterdziestu rzutów albo spędzenie ponad dwóch godzin na siłowni.

Zawitaliście między innymi na Śnieżkę, ale podobno nie dostaliście widoków w nagrodę.

Widoki były, ale tak do pierwszego schroniska. Jak już weszliśmy na sam szczyt była bardzo duża mgła i ich zabrakło. Nie mogliśmy zobaczyć tej drogi, jaką przeszliśmy od Karpacza. Nie było też ładnych zdjęć, ale może uda się jakieś zrobić za rok, jeśli znowu tam przyjedziemy.

To nie jest łatwe – dwa razy byłem w swoim życiu na Śnieżce i dwa razy była taka mgła, że ledwo widziałem własne dłonie, gdy machałem nimi przed twarzą.

Różnie bywa. Konrad Bukowiecki był jakieś pięć dni po nas i miał świetną pogodę. My tak nie trafiliśmy, ale co się odwlecze, to nie uciecze.

Czyli jest powód, żeby zjawić się tam jeszcze raz.

Tak jest.

Cofnijmy się jeszcze trochę w czasie – do twoich wakacji. Byłaś w USA. Wczuj się w przewodnika i powiedz, co koniecznie trzeba tam zobaczyć.

O Boże… Powiem ci, że tam wszystko jest warte zobaczenia. W Nowym Jorku wiadomo – Wall Street, cała Piąta Aleja czy Times Square. Każde z tych miejsc. Ja miałam super przewodnika – moją przyjaciółkę, Gosię Reszkę. Pokazała mi to wszystko w bardzo szybkim tempie. Jak komuś mówię, że widziałam tyle rzeczy, to się śmieje i mówi, że to niemożliwe do ogarnięcia w trzy dni. A nam się udało. Robiłyśmy tam jednak niezłe kilometry – wychodziłyśmy o dziesiątej rano, a wracałyśmy o dziesiątej wieczorem.

Stany to dla ciebie spełnienie marzenia, prawda?

Tak jest. Co prawda byłam już w nich wcześniej, ale na zachodnim wybrzeżu, w Kalifornii. Ten Nowy Jork od dawna mi się marzył, bo to on jest zwykle w piosenkach czy filmach – weźmy choćby „Kevina samego w Nowym Jorku”. Zobaczenie tego na żywo to coś niesamowitego. Od dawna chciałam tam pojechać i wreszcie się udało.

Zrobiłaś sobie w tych Stanach zdjęcie z posągiem byka, które obiegło Internet. Z tej okazji zaszalał „Super Express”. Widziałaś, jaki nagłówek dali do newsa?

Tak, tak. (śmiech) Coś z „wielkimi jajami”, widziałam. Na Wall Street panuje przesąd związany z tym posągiem. Do tego byka zawsze są duże kolejki, bo wierzy się, że jak się potrze te jego jaja, to pieniążek będzie się kręcił i wszystko pójdzie w dobrym kierunku. Śmiałam się do koleżanki, że muszę to zrobić, żeby pieniążki były i żebym nie musiała narzekać.

Szczególnie, że pieniądze łączą się u ciebie z wynikami?

Zgadza się. Jeżeli są wyniki, to są pieniążki, stypendia. I to naprawdę dobre pieniądze, za które da się żyć i odłożyć coś na przyszłość.

Fot. Fanpage Joanny Fiodorow/Facebook

Wspomniałaś o Kalifornii. Nie sposób nie zapytać o sprawę sprzed kilku lat. Chodzi mi o słynną aferę z „alkoholową libacją” na zgrupowaniu.

No tak, była afera. Skończyła się jak się skończyła. Napisano o nas wiele artykułów, że alkoholicy, że pojechaliśmy na libację do Stanów… A tak po prostu nie było. Prasa ma to do siebie, że wychodzą takie kwiatki. My zrobiliśmy swoją robotę, która przełożyła się na wyniki. Przeszliśmy wtedy przez bardzo ciężki, pięciotygodniowy obóz, który według mnie i mojej trenerki przepracowałam bardzo dobrze. Zaowocowało to tym, że na mistrzostwach świata pierwszy raz znalazłam się w ścisłym finale – byłam szósta.

To wszystko najpierw było bardzo rozdmuchane, a potem ucichło, bo każdy z nas osiągnął dobre wyniki w sezonie 2017. Myślę, że tego najlepiej się trzymać i do sprawy nie wracać. Chyba nie ma sensu drążyć tematu, który się już skończył. Była zajawka, sporo się działo, dużo o nas pisano. Choć niestety głównie negatywnie. Ale było, minęło.

Już przy okazji mistrzostw świata mówiłaś, żeby dać ci przepracować zimę, ale muszę zapytać: myśli o medalu na igrzyskach się na razie nie pojawiają?

Nie, na razie myślę o tym, żeby w zdrowiu przepracować ciężką zimę, która mnie czeka. Bo już oficjalnie zaczęły się takie mocne, wstępne przygotowania przed bardzo ciężką pracą, która czeka mnie od stycznia. Skupiam się na tym, żeby zdrowie pozwoliło mi na zrealizowanie planu, który ułożyła w głowie pani trener. A wiem, że ten plan się sprawdza, bo zaczęłyśmy współpracę w listopadzie 2016 roku i od tamtego czasu z roku na rok poprawiam wyniki. To cieszy. Dlatego też nastawiam się teraz na ciężką pracę i na to, żeby poprawić technikę. A co wyjdzie na igrzyskach, to… wyjdzie na igrzyskach. To jest konkretny dzień, chwila. Jeśli przepracuję dobrze zimę, myślę, że stać mnie będzie na walkę o ścisły finał.

