Działo się sporo. Z czego zapamiętamy sportowy rok 2020?

Działo się sporo. Z czego zapamiętamy sportowy rok 2020?

Choć sport w roku 2020 zamarł na kilka miesięcy, to jednak ostatecznie sporo się działo. Były fantastyczne zwycięstwa, rekordy, były też wyjątkowe chwile, jakich nie widzieliśmy nigdy wcześniej i nie spodziewaliśmy się, że mogą się zdarzyć. Wybraliśmy kilka najważniejszych wydarzeń z minionych dwunastu miesięcy. Takich, których na pewno nie zapomnimy przez kolejne lata.

Zdajemy sobie sprawę, że każdy ułożyłby tę listę inaczej, zależnie od własnych upodobań. Szczególnie, że – jako portal o tematyce olimpijskiej – skupiliśmy się głównie na wydarzeniach w jakiś sposób związanych z igrzyskami. A zaczniemy chyba od tego najważniejszego.

Przełożenie igrzysk w Tokio

Dokładnie 24 marca. To wtedy zapadła ostateczna decyzja o tym, że igrzyska nie odbędą się w zaplanowany terminie. Sześć dni później ogłoszono ich nowy termin. Od samego zarania nowożytnych igrzysk olimpijskich – a więc roku 1896 – impreza ta przegrywała tylko z wojnami. Dlatego nie odbyły się igrzyska w roku 1916, 1940 i 1944. Tak naprawdę jednak nigdy wcześniej olimpiady nie przekładano. Ten przypadek to ewenement.

Równocześnie – to symbol. Owszem, już wcześniej odwołano niektóre imprezy, choćby halowe mistrzostwa świata w lekkiej atletyce, które odbyć miały się w Chinach, a tydzień przed decyzją o igrzyskach zdecydowano, że piłkarskie Euro również odbędzie się za rok. Międzynarodowy Komitet Olimpijski długo zapewniał jednak, że chce zawitać do Tokio jeszcze w 2020 roku i jego członkowie zrobią wszystko, by tak się właśnie stało. Nie wyszło. Przełożenie igrzysk ostatecznie pokazało nam, że sytuacja związana z pandemią koronawirusa po prostu jest poważna.

Oczywiście, że jestem zadowolony z tej decyzji. Każdy z nas będzie miał dzięki temu bardziej komfortowe przygotowania i równe warunki do treningu. […] Mam nadzieję, że koronawirus odpuści i igrzyska faktycznie odbędą się w 2021 roku – mówił nam Piotr Małachowski, ledwie kilka dni po decyzji MKOl. Podobnie reagowała zresztą większość pytanych o to sportowców. Robert Korzeniowski, czterokrotny złoty medalista, tuż po ogłoszeniu o przełożeniu igrzysk, mówił, że to „najlepsza możliwa decyzja”.

Oczywiście, koronawirus wciąż nas nie opuścił. W Międzynarodowym Komitecie Olimpijskim oraz w komitecie organizacyjnym igrzysk wszyscy zapewniają jednak, że tym razem na pewno uda się doprowadzić do organizacji imprezy. Tak naprawdę nikt nie wyobraża sobie innego scenariusza. Przełożenie raz – oczywiście, uzasadnione. Przełożenie drugi raz? Byłoby katastrofą finansową dla organizatorów, a dla wielu sportowców oznaczałoby koniec kariery z dala od olimpijskich aren. Zapewne wspomniany Piotr Małachowski byłby jedną z takich osób.

