Finisz dla Benneta, zwycięstwo dla Ackermanna

Finisz dla Benneta, zwycięstwo dla Ackermanna

Sam Bennett miałby stuprocentową skuteczność jeśli chodzi o tegoroczny Wyścig Dookoła Hiszpanii. Miałby, bo wygrał drugi płaski etap po finiszu z grupy, jednak zwycięstwo przyznano Pascalowi Ackermannowi. Irlandczyk w końcówce pojechał bowiem niezgodnie z przepisami.

To drugie grandtourowe zwycięstwo Ackermanna w karierze. Wcześniej wygrywał choćby w klasyfikacji punktowej Giro d’Italia 2019. Grupowego kolegę (choć tym będzie już niedługo) Rafała Majki znamy też dobrze z Tour de Pologne, na którym wygrał już cztery sprinterskie etapy. W tym ten z Krakowa do… Krakowa, który inaugurował tegoroczną edycję wyścigu.

Dla wielu kibiców takie etapy to przykład, że kolarstwo to nudny sport. Finisze na szczęście zazwyczaj wynagradzają długie godziny bez większych emocji. Działo się faktycznie niewiele, tempo jazdy było niezbyt wysokie (średnia 43 km/h), zgodnie z przewidywaniami wszystko rozstrzygnęło się na ostatniej prostej, a do mety dojechała jedna grupa. Przy tak zaplanowanych odcinkach przede wszystkim pozostaje podziwianie widoków na odcinku między Castrillo del Val a Aguilar de Campoo (157,7 km) i słuchanie komentatorów.

– Koniec końców etap okazał się spokojny. Obawialiśmy się, że będzie nieco nerwowo, ale nie wiał wiatr. Utrzymywaliśmy się z przodu stawki, by uniknąć problemów. To był dobry dzień – przyznał Richard Carapaz (Ineos Grenadiers), który również na trasę jutrzejszego etapu wyruszy w czerwonej koszulce lidera.

Peleton nie chciał się zbytnio rozciągnąć, w pełni kontrolował ucieczkę, która z góry była skazana na pożarcie. Można przypuszczać, że w pewnym momencie słoweńskim kibicom mogły zabić mocniej serca, by po chwili poczuć potworną ulgę. A to za sprawą defektu przedniego koła jaki miał wicelider Vuelty i dzisiejszy solenizant Primož Roglič (skończył 31 lat) na dziesięć kilometrów przed metą. Ponieważ kolumna wyścigu ustawiana jest według kolejności zawodników w czołówce, dlatego pojazd Jumbo-Visma jechał trzeci w kolejce za pojazdem sędziego głównego i Ineosem. Mechanicy nie bawili się nawet w wymianę koła, tylko szybko wymienili swojemu kolarzowi cały rower. “Rogla” przepiął licznik i przy pomocy kolegi z ekipy – Roberta Gesinka – dołączył do peletonu. Na metę dojechał w grupie zasadniczej, bez żadnych strat. W generalce plasuje się więc 13 sekund za Carapzem.

Z ciekawszych akcji dnia należy wynotować odjazd dwójki Aritz Bagües (Caja Rural) oraz Juana Felipe Osorio (Burgos-BH). Uciec zdołali na 2:25 min. Jeśli piszemy o „ucieczce dnia”, możemy też wspomnieć o kraksie dnia. A leżeli w niej Héctor Sáez (Caja Rural) i Pascal Ackermann (Bora-Hansgrohe). Niemiec szybko się pozbierał i odjechał w pościgu za peletonem, lecz Hiszpan nie wyglądał dobrze. Głową uderzył tak, że jego kask roztrzaskał się na części. Wyglądało to przerażająco, ale Sáez ostatecznie się pozbierał i zdołał dojechać do reszty zawodników. Twardy chłop, nie ma co. Na 93 kilometry przed kreską zdarzyła się zresztą jeszcze jednak kraksa. Na asfalcie wylądowali Harry Tanfield i Dorian Godon z AG2R-La Mondiale oraz James Piccoli (Israel Start-Up Nation). Na szczęście skończyło się tylko na usterce roweru Tanfielda. Ucieczka w tym czasie osiągnęła 3:15 przewagi, tyle wszystkiego.

Peleton nie szarżował zbytnio i trudno się było oprzeć wrażeniu, że kolarze po prostu chcą dać nieco wytchnienia nogom. Wspomniana dwójka uciekała i kiedy zrobiło się już pół minuty zapasu, nagle przypomnieli sobie, że szarża ma sens i jednak przycisnęli i zrobiło się 45 sekund na 25 km przed finiszem. Stało się to zapalnikiem do podkręcenia tempa. Dodatkowo dwa krótkie zjazdy rozpędziły kolarzy. Mocno pracowały Bora-Hansgrohe, Lotto-Soudal z Tomaszem Marczyńskim jadącym z przodu oraz Groupama-FDJ. Również Ineos windował Carapaza, by go uchronić przed ewentualnymi kraksami w blisko 160-osobowym peletonie.

Wydawało się, że kolarze Bory kontrolowali sytuację. Na 1,5 km przed metą po nawrocie w lewo zrobiło się nieco pod wiatr, a teren delikatnie zaczął się unosić. Michael Morkov z Deceuninck-Quick-Step przeciągał na kole Bennetta do przodu, dał mu idealną szybkość, a ten wyskoczył zza jego pleców i na ostatnich metrach wyprzedził Ackermanna. Bennett zdążył nawet się wyprostować, wskazać sponsora grupy i miał chwilę na radość. Niezbyt jednak długą. Jak się później okazało na 400 m do końca dwukrotnie zderzył się barkami z kolarzem grupy Trek-Segafredo. To przykuło uwagę sędziów, którzy zdecydowali się zdyskwalifikować Irlandczyka. Ackermann, który został dzięki temu zwycięzcą etapu, skomentował faul Irlandczyka:

– Czułem się dziś całkiem dobrze i optymistycznie podchodziłem do sukcesu na etapie. Chłopaki bardzo mnie wspierali przez cały czas, więc na końcówce miałem mocne nogi na finisz. W końcówce ktoś został uderzony głową przez Sama, ale dojechałem za nim drugi. Po proteście został później relegowany z wyścigu. Nie w ten sposób chciałem wygrać, lecz myślę, że to słuszna decyzja. Do Madrytu wciąż długa droga i znajdzie się jeszcze kilka okazji dla sprinterów. Liczymy, że na kolejnych etapach również nam się powiedzie – podsumował zwycięzca 9. etapu. Jutro również będzie stosunkowo płasko, a ponieważ trasę wyznaczono blisko wybrzeża, istotnym czynnikiem dla przebiegu może okazać się silny wiatr.

Dzielnie walczył do końca Jakub Mareczko. To urodzony w Polsce, ale startujący pod włoską licencją kolarz grupy CCC. Metę minął na szóstym miejscu, trzeba jednak podkreślić, że walczył do końca sam – bez solidnego wsparcia kolegów z drużyny, korzystając z rozprowadzenia innych ekip.

DARCZO

Fot. Newspix.pl


Subskrybuj
Powiadom o
guest
0 komentarzy
Inline Feedbacks
Pokaż wszystkie komentarze

Aktualności

Kalendarz imprez