Felix Sanchez. Nawet Superman ma prawo do łez

Felix Sanchez. Nawet Superman ma prawo do łez

Felix Sanchez upadał wiele razy. W 2000 roku, kiedy jako młody lekkoatleta nie sprostał presji startu na igrzyskach. W 2005 roku, kiedy okres jego triumfów został przerwany przez plagę kontuzji. W 2008 roku, kiedy podczas imprezy olimpijskiej w Pekinie, w dzień eliminacyjnego biegu, dowiedział się o śmierci swojej babci. Dominikański płotkarz za każdym razem wracał jednak mocniejszy. A moment, kiedy targany emocjami odbierał swój drugi złoty medal IO, na zawsze przeszedł do historii lekkiej atletyki.

W całej historii igrzysk Dominikana uzbierała zaledwie siedem medali. Dwa z nich padły jej łupem podczas imprezy w Londynie w 2012 roku. W ciągu godziny podium wywalczyła dwójka lekkoatletów. Luguelín Santos sięgnął po srebro w biegu na 400 metrów, a Felix Sanchez okazał się najlepszy w biegu na 400 metrów przez płotki.

Obaj podkreślali wyjątkowość tego wydarzenia. Kraj, w którym każdy chłopiec chce zostać bejsbolistą i grać w Major League Baseball, pokazał, że może błyszczeć też na olimpijskiej scenie. Sanchez świętował jednak nie tylko sukces Dominikany, ale swój własny.

Tamtego dnia dotrzymał obietnicy złożonej kobiecie, która go wychowała. Tamtego dnia zalał się łzami, na oczach milionów ludzi, choć ktoś mógłby powiedzieć, że 34-letniemu mężczyźnie nie wypada. Ale to nie było ważne. Liczyło się, że ona płakała wtedy razem z nim.

Późny talent

Felix Sanchez często podkreślał, że jest wyjątkową zawziętą osobą, uwielbiającą rywalizację. Może dlatego tak polubił sport. W czasach nastoletnich – jak wielu młodych Dominikańczyków (choć on akurat mieszkał na emigracji w Stanach Zjednoczonych) – nie rozstawał się z kijem bejsbolowym i czapeczką z daszkiem. Nie był jednak na tyle dobry, żeby marzyć o wielkiej karierze.

Na studiach znalazł jednak nową zajawkę, którą była lekkoatletyka. Miał naturalne predyspozycje do szybkiego biegania. I z racji na swój charakter – szybko zapragnął być najlepszy. Zaczął podpatrywać czołowych zawodników świata, analizować, kto co wygrał, kto jest na topie. W czasach nauki na uniwersytecie USC przechodził jednak nieco ogólnorozwojowy trening, skupiony nie tylko na plotkarstwie, ale po prostu samym sprincie.

Dopiero po opuszczeniu progów uczelni poszedł w stu procentach w kierunku biegu na 400 metrów przez płotki. I na wyniki nie musiał długo czekać. W 1999 roku podczas igrzysk panamerykańskich zakwalifikował się do finału, zajmując w nim czwarte miejsce. Nieco ponad miesiąc później zadebiutował na mistrzostwach świata. Ale choć liczył już 22 lata, mocno odstawał od reszty stawki, jeśli chodzi o doświadczenie. Był po prostu surowy – i fakt, że nie przeszedł eliminacji, nie mógł nikogo dziwić.

W kolejnym roku jego wyniki poszybowały jednak w górę. Zaczął bez większych problemów schodzić poniżej granicy 49 sekund, a jego najlepsze osiągnięcie – 48,33 sekundy – pozwoliło mu z optymizmem myśleć o igrzyskach w Sydney. Finał jak najbardziej był w jego zasięgu, walka o medal również wydawała się realistyczna. Skończyło się jednak na sporym rozczarowaniu. Sanchez odpadł z rywalizacji już na fazie półfinałów.

W tamtym momencie powiedział sobie, że taka wtopa się nie powtórzy. Postanowił zachować bransoletkę, którą wręczano olimpijczykom na ceremonii otwarcia. I uznał, że będzie ją nosić podczas każdego kolejnego biegu, dopóki nie zostanie mistrzem olimpijskim.

Superbohater

Bieg na 400 metrów przez płotki miał już kiedyś swojego dominatora. Między 1977 a 1987 rokiem Amerykanin Edwin Moses nie przegrał ani jednego wyścigu w tej konkurencji oraz dwukrotnie sięgnął po tytuły mistrza olimpijskiego oraz mistrza świata.