Jeden z najsłynniejszych cytatów związanych z olimpizmem brzmi: „Igrzyska muszą trwać”. Owszem, historycznie jego kontekst jest tragiczny. Ale w tym przypadku naprawdę wydaje się, że igrzyska trwać muszą. Po pierwsze muszą się jednak rozpocząć, dojść do skutku. Tego sobie i wam życzymy na rok 2021. Choć nie wszyscy w Tokio będą mogli się zjawić oficjalnie. Bo kolejną rzeczą, którą zapamiętamy z tego roku jest…

Wykluczenie Rosjan z IO

Cóż, doigrali się. Tak można by to podsumować. To świeża sprawa, choć pierwsze wyroki miały miejsce już dawno. Ten ostateczny jednak – równe dwa tygodnie temu. Trybunał Arbitrażowy ds. Sportu uznał wtedy, że czteroletnia kara to, owszem, przesada, ale dwa lata będą w sam raz. A to oznacza, że Rosja nie wystąpi pod swoją flagą na zbliżających się igrzyskach w Tokio oraz zimowych igrzyskach w Pekinie. Kara zakończy się bowiem 16 grudnia 2022 roku.

“Panel narzucił konsekwencje, które mają odzwierciedlać naturę i powagę zarzutów o brak współpracy z WADA. To wszystko po to, by walczyć o uczciwość sportu w obliczu dopingowej plagi. Orzeczenie wzięło pod uwagę zasadę proporcjonalności i potrzebę zmiany kulturalnej, która musi stać się faktem, by kolejne pokolenia rosyjskich sportowców brały udział w czystym sporcie” – można przeczytać w oficjalnym komunikacie, uzasadniającym ostateczny wyrok.

Rosjanie na taką decyzję pracowali długo. Począwszy od ujawnionej dopingowej machiny przy okazji zimowych igrzysk olimpijskich w Soczi, przez kolejne wpadki swoich zawodników, aż po wykazywany brak chęci do współpracy z międzynarodowymi organami, na czele ze Światową Organizacją Antydopingową (WADA). Bywało przecież nawet, że podmieniano lub niszczono próbki, albo związane z nimi – zapewne obciążające Rosjan – dane i dokumenty.

Oczywiście, kara ta nie dotyka bezpośrednio czystych rosyjskich sportowców. Ci będą mogli startować na igrzyskach, ale pod neutralną flagą. Ich medale nie będą wliczać się w olimpijski dorobek Rosji, a oni – stojąc na podium – nie usłyszą narodowego hymnu. To zapewne rozdrażni szczególnie Władimira Putina, który mocno włączył się w walkę o uchylenie wyroku, a ze swoich kolejnych konferencji prasowych grzmiał o tym, że decyzja WADA jest po prostu niesprawiedliwa.

Ostatecznie jednak tę walkę przegrał. – Zbyt długo rosyjski doping był problemem. Rosji zaoferowano wiele możliwości na uprzątnięcie własnego podwórka i powrót do struktur globalnego systemu antydopingowego dla dobra ich sportowców i jedności sportu. Rosjanie postanowili jednak nadal wszystkiemu zaprzeczać. W rezultacie WADA zareagowała najostrzej jak mogła, wciąż starając się ochronić prawa rosyjskich sportowców, którzy udowodnią, że nie są zamieszani w oszustwa – mówił, tuż po ogłoszeniu pierwotnego wyroku (ponad rok temu), ówczesny prezydent WADA, Craig Reedie.

Owszem, karę ostatecznie zmniejszono. Ale to jednak nadal jasny sygnał dla wszystkich: nikt nie jest bezkarny. Z igrzysk została przecież wykluczona druga najlepsza reprezentacja (zliczając medale ZSRR, WNP i Rosji razem) w ich historii. I właśnie dlatego to zdecydowanie historyczny moment. Podobnie jak następny na naszej liście. Choć ten jest już dużo bardziej pozytywny.

Wygrana Igi Świątek w Roland Garros

Turniej marzeń. Dosłownie. Po drodze do ostatecznego triumfu Iga Świątek nie straciła nawet jednego seta. A drabinkę – choć mecze w ćwierć- i półfinale mogłyby sugerować coś innego – miała naprawdę wymagającą. Zaczęła przecież od starcia z Marketą Vondrousovą, ubiegłoroczną finalistką. Potem, już w trzeciej rundzie, zmierzyła się też z wracającą do niezłej formy Genie Bouchard.

Meczem, który powiedział nam, że tu może wydarzyć się coś naprawdę wielkiego, było jednak starcie z Simoną Halep w IV rundzie turnieju. Przed rokiem Polka i Rumunka zmierzyły się w dokładniej tej samej fazie paryskiej imprezy i skończyło się pogromem. Iga ugrała wówczas ledwie jednego gema i ani przez moment nie wydawała się prezentować na poziomie Rumunki. Rok później – było zupełnie odwrotnie. Owszem, Simona ugrała o dwa gemy więcej, ale też nie miała nic do powiedzenia.

To ten mecz otworzył Idze drogę do finału. Drabinka w dodatku znakomicie się dla niej ułożyła. I Martina Trevisan w 1/4, i Nadia Podoroska w półfinale, po prostu nie były rywalkami na poziomie Świątek. Inna sprawa, że w tamtym turnieju nikt nie był. W całym French Open Iga straciła łącznie 28 gemów. Innymi słowy: gdyby wszystkie rywalki postawić naprzeciwko niej naraz, ugrałyby one niecałe pięć setów. Świątek wygrała 14. Tylko w dwóch z nich jej przeciwniczki ugrały więcej niż trzy gemy. Dokonały tego Sofia Kenin w finale turnieju i… Su-Wei Hsieh w drugiej rundzie.

Triumf Świątek jest absolutnie historyczny. Nigdy wcześniej nie mieliśmy osoby, która wygrałaby singlowy turniej wielkoszlemowy. Owszem, wielkie tradycje mamy w deblu. Owszem, Jadwiga Jędrzejowska i Agnieszka Radwańska dochodziły w singlu do finałów. Ale wygrana? To był inny świat, inna galaktyka. Marzyliśmy o tym, że ktoś kiedyś tego dokona. W osobie Igi Świątek widzieliśmy wielką szansę. Ale za kilka lat. Gdy już się ogra, gdy będzie miała niezbędne ku temu doświadczenie.

Okazało się, że tego jej nie potrzeba. Była po prostu najlepsza, zachwycił się nią cały świat. Nie tylko zresztą jej grą, ale i osobowością. W ostatnim czasie słychać o kolejnych podpisywanych przez nią wielkich kontraktach reklamowych – choćby z Rolexem. To właśnie efekt tego, jak grała i jaka jest. Powiedzmy sobie szczerze: zasłużyła. Mamy tylko nadzieję, że to nie koniec i będzie tak, jak to mówił nam Wojciech Fibak:

– Iga gra tak dominujący tenis, że w kwestii dokonań w przyszłości to może być nawet następna Serena Williams, która będzie dominować i wygrywać. Dlatego, że gra mocniej i precyzyjniej od innych, potrafi przeganiać rywalki po korcie. Z tym trzeba się urodzić. Na tym polega talent.

Jak już udowadnialiśmy – historia stoi po jej stronie. Oby z tego skorzystała. Triumf Igi nie był jednak jedynym pięknym polskim zwycięstwem w kończącym się roku.

Michał Kwiatkowski z etapem Tour de France

Długo na to czekał. Kilka razy był blisko – najbliżej wtedy, gdy triumfował… Maciej Bodnar. Michał o sekundę przegrał czasówkę z kolegą, a dla nas był to niezapomniany etap. Dla niego pewnie też, ale jednak musiał myśleć o tej wygranej. Był przecież tak blisko. Paradoks polega na tym, że gdy rozpoczynało się tegoroczne Tour de France, trudno było myśleć o takim sukcesie Kwiatkowskiego.

Michał jechał bowiem jako swego rodzaju kapitan Team INEOS, gość, który ma zarządzać tym, jak jedzie grupa. Jego zadaniem było przypilnowanie pracy na rzecz Egana Bernala. To Kolumbijczyk był liderem ekipy i on miał walczyć o najwyższe cele. Tyle tylko że ewidentnie nie był w formie. Jeszcze przed Wielką Pętlą poważnie pokiereszował się na Criterium du Dauphine. Przez jakiś czas nie było wiadomo, czy właściwie we Francji wystartuje. Wystartował, ale nic to nie dało.

INEOS, pozbawione lidera, postawiło więc na triumfy mniejszego kalibru. Z tego skorzystał Kwiatkowski i, trzeba przyznać, po tylu latach pracy na rzecz teamu, zdecydowanie zasłużył na taki moment. Po fantastycznie przepracowanym etapie na metę wjechał razem z Richardem Carapazem, kolegą z ekipy. Do końca nie byliśmy pewni, czy będą się ścigać, czy też ustalą między sobą, kto wygra. Ale Ekwadorczyk w ostatniej chwili nacisnął lekko na hamulec. On swoje już zdobył – koszulkę lidera klasyfikacji górskiej. Michał dostał etap.

– Chodziło o to, żeby wygrał ktokolwiek z nas, chociaż nie ukrywam, że zaznaczyłem sobie ten etap przed wyścigiem, bo w całym trzecim tygodniu był chyba mi najbardziej sprzyjający. Kiedy jednak zabraliśmy się do ucieczki, a było w niej czterech kolarzy z naszej ekipy, to logika podpowiadała, że Richard ma największe szanse. Tym bardziej że czuł się bardzo dobrze. […] Chcieliśmy mieć pewność, że chociaż jeden z nas będzie na podium. To było coś niesamowitego móc celebrować dojazd do mety. Nie przeżyłem do tej pory nic takiego. I to w Tour de France! Ludzie krzyczeli, my jechaliśmy i wiedzieliśmy, że to coś wspaniałego. A Richardowi będę wdzięczny całe życie, że tak się to skończyło – mówił wtedy Michał „Przeglądowi Sportowemu”.

To była piękna chwila. Kwiato to jeden z najbardziej lubianych i najbardziej profesjonalnych kolarzy w peletonie. Udowadnia to właściwie co roku. W INEOS – z którym zresztą podpisał nowy kontrakt – szans na liderowanie w wielkich tourach nie dostawał wiele, bo to ekipa naładowana zawodnikami na to przygotowanymi. On raczej zawsze był gościem od tygodniówek i wyścigów klasycznych. Tam zgarniał swoje triumfy. Ale czekał na jeden taki w Tour de France.

I w końcu się doczekał. Jako czwarty Polak w historii – po Zenonie Jaskule, Rafale Majce i Macieju Bodnarze – wygrał etap największego kolarskiego wyścigu w historii. To brzmi naprawdę dobrze.

Niestety, choć w minionych miesiącach sporo było radości, to nie tylko takie chwile przeżywaliśmy w 2020 roku.

Śmierć Kobego Bryanta

Rok zaczął się od odejścia jednego z najlepszych koszykarzy w historii, a skończył śmiercią jednego z największych piłkarzy – Diego Maradony. Jakkolwiek to jednak nie zabrzmi: choć śmierć Maradony pozostawiła cały świat sportu w szoku, to o jego problemach zdrowotnych wiadomo było od dawna. Bryant zginał zupełnie niespodziewanie, przez jakiś czas nikt tak naprawdę nie mógł w to uwierzyć. Jego koledzy z parkietów NBA płakali, fani zbierali się pod halą Lakers i oddawali hołd, a cały świat rozpaczał, bo stracił jedną z największych sportowych legend.

Wszystko stało się 26 stycznia. Helikopter, którym leciał Bryant, rozbił się o ziemię. W katastrofie zginęło łącznie dziewięć osób. W tym Kobe i jego 13-letnia córka, Gianna. Podobno miała talent, którym mogła dorównać nawet ojcu. Może, podobnie jak on, zostałaby dwukrotną mistrzynią olimpijską. Ale o tym już nikt się nie przekona.

Pożegnanie, jakie zgotowano Kobemu, było wprost niesamowite. Zapełniona hala drużyny, której oddał całą karierę. Wideo. Orkiestra. Przemówienia. Oklaski. Smutek. Łzy. – LeBron był dla nas wszystkich opoką. Podążamy za jego przywództwem. Wiemy, że będzie to bardzo trudna noc. Ale to nasze zadanie, by poradzić sobie z emocjami i uhonorować Kobego, Giannę i pozostałe ofiary we właściwy sposób – mówił Frank Vogel, trener Los Angeles Lakers.

W ekipie Los Angeles Lakers tamtego dnia występował wyłącznie… Kobe Bryant. Na rozgrzewkę wszyscy zawodnicy wyszli w jego koszulkach i każdy z nich został przedstawiony przez spikera właśnie jako Kobe. A LeBron James przemawiał. Przemawiał tak, że każdy tylko przytakiwał. Bo wszyscy czuli dokładnie to samo. Pozwólcie, że po prostu przekopiujemy akapity, które już kiedyś napisaliśmy. Bo to, co powiedział LBJ, trzeba oddać w całości.

– Mam coś zapisane na kartce, poprosili mnie, czy mógłbym tak zrobić, żeby nie zboczyć z kursu, czy o cokolwiek im tam chodzi. Ale nie byłbym wobec was w porządku, gdybym przeczytał to gówno. Więc powiem teraz wszystko prosto z serca.

– Wiem, że kiedyś stanie tu pomnik Kobego. Ale patrzę teraz na tę celebrację. To celebracja dwudziestu lat wylewania krwi, potu, łez, łamania ciała, podnoszenia się, siadania, wszystkiego. Niezliczonych godzin, determinacji, żeby być tak wielkim, jakim tylko mógł być. Dziś celebrujemy tego dzieciaka, który przyszedł tu, gdy miał 18 lat, odszedł na emeryturę w wieku 38 i w ciągu ostatnich trzech lat został prawdopodobnie najlepszym tatą, jakiego widzieliśmy. 

– Pierwsza rzecz, jaka przychodzi mi do głowy, to rodzina. Kiedy rozglądam się po hali, widzę, że wszyscy jesteśmy w żałobie. Wszyscy jesteśmy zranieni. Wszystkim nam pękły serca. Ale kiedy przechodzimy przez chwile takie jak te, najlepszą rzeczą, którą możemy zrobić, to oprzeć się na naszej rodzinie. Wiele słyszałem o całej społeczności Lakersów, zanim trafiłem tu w zeszłym roku, o tym, jak bardzo jest ona rodziną. I właśnie to widziałem przez cały miniony tydzień.

– Fakt, że teraz tu jestem, znaczy dla mnie naprawdę wiele. Chcę, wraz z kolegami z drużyny, kontynuować dziedzictwo Kobego. Nie tylko w tym roku, ale tak długo, jak tylko będziemy mogli grać w koszykówkę, w tę grę, którą kochamy. Bo to jest to, czego chciałby Kobe Bryant.

– Zanim zaczniemy grać: kocham was wszystkich. Kobe jest dla mnie bratem. Od czasu, gdy byłem w liceum i oglądałem go z daleka, po moment, kiedy dołączyłem do ligi i miałem okazję oglądać go z bliska. Wszystkie bitwy, które stoczyliśmy w trakcie mojej kariery… Rzeczą, którą zawsze dzieliliśmy, była determinacja do wygrywania i bycia wielkim.

– Więc, jakby to ujął Kobe: Mamba out. Ale my ujmiemy to tak: nigdy go nie zapomnimy.

LeBron miał rację. Nie ma takiej opcji, by ktokolwiek zapomniał Kobego. Choć najlepszy hołd Lakersi złożyli Bryantowi nie wtedy, nie w czasie pożegnania. Stało się to w październiku, gdy w przeciągniętym przez pandemię sezonie odzyskali mistrzostwo NBA. I zadedykowali je właśnie jemu.

Duplantis i spółka biją rekordy

Gdy zaczynał się po pandemii sezon lekkoatletyczny