Egan Bernal jest wielki. Kolumbijczyk dominuje na Giro d’Italia

Egan Bernal jest wielki. Kolumbijczyk dominuje na Giro d’Italia

Giro d’Italia dojechało do drugiego dnia przerwy. Dojechało, dodajmy, trasą krótszą, niż to pierwotnie zaplanowano. Wszystko przez pogodę – ta była na tyle zła, że dzisiejszy etap organizatorzy postanowili skrócić, ucinając między innymi dwa najtrudniejsze podjazdy z jego końcówki. Nie przeszkodziło to jednak w niczym Eganowi Bernalowi. Kolumbijczyk jest w wybitnej formie i dziś pokonał wszystkich rywali, zgarniając etapową wygraną i powiększając przewagę w klasyfikacji generalnej. A co jeszcze działo się do tej pory na Giro?

Egan, tęskniliśmy

Bernal na wielką scenę kolarstwa wszedł w 2019 roku, gdy niespodziewanie wygrał Tour de France. Już wtedy pokazał się jako jeden z najlepszych górali w peletonie. Zeszły rok kompletnie mu jednak nie wyszedł. W dużej mierze przez problemy zdrowotne – męczyły go urazy, na czele z kontuzją pleców. Zimą przez dłuższy czas się kurował, przed tym sezonem zapowiadał, że udało mu się doprowadzić plecy do porządku. Choć przed Giro zrobił sobie całkiem długą przerwę, powszechnie uznawano, że jest jednym z głównych faworytów do zwycięstwa w wyścigu.

Już teraz można powiedzieć, że oczekiwań nie zawiódł.

Owszem, zostało jeszcze pięć etapów, wiele może się wydarzyć. Bernal jednak jak na razie jedzie po swoje. Na dzisiejszym skróconym odcinku pokazał to po raz kolejny. Pierwotnie etap miał mieć 212,5 kilometra, prowadząc kolarzy przez kilka szczytów. Ostatecznie wykreślono z jego trasy Passo Fedaia i Passo Pordoi, nieco obniżając też w ten sposób najwyższy punkt rywalizacji – dachem wyścigu miał być bowiem drugi z tych szczytów. Deszcz, zimno i wiejący momentami wiatr wielu kolarzom sprawiły dziś ogromne problemy. Ale nie Bernalowi.

Kolumbijczyk jest po prostu nie do zatrzymania. Na dzisiejszym etapie imponował niesamowicie równym, mocnym tempem, które utrzymywał wraz z kolegami z INEOS Grenadiers. Od peletonu odpadali kolejni kolarze, w pewnym momencie główna grupa składała się… mniej więcej z dziesięciu zawodników. Przed nią jechało jeszcze kilku uciekinierów, którzy liczyli na etapowe zwycięstwo. Za nią jednak byli już tacy zawodnicy jak Remco Evenepoel czy Simon Yates, dotychczasowy wicelider, dwóch innych wielkich faworytów. A potem przestaliśmy widzieć większość tego, co się działo. Obraz telewizyjny bowiem przegrał nierówną walkę z warunkami atmosferycznymi.

Widzieliśmy więc jedynie jak Egan Bernal atakuje z grupy liderów na podjeździe pod Passo Giau. Obraz zniknął jednak chwilę po tym, jak Kolumbijczyk wyrwał się do przodu. Wrócił, kiedy ten wyprzedzał Antonio Pedrero i obejmował prowadzenie na etapie. Chwilę później znów nic jednak nie widzieliśmy. I przez jakieś kilkadziesiąt minut obserwowaliśmy głównie linię mety i czekających na niej kibiców. W tym czasie kolarze walczyli, ale żaden nie był w stanie dogonić Bernala. To on wjechał na metę z przewagą 27 sekund nad Romainem Bardetem i Damiano Caruso. W klasyfikacji generalnej drugi z nich został wiceliderem, do Kolumbijczyka traci 2 minuty i 24 sekundy. Sporo, choć w Giro zostało jeszcze kilka trudnych etapów.

Ale czy ktoś jest w stanie pokonać Bernala w takiej dyspozycji? Trudno w to uwierzyć. Gdy kolejni kolarze słabną, Egan ani na moment nie pokazuje oznak zmęczenia. Remco Evenepoel przyznawał już, że jego cele były zbyt ambitne. Inni liderzy ekip mówili, że to Giro jest naprawdę trudne i wymagające. A Bernal? Bernal robi swoje. Dominuje. Miażdży. Roznosi rywali. Czy to w deszczu, czy na szutrze, czy na pagórkowatym, czy typowo górskim etapie. Jest najlepszy.

I tak pewnie będzie do samego końca.

Dwie historie dla Włochów

To jednak nie tak, że na tym Giro nie ma się przez to czym ekscytować. Pasjonujące są choćby walki o kolejne zwycięstwa etapowe. Zresztą już pierwsza czasówka ucieszyła miejscowych kibiców, bo zwycięstwo zgarniał na niej Filippo Ganna. Są jednak dwie włoskie historie z tegorocznego Giro, które warto przypomnieć jeszcze bardziej.

Pierwsza z nich to etapowa wygrana Giacomo Nizzolo. Włoski sprinter walczył o nią od lat właściwie na każdym etapie, w którym finiszowało się z peletonu. Ciągle powtarzał, że chce wygrać etap na Giro d’Italia. Nie mógł tego jednak dokonać, choć regularnie zajmował miejsca w czołówce. Ba, Nizzolo był rekordzistą pod względem liczby miejsc w czołowej piątce etapów Wielkiego Touru (miał ich 33), który jednak nigdy nie odniósł na takowym zwycięstwa. Gdy już raz mu się to udało – w 2016 roku – relegowano go na koniec grupy z uwagi na nieregulaminowy sprint. Jak pech to pech, co?

Na szczęście limit pecha Włoch chyba wyczerpał na poprzednich etapach Giro. A na trzynastym, rozegranym kilka dni temu, wreszcie miał szczęście. W samej końcówce kompletnie płaskiego etapu finiszował najszybciej ze wszystkich.  – Nareszcie! Dziś rano powiedziałem sobie, że moim celem jest drugie miejsce i może to było kluczem do sukcesu. Chciałem przede wszystkim zafiniszować i nie zostać zablokowanym w końcówce. Miałem dobre nogi i udało się. […] Z powodu wielu rond na ostatnich kilometrach moja drużyna wyszła na czoło wcześnie, chciałem bezpiecznie dojechać do końcowych metrów i się udało. Czuję się bardzo szczęśliwy i jestem dumny z mojej drużyny – mówił po tamtym dniu.

Druga historia nadeszła dosłownie dzień później. Etap czternasty, górzysty, należał do uciekinierów. Kolarze z klasyfikacji generalnej swoją walkę toczyli nieco dalej. Wiadomo więc było, że szanse na zwycięstwo ma zawodnik, po którym normalnie by się tego nie spodziewano. Nawet w tej sytuacji jednak nikt nie oczekiwał, że będzie to Lorenzo Fortunato. 25-letni Włoch jeździ w ekipie EOLO-Kometa, czyli drużynie z drugiego poziomu, która na Giro została zaproszona z dziką kartą. Swoją drogą zespół ten to projekt między innymi… Alberto Contadora. Hiszpan szalał zresztą po zwycięstwie swojego podopiecznego chyba bardziej niż wtedy, gdy sam okazywał się najlepszy w największych wyścigach.

Fortunato swoją akcję rozpoczął kilka kilometrów przed metą. Przeskoczył wtedy z większej grupki do jadącego samotnie i atakującego Jana Tratnika. We dwójkę świetnie współpracowali, powiększając przewagę nad rywalami. Na trudnym podjeździe pod Monte Zoncolan okazało się, że to Fortunato ma więcej sił w nogach. Odjechał rywalowi, samotnie przekroczył linię mety. Odniósł tym samym pierwsze zawodowe zwycięstwo w karierze. Od razu na Giro d’Italia i to w jednym z najbardziej legendarnych miejsc dla włoskiego kolarstwa – bo takim jest Monte Zoncolan.

– Nadal nie mogę w to uwierzyć. To, że wygrałem, dotarło do mnie 150 metrów przed metą, kiedy w słuchawce usłyszałem Stefano Zanattę mówiącego “teraz zafiniszuj”, a w międzyczasie Ivan Basso krzyczał. To spełnienie marzeń, niesamowita sprawa. Dziękuję dyrektorom sportowym, dziękuję Ivanowi Basso, Alberto Contadorowi i całej obsłudze EOLO-Kometa. Gdyby nie oni, nigdy nie odniósłbym tego sukcesu. Ta drużyna stale będzie się rozwijać, a ja razem z nią – jestem tego pewien. Dziś rano Ivan Basso powiedział mi “zabierz się w ucieczkę i wygraj etap”. I tak się stało, naprawdę się tak stało – mówił Fortunato na mecie.

Piękna sprawa, co? Szkoda jedynie, że obok takich historii tegoroczne Giro dostarcza nam też zupełnie innych.

Tego nie ma, tego również, a tamtego… też nie

Lista kraks i wycofań z tegorocznego Giro d’Italia jest już naprawdę długa. Już na piątym etapie z rywalizacji odpadł jeden z faworytów. Mikel Landa ledwie dzień po tym, jak znakomicie zaprezentował się na trasie czwartego odcinka, atakując tak, że zostawił z tyłu kilku najgroźniejszych rywali, upadł na asfalt. Tyle tylko, że w teorii piąty etap był takim, w którym nic groźnego nie powinno się zadziać. A zadziało się kilka razy. Na ostatnich 15 kilometrach przydarzyły się łącznie trzy kraksy. W ostatniej z nich upadł właśnie Landa, a także Joe Dombrowski, który dzień wcześniej odnosił etapowe zwycięstwo. Landę ostatecznie zabrano do szpitala. I tyle było z nadziei na wygraną w Giro. Swoją drogą w konsekwencji kraks na tamtym etapie wycofali się też m.in. Francois Bidard i Paweł Siwakow, były triumfator Tour de Pologne.

Co dalej? Fatalnie wyglądający upadek zaliczył Matej Mohoric, który w jego konsekwencji również został zabrany do szpitala. Wszystko miało miejsce na dziewiątym etapie, a w oficjalnym komunikacie ekipy Bahrain-Victorious opowiadał o tym on sam. – Weszliśmy w zakręt z bardzo dużą prędkością. Moja linia jazdy nie była idealna, nie wykorzystałem całej drogi. Planowałem wyprzedzić Gino Maedera na wyjściu z zakrętu i jechać na czele, jednak zakręt mnie zaskoczył. Był bliżej, niż się spodziewałem. Straciłem przyczepność na tylnym kole. Udało mi się to skontrolować, ale przez to znalazłem się bliżej wewnętrznej strony zakrętu i zaczepiłem o krawężnik. Po wypadku odczuwałem lekki ból i przypływ adrenaliny, ale ogólnie czuję się dobrze i do treningów wrócę za tydzień. Tego typu kraksy pokazują, jak ważne jest noszenie kasku w trakcie jazdy. Kask uratował mi życie – mówił.

Inne przykłady? Proszę bardzo. Jest na przykład Pieter Serry z Deceuninck-Quick Step, który został wręcz… staranowany przez samochód ekipy Team BikeExchange. Z wyścigu z powodu kraksy wycofał się też doświadczony Domenico Pozzovivo. Caleb Ewan tuż po tym jak założył koszulkę dla najlepiej punktującego zawodnika, też poinformował o wycofaniu. W jego przypadku to jednak zapewne decyzja strategiczna – Ewan to sprinter, a Giro tak naprawdę etapów dla takich zawodników ma już niewiele. Tomasz Marczyński za to, żeby dodać polski akcent, opuścił wyścig z powodu powikłań po przechorowaniu COVID-19. Po prostu nie był w stanie jechać na odpowiednim poziomie. Problemy żołądkowe miał za to Tim Merlier, zwycięzca drugiego etapu, i on również zdecydował o wycofaniu.

Prawdziwe żniwa zebrał etap dwunasty, w teorii przelotowy, w praktyce bardzo nerwowy i pełen kraks. Wypadł Marc Soler, lider ekipy Movistar, który nic sobie nie złamał, ale stłuczenia sprawiały mu wielki ból. Na tyle duży, że nie był w stanie jechać. Alessandro De Marchi za to złamał sześć(!) żeber, prawy obojczyk i dwa kręgi piersiowe. Czeka go teraz długa rehabilitacja. Wycofał się też Gino Maeder, który w kraksach leżał dwa dni z rzędu, a problemy żołądkowe pokonały Alexa Dowsetta. Do tego doszli też Kobe Goosens i Fausto Masnada. Pierwszy uszkodził prawą dłoń w wyniku upadku, drugi doznał zapalenia ścięgna kolana. Po kolejnym etapie rywalizację odpuścili dwaj kolarze Jumbo-Visma: Dylan Groenewegen – wracający do peletonu po dyskwalifikacji za spowodowanie kraksy na Tour de Pologne – oraz David Dekker. Obaj jednak nie mieli żadnych problemów, była to decyzja taktyczna.

Ostatecznie, również z uwagi na to, że etapów dla sprinterów już nie ma, wycofał się też Giacomo Nizzolo, który swoje już ugrał. Na wczorajszym etapie ucierpiał za to między innymi lider ekipy BORA-hansgrohe, Emanuel Buchmann, który też został zmuszony do wycofania się z Giro. Oprócz niego w tej samej kraksie leżeli również Jos van Emden i Natnael Berhane. Obaj rywalizacji nie kontynuowali. A przed dzisiejszym etapem nadeszła wieść o tym, że dalszą jazdę odpuścili też Sebastien Reichenbach oraz Thomas De Gendt. Ten drugi poinformował o tym na Twitterze. – Ze łzami w oczach i bólem w kolanie muszę poinformować o tym, że postanowiłem powiedzieć tegorocznemu Giro “do widzenia”. W ciągu ostatnich tygodni nie byłem w stanie prezentować swojego normalnego poziomu i nie czułem, by coś zmieniało się w tej kwestii na lepsze. To była jedyna słuszna decyzja – pisał.

Efekt jego wycofania jest jednak w pewnym sensie niesamowity. Ekipa Lotto Soudal, która przyjechała na Giro w pełnym składzie, na kilka etapów przed jego końcem ma w wyścigu… ledwie dwóch kolarzy – Stefano Oldaniego i Harma Vanhoucke’a. Oto, jakie żniwo potrafi zebrać ten wyścig. A to przecież jeszcze nie koniec.

Co dalej? 

Kolarzy czeka teraz, jak już wspomnieliśmy, dzień przerwy. A po nim wcale nie będzie lżej. Organizatorzy przygotowali im jeszcze kilka wyzwań. Etap siedemnasty, na przykład, zaczyna się dość długim zjazdem, ale potem na trasie pojawią się dwa podjazdy pierwszej kategorii, z czego drugi stanowi metę etapu. Jeśli Bernal nadal będzie w tak doskonałej formie, można oczekiwać, że i tam pokusi się o zwycięstwo. Osiemnasty etap będzie za to poświęcony dla pozostałych w wyścigu sprinterów lub uciekinierów. Jest niemal w całości płaski, jedynie w samej końcówce kolarze mają do przejechania malutkie wzniesienia.

Kolejny górski finisz czeka za to na peleton następnego dnia. Kolarze będą wtedy musieli wjechać na wysokość 1531 metrów i jeśli rywale będą chcieli odrobić straty do Egana Bernala,  przed kończącą wyścig czasówką, to tam będzie prawdopodobnie ich przedostatnia szansa. Bo ostatnia nastąpi dzień później. Wtedy czeka ich wyczerpująca przeprawa przez trzy szczyty, gdzie dwukrotnie wjadą na wysokość ponad 2000 metrów. To też etap z kolejnym górskim finiszem. Oczywiście, wszystko to pod warunkiem, że pogoda pozwoli, bo dziś przekonaliśmy się, co ta może zrobić z etapem. Ostatni dzień przyniesie za to wspomnianą czasówkę. Bernal specjalistą od jazdy na czas, oczywiście, nie jest, ale gdy trzeba, potrafi dobrze przejechać takie etapy. Jeśli więc będzie miał komfortową przewagę, nie powinien mieć problemów z jej utrzymaniem.

Ale to kolarstwo. Jeszcze wszystko może się wydarzyć.

Fot. Newspix


Subskrybuj
Powiadom o
guest
0 komentarzy
Inline Feedbacks
Pokaż wszystkie komentarze

Aktualności

Kalendarz imprez