Na początku XXI wieku Felix Sanchez może nie przebił osiągnięć wybitnego poprzednika, ale zdecydowanie do nich nawiązał. Wygrał aż czterdzieści trzy biegi z rzędu, zdobywając w międzyczasie złoty medal mistrzostw globu w 2001, a także w 2003 roku, kiedy został również uznanym najlepszą lekkoatletą świata według Track & Field News. Przylgnęły do niego ksywki jak “Superman”, “Super Felix” czy “The Dictator”. Lekkoatletyczne środowisko było świadkiem narodzin nowej gwiazdy.

Szczyt formy Dominikańczyka przypadł na igrzyska olimpijskie w Atenach. Był absolutnie poza zasięgiem rywali. Finałową rywalizację wygrał z przewagą niemal pół sekundy nad drugim Dannym McFarlene’em (47,63 a 48,11).

Można było śmiało powiedzieć, że Felix Sanchez dopiął wówczas swego. Mógł z satysfakcją zdjąć bransoletkę, która towarzyszyła mu przez cztery lata. Nie tylko został mistrzem olimpijskim, ale pierwszym mistrzem olimpijskim w historii swojej ojczyzny.

Ale niestety – im wyżej się znajdujesz, tym boleśniej upadasz. Płotkarz nie mógł przypuszczać, że kolejny rok, tuż po zdobyciu tak cennego lauru, będzie najgorszym w jego karierze. Na drodze stanęły mu bowiem kontuzje. Ba, seria kontuzji – Sanchez miał problemy ze stopą, mięśniem dwugłowym, a także łydkami.

Stracił zresztą nie tylko większość sezonu 2004, ale i 2005. Obiecywał jednak, że jak tylko wróci do zdrowia, to wciąż będzie wygrywał. I podkreślał, że przerwa w rywalizacji… pomogła mu w znalezieniu motywacji. – Ten rok był beznadziejny, ale dobry dla mnie. Miałem taki okres w karierze, kiedy zdobyłem prawie wszystko, co chciałem. Nie trenowałem zbyt mocno i byłem poniekąd zrelaksowany. Ale teraz chcę wrócić do czasów, kiedy byłem głodny sukcesu. I znowu dominować – mówił pod koniec 2005 roku.

Kontuzje nie wpłynęły też na jego cele. Po tym, jak został mistrzem olimpijskim, zamarzył o m.in. pobiciu rekordu świata, a także przebiciu dokonań legend. – Edwin Moses był niepokonany przez dziesięć lat i nikt nie może mu tego zabrać. Ale w jego czasach tylko trzech zawodników biegało poniżej 48 sekund. Chcę pokazać, że Latynos też może być najlepszy w historii –  zaznaczał.

W końcu, w 2007 roku, udało mu się wrócić do formy. Choć nie biegał już tak szybko. Podczas mistrzostw świata w Osace zdobył srebrny medal, przegrywając w finale z 21-letnim Kerronem Clementem.

Nie dało się ukryć – szło nowe. A na dodatek Sancheza znowu zaczęły męczyć kontuzje. W roku olimpijskim niemal nie startował, zdołał się wykurować dopiero na igrzyska w Pekinie. Na co było go stać podczas tej imprezy?

Odpowiedzi nie poznaliśmy. W dniu, w którym miał wziąć udział w pierwszym z trzech olimpijskich biegów, Sanchez zwlekł się z łóżka wczesnym rankiem. A niedługo później poczuł się, jakby coś w nim pękło. Dowiedział się o śmierci Lilian, swojej babci. Jednej z najbliższych mu osób, która po tym, jak jego rodzice się rozwiedli, była jego największym wsparciem i wychowawcą.

Sport zszedł na drugi plan. Lekkoatleta nie był w stanie się pozbierać. Wystartował w biegu eliminacyjnym, ale nie był nawet bliski awansu do półfinału.

To wcale nie deszcz

Choć po Pekinie miał już ponad trzydzieści lat i wielu spisało go na straty, nie zamierzał odpuszczać. Chciał zdobyć medal dla kobiety, której tyle zawdzięczał. Motywacji musiał jednak szukać na każdym kroku. Myślał tylko o kolejnym sezonie – tak, aby pobiegać kilka miesięcy, a potem odłożyć buty na kołku. Sięgnąć po medal i dać sobie spokój. Po tym, jak w finale mistrzostw świata w 2009 roku zajął ostatnie miejsce, uznał jednak, że nie może w ten sposób się pożegnać. I wyznaczył sobie za cel kolejną imprezę tej rangi.

Na zawodach w koreańskim Daegu do krążka zabrakło mu jednak siedmiu setnych sekundy, zajął niewdzięczne czwarte miejsce. Z racji, że forma wciąż mu dopisywała, a do igrzysk w Londynie pozostawał tylko rok, postanowił, że pociągnie jeszcze do nich.