Masz z tymi igrzyskami rachunki do wyrównania. Dwa razy jechałaś i dwa razy trochę zabrakło do tej najlepszej ósemki, ścisłego finału, choć – jak okazało się po zweryfikowaniu próbek dopingowych – w Londynie powinnaś w nim być.

Powinnam. Okazało się, że byłam siódmą zawodniczką tamtych igrzysk. Ale to czas przeszły. Rachunki? Oczywiście, że mam jakieś do wyrównania, marzy się ten ścisły finał. Wszystko okaże się za osiem miesięcy. Teraz czeka mnie naprawdę ciężka praca. Obym wytrwała w zdrowiu. Jak to się uda, to może być dobrze. Choć najpierw są eliminacje, trzeba je przejść, bo to nerwówka. Faworytki często w nich odpadają.

Igrzyska w Rio to z kolei gorzkie wspomnienia innego rodzaju. Mówiłaś po nich, że byłaś już bliska rezygnacji z rzucania.

Tak, współpraca z byłym trenerem nie układała się tak, jakbym tego chciała. Po medalu w Zurychu [brąz mistrzostw Europy 2014 – przyp. red.] miało być lepiej, a z roku na rok było coraz gorzej. Zgubiliśmy się gdzieś po drodze, wszystko szło w złym kierunku. Byłam niesamowicie silna, ale nie przekładało się to na rzucanie i technikę. Będąc dziewiątą zawodniczką igrzysk olimpijskich w Rio usłyszałam sporo gorzkich słów pod swoim adresem.

Wtedy stwierdziłam, że to nie wygląda tak, jak powinno. Byłam przecież coraz starsza, do tego dochodził brak środków – bo stypendium otrzymuje najlepsza ósemka igrzysk, a dziewiąta zawodniczka już nie. Tu rodził się kolejny problem: czy robić to dalej, czy też iść do pracy? Bo nie jestem tego typu zawodniczką, żeby w wieku 27 lat pójść do mamy i poprosić, żeby pomogła mi się utrzymać, bo „słuchaj, mamo, chciałabym jeszcze potrenować”.

Ostateczną decyzję podjęłam wtedy po rozmowie z moją obecną trenerką, gdy zapytałam jej, czy nie chciałaby mi pomóc i zacząć mnie trenować. Poprosiła o chwilę, bo musiała pogadać z Wojtkiem, wtedy już brązowym medalistą igrzysk, czy zgodziłby się na to, żebym była w ich grupie. Na moje szczęście oboje podjęli się tego wyzwania. Trenerka stwierdziła, że chce spróbować. Powiedziała mi, żebym wracała do Białegostoku i zobaczymy. Nie obiecywała wyników, a jedynie ciężką pracę. Jak widać ta praca przełożyła się na to, że rok później byłam szósta na mistrzostwach świata, dwa lata później zdobyłam medal mistrzostw Europy, a trzy lata później srebro mistrzostw świata. Nic, tylko się cieszyć, że to nasze wzajemne zaufanie wychodzi nam na dobre.

Skąd w ogóle pojawił się w twojej głowie pomysł, żeby zadzwonić do Malwiny Sobierajskiej? Stąd, że Wojtkowi tak dobrze szło?

Nie, Malwina była też moją przyjaciółką. Wiedziałam, że jeżeli mam zmienić trenera i podjąć jeszcze walkę o to, żeby poprawić wyniki i coś osiągnąć, muszę robić to z osobą, która mnie będzie rozumiała i będzie chciała mi w tym pomóc, a nie podcinać mi skrzydła. Okej, na pewno też w głowie siedziało to, że Wojtek po dwuletniej współpracy z nią zdobył medal mistrzostw świata, a rok później igrzysk olimpijskich. Bo to świadczyło o tym, że ta myśl treningowa szła w dobrym kierunku. To też było jakimś punktem zaczepienia – widziałam, że tam jest faktyczna współpraca między zawodnikiem i trenerem, a nie ma czegoś takiego, że zawodnik jest wyłącznie robotem od wykonywania poleceń. Wiedziałam też – po rozmowach z Wojtkiem i innymi ludźmi – że Malwina ma po prostu to „coś”, że czuje zawodnika i trening jest układany pod niego, a nie zawodnik dostosowywany do treningu. Myślę, że to przeważyło szalę. Ryzyk albo fizyk, jak to wtedy mówiłam. Albo wyjdzie, albo nie. Gdyby nie wyszło, pewnie zakończyłabym karierę. Bo nie widziałabym już w tym sensu.

Przemyciłaś to trochę między wierszami. Twój poprzedni trener – Czesław Cybulski – faktycznie jest z tych szkoleniowców, którzy raczej nie dopuszczają do głosu innego zdania niż własnego, co?

Wiadomo, że to jest ciężki trening. I jestem na to nastawiona. Ale zdarzały się drobne kontuzje czy problemy zdrowotne, a trener tego, niestety, nie rozumiał. Jak nie wykonywałam w stu procentach treningu to słyszałam, że mi się nie chce, albo że się nie nadaję. A nie jestem przecież coraz młodszą zawodniczką. Dlatego ta współpraca z obecną trenerką tak dobrze się układa, bo ona widzi, że mnie coś boli czy coś jest nie tak. Wtedy nie robimy ćwiczeń na chama, aż do zerwania jakiegoś mięśnia, po którym będę się składała przez miesiąc. W takich sytuacjach wchodzą ćwiczenia zastępcze, nieco odpuszczamy. Jak już wszystko wróci do normy, to i my wracamy na te cięższe treningi i jedziemy z nimi dalej.

