Dziesięć najbardziej pasjonujących historii paraolimpijczyków według Michała Pola

Dziesięć najbardziej pasjonujących historii paraolimpijczyków według Michała Pola

Michał Pol śledził na żywo zmagania sportowców podczas igrzysk paraolimpijskich w Tokio. Dzięki jego pracy tam, na miejscu, mogliśmy poznać wiele wspaniałych historii bohaterów, których oglądaliśmy przed telewizorami. Porozmawialiśmy z Michałem, by opowiedział o sportowcach, których historie urzekły go najbardziej. Wybrał dziesięć takich przykładów, a każdy z nich to opowieść o pasji, poświęceniu i przełamywaniu własnych barier, by zgodnie z olimpijskim mottem „wyżej, szybciej, mocniej” dążyć do własnej doskonałości pomimo przeciwności losu – nie tylko tych związanych bezpośrednio z niepełnosprawnością. Zapraszamy do lektury.

RÓŻA KOZAKOWSKA

Róża Kozakowska w Tokio stała się jedną z twarzy polskiego sportu paraolimpijskiego. Polka w Kraju Kwitnącej Wiśni zaprezentowała się fenomenalnie, startując w dwóch konkurencjach i w obu zdobywając medale. To dzięki niej pierwszy raz podczas igrzysk usłyszeliśmy Mazurka Dąbrowskiego. Złoto w rzucie maczugą wywalczyła w wielkim stylu, bijąc przy tym rekord świata. Do tego dołożyła srebrny medal w pchnięciu kulą. A przecież jeszcze dwa lata temu uprawiała skok w dal. I osiągała w tej dyscyplinie bardzo dobre wyniki – na swoich pierwszych mistrzostwach świata w Dubaju zajęła czwarte miejsce. Niestety, później choroba dosłownie ścięła ją z nóg.

Róża cierpi na neuroboreliozę stawowo-mózgową. Choroba cały czas postępowała, powodując paraliż kończyn. Ale Polka zdecydowała się nie porzucać sportu, który przez lata trzymał ją przy życiu. A w tym od początku miała pod górkę. Wychowywała się w biedzie z ojczymem-sadystą, który znęcał się nad nią i jej matką. Kiedy ojczym trafił do więzienia, los dalej rzucał jej kłody pod nogi. Do neuroboreliozy dodatkowo doszła endometrioza, na którą zawodniczka miała mieć operację. Lecz w ostatniej chwili lekarze zrezygnowali z zabiegu oceniając ryzyko utraty życia przez pacjentkę na zbyt duże. Warunki materialne również były tragiczne – jeszcze niedawno mieszkała w kontenerze, bez dostępu do bieżącej wody.

Pomimo tych przeciwności Róża się nie poddała. Wywalczyła kwalifikację olimpijską w pchnięciu kulą i rzucie maczugą. W tym pierwszym musi oddawać próby w specjalnej ortezie. Bez niej pchałaby dalej, lecz ze względu na wzmożone napięcie mięśniowe mogłaby pozrywać sobie więzadła. To nie przeszkodziło jej dwukrotnie podczas zawodów pobić rekord świata, a ostatecznie ulec tylko jednej zawodniczce. Bo Róża to chodzący przykład słów, które stały się jej mottem życiowym – dopóki walczysz, jesteś zwycięzcą.

OKSANA MASTERS

Historia amerykańskiej zawodniczki pochodzącej z Ukrainy to materiał na hollywoodzką produkcję. Urodziła się w Chmielnickim, trzy lata po awarii elektrowni atomowej w Czarnobylu. Jej matka – prawdopodobnie napromieniowana w skutek wybuchu – urodziła dziecko z licznymi deformacjami ciała. Noworodek posiadał nogi bez kości goleniowych, czy też zrośnięte palce u rąk. Z tego względu rodzicielka zdecydowała się oddać dziewczynkę do adopcji.

Dzieciństwo Oksany było naznaczone niewyobrażalną ilością bólu i cierpienia. To czas spędzony w sierocińcach z których raz za razem była przenoszona do innych placówek. Czas drwin i upokorzeń ze strony innych dzieci, wmawiających Oksanie, że nikt jej nie zechce. Lecz na szykanach się nie kończyło. Dziecko było maltretowane i wykorzystywane seksualnie. Do tego dochodziła bieda ukraińskich placówek, wiążąca się z głodem i mieszkaniem w pomieszczeniach tak zimnych, że podczas oddychania para ulatywała z ust.

Koszmar dziecka przerwała Gay Masters – amerykańska profesor logopedii, której po dwóch latach walki z systemem udało się adoptować Oksanę. W życiu dziewczynki zaczynał się nowy, lepszy rozdział – otrzymała normalny dom i kochającą osobę. Przeskok był na tyle duży, a traumy tak poważne, że na początku nie mogła przyzwyczaić się do nowych warunków. Jak sama mówi – nienawidziła snu. Noce w sierocińcu kojarzyły jej się z doznawanymi krzywdami, to też cały czas zachowywała czujność. W dodatku na początku spała na twardej podłodze. Nie mogła się przyzwyczaić do wygodnego łóżka.

Ale to nie koniec jej traumatycznych przeżyć. Zaniedbania organizmu wynikające z braku dobrej opieki w pierwszych latach dzieciństwa dały o sobie znać. Lekarze zdecydowali się na amputację jej nóg na wysokości powyżej kolan. Pasmo nieszczęść zdawało się w jej przypadku nie mieć końca…

Wtedy w jej życiu pojawił się Rob Jones. Były żołnierz armii USA, który w Afganistanie stracił obie nogi, przekonał ją do wspólnych treningów wioślarstwa. Oksana odnalazła w sporcie pasję, która motywowała ją do działania. Miała cel – występ na igrzyskach paraolimpijskich w Londynie. Z niego wywiązała się znakomicie, gdyż w Londynie zdobyli wraz z Jonesem brązowy medal. Lecz zdrowie cały czas dawało o sobie znać. Kolejna wizyta w gabinecie lekarskim kończy się rozczarowaniem – przez zwyrodnienie kręgosłupa musiała porzucić wioślarstwo.

Jednak sport w tamtym momencie całkowicie ją pochłonął. Zdecydowała się zamienić wiosła na… kijki i zaczęła trenować narciarstwo biegowe. I to z fenomenalnymi rezultatami. Już w Soczi w 2014 roku wywalczyła dwa medale. Cztery lata później w Pjongczang została jedną z największych gwiazd igrzysk, zdobywając dwa srebrne medale w biathlonie oraz brąz i dwa złota w biegach. Stała się absolutną gwiazdą sportu paraolimpijskiego i inspiracją dla tysięcy ludzi. Ta sama kobieta, która w dzieciństwie była upokarzana przez środowisko w którym żyła. Której wpajano, że przecież nikt jej nie zechce.

W Tokio postanowiła spróbować sił w czwartej dyscyplinie paraolimpijskiej – handbike’u. Na letnich igrzyskach ponownie osiągnęła gigantyczny sukces zostając podwójną mistrzynią paraolimpijską. Jednak trzydziestodwulatka nie ma zamiaru na tym poprzestać. Za rok zobaczymy ją w Pekinie, a za trzy lata w Paryżu. I trudno będzie nie trzymać kciuków za to, by Masters kolejny raz zadziwiła cały świat.

LUCYNA KORNOBYS

Historia naszej srebrnej medalistki w pchnięciu kulą w kategorii F34 ma podobny, mroczny motyw do opowieści Kozakowskiej. Lucyna wraz z piątką rodzeństwa sama zgłosiła się do domu dziecka. Niech to desperackie posunięcie świadczy o tym, jakim tyranem był jej ojciec. Lecz i w takich placówkach dzieciakom się nie przelewa. Kornobys od małego pracowała przy wykopkach czy też po prostu szabrowała ogródki wraz z rodzeństwem. Czucie w nogach straciła po wypadku na nartach, lecz nie z własnej winy – w wówczas piętnastoletnią dziewczynę uderzył dorosły mężczyzna, który nie potrafił jeździć.

Od tego czasu życie Polki stało się ciągłą walką z przeciwnościami losu i okrutną, ludzką naturą. To oczekiwanie pod sklepem z wyliczoną gotówką i proszenie obcych osób, by zrobiły jej zakupy, gdyż nie mogła pokonać schodów. Ci spoglądali na nią jak na wariatkę lub narkomankę i odwracali się na pięcie. Jeden z kierowców miejskiej komunikacji publicznej na przystankach celowo zamykał drzwi autobusu przed jej nosem. Kiedy jeszcze starała się chodzić o kulach i na przejeździe kolejowym ugięły się pod nią nogi stwierdziła, że może będzie lepiej jeżeli już pozostanie na tych torach… dopiero jeden z kierowców pomógł jej wstać.

Zatem Lucyna przechodziła ciężką depresję. Lecz mimo wszystko zmotywowała się do napisania matury. Następnie przyszły studia, praca w urzędzie, a w końcu sport który okazał się wybawieniem. Na stadionie nie czuła się gorsza ze swoją niepełnosprawnością. Przeciwnie – sukcesy dodały jej pewności siebie. A te są ogromne. Specjalizująca się w sportach miotanych (poza kulą rzuca też dyskiem i oszczepem) Polka od dziesięciu lat kolekcjonuje medale mistrzostw świata i Europy. W Tokio obroniła tytuł wicemistrzyni paraolimpijskiej w pchnięciu kulą.

Lecz co najważniejsze, sama organizuje zawody i spotkania dla niepełnosprawnych. Ponadto jeździ po szkołach z prelekcjami oraz uczy ludzi jak zachowywać się wobec osób z niepełnosprawnością. Zrobiła też uprawnienia trenerskie, chce zarażać sportem inne dzieciaki, które znalazły się w takiej sytuacji  w jakiej ona kiedyś była. I to stanowi w tej historii pozytyw równie wielki, co medal wywalczony w Tokio. Za chęć niesienia pomocy innym ludziom szanujemy Lucynę nawet bardziej, niż za jej świetne wyniki.

MATT STUTZMAN

Podobnie jak Oksana Masters, Matt zaraz po urodzeniu został oddany do adopcji, jednak on już w wieku trzynastu miesięcy odnalazł szczęśliwy dom. Urodził się bez obu rąk, lecz jak sam mówi, nigdy nie miał problemów z wykonywaniem codziennych czynności. Od małego intuicyjnie robił je wszystkie za pomocą nóg. I to być może jest klucz do tego jak wspaniale rozwinął się Amerykanin. W swoim najbliższym środowisku nigdy nie był traktowany jak osoba gorsza, nie potrafiąca czegoś zrobić.

Jean Stutzman – matka Matta – wspomina, że to była ich główna strategia w wychowaniu syna. Zwłaszcza, że ten był bardzo aktywnym dzieckiem. Kiedy chciał się wspinać na drzewa, nikt mu tego nie zabraniał. Gry zespołowe, takie jak siatkówka czy kosz? Proszę bardzo. Jego idolem był Michael Jordan, a on sam śmiał się, że zdał sobie sprawę, że nie zostanie koszykarzem przez… niski wzrost.

Poprzez takie wychowanie Matt czasami wręcz irytuje się kiedy nieznajomi traktują go jak osobę niepełnosprawną. Bo to gość, który radzi sobie w życiu. Ma żonę, trójkę dzieci, pomaga w domu, pracuje. Potrafi nawet spawać czy wymienić koło w samochodzie – nie każdy facet z dwoma sprawnymi rękami może to o sobie powiedzieć. A propos samochodów – to kolejna wielka pasja Matta, który często uczestniczy w wyścigach.

Jednak najbardziej znany jest z łucznictwa – to w tej dyscyplinie sportu występował na igrzyskach. Już w Londynie wywalczył srebrny medal indywidualnie. Ten sport to ważny element życia Amerykanina, wykraczający daleko poza sport. Jak twierdzi, jako myśliwy próbujący wyżywić rodzinę, w lesie mierzył się z presją nieporównywalnie większą od tej, którą spotykał w trakcie zawodów. I choć z Tokio wrócił bez medalu – odpadł w 1/8 turnieju – to i tak wciąż może mówić o sobie, że jest najlepszy na świecie. Stutzman do dziś jest rekordzistą Guinessa jeżeli chodzi o celny strzał do tarczy z jak najdalszej odległości. Posłana przez niego strzała trafiła w obiekt oddalony aż o 283 metry!

RENATA ŚLIWIŃSKA

W 2016 roku Śliwińska nie uprawia zawodowo sportu, choć ten jest jej wielką pasją. W szczególności uwielbia piłkę nożną, a jej wzorem jest Robert Lewandowski. Z domu wychodzi rzadko, na co dzień opiekując się babcią będącą sparaliżowaną po wylewie. Bo jaki sport mogłaby uprawiać osoba niskorosła?

W 2021 roku Polka znajduje się na szczycie w pchnięciu kulą. Jest jeszcze młoda – ma 25 lat – a już posiada na koncie rekord świata w kategorii F40 – 9.11. W Tokio potwierdza swoją dominację, pchnięciem na 8.75 ustanawiając nowy rekord olimpijski.

Ją samą z czterech ścian wyciągnął Zbigniew Lewkowicz. Można powiedzieć, że trener Lewkowicz to specjalista od wprowadzania osób niepełnosprawnych w świat sportu. To on – ku zdumieniu samej zawodniczki – przekazał jej ciężką, metalową kulę. Zachęcił także do rzutu dyskiem. Te dwie konkurencje zostały wybrane nieprzypadkowo –na igrzyskach paraolimpijskich jest w nich przewidziana kategoria dla osób niskorosłych.

Polka postanawia spróbować, ale nie jest do końca przekonana do nowego sportu. Zastrzega, że jeżeli po pół roku stwierdzi, że to nie jest dla niej, to po prostu zrezygnuje. Ale już po dwóch miesiącach w Grosseto zdobywa dwa złote medale mistrzostw Europy i tak rozpoczyna się jej piękna kariera. Kariera, której punktem kulminacyjnym są igrzyska paraolimpijskie w Tokio.

– Dziś to żałuję że tak późno wzięłam się za sport. Za długo siedziałam w domu. Chciałabym, żeby moje sukcesy inspirowały i niepełnosprawnych i zdrowych, którzy mają ze sobą problemy, boją, wstydzą wyjść z domu do ludzi. Sama też się kiedyś bałam. Nie wolno, nie warto! – powiedziała po wywalczeniu złota i zapowiedziała, że już nie może doczekać się igrzysk w Paryżu.

ADIARATOU IGLESIAS FORNEIRO

Powiedzieć, że albinosi w krajach Afryki – głównie środkowej i wschodniej – nie mają łatwego życia, to nic nie powiedzieć. Poza fatalną sytuacja gospodarczą, wśród tamtejszej ludności wszechobecne jest zacofanie kulturowe. I tak wciąż wierzy się tam, że albinosi to ludzie, których matka zrodziła po stosunku z demonem. Takie dzieci zwykle są zabijane zaraz po narodzinach w obawie przed ich złowieszczą mocą. Jeżeli jednak matka nie godzi się na zabicie dziecka – co skutkuje tym, że rodzina się jej wyrzeka – to wcale nie oznacza, że od tego momentu albinos jest bezpieczny. Przeciwnie – wciąż może zostać zabity w bestialski sposób. Wierzy się, że poszczególne części ich ciał zapewnią potencjalnemu nabywcy powodzenie. Z tego powodu osoby cierpiące na tę przypadłość muszą żyć w ukryciu. W dodatku dochodzi problem natury klimatycznej – afrykańskie palące słońce, które u albinosów powoduje poparzenia skóry oraz ślepotę, jeżeli ci nie chronią oczu na przykład okularami przeciwsłonecznymi.

W taki sposób niemal całkowicie wzrok straciła Adiaratou Iglesias Forneiro. Urodzona w Mali sprinterka opuściła rodzinny kraj w wieku jedenastu lat i przeniosła się do Hiszpanii, gdzie trafiła do domu swojego brata i jego żony. Lecz brat – pomimo, że przyjął ją do siebie – wcale nie okazał się wspierającym rodzeństwem. Znęcał się nad Adiaratou, wskutek czego dziewczynka trafiła do ośrodka opiekuńczego. To stamtąd po dwóch latach powędrowała do rodziny zastępczej.

Wtedy też zaczęła uprawiać lekkoatletykę. A konkretnie biegi sprinterskie, którymi pasjonowała się jeszcze jako dziecko, mieszkając w Mali. Do tego też zachęcała ją przybrana matka – Lina – która jako nauczycielka rozumiała, że sport wyrobi w córce poczucie przynależności do danej grupy oraz doda pewności siebie. To był strzał w sam środek tarczy. Adi, która wcześniej nie była skora nawet przyjąć nazwiska przybranej matki, dziś akceptuje to kim jest i w jakim miejscu życia się znajduje. A obecnie znajduje się na szczycie – w Tokio została mistrzynią olimpijską w biegu na 100 metrów oraz dołożyła srebro na 400 metrów.

PIOTR KOSEWICZ

Podobnie jak w przypadku Śliwińskiej, rok 2016 okazuje się przełomowy dla Piotra Kosewicza. Wtedy, podczas igrzysk paraolimpijskich w Rio de Janeiro, Polak… nie startował. Miał ustabilizowane życie – od dziesięciu lat prowadził studio fotograficzne w Zawiadowie, z którego pochodzi. Mógł powiedzieć o sobie, że swoje w sporcie już przeżył. Piotr, który w wieku czternastu lat złamał kręgosłup, zaraz po wypadku zaczął trenować biegi narciarskie w klubie Start Jelenia Góra. Dziesięć lat później wyjechał na igrzyska paraolimpijskie do Nagano. Szczytem jego kariery były natomiast igrzyska w Salt Lake City, gdzie zajął piąte miejsca w biegach na 5 i 15 kilometrów. Tak przynajmniej wtedy się wydawało…

Bo właśnie w 2016 roku Polak zobaczył w akcji Roberta Jachimowicza, który wywalczył srebrny medal w rzucie dyskiem. Kosewicz dostrzegł, że obaj posiadają bardzo podobne urazy. W dodatku rozłąka ze sportem coraz mocniej dawała o sobie znać. Zdecydował się zatem na ten sport. Jest ku temu jeszcze jeden powód, dość prozaiczny. To konkurencja, która nie wymagała od niego stałego przebywania poza domem. Mógł zatem trenować po godzinach pracy. Tylko skąd tu wytrzasnąć trenera?

Kosewicz zwrócił się do Małgorzaty Niedźwiedzkiej, która była jego nauczycielką wychowania fizycznego w szkole podstawowej. Ta nie od razu zgodziła się na współpracę. Najpierw postanowiła zgłębić temat, poszerzając swoją wiedzę o fachową literaturę czy materiały wideo – przecież nigdy nie była trenerką w pełni tego słowa znaczeniu. A zwłaszcza osoby niepełnosprawnej, co wiąże się z dodatkowymi utrudnieniami. Chociażby takimi, że w grupie niepełnosprawności Kosewicza zawodnicy często doznają kontuzji, zatem muszą być prowadzeni na tyle mądrze żeby czynić postępy, ale również by organizm wytrzymał obciążenia.

Niedźwiedzka od początku wywiązuje się z powierzonego zadania idealnie – czego dowodem jest to, że Piotr niemalże nie odnosi kontuzji. Mało tego, trenerka wyrobiła sobie na tyle uznaną markę w środowisku, że zgłaszają się do niej inni sportowcy z pytaniem o możliwość wspólnych treningów.

Sam Kosewicz w Tokio został mistrzem olimpijskim w rzucie dyskiem. Ciekawe jest to, że w konkursie pokonał między innymi… Roberta Jachimowicza, który ostatecznie zajął szóste miejsce.

BEATRICE DE LAVALETTE

22 marca 2016 roku zapisał się w historii jako jeden z najmroczniejszych dni w najnowszej historii Belgii. To wtedy miały miejsce trzy skoordynowane zamachy terrorystyczne zorganizowane przez ISIS. Przekaz Państwa Islamskiego był czytelny – ludzie nie mogą czuć się bezpiecznie nawet we własnym, cywilizowanym kraju, znajdującym się w centrum Europy. Seria wybuchów pochłonęła życie trzydziestu dwóch osób. Kolejne trzysta zostało rannych. W tym Beatrice – wówczas siedemnastoletnia dziewczyna – której jedyną winą było to, że znalazła się w złym miejscu i czasie. Obrażenia Amerykanki były na tyle poważne, że oznaczono ją kolorem czerwonym jako osobę, która prawdopodobnie nie przeżyje.

Ona jednak nie dała za wygraną. Chociaż z poważnymi i trwałymi obrażeniami – amputowano jej obie nogi, miała uszkodzony kręgosłup – to jednak wyrwała się ze szponów śmierci. Kiedy w szpitalu odwiedził ją amerykański ambasador w Belgii, to zażartował, że dobrze byłoby zobaczyć ją na igrzyskach paraolimpijskich w Tokio. Bo Beatrice przed wypadkiem miała jedną wielką pasję – jeździectwo. To ono przywróciło młodej dziewczynie chęć do życia. Po przeniesieniu leczenia do USA pewnego dnia jej matka sprowadziła na szpitalny parking klacz córki tylko po to, by ta mogła ją zobaczyć.

– Zaczęłam intensywnie myśleć o słowach ambasadora i z wyjazdu na igrzyska zrobiłam cel. Postanowiłam wystartować w para ujeżdżaniu. Choć byłam świetnym jeźdźcem, musiałam się wszystkiego uczyć od nowa. Bez nóg nie miałam kontroli nad koniem. Nie umiałam złapać równowagi w siodle – wspominała Beatrice.

Jeden, niewinny żart oraz cała masa pracy, poświęcenia i determinacji poskutkowały tym, że Beatrice została powołana do kadry USA w paraujeżdżaniu. Do kontroli zwierząt pełnosprawni jeźdźcy używają nóg, czego De Lavalette z oczywistych względów nie może robić. Swojego konia kontroluje za pomocą specjalnego bata. Dotykając (nie mylić z biciem, co automatycznie kojarzy się z batem…) go po jednej lub drugiej stronie nadaje mu kierunek. W Tokio Amerykanka zajęła piąte i szóste miejsce. Ale hej, ma dopiero dwadzieścia dwa lata. W dodatku następne igrzyska odbywają się w Paryżu – czy coś może stanowić lepszą motywację dla Amerykanki francuskiego pochodzenia?

NATALIA PARTYKA

Dwudziestego ósmego sierpnia w hali Tokyo Metropolitan toczy się kolejny dzień zmagań w paratenisie stołowym. Na stole numer dwa dochodzi do sporej niespodzianki. Natalia Partyka, która w kategorii C10 skutecznie broniła tytułu mistrzyni olimpijskiej od igrzysk w Atenach, doznaje porażki z Yang Qian – Australijką chińskiego pochodzenia. Japoński półfinał był pierwszym przegranym meczem Partyki w sporcie niepełnosprawnych od… 2008 roku. I akurat nastąpiło to podczas turnieju olimpijskiego. Występ w półfinale gwarantował Polce brązowy medal, jednak wszyscy – w tym ona sama – liczyli na złoto. Cóż, jak głoszą słowa znanej piosenki – nic nie może wiecznie trwać…

Ale w tym przypadku nie do końca, bo Natalia z Japonii i tak wraca z obronionym złotym medalem. Dokonała tego wspólnie z Karoliną Pęk. Polki już w Rio zostały mistrzyniami olimpijskimi w drużynie. Chociaż obie grają tenis na najwyższym poziomie, to jako deblistki – a wspólna gra jest jednym z elementów rywalizacji drużynowej – posiadają utrudnienie, gdyż obie są leworęczne. Mało tego, ich przeciwniczkami były… Australijki z Yang Qian w składzie. Pierwsze spotkanie Polki wygrały 3:2, natomiast w drugim doszło do wielkiego rewanżu. Partyka udowodniła jak błyskawicznie potrafi wyciągnąć wnioski z porażki i wręcz rozbiła swoją rywalkę 3:0 w setach, dwa z nich wygrywając do pięciu punktów.

Natalia zaraz po przylocie do Polski ogłosiła, że wystawia swój złoty medal na licytację. Cena wywoławcza to okrągłe sto tysięcy złotych. Zebrana kwota ma zasilić jej fundusz stypendialny, który stracił finansowanie, a którego stypendystami byli już tacy sportowcy jak Maria Andrejczyk czy Renata Śliwińska.

IBRAHIM HAMADTOU

Egipcjanin to bez wątpienia jedna z największych gwiazd sportu paraolimpijskiego, z jakimi obecnie mamy do czynienia. Chociaż nie zdobył medalu na igrzyskach, to jest żywym dowodem na to, że niemożliwe nie istnieje. W  Tokio zakończył udział w turnieju już w fazie grupowej, a i w przyszłości o medal będzie ciężko. Hamadtou gra w kategorii niepełnosprawności C6, dla zawodników o znacznym ograniczeniu ruchów nóg lub funkcji ręki grającej.

Rzecz w tym, że Egipcjanin… w ogóle nie posiada rąk. Stracił górne kończyny w wypadku kolejowym, kiedy miał dziesięć lat. Lecz młodego chłopaka ciągnęło do sportu. Chciał grać w piłkę nożną, jednak ze względu na zły balans ciała odnosił kontuzje. Pewnego dnia w centrum młodzieżowym w Damiettcie – mieście z którego pochodzi – zobaczył stół do tenisa stołowego i tak rozpoczęła się jego kariera związana z tym sportem. Oczywiście nie było tak, że nagle wszystko zaczęło mu wychodzić. Kiedy rakietka wypadała mu spod pachy, postanowił wziąć ją do ust. Lecz aby utrzymać ją nieco dłużej niż kilka minut, musiał wzmocnić mięśnie szyi. Nad stylem, który obecnie można zobaczyć, pracował długie lata.

Nie było też tak, że sam pchał się na afisz. On po prostu trenował w swoim mieście. Tenisista stołowy zrobił furorę w 2014 roku, kiedy wrzucono jeden z jego treningów na YouTube. O zawodniku zrobiło się głośno do tego stopnia, że dane mu było zagrać z Ma Longiem – jednym z najlepszych tenisistów w historii. I choć jak wspomnieliśmy, nie ma dużych szans na wywalczenie w przyszłości medalu igrzysk paraolimpijskich, to w jego przypadku szacunek należy się za samą kwalifikację na ten turniej. Tym bardziej, że przecież nie jeździ tam za piękne oczy, ani z uwagi na swoją popularność. W Afryce wciąż jest jednym z czołowych tenisistów w swojej klasie, który dwukrotnie wywalczył wicemistrzostwo kontynentu.

SZYMON SZCZEPANIK

Fot. Twitter – Michał Pol


Subskrybuj
Powiadom o
guest
0 komentarzy
Inline Feedbacks
Pokaż wszystkie komentarze

Aktualności

Kalendarz imprez