Faworyci, ci z szansami i czarne konie. Kto w Katarze może zdobyć medale?

Faworyci, ci z szansami i czarne konie. Kto w Katarze może zdobyć medale?

Lekkoatletyka jest wymierna. Owszem, od czasu do czasu zdarzy się, że ktoś niespodziewanie pobiegnie dużo szybciej czy rzuci dalej, ale to sytuacje rzadkie. Poza nimi sprawa jest prosta – jeśli ktoś wielokrotnie był w czołówce, to jasne jest, że można go uznać za faworyta do zdobycia medalu w danej konkurencji. Postanowiliśmy przeanalizować, po których z naszych reprezentantów powinniśmy spodziewać się na MŚ występu na miarę najlepszej trójki, a którzy – choć faworytami nie są – mogą pokusić się o zajęcie miejsca na podium.

Murowani faworyci

To ci zawodnicy i zawodniczki, u których brak medalu byłby sporym rozczarowaniem, bo po prostu na niego zasługują. Nie chcemy tu pisać, że są pewniakami – to jednak sport, wszystko się może zdarzyć. Ale na pewno są tego miana tak blisko, jak tylko się da. Przy czym najbliżej ze wszystkich zawodników, których wysyłamy do Kataru, są go dwaj młociarze.

Gdyby Wojciech Nowicki i Paweł Fajdek występowali w osobnych konkurencjach, pewnie moglibyśmy liczyć na dwa złota. A tak jeden z nich będzie musiał najprawdopodobniej zadowolić się srebrem. Naprawdę trudno brać pod uwagę inny scenariusz niż dwóch naszych zawodników na dwóch najwyższych stopniach podium. W tym sezonie na światowych listach dwanaście najlepszych rezultatów należy do naszego eksportowego duetu. Aż dziesięć z nich to wyniki powyżej 80 metrów. Najdalej rzucał Nowicki (81,74 m), ale bardziej regularny jest Fajdek, siedmiokrotnie przekraczający barierę osiemdziesiątego metra.

Jasne, całkiem niedawno nieźle zaprezentowali się Javier Cienfuegos i Walerij Pronkin (odpowiednio 79,38 i 79,10 m), ale to wciąż wyniki, które powinny dać co najwyżej brąz. Jeśli Fajdek i Nowicki zaprezentują się ze swojej najlepszej strony, powinniśmy zdobyć dwa medale. Z takim postawieniem sprawy zgadza się też Przemysław Babiarz, komentator i dziennikarz TVP Sport.

– Gdyby żaden z nich nie wygrał, bylibyśmy bardzo rozczarowani. Paweł ma tu dodatkową motywację, związaną z czwartym tytułem mistrza świata. Tyle ma w naszym sporcie tylko Anita Włodarczyk. Z mężczyzn Paweł byłby pierwszy z czterema. A nawet jeżeli nie on, to Wojtek, bez dwóch medali nie powinniśmy wyjechać. Mamy dwóch najlepszych młociarzy na świecie.

Innym pewniakiem do medalu wydaje się na ten moment być Piotr Lisek. Nasz tyczkarz przeskoczył w tym sezonie na inny, wyższy poziom, dwukrotnie poprawiając życiówkę i rekord Polski. Zrobił to zresztą w przeciągu tygodnia, ostatecznie (na razie) zatrzymując się na poziomie 6,02 m. Oczywiście, konkurencja w tyczce jest na ten moment piekielnie mocna, ale tak naprawdę w rywalizacji na najwyższych wysokościach powinna się liczyć tylko trójka Piotr Lisek, Armand Duplantis i Sam Kendricks, lider światowych list z rezultatem 6,06 (drugim wynikiem na świecie w tym roku jest 6,02 Liska).

Za ich plecami czają się kolejni świetni tyczkarze. 5,95 w tym sezonie skakał Szwed Christopher Nilsen, a 5,92 Thiago Braz z… Brazylii. To też świetne wyniki, ale nawet wobec nich Piotr Lisek pozostaje wielkim faworytem. Nie tylko do medalu, ale i do zwycięstwa. Tym bardziej że on sam jest do mistrzostw nastawiony bardzo pozytywnie, o czym nam opowiedział. – To że te mistrzostwa są tak późno, jest dla nas lekkim dyskomfortem, bo to pierwszy taki raz, nie wiemy do końca, z czym to się je. Ale ja jestem raczej facetem, który się nie skarży. Trenuję, bo to lubię, ufam swojemu trenerowi. Nie zastanawiam się nad tym, czy te mistrzostwa będą problemem. Ale już teraz mogę powiedzieć, że z formą na pewno trafimy, nie ma wątpliwości. Czy uda się ją wykorzystać, to jest zupełnie inna sprawa. Warunki? Musimy się do nich przyzwyczaić, nie ma co tego komentować. Każdy będzie miał taką samą pogodę. Po prostu trzeba będzie powalczyć.