Malwina Sobierajska często mówiła, że obawiała się trenowania cię. Bo miałyście wręcz – jak to ujęła – siostrzane relacje i bała się, że to się zepsuje.

To normalne, że się obawiała. Znała mnie z czasów zawodniczych, wiedziała, że potrafię być wybuchowa. Czasem na treningach gadam sobie coś pod nosem, czasem krzyczę, ale znamy się na tyle dobrze, że wie, że ja w danym momencie muszę sobie pokrzyczeć, żeby wyrzucić te wszystkie emocje. Bywa, że wymienimy między sobą tę „ciężką artylerię”, a gdy wrócę do pokoju, ochłonę i przemyślę wszystko, to już po chwili idę do niej. Wtedy rozmawiamy i łagodzimy sytuację, tłumacząc sobie, co nam się nie podoba. A potem zaczynamy od nowa. Nie ma tu czegoś takiego, że mam siedzieć cicho i robić wszystko, nawet jeśli mi się nie podoba. Wręcz przeciwnie – mam prawo wyrazić swoje zdanie, powiedzieć, że coś jest nie tak i może by to zmienić. Trenerka najpierw to przemyśli, a potem siadamy i dyskutujemy.

Wiadomo, że była obawa, bo znamy się od jakichś piętnastu lat, naprawdę długo. Jesteśmy koleżankami, ale trzeba mieć respekt do trenera. Na rzutni to relacja zawodniczka-trenerka, a na obiedzie możemy gadać jak koleżanki. Śmiejemy się, że mogłybyśmy normalnie rozmawiać na rzutni, ale ja mam ten szacunek do swojej trenerki i szanuję też jej zdanie. Choć równocześnie mam prawo do posiadania swojego. Jeżeli coś mi nie pasuje, możemy to przegadać jak dorośli ludzie, którzy współpracują i dążą do jednego celu. A tym jest dobry wynik i sukces na imprezie docelowej.

Mówisz, że masz wybuchowy charakter. W kilku miejscach zdarzyło mi się przeczytać, że Malwina Sobierajska też taki ma. Zastanawiam się więc jak odnajduje się w tej waszej grupie spokojny Wojciech Nowicki?

Wojtek to jest taki cichociemny, jak ja to mówię. (śmiech) Też ma swoje złe dni, też potrafi wybuchnąć. Ale tak nie wygląda za każdym razem. Po prostu w końcu przychodzi znużenie treningiem, zmęczenie materiału. Widzimy się przecież przez jakieś 300 dni w roku. Kiedy codziennie oglądasz te same twarze, to trafia się wreszcie moment, gdy coś na treningu nie wychodzi, coś innego cię denerwuje, do tego dochodzą jakieś zewnętrzne, negatywne bodźce. Wtedy każdy z nas w końcu wybucha. Tak już jest. Na co dzień panuje jednak normalna atmosfera. Rozmawiamy ze sobą, śmiejemy się, dowcipkujemy. A w kwestii tych wybuchów każdy z nas ma trochę za uszami. Mimo że różnimy się charakterami.

Joanna Fiodorow i Malwina Sobierajska. Fot. Newspix

Pomogło też to, gdy zaczęłaś trenować z Malwiną Sobierajską, że to Białystok? Blisko twojego rodzinnego Augustowa, znajome strony?

Na pewno jest to jakiś plus. Jeśli mam kiepski dzień, to nawet po porannym treningu mogę wsiąść w samochód, zajechać do domu i usiąść w swoim fotelu, wyciszyć tam umysł. Zmiana trenera podyktowana była jednak głównie tym, że szukałam szkoleniowca, który będzie chciał mi pomóc i zrozumieć. A że to rodzinne strony, stare śmieci, to dodatkowy plus. To już nie 6-7 godzin do domu, tylko chwila. Jeśli jest w nim mama, to mogę przyjechać, pogadać, pośmiać się, przytulić, wypłakać czy po prostu napić kawy i spędzić z nią czas. To dużo daje.

Myślałem, że wspomnisz też o domowych obiadach.

Na nie zwykle nie ma czasu. Najważniejszy jest dla mnie czas spędzony z mamą. Kawa czy wspólne śniadanie. Zwykle nie chce nam się siedzieć przy garach, więc idziemy do takiej ulubionej restauracji z domowymi obiadami. Czasem wyjdziemy na spacer czy zajedziemy do dziadka, który mieszka niedaleko Augustowa. Tak wygląda to ładowanie baterii.

Powiedz, masz już na oku jakieś mieszkanie? Bo podobno właśnie na to miałaś przeznaczyć pieniądze za medal z Kataru.

Na oku mam, ale jeszcze mnie nie stać. Muszę poczekać, poodkładać.

To ile to się już zbiera?

A z siedem lat. (śmiech)

A mówią, że sportowcy tak dobrze zarabiają…

Wiadomo, że po tych mistrzostwach dostałam większy zastrzyk gotówki – to na pewno. Ale wcześniej nie miałam stypendiów czy pomocy od sponsorów. Teraz dostaję takie od grupy Energa, która wspiera mnie od zeszłego roku, za co jestem mega wdzięczna i to wsparcie jest mega ważne. Nie muszę się dzięki temu martwić o przyszłość. W tym momencie, mając stypendium państwowe i takie „stypendium” od sponsora, mam pieniążki na codzienne życie, wydatki, rachunki, ale też możliwość odłożenia sobie jakiejś niedużej kwoty na konto oszczędnościowe, gdzie zbiera się na to mieszkanie. Ceny na rynku są jednak dość wysokie, a ja jestem taką osobą, która wolałaby kupić to mieszkanie za gotówkę, a nie korzystać z kredytu. Więc zbieram aż uzbieram.

Czyli jeśli by to czytał ktoś, kto miałby tanie, ale fajne mieszkanie w Augustowie, które chciałby sprzedać…

To proszę o zgłoszenie się do mnie, bo ja jestem bardzo chętna! (śmiech) Co chwila wertuję ogłoszenia, poszukuję, ale ten rynek w Augustowie nie jest dość duży, bo i miasto duże nie jest. Zapotrzebowanie za to jest spore i jak tylko się coś fajnego znajduje, to oferta zaraz znika. Trzeba być na bieżąco, a ja nie zawsze mam czas, by to sprawdzać. Choć mam jedno mieszkanie wypatrzone, wymarzone, ale sporo jeszcze brakuje.

Mówisz, że to nie jest duże miasto, a liczbą ludności i tak dwa razy większe od – na przykład – mojego rodzinnego.

Wiesz, jakby nie patrzeć, to Augustów jest też miastem turystycznym. Śmieję się, że w okresie letnim jest dwa razy więcej mieszkańców. Ale tak na co dzień to moje piękne miasto, gdzie ładuję baterie. Do sklepu nie muszę jechać samochodem czy autobusem, tylko wychodzę z domu, idę trzy minuty i robię zakupy. Niedaleko mam też piekarnię, więc zawsze pięknie pachnie świeży chlebek – to jest niesamowite. Ślinka zawsze leci i  myślę sobie, że „o Boże, ale bym zjadła takiego chlebka”. To moje miasto, tam odpoczywam. Jeżeli potrzebuję się wyciszyć, to wychodzę na bulwary, mogę przejść to miasto z jednego końca na drugi, pooddychać świeżym powietrzem i po powrocie do domu jestem szczęśliwa. Na takim spacerze czyszczę umysł.

To kompletnie druga strona Polski, a – że znów nawiążę – brzmi, jakbyś mówiła o moim mieście. Turystyczne miejscowości chyba tak mają, co?

To jest pewna magia, pewnie trochę przez to, że to rodzinne miejsce. Może inaczej bym na to patrzyła, gdybym była z jakiejś wielkiej aglomeracji, choćby Warszawy. Ale tak – ma to po prostu swój urok.

Wróćmy do twojej kariery. Swój pierwszy medal zdobyłaś na mistrzostwach Europy w Zurychu, na które pierwotnie miałaś nie jechać. Niezapomniana chwila?

Jasne. Utarłam nosa pewnym ludziom, którzy we mnie wtedy nie wierzyli. To był taki bodziec do tego, że jednak mogę walczyć z najlepszymi.

To jest prawda, że tuż po tych mistrzostwach pojechałaś na koncert Justina Timberlake’a?

Tak jest! Wróciłam do domu w piątek, a już w sobotę rano byłam w Gdańsku i wieczorem szłam na koncert. To też dzięki mojej przyjaciółce, Gosi. Ona napisała do mnie, gdy byłam jeszcze na mistrzostwach, czy chciałabym pojechać na koncert. Mówię: „pewnie, że bym chciała!”, więc kupiła bilety. Nocowałam wtedy u mojego kolegi z Gdańska, byłego oszczepnika, Igora Janika, który podrzucał nas na ten koncert. Bawiłam się super! Zresztą to mało powiedziane – jak będzie kolejny koncert Justina w Polsce, to na pewno będę.

Ale moment – to był koncert Justina Timberlake’a w Polsce i kilka dni przed nim były jeszcze bilety? Jakim cudem?

Jak to zwykle bywa przy koncertach, udało się odkupić. Nie mogli pojechać znajomi Gosi. Była ich dwójka, zwolniły się te bilety i zapytali Gosi, czy nie byłaby chętna. Gocha zapytała o to z kolei mnie, a ja powiedziałam od razu: „kurde, no to bierzemy!”.

Podobno po koncercie stwierdziłaś, że Justin momentami fałszował.

(śmiech) W sumie nie wiem, nie pamiętam. Świetnie się bawiłam, tyle wiem, a czy tak stwierdziłam… dawno temu i nieprawda, jak ja to mówię. Przecież minęło już od tego koncertu pięć lat.

Przejdźmy do Kataru. Omijałem dotąd ten wątek, bo pewnie trochę się po tych mistrzostwach nagadałaś o tym srebrze…

Trochę trzeba było poopowiadać. Ale tak to zwykle bywa przy sukcesie.

Skąd w ogóle w głowie wzięło ci się porównanie siebie samej do… szakala? Bo kilkukrotnie użyłaś go właśnie podczas opowiadania o tym medalu.

To się wzięło od mojego kumpla, zapaśnika, z którym często widzieliśmy się na zgrupowaniach w Spale czy Cetniewie. Jakiegoś wieczoru siedzieliśmy sobie, rozmawialiśmy, a on wczuł się w rolę psychologa i właśnie zaczął tak mówić, że: „musisz być jak szakal, gryźć, kąsać i walczyć do końca”. I tak zostało. To pozytywna osoba w moim życiu i ta jego gadka, śmieszna nieco, została w głowie.

Aż się włącza cytat z „Kilera” – „masz być jak bulterier, jak wściekły byk, jak Tommy Lee Jones w Ściganym”.

Ale to nie z tego filmu. Kolega ma po prostu bardzo gadane, tak, że może zagadać cię na amen. Nie otworzysz buzi na minutę, a on przez godzinę jej nie zamknie. Jest takim czasoumilaczem, bo potrafi wprowadzić cię w dobry nastrój.

To może z nim powinienem też zrobić wywiad? Czy to zły pomysł, skoro nawet nie zadałbym pytań, a on by mówił i mówił?

Wiesz, my się też znamy trochę czasu. Więc może to inna sytuacja. To zresztą była rozmowa przed mistrzostwami Europy w Berlinie, gdy byliśmy w Cetniewie. Siedzieliśmy, gadaliśmy i w sumie to chyba było nawet powiedziane bardziej do Wojtka. Że ma kąsać, wgryzać się i być jak ten szakal, żeby wygrać te mistrzostwa – bo był wtedy liderem list światowych. Ale utkwiło mi to w pamięci i przypomniało się podczas mistrzostw świata.

Podobno przed samym startem dostałaś z kolei karteczkę motywacyjną od trenerki, gdzie były napisane rzeczy w stylu: „masz być przyczajonym tygrysem z ukrytym smokiem” czy „ty jesteś Sprite, a one są pragnieniem”.

(śmiech) A skąd ty to wiesz?!

A wygadała się kiedyś. Ale żeby nie przypisywać sobie zasług, powiem od razu, że na łamach Interii.

No tak, moja trenerka potrafi mnie zmotywować. Wsunęła mi taki liścik pod drzwi mojego pokoju. Bo zawsze po obiedzie mam taką godzinkę czy półtorej dla siebie, żeby się wyciszyć. Zwykle łączy się to jeszcze z jakąś drzemką, która trwa 30 czy 45 minut. I właśnie po takiej drzemce przyszedł do mnie fizjoterapeuta, żeby ustalić konkrety odnośnie jazdy na finał. Otworzyłam drzwi, patrzę, a pod nimi leży jakaś karteczka. Zresztą nadal mam ją w swoim dzienniczku treningowym. Jak to przeczytałam, to po prostu zaczęłam się śmiać i mówię: „dobra, ja jestem Sprite, a one są pragnieniem”. I tak było. Miało być z przytupem i fajerwerkami i udało się to zrobić już w pierwszym rzucie. Na pewno ważne jest to, że trener w ciebie wierzy i jest z tobą, co by się nie działo. Trenerka trzymała za mnie kciuki, była ze mną i wierzyła, że mogę osiągnąć sukces.

Miała też ciekawe pomysły. Przed mistrzostwami stwierdziła bowiem, że… masz nie  rzucać. Brzmi to dziwnie, ale okazało się, że była w tym logika, co?

Treningi na ostatnim zgrupowaniu w Spale pokazywały, że idziemy w dobrym kierunku. To był bardzo długi sezon, przecież mistrzostwa były dopiero na przełomie września i października. Dla lekkoatletów to bardzo późno, zwykle trwają już wtedy wakacje i regeneracja. A tu trzeba było spiąć pośladki i dotrzymać do tego terminu. Na ostatnim treningu przed wylotem na mistrzostwa w Białymstoku oddałam sześć bardzo dobrych rzutów i trenerka powiedziała: „koniec, nie rzucamy, idziemy na siłownię”. Po przylocie do Kataru oznajmiła mi, że nie tykam młota aż do eliminacji mistrzostw. Bo nie. I koniec. Miałam poczuć głód rzucania, mieć do tego chęć. I faktycznie poczułam. Byłam na treningu z nią i Wojtkiem, gdy on rzucał, rzucały też dziewczyny, a ja siedziałam na krześle i chodziła mi nóżka. Więc w końcu mówię do trenerki:

– Ale bym porzucała…

– Nie ma! Zrobisz sprawność i do hotelu! Odpoczywać!

– Matko boska, ale nie mogę chociaż jednego rzutu oddać?

– Nie ma, koniec.

Miała jednak rację, to wszystko zagrało. W eliminacjach oddałam dwa rzuty próbne i jeden właściwy, który od razu dał mi awans do finału. Później już były za to przygotowania do finału. Od razu po eliminacjach robiłam pobudzenie siłowe, a potem niecałe 24 godziny odpoczynku, żeby się przygotować.

Po eliminacjach zwiększyła się jakoś presja? Bo odpadła przecież Malwina Kopron i wszystko w tym finale skupiło się – z naszej perspektywy – na tobie.

Nie, nie czułam tej presji. Wiedziałam, że jestem dobrze przygotowana i nie nakręcałam się na to, że muszę zdobyć ten medal. Po prostu wiedziałam, jakie przebyłam przygotowania i jak rzucałam na treningach czy w eliminacjach. Te rzuty pokazywały mi, że stać mnie na poprawienie rekordu życiowego. Choć w tamtej chwili sama nie wiedziałam, co da jego przebicie. Bo przed finałem moja życiówka wynosiła 75,09 m. Byłam pewna, że mogę poprawić, ale nie wiedziałam, o ile i co to da. Bo patrząc na listy światowe, moja życiówka była hen, hen, daleko od podium. Ale weszłam mocno w konkurs, poprawiłam ją w pierwszym rzucie i dało to srebro. Najbardziej jednak jestem zadowolona, że udało się tak świetnie rzucać na docelowej imprezie. Podobnie zresztą, jeszcze przed zawodami, mówiła mi trenerka. Powtarzała, że jeśli na docelowej imprezie poprawię życiówkę, to będzie dla niej spełnienie marzeń, bo zawsze chciała przygotować zawodnika w stuprocentowej formie na najważniejsze zawody.

Jaka była twoja pierwsza myśl, gdy zobaczyłaś tę życiówkę? Bo przecież ona nie tylko była poprawiona, ale zrobiłaś to z przytupem, o ponad metr.

Uwierzyłam, że mogę nawet dołożyć do tego jeszcze trochę. Cały sezon gubiło mnie jednak to, że jak osiągałam jakiś dobry wynik na zawodach, taki w granicach rekordu życiowego, to przychodziły błędy techniczne, na które nie miałam wpływu. Tu za szybko, tu coś innego źle. Chciałam dołożyć, ale aż za bardzo. I to samo przytrafiło się na mistrzostwach świata. Chciałam jeszcze powalczyć z Amerykanką, wiedziałam, że mnie na to stać, ale nie udało się tego zrobić na tych mistrzostwach. Miejmy nadzieję, że powalczymy jak równa z równą na igrzyskach.

Mówiłaś po konkursie, że nie pamiętasz tego rzutu. Oglądałaś go potem?

Tak. I widziałam, że są rezerwy. Wiemy, razem z trenerką, nad czym mamy pracować, widzimy, że da się to jeszcze poprawić. Przeanalizowałyśmy to. Wszystko się okaże w ciągu najbliższych siedmiu miesięcy, gdy będę się przygotowywać do sezonu. Muszę wykonać naprawdę potężną robotę, by taki wynik z mistrzostw świata potwierdzić też na igrzyskach. Wszystko wyjdzie w praniu. Ale jak będzie zdrowie, to wykonam trening w stu czy nawet 110 procentach i wtedy mogę myśleć o poprawieniu tego wyniku w Tokio. Wtedy może uda się sprawić, by było tak pięknie, jak w Dausze.

Noc pomiędzy eliminacjami a finałem mistrzostw świata przespałaś dobrze?

Tak, rewelacyjnie mi się spało. Po pobudzeniu siłowym myślałam, że będę miała problemy. Bo emocje, wszystko we mnie buzowało. Ale zasnęłam bez problemu. Jeszcze miałam od naszego psychologa, profesora Blecharza, ćwiczenia, które zazwyczaj wykonuję przed snem. Wykonałam jedno, na rozluźnienie mięśni i zasnęłam bez napinki.

Czyli wychodzi na to, że gorzej się śpi po zdobyciu medalu? Bo podobno nocy po finale nie przespałaś niemal w ogóle.

Wiadomo, wtedy jest euforia, świętowanie, mnóstwo telefonów. Wszystkie te emocje, co kotłowały się w tej głowie, schodzą i organizm się luzuje. A jak jest wyluzowany, to… po prostu nie byłam w stanie zasnąć. Myślałam o tym wszystkim, co się wydarzyło i tym, co przede mną. W mojej głowie trwała taka gonitwa myśli.

Całą ekipę odesłałaś do hotelu już wcześniej, a wracałaś sama, prawda?

Tak. Na zawodnika po konkursie czeka jeszcze przejście mix zony, udzielenie wywiadów, kontrola antydopingowa – to wszystko trwa. Na stadionie spędziłam ponad trzy godziny po moim konkursie. Kazanie czekać mojej ekipie, gdy wiedziałam, że Wojtek będzie miał eliminacje za dwa dni, było bez sensu. Wszyscy chcieli też wrócić na kolację, a my na stadionie zawsze dostajemy jakieś jedzenie przed przejściem kontroli. Nie kazałam im czekać, bo mogłam wrócić nawet o pierwszej w nocy. Cała ekipa pojechała, ja wróciłam na spokojnie, nawet zdrzemnęłam się kilka minut w autobusie. Dopiero wtedy zaczęło do mnie dochodzić, co się wydarzyło. Ale jeszcze nie było tej euforii, ona zaczęła się, gdy wróciłam do hotelu.

Było jakieś balowanie?

Nie, siedzieliśmy w mniejszym gronie, pogadaliśmy. Noc spłynęła, ale bez jakichś bali.

Wspomniałaś o jeździe autobusem. Z nimi były problemy, prawda?

Najgorszy był tak naprawdę pierwszy dzień, gdy miałam eliminacje. W hotelu, który był ogromny, mieszkała większość reprezentacji. Podjechał pod niego tylko jeden autobus na jakieś pięćdziesiąt osób. A stało tam ich dobrze ponad sto. Na szczęście wyczułam moment, gdy podjeżdżał i byłam pierwsza w kolejce do wejścia. Ale wiele osób miało problem i musiało czekać na kolejny. Organizatorzy chyba po prostu nie przewidzieli, że tylu ludzi będzie chciało jechać tego dnia i o tej godzinie na stadion.

Podstawianie się pod drzwi autobusu to cenna umiejętność nabywana w polskiej komunikacji publicznej, co?

(śmiech) Tak, dokładnie. Parę dobrych lat jeździłam MPK, czy to autobusami czy tramwajami. Nawet trenując w Szkole Mistrzostwa Sportowego w Białymstoku, gdy wracałam do domu, to autobusy były przepełnione. A wtedy kto pierwszy ten lepszy.

Wspomniałaś wcześniej o starcie Wojtka Nowickiego. Jak ty wspominasz ten jego finał? Bo przecież działo się mnóstwo. Niekoniecznie pozytywnie, ale jednak z happy endem.

Byłam zaskoczona, bo wiem, że był w tej samej dyspozycji, jak ja. Widziałam go na treningach, widziałam jak rzuca i co tam robi. Ale niestety, w finale nie wyszło. Sama byłam tak zestresowana na jego konkursie… Pewnie bardziej niż przed moim finałem. Wszystko we mnie buzowało, nie mogłam usiedzieć w miejscu. Zresztą to właśnie przed jego konkursem miałam ciężką noc, nie mogłam się ułożyć i zasnąć. Przeżywałam jego start, bo bardzo trzymam za niego kciuki. Wiem, że zrobił mega robotę. Ale po prostu… no, dał dupy. Co tu dużo mówić. Miał walczyć o złoto, ale to jest sport. Jednego dnia jesteś w superdyspozycji, a drugiego coś nie zagra i nie wyjdzie. Tak to wygląda.

Joanna Fiodorow i Wojciech Nowicki. Fot. Newspix

Kiedy dowiedziałaś się, że on jednak ma ten brązowy medal?

Po finale czekaliśmy na Wojtka przed stadionem, żeby po prostu z nim być i go wspierać. Bo wiedzieliśmy, że był w bardzo dobrej dyspozycji i nie wyszło. Chcieliśmy z nim być, przytulić go i przekonać, że jedziemy dalej. Wspierać po prostu. W autobusie, gdy już jechaliśmy do hotelu, dostałam informację od menadżera, że jest składany protest, który prawdopodobnie zostanie uznany, bo rzut Węgra był spalony. Przekazałam informację Wojtkowi, on powiedział jedynie: „okej, będzie jak będzie. Jestem czwarty i tyle”. No i ostatecznie gdzieś tam około drugiej czy trzeciej w nocy przyszła wiadomość, że mamy brąz. Wtedy zeszły ze mnie chyba i mój, i jego konkurs. To ciśnienie, te nerwy. Zaczęłam się śmiać, płakać, wygadywać jakieś śmieszne rzeczy… Mieszanka emocji. Przeskakiwałam ze skrajności w skrajność, bo była i euforia, i smutek. Wszystko. Wydaje mi się, że po moim konkursie to jeszcze nie zeszło. Dopiero po jego starcie. Bo zależało mi na tym, żeby jemu też dobrze poszło. Zresztą mieliśmy zakład o całą paczkę Kinder Bueno – żeby wygrać musiał rzucić o pięć metrów dalej ode mnie. Liczyłam bardzo na to, że jednak przegram ten zakład, ale jednak się tak nie stało. Nie jest to coś, z czego się cieszę, bo wiem, że Wojtka stać było na wygranie go.

To Kinder Bueno już zjedzone?

Nie, no gdzie, proszę cię. (śmiech) Tam jest chyba 25 sztuk! To cały czas gdzieś leży w domu. Tam to zostawiłam i jak jestem w domu, to skrobnę jedno czy dwa, po czym jadę dalej. A że ostatnio nie bywałam w domu… Czeka na mnie. Na Święta podorzucam je do prezentów dla dzieciaków.

Słuchaj, nie wiem, czy interesujesz się w ogóle skokami narciarskimi…

No pewnie! Przecież ja jestem wychowana na skokach Adama Małysza. Co niedzielę przy rodzinnym obiedzie oglądałam. Z moim świętej pamięci tatą często się śmialiśmy, bo ja kibicowałam Adamowi, a on specjalnie na przekór dopingował Svena Hannawalda czy Martina Schmitta. Żyliśmy tym po prostu.

To nie wiem, czy pamiętasz, ale w 2013 roku była dość podobna sytuacja do tej Wojtka. Polacy – którzy liczyli na medal w drużynie – udzielali wywiadów na smutno, że było blisko i nie udało się. A tam też poszła weryfikacja pewnych kwestii po konkursie i w czasie, gdy rozmawiali z dziennikarzami, okazało się, że mają brąz.

Powiem ci, że ostatnimi czasy, gdy dużo wyjeżdżam na zgrupowania, to mogę poczytać o wynikach naszych zawodników, ale problem jest z oglądaniem. Bo nie w każdym hotelu mamy dostęp do telewizji sportowej. Zazwyczaj tylko o tym czytam. I ten 2013 rok… no niekoniecznie to pamiętam.

To polecam zobaczyć gdzieś w Internecie. Fajna scena. Słuchaj, skoro już rozmawiamy o innych sportach, to przygodę z uprawianiem jakichkolwiek zaczęłaś od czegoś, co zwie się tee-ball i jest odmianą baseballu…

Tak, dokładnie, grało się!

Okej, ale skąd to się właściwie wzięło w Augustowie?

To była zerówka. Miałam jakieś sześć lat i mama zapisała mnie na zajęcia z języka angielskiego do pana Stasia. To pan, który był kiedyś w Stanach, bardzo długo tam mieszkał i podobno to on tak naprawdę przywiózł baseball do Polski. Choć nie pamiętam dokładnie tej historii, bo było to lata temu. A jak było ze mną? Mój kumpel z podwórka chodził na baseball i ja się uparłam, że „mamo, też chcę”. A że to było w mojej szkole podstawowej, to mama stwierdziła, że mogę pójść. I tak to się zaczęło. Chodziłam na treningi, dostałam rękawicę, mogłam też poodbijać piłkę kijem. Rewelacja! Byłam tym po prostu zajarana. Chodziłam na te treningi, łącząc je zresztą ze wszystkim innym, bo wiele tych sportów uprawiałam po drodze. Tak sobie grałam, grałam i w końcu gdzieś tam – już nawet nie pamiętam gdzie, pewnie musiałabym znaleźć medal, który jest gdzieś w domu – zdobyłam brąz mistrzostw Polski właśnie w tee-ballu. I to pierwszy taki sukces w moim życiu.

Istnieje spore prawdopodobieństwo, że – o ile jeszcze pamiętasz – jesteś jedną z niewielu osób w naszym kraju, która ogarnia zasady baseballu.

Jasne, że pamiętam. Nawet jak byliśmy w Stanach, to było akurat World Series, największy mecz. Washington Nationals kontra Houston Astros. Siedziałyśmy z koleżanką, oglądając to, i Gosia, o której wcześniej mówiłam, zapytała: „O co tu właściwie chodzi?”. No to tłumaczyłam jej zasady, a ona:

– Skąd ty to w ogóle wiesz?

– No bo grałam!

Moim marzeniem jest w ogóle pojechać na stadion New York Yankees, żeby obejrzeć tam mecz, ale zawsze, gdy jestem w Stanach, to jest albo koniec sezonu ligowego, albo sezon trwa, ale tam, gdzie jestem, akurat nie grają. Tak to się składa, że nie miałam okazji, ale mam nadzieję, że jeszcze kiedyś spełnię to marzenie.

Jestem zaskoczony, ale kojarzę nazwy klubów, które wymieniłaś. Jeszcze chyba Boston Red Sox mi się po głowie kołaczą. To też baseball, tak?

Tak, dokładnie. To są takie najbardziej znane zespoły – Houston czy Waszyngton. Choć pewnie ci pierwsi bardziej, bo Waszyngton wcześniej długo czekał na sukcesy, a tytuł wygrali dopiero w tym roku. To zresztą był fajny mecz, gdzieś do połowy – bo tam jest dziewięć tak zwanych kolejek – mówiłam, że „nie wygrają, nie ma szans”. A potem przyszła zmiana wszystkiego i mówiłam z kolei: „ale się dzieje! Chyba wygrają!”. To fajne jest, ale wiesz, przede wszystkim lubię sport, ogólnie. A to że kiedyś grałam w baseball i w jakimś stopniu się tam na tym znam – bo nie mówię absolutnie, że jestem ekspertką – to plus i oglądanie sprawia mi przez to przyjemność.

Teraz baseball wróci na igrzyska…

Tak? To widzisz, idealnie się składa.

Podpowiadam, że jakbyś miała okazję, to możesz iść. Bo Japończycy go uwielbiają, więc pewnie będzie fajna oprawa. Choć nie wiadomo, co z USA, bo termin koliduje im z rozgrywkami ligi.

Tam tak jest. Dla nich najważniejsze są ich rozgrywki, to świętość. Wielu zawodników rezygnuje przez to ze startów na igrzyskach, bo wiążą ich niesamowite kontrakty, liczone w milionach. Niestety. Ale na mecz na igrzyskach pewnie i tak spróbuję się wybrać. Możliwe, że jako jedyna z polskiej ekipy.

Słuchaj, dobijamy do końca. Chciałem zapytać jeszcze czy wciąż posiadasz kartkę, na której wypisanych miałaś życiowe cele. Podobno było ich siedem. Nadal odkreślasz czy już wszystkie zaliczone?

Tak, mam ją. W tym roku prawie wszystkie się spełniły. Ale jeszcze jest parę do osiągnięcia. Myślę też, że w chwili obecnej jest ich więcej niż siedem, bo co roku jakieś dochodzą. Ta kartka jest w którejś z książek w domu, musiałabym ją odkopać. W sumie kompletnie o niej zapomniałam, przypomniałeś mi teraz. Ona już ma swoje lata, napisana była w 2010 albo 2011. Sukcesywnie jednak osiągam to, co bym chciała. Chociaż jeszcze trochę brakuje. (śmiech)

Pewnie jest tam coś z igrzyskami, co?

Tak, dokładnie. Jeden cel związany z igrzyskami już jest osiągnięty, czekamy na drugi.

To powiedz, co możesz zadeklarować w związku z tym sezonem olimpijskim?

Że na pewno bardzo ciężko przytrenuję przez cały sezon i będę starać się poprawiać technikę, żeby była jak najbardziej zbliżona do idealnej. I co jeszcze? Obiecuję walkę. O swoje marzenia i o to, żeby one się spełniły. Odpadają za to deklaracje odnośnie miejsc czy wyników. W tej kwestii nic nie powiem. Zaczynam kolejne przygotowania tak naprawdę od zera. Śmieję się czasem, że „od zera do bohatera”, ale to ze sporym dystansem. Czeka mnie teraz ciężka, żmudna praca i tak naprawdę dopiero sezon pokaże, jak ją wykonałam. Sądzę jednak, że wszystko będzie dobrze. Najważniejsze, by dopisało zdrowie. Bo im jestem starsza, tym więcej dolegliwości. Ale miejmy nadzieję, że z całą ekipą sobie z tym wszystkim poradzimy.

Wiesz, że jeśli będzie szło wam dobrze – tobie, Anicie Włodarczyk i Malwinie Kopron – to pewnie gdzieś pojawią się głosy, że może by tak całe podium dla Polski?

Nie obraziłabym się! To by pokazało naszą potęgę. Zresztą co roku ją pokazujemy, z każdej głównej imprezy są medale z dużych imprez. Poczynając od świętej pamięci Kamili Skolimowskiej, potem Szymona Ziółkowskiego, a teraz są Paweł Fajdek, Anita Włodarczyk, Wojtek Nowicki czy Malwina Kopron. No i jestem ja. Cieszy to, że co roku na głównej imprezie jest ktoś, kto może godnie rzucić. Nie było Anity, udało mi się zgarnąć medal. A jakby Anita była, to pewnie byłyby dwa medale, jak dwa lata wcześniej, gdy na podium razem z nią stała Malwina. Pokazujemy, że ta „polska szkoła rzutu młotem” jest w formie. A gdyby zdarzyło się całe podium? Super. Ja biorę każdy medal w ciemno.

ROZMAWIAŁ
SEBASTIAN WARZECHA

Fot. Newspix


Aktualności

Kalendarz imprez