W roku olimpijskim startował wyjątkowo rzadko. Nie wziął udziału w żadnych zawodach na hali, dopiero pod koniec maja zaliczył pierwszy poważny bieg – na mityngu w Maroku. Trudno było stwierdzić, jak mocny będzie podczas igrzysk. Na pewno nie zaliczył się do grona największych faworytów. O wygraną mieli walczyć złoty medalista olimpijski z Sydney oraz Pekinu – Angelo Taylor – a także młodsze pokolenie, do którego zaliczali się m.in. ówczesny mistrz świata – David Greene – oraz wicemistrz – Javier Culson.

Już w biegu półfinałowym stało się jednak jasne, że Sanchez jest bardzo mocny. Osiągnął zdecydowanie najlepszy czas z całej stawki – 47,76 – i wywalczył sobie centralne pole startowe w finale.

Był gotowy, aby walczyć o zwycięstwo. Przed decydującym wyścigiem nie tylko założył swoje charakterystyczne gogle, ale pod tabliczkę z nazwiskiem umieścił zdjęcie swojej babci. Natomiast na kolcach markerem napisał “abuela” [babcia po hiszpańsku przyp-red.]. Chciał, żeby towarzyszyła mu przy tym biegu.

Wygrał złoto. I to jako 34-letni biegacz, który po ostatni medal wielkiej imprezy sięgnął pięć lat wcześniej. Po przekroczeniu linii mety szargały nim emocje. Najpierw patrzył przed siebie, napinał mięśnie i krzyczał. Po chwili zwrócił się w stronę kibiców, dziękując im za doping.

A następnie wyjął fotografię, którą trzymał przy swojej piersi. Pocałował ją, uklęknął. I płakał. – To był dla mnie bardzo trudny dzień. Myślami byłem wszędzie, tylko nie na bieżni. Chciałem, żeby była dumna, dlatego umieściłem jej imię na kolcach. Kiedy umarła, moje serce zostało złamane. Dlatego trzymałem jej zdjęcie przy swoim sercu.

Łzami zalał się również podczas uroczystości wręczania medali. Kiedy z głośników wybrzmiał hymn Dominikany, nie mógł ich powstrzymać. W tym samym czasie na stadionie pojawiły się krople deszczu. – Zaczęło padać. Poczułem się, jakby to ona płakała z radości razem ze mną. Byłem emocjonalny przez cały tydzień. Myślałem o niej, myślałem, czy mogę wygrać dla niej medal.

Nowe plany

W 2008 roku był bliski zakończenia kariery. Ale kiedy już zdobył swój drugi złoty medal olimpijski, ponownie poczuł głód wygrywania. Choć parę tygodni po igrzyskach w Londynie skończył 35 lat, postanowił, że dalej będzie biegał. W podjęciu tej decyzji pomogło zainteresowanie, które się wokół niego pojawiło. Wzruszająca historia biegacza zainspirowała wielu ludzi, a sam lekkoatleta otrzymał też nagrodę Laureus World Sports Award za największy sportowy “powrót roku”.

Za motywację zaczęło służyć mu to, że był weteranem, zdecydowanie najstarszym zawodnikiem w globalnej czołówce. Choć na kolejnych mistrzostwach świata zajął dopiero piąte miejsce, wciąż nie zamierzał się zatrzymywać. – Kiedy jesteś w takim wieku i wszyscy na ciebie zwracają uwagę, wiedząc, że masz od nich przynajmniej siedem lat więcej… to jest wyzwanie same w tobie. Mierzyć się z przemijaniem, wygrywać z młodymi chłopakami.

Sportowa przygoda Felixa Sancheza dobiegła końca dopiero w 2016 roku – co ciekawe, zaledwie kilka miesięcy przed igrzyskami w Rio de Janeiro. Dominikańczyk początkowo zamierzał na nich wystartować, ale narodziny syna przekonały go do tego, że czas się skupić na życiu rodzinnym.

Utytułowany lekkoatleta zapisał się złotymi głoskami w historii niewielkiego państwa na Morzu Karaibskim. “Félix Sánchez Olympic Stadium” – tak nazwany został największy stadion na Dominikanie.

Chciałoby się też powiedzieć – Felix Sanchez pokazał, że nigdy nie należy się poddawać. To oczywiście nieco banalna mądrość, powtarzana tysiące razy przy historiach różnych sportowców. Z drugiej strony – do kogo, jak nie do niego, ona pasuje?

KACPER MARCINIAK

Fot. Newspix.pl


Subskrybuj
Powiadom o
guest
0 komentarzy
Inline Feedbacks
Pokaż wszystkie komentarze

Aktualności

Kalendarz imprez