Obawiać można się tu jedynie, przed czym ostrzega Przemysław Babiarz, powtórki z rozrywki i tak szalonego konkursu, jaki oglądaliśmy roku temu na mistrzostwach Europy. – Piotrek skoczył w Berlinie 5,90 i wystarczyło to tylko do czwartego miejsca. Trzeba być ostrożnym. Faktycznie jednak wszystkie wyliczenia mówią, że Piotr Lisek powinien mieć medal. Z tyłu głowy mam jednak ten Berlin i najbardziej niezwykły konkurs w historii.

Niezwykłe w Berlinie były też Aniołki Matusińskiego na czele z Justyną Święty-Ersetic. I choć nasza sztafeta 4×400 metrów pozostaje najmniej faworyzowanym z polskich faworytów (jakkolwiek by to nie brzmiało), to na pewno stać ją na medal. Mamy mocny, równy skład, bez słabych punktów, do tego podbudowany choćby tegorocznym zwycięstwem na mistrzostwach świata sztafet. – O złoto będzie trudno. Amerykanki są po prostu poza zasięgiem, ale jeśli chodzi o kolejne lokaty to przy naszej świetnie zbudowanej, równej sztafecie istnieje spora szansa na zdobycie medalu – mówi Sebastian Chmara, były wieloboista, dziś wiceprezes PZLA.

– Na pewno zostawimy serce na bieżni. Zawsze idziemy „w trupa”, każda z nas leci, ile sił w nogach, a ostatnią prostą biegniemy „na bombie”. Co byłoby porażką w Katarze? Nie chcę myśleć o porażkach, żeby nie zostało mi to w głowie. Chcę myśleć pozytywnie i biegać jak najszybciej – powiedziała niedawno Iga Baumgarnt-Witan „Super Expressowi”. Dodawała też jednak, że złoto jest mało prawdopodobne. Ale co tam, srebro też nas bardzo ucieszy. A z takimi czterema sercami na bieżni, istnieje spore prawdopodobieństwo, że nasza sztafeta je zdobędzie.

To cztery medale, które powinniśmy zdobyć. Zresztą nie tylko naszym zdaniem, podobnie sprawę ocenia na przykład magazyn „Track & Field News”, choć on Piotrowi Liskowi i sztafecie kobiet wręcza brązowe medale, a my wierzymy, że stać ich na więcej. Poza tymi czterema krążkami nie obrazilibyśmy się jednak, gdyby wpadł nam do dorobku jeszcze jeden albo dwa dodatkowe. Kto mógłby je zdobyć?

Warto mieć w pamięci

Jak o złoto rywalizować będzie dwójka naszych młociarzy, tak o medal może zawalczyć dwóch kulomiotów. Michał Haratyk i Konrad Bukowiecki to już uznana marka i w Europie, i na świecie. Problem w tym, że poziom męskiej kuli jest w tym roku po prostu niesamowity. Dość napisać, że aż ośmiu zawodników pchało ponad 22 metry. Innymi słowy: teoretyczny skład finału może składać się z samych dwudziestudwumetrowców. Kosmos. Michał Haratyk z wynikiem 22,32, czyli aktualnym rekordem Polski, zajmuje na tej liście dopiero piąte miejsce. Ale w tych największych konkursach dochodzą presja, emocje, warunki… Stać się może naprawdę wiele. Przekonywaliśmy się o tym choćby rok temu w Berlinie, gdy wygrywała Paulina Guba albo dwa razy na igrzyskach olimpijskich, gdy złota zdobywał Tomasz Majewski.

– Nasi radzą sobie w tym roku świetnie. Haratyk pchał przecież niesamowicie, teraz dołączył do niego Konrad Bukowiecki, którego forma wzrasta. Mamy tu szansę medalową, warto zwrócić na nich uwagę, choć łatwo nie będzie – mówi Sebastian Chmara. A Przemysław Babiarz dodaje: – Konradowi, czy Michałowi powinno wyjść. Ostatnio Konrad wystrzelił z formą, a Michał nieco przysiadł, ale może jego regularność mu pomoże i na mistrzostwa świata wróci ze znakomitą formą. Trudno powiedzieć, ale przynajmniej jednego z nich dałbym na podium. Mamy prawo na ten medal liczyć. Wiadomo, że są Ryan Crouser, Tom Walsh, Darlan Romani i inni – to wszystko ludzie, którzy mogą stanąć na podium. Ale z Konradem, który ostatnio przecież pchnął 22,25, jest tak, że on nagle może ustanowić nowy rekord Polski i zgarnąć medal.

Sam Konrad Bukowiecki, gdy rozmawialiśmy z nim kilka dni temu, twierdzi, że do mistrzostw przygotowany jest bardzo dobrze, a tym, czym wszyscy straszyli – warunkami, późnym startem – w ogóle się nie przejmuje. – Normalnie mielibyśmy już wakacje, ale cóż, trzeba było po prostu ten miesiąc jeszcze przepracować. Cały świat ma tak samo. Teraz już nieco wyluzowałem z przygotowaniami, staram się odświeżyć organizm, nabrać chęci na to pchanie. Upały? Stadion jest klimatyzowany, startowałem na nim, temperatura jest tam normalna. Zawody będą zresztą wieczorem. Raczej nie będzie tak źle. Teraz jesteśmy w Belek, tu też jest ponad trzydzieści stopni. Jak mówię: wszyscy będziemy mieli taką samą pogodę i warunki. Jedni zniosą to lepiej, drudzy gorzej, ale różnic nie będzie. 

Na medal w kuli liczyć więc możemy. Ale nie tylko tam. Skoro tyle u nas znakomitych duetów, to warto zauważyć, że Piotr Lisek zawsze ma obok siebie Pawła Wojciechowskiego, mistrza świata z 2011 roku, legitymującego się życiówką na poziomie 5,93. Oczywiście, w tak mocno obsadzonym konkursie w teorii powinno wystarczyć to maksymalnie na czwarte miejsce. Ale nikt nie powiedział, że Paweł nie może podnieść nieco poprzeczki i przeskoczyć na przykład wysokości 5,95. Gdyby to zrobił, miałby spore szanse na medal. Bo jeśli taka wysokość go nie da, to byłby to jeszcze bardziej szalony konkurs niż ten w Berlinie.

Inna sprawa, że akurat w tym sezonie Paweł od życiówki jest nieco dalej – skoczył 5,87 (szósty na światowych listach). Ale skoro i tak oglądać będziemy Piotra Liska, to czemu by w tym samym czasie nie trzymać kciuków za Pawła? Szczególnie, że i on dał nam już w tym roku sporo radości. W marcu został przecież halowym mistrzem Europy.

Srebro na tej samej imprezie zdobył za to Marcin Lewandowski. Ale to nie jego występ z tamtych mistrzostw pozwala nam wierzyć w medal „Lewego”. Nie robią tego też światowe listy – jego 3:31.95 daje mu na nich dopiero trzynaste miejsce. To, co daje nam wiarę w naszego średniodystansowca, to jego doświadczenie, umiejętność odnalezienia się w trakcie biegu i wielkie serducho, które demonstrował w tym sezonie już kilka razy. Choćby pobijając rekord Polski na milę. Ponadto gdy przychodzi do biegania na średnich dystansach, to mistrzostwa świata mogą dać Marcinowi jeszcze jednego asa w rękawie.

– Widziałbym szansę dla Marcina Lewandowskiego. Skoro wybrał 1500 metrów, to przy turniejowym bieganiu – aż trzech biegach, braku „zajęcy”, dyktujących tempo – jego szanse wzrastają. To nie jest faworyt na miejsca 1-2, ale nie zdziwiłby mnie jego medal. Na pewno można go brać tu pod uwagę – twierdzi Przemysław Babiarz. Bo właśnie w tym rzecz. Lewandowski może nie być najszybszy, ale na wielkich imprezach często tego nie trzeba. Wystarczy dobry finisz i rozeznanie, w którym momencie przycisnąć. A to akurat „Lewy” ma.

Zresztą nie tylko on, bo o medal powalczyć może też z pewnością jego kolega po fachu, Adam Kszczot. Profesor biegu na 800 metrów nieprzypadkowo jednak w naszej wyliczance znalazł się dopiero za Lewandowskim. Z Kszczotem w tym sezonie jest tak, że… za nic nie da się stwierdzić, w jakiej formie jest. Jeśli już biegał to niezbyt szybko (23. wynik na listach światowych!), ale nie wydawał się być tym przejęty. Kilkukrotnie też chorował, nie robił z tego jednak afery, choć rozbijało mu to plan przygotowań. Po prostu pracował, odpuścił nawet sezon halowy, postawił na bieganie na otwartym stadionie. Twierdzi, że teraz jest w najlepszej dyspozycji w roku, choć niedawno – na Memoriale Kamili Skolimowskiej – doznał urazu po starciu z Michałem Rozmysem. Można więc martwić się o jego zdrowie, ale jeśli będzie w pełni sprawny, to po prostu znamy jego możliwości. To przecież wciąż aktualny wicemistrz świata, który jako swój cel na mistrzostwa podaje medal. Więc i my w ten medal wierzymy.

Skoro pisaliśmy wcześniej o duecie młociarzy, nie wypada nie wspomnieć i o duecie młociarek. Malwina Kopron i Joanna Fiodorow do ścisłego grona faworytek nie należą, ale obie potrafią rzucać daleko. Na światowych listach ta pierwsza zajmuje siódme, a druga jedenaste miejsce. Różnice nie są jednak duże – Kopron do podium traci 1,23 m (w całej stawce wyraźnie odstaje tylko DeAnna Price, faworytka do zajęcia zwolnionego przez Anitę Włodarczyk tronu), a to przecież wciąż zawodniczka młoda, przebojowa. Taka, która jednym rzutem może zapewnić sobie medal. Gdyby posłała młot w okolice życiówki, moglibyśmy być niemal pewni, że stanie na podium.

– Joanna ma duże doświadczenie, Malwina jest młodsza, ale z drugiej strony rekord życiowy Malwiny jest lepszy, ona rzucała też daleko w Londynie i w tym roku też ma lepszy wynik, choć pierwszą część sezonu świetną miała Asia – mówi Przemysław Babiarz. Podobne zdanie ma Sebastian Chmara, który wprost mówi, że ta konkurencja – nawet wobec braku Anity Włodarczyk – może przynieść nam medal. Kopron wie już zresztą, jak takie medale zdobywać – dwa lata temu zajęła trzecie miejsce.

Wiadomo, że w rzutach i pchaniu jesteśmy znakomici. Również wtedy, gdy daleko trzeba posłać dysk. A to wszystko za sprawą Piotra Małachowskiego. To on przez wiele lat stanowił o sile naszego dysku i… nadal to robi. Wprawdzie nie był w tym roku w najlepszej dyspozycji, a cały sezon jest dla niego nieco eksperymentalny (jego trenerem został dotychczasowy wielki rywal Gerd Kanter), ale ostatnio jego forma nieco się poprawiła. Najlepszy wynik Piotra z tego roku – 67,23 m – daje mu co prawda tylko dziewiąte miejsce na światowych listach, ale trzeba pamiętać o jednym – Małachowski to gość od wielkich imprez. Znakomicie się na nich czuje, procentuje tam jego wielkie doświadczenie. Potrafi wyciągnąć asa z rękawa, gdy trzeba to zrobić.

Piotrek? Po rozmowach z nim samym byłbym nieco ostrożny – mówi Sebastian Chmara. – On ten sezon traktuje trochę przejściowo, zmienił trenera, liczy raczej na igrzyska. Na pewno jednak może stanąć na podium, warto się przyjrzeć jego występowi. Dysk jest bardzo nierówny w tym roku, jest mocny Daniel Stahl, słabiej rzuca Andrius Gudzius, ale znaleźli się inni zawodnicy. Ostatnio Alin Firfirca z Rumunii rzucił ponad 67 metrów. Piotrek w tym roku rzucił minimalnie krócej. Jego szansę widziałbym głównie wtedy, gdy będą kiepskie warunki i uda się wykorzystać słabość rywali. Choć traktowałbym to bardziej jako „mocny finał”, wejście do szóstki, z której pewnie byłby zadowolony. 

Małachowskiego warto mieć więc gdzieś z tyłu głowy włożonego w przegródkę: „ten człowiek może zdobyć medal”. Żeby jednak nic was nie zaskoczyło, pomyśleliśmy o jeszcze jednej kategorii – tych, o których myślimy raczej rzadko, ale kto wie, czy nie eksplodują formą.

Czarne konie

Ach, gdyby był Cyprian Mrzygłód… – westchnął tylko Przemysław Babiarz, gdy zapytaliśmy go o to, kto może zostać czarnym koniem. Nasz młody oszczepnik w Katarze się jednak nie pojawi, bo przegrał walkę z kontuzją. Jest za to Marcin Krukowski, który też jeszcze niedawno zmagał się z urazem, ale wrócił, rzuca całkiem daleko i na pewno – mimo bardzo mocnej stawki – stać go na to, by zaskoczyć wszystkich. Tym bardziej że oszczep to prawdopodobnie najbardziej losowa z lekkoatletycznych konkurencji, bardzo dużo zależy w niej od warunków.

– Marcin przy odrobinie szczęścia może dać radę. Rzut w granicach 87-88 metrów może dać medal, a on jest w stanie osiągnąć taką odległość. Jego porównywałbym nawet do Malwiny Kopron, stawiał nieco wyżej na tej liście. Bo czy to jest czarny koń? Chyba nie. Marcina typowałbym na pewno na mocny finał. W przypadku rzutu oszczepem szansa medalowa jest spora – wystarczy jeden świetny rzut. Są tam co prawda mocni Niemcy, ale może się wszystko dobrze ułożyć – mówi Sebastian Chmara.

My jednak ostatecznie zdecydowaliśmy się zostawić Krukowskiego w gronie czarnych koni przez wspomniany uraz i przez to, że na listach światowych jest dopiero 16. W teorii poza zasięgiem wydają się być dwaj Niemcy – Johannes Vetter i Andreas Hofmann – oraz liderujący na świecie Magnus Kirt z Estonii, ale w praktyce wiele będzie zależeć od warunków. Jeśli konkurs będzie rozstrzygać się w granicach 88-89 metrów, to Krukowski teoretycznie może tyle rzucić. Jego życiówka to przecież 88,09.

Wśród czarnych koni – choć pierwotnie chcieliśmy umieścić ją wyżej – znalazła się też sztafeta mieszana 4×400. Po pierwsze dlatego, że najlepsze czasy zawodników i zawodniczek po zliczeniu nie klasyfikują jej na podium, a po drugie, bo to zupełna nowość, co podkreślali i Przemysław Babiarz, i Sebastian Chmara. Zresztą oddajmy głos temu drugiemu.

– To trochę zagadka, ale z góry można powiedzieć, że nie będzie tu łatwo. Mnóstwo krajów ma indywidualnie bardzo dobrych zawodników. Zresztą paradoksalnie, przynajmniej moim zdaniem, łatwiej jest znaleźć dobry skład takiej sztafety niż tradycyjnej. My mamy mocne panie, bo pewnie Iga i Justyna znajdą się w składzie. Na mistrzostwach świata sztafet, jeszcze z Karolem Zalewskim, wystąpiliśmy naprawdę dobrze. Teraz jednak nastąpi taki początek weryfikacji wynikowej. Trudno prorokować, jakie wyniki dadzą miejsca na podium. Sporo jest krajów, mogących wystawić bardzo mocne reprezentacje. Czy mamy tu szansę medalową? Oby tak było, ale skłaniałbym się raczej ku temu, że to będzie finał.

Nieco nadziei można oprzeć na tym, że być może najmocniejsze państwa niekoniecznie wystawią najmocniejsze składy. Z drugiej strona państwa nieco słabsze, które nie są w stanie utworzyć mocnej sztafety kobiecej i męskiej, ale mają niezłe biegaczki i biegaczy, mogą skupić się właśnie na tej konkurencji. Więc jeszcze raz: potencjał na niezły wynik na pewno tu mamy, ale trudno wyrokować, czy jesteśmy w stanie zdobyć medal.

Kto jeszcze? Wymieniać moglibyśmy choćby nazwiska Kamili Lićwinko czy Justyny Święty-Ersetic biegnącej solo, ale w obu przypadkach konkurencja jest po prostu zabójcza. Pewnie – choć to bardziej w kategoriach finału – można by wspomnieć o Karolinie Kołeczek, Patryku Dobku, Ewie Swobodzie czy Marii Andrejczyk. Prawda jest jednak taka, że to już typy nieco szaleńcze. Z różnych powodów, Dobek i sprinterki mają bardzo mocną konkurencję, Andrejczyk wciąż nie jest w optymalnej dyspozycji. Trudno więc przewidywać, by ktoś z nich mógł zdobyć medal.

Żeby nie kończyć jednak pesymistycznym akcentem, napiszmy raz jeszcze: śmiało możemy liczyć na cztery medale, w tym co najmniej jedno złoto. Ci, którzy chcą być skrajnymi optymistami, mogą trzymać kciuki za sześć albo nawet siedem krążków

 

SEBASTIAN WARZECHA

 

 

Fot. Newspix


Aktualności

Kalendarz imprez