Emma McKeon. Pływaczka, która zdominowała igrzyska w Tokio

Emma McKeon. Pływaczka, która zdominowała igrzyska w Tokio

Nie Naomi Osaka, nie Katie Ledecky, nie Simone Biles. To właśnie Emma McKeon skradła show, notując być może najlepszy występ spośród wszystkich sportowców zebranych w Tokio. Australijka w czasie minionych igrzysk zdobyła aż siedem medali. Jeśli chodzi o pływanie – takimi olimpijskimi łupami w przeszłości mogli pochwalić się tylko Mark Spitz, Matt Biondi oraz Michael Phelps.

Sukcesy Australijki są imponujące. Wypadałoby zatem zmierzyć się z pytaniem, na które wielu z nas, o dziwo, nie zna odpowiedzi – kim w ogóle jest ta dziewczyna? I czy w kolejnych latach podtrzyma swoją dominację?

W Australii nikt się już nad tym nie zastanawia, bo Emma McKeon została najbardziej utytułowaną olimpijką w historii tego kraju. Licząc również igrzyska w Rio de Janeiro – jest jedenastokrotną medalistką oraz pięciokrotną mistrzynią IO. W tyle za nią zostali Ian Thorpe, Grant Hackett i inne wielkie postacie.

Pływaczka dołączyła też do niezwykle elitarnego grona czy też po prostu stworzyła duet z Marija Horochowśka, radziecką gimnastyczką urodzoną w 1921 roku. Są jedynymi kobietami, które z jednej imprezy olimpijskiej przywiozły siedem medali.

Liczby, statystyki, które krążą wokół McKeon, naprawdę robią wrażenie. A będą robiły jeszcze większe, jeśli zdradzimy, że Australijka, mając 18 lat, myślała o tym, żeby… skończyć karierę.

*****

Wszystko przez niepowodzenie przed igrzyskami w Londynie. Bohaterka naszego tekstu zwyczajnie nie zdołała się na nie zakwalifikować. To był dla niej potężny cios. Mogła tylko oglądać, jak jej rówieśniczki z basenów albo zbierają bezcenne doświadczenie, albo nawet stają na podium.

Oliwy do ognia dolewał również fakt, że członkiem australijskiej drużyny olimpijskiej został… jej brat David. Również pływak, również specjalizujący się w stylu dowolnym. – Byłam bardzo zdenerwowana, kiedy nie uzyskałam kwalifikacji. Oczywiście też dlatego, że mojemu bratu się udało, tak samo jak Jarrodowi Poort, z którym trenowałam. Niedługo po “Australian Trials” przestałam pływać. Wiedziałam, że chcę pojechać na igrzyska, ale nie chciałam trenować kolejnych czterech lat, więc powiedziałam sobie: “po prostu przestanę” – wspominała.

Gdyby McKeon faktycznie porzuciła karierę w 2012 roku, byłby to nie tylko wielki cios dla pływackiego świata, ale… rodzinnych tradycji Australijki. Z basenami związany był bowiem – oprócz brata – jej ojciec Ron, a także wujek Rob Woodhouse (brązowy medalista IO z Los Angeles). Wszyscy zostali olimpijczykami. To nie udało się matce Emmy, która jednak wystąpiła na Igrzyskach Wspólnoty Narodów w 1982 roku. A potem, wspólnie z mężem założyła szkołę pływacką. Generalnie – każdy w otoczeniu Australijki coś w pływaniu osiągnął, coś miał z nim wspólnego.

Zatem, mimo pewnych przeszkód, ona nie mogła być wyjątkiem. Po parumiesięcznej przerwie od treningów znowu ruszyła do pracy. – Zrozumiałam, że muszę na każdym treningu robić wszystko właściwie, aby potem pokazywać poziom, który chcę pokazywać – mówiła. I w 2013 roku pojawiła się na mistrzostwach świata w Barcelonie jako znacznie lepsza pływaczka. Zdobyła aż trzy medale – wszystkie w sztafetach: 4×100 oraz 4×200 kraulem i 4×100 stylem zmiennym. To, jak mocną częścią zespołu potrafi być, w przyszłości miała pokazać jeszcze wielokrotnie.

*****

Z powodu wspomnianego środowiska, w jakim się wychowała, Emma szybko zaprzyjaźniła się z pływaniem. Poruszać się w wodzie nauczyła się szybciej… niż chodzić. Ale tak, jej droga na szczyt nie była usłana różami. Inna sprawa, że jak już na niego dotarła, stało się jasne, że większego talentu w rodzinie McKeonów nie było nigdy. – Emma zawsze była profesjonalistką. Nie bawi się w żadne gry, tylko po prostu wykonuje swoją robotę – mówiła o niej matka Susie. – Byłem w stanie się z nią ścigać i wygrywać. Ale to prawdopodobnie przeszłość. Jej czasy są lepsze od tych, które robił w czasach świetności nasz ojciec – dodawał brat David.

McKeon jedną z najbardziej utytułowanych pływaczek wszech czasów została nieco z zaskoczenia. Patrząc choćby na liczby w social mediach – nie mówimy o supergwieździe. Na Facebooku, Twitterze oraz Instagramie śledzi ją nieco ponad 200 tysięcy ludzi. Również jeśli chodzi o wyniki sportowe – przed igrzyskami w Tokio znaleźlibyśmy parę zawodniczek, które wydawały się od niej mocniejsze. Wiele mówiło się nawet o jej rodaczkach, czyli Ariarne Titmus, rywalce Katie Ledecky, która w stolicy Japonii zresztą nie zawiodła, a także Cate Campbell, czołowej sprinterce ostatnich lat.

Tymczasem Emma, jasne, zdobywała w ostatnich latach medale, ale głównie w rywalizacji sztafet. Jej wielkie sukcesy indywidualne można było policzyć na palcach jednej ręki. W 2016 roku zdobyła brązowy medal igrzysk w wyścigu na 200 metrów stylem dowolnym. Ten sam dystans przyniósł jej srebro mistrzostw świata. Indywidualnie radziła sobie również na 100 metrów delfinem – w 2017 roku zdobyła srebro mistrzostw globu w tej konkurencji, a w 2019 roku była trzecia.

McKeon i Sarah Sjostrom po olimpijskim finale na 50 metrów stylem dowolnym

Generalnie bywało nieźle, ale oczywiście trudno było rozpatrywać McKeon w kategorii dominatorek. Kluczem okazała się w jej przypadku… zmiana specjalizacji. To znaczy – Australijka postawiła na krótsze, sprinterskie dystanse. Dalej pływała na 100 metrów, ale – kosztem 200 – rozpoczęła treningi pod 50. To się, oczywiście, okazało strzałem w dziesiątkę. Choć nie mówimy o żadnym rewolucyjnym pomyśle. Z wiekiem wielu pływaków “skraca sobie” odległości. Jak wiadomo – im w dłuższych wyścigach bierze się udział, tym więcej kilometrów na treningach należy przemielić. McKeon, podobnie jak choćby Paweł Korzeniowski, uznała zatem, że dwusetka nie jest już dla niej.

– Nigdy nie myślałam, że wygram wyścig na 50 metrów na igrzyskach, bo trenowałam pod 200 całe życie – powiedziała Australijka już po imprezie w Tokio. – To trudne do uwierzenia, choć niby wiedziałam, że jestem w stanie zdobyć złoto. Przez cały tydzień tonowałam w sobie emocje, ponieważ wiedziałam, że mam przed sobą pełno startów. Teraz to wszystko będzie do mnie dochodzić.

 *****

Styl, w jakim McKeon sięgała w Tokio po kolejne medale, był spektakularny. Nie da się tego inaczej określić. Weźmy za przykład jej występ w wyścigach na 50 metrów kraulem. Podczas eliminacji pobiła rekord olimpijski. Następnie, w czasie eliminacji, popłynęła jeszcze szybciej. I na koniec, w wielkim olimpijskim finale, ucięła z poprzedniego czasu… dziewiętnaście setnych. Nie dała szans rywalkom, w tym m.in. rekordzistce świata Sarah Sjostrom, obrończyni tytułu Pernille Blume i, niestety, Katarzynie Wilk-Wasick.

Australijka kapitalna była też na dwukrotnie dłuższym dystansie. Uzyskała najlepszy wynik eliminacji, półfinałów i finału. Wtedy akurat trzykrotnie rekordu olimpijskiego nie poprawiła, ale zrobiła to raz – właśnie podczas końcowej rywalizacji o medale. Na dodatek dwukrotnie poprowadziła do triumfu australijskie sztafety. Co było tym cenniejsze, że przed imprezą większość ekspertów stawiało na Amerykanki. Amerykanki, którym nie brakowało pewności siebie – Lilly King mówiła nawet, że stać je na zdobycie złota w każdej konkurencji. No ale właśnie – raz po raz odbijały się od australijskiej ściany.

McKeon i jej koleżanki zresztą nie tylko wygrywały, ale biły rekordy. W sztafecie 4×100 stylem zmiennym rozprawiły się z najlepszym czasem w historii igrzysk, natomiast w sztafecie 4×100 kraulem pobiły już rekord globu. Łącznie Australia sięgnęła w Tokio po osiem złotych krążków w pływaniu. To najlepszy występ tej nacji od… 1956 roku i imprezy w Melbourne.

*****

Jakie są dalsze plany Emmy McKeon? Na razie robi sobie przerwę. Od kiedy na początku sierpnia przyleciała do Australii, nie wskoczyła do basenu ani na moment. I przez jakiś nie będzie tego robić. Choć w końcu do treningów wróci – bo zamierza wziąć udział w trzeciej edycji Międzynarodowej Ligi Pływackiej, która będzie miała miejsce pod koniec roku we Włoszech. W 2021 roku wystartuje jednak tylko tam, odpuszczając grudniowe mistrzostwa świata na krótkim basenie.

Australijka nie ukrywa – musi nieco odpocząć od szumu, który się wokół niej wytworzył. – To był prawdziwy rollecoaster. Trenowaliśmy przed pięć lat, potem przełożono igrzyska i nagle wszystko się skumulowało: krajowe kwalifikacje, igrzyska, potem powrót do domu, od razu kwarantanna. Działo się bardzo, bardzo dużo i trzeba to było jakoś przetworzyć – mówiła. Co również warte podkreślenia – tuż przed wpadnięciem w olimpijski wir, uzyskała wyższe wykształcenie, kończąc edukację w “Griffith Sports College”.

W maju pływaczka skończyła 27 lat, więc podczas kolejnych igrzysk, w Paryżu, będzie miała na karku trzydziestkę. I nie ukrywajmy – równie spektakularnego występu raczej nie powtórzy. Rodzi się zatem pytanie: czy na pewno zobaczymy ją na kolejnej olimpijskiej imprezie? Odpowiedzieć nie potrafi na nie sama zainteresowana: – W tym momencie jestem skupiona na tym, co jest teraz. Staram się być dumna z tego, co osiągnęłam – opowiadała mediom.

Trudno jednak przypuszczać, żeby odpuściła walkę o kolejne olimpijskie medale. A przypomnijmy: ma ich już jedenaście, w tym pięć złotych. Nieźle, jak na zawodniczkę, która swego czasu była bliska zakończenia kariery.

KACPER MARCINIAK

Fot. Newspix.pl


Subskrybuj
Powiadom o
guest
0 komentarzy
Inline Feedbacks
Pokaż wszystkie komentarze

Aktualności

Kalendarz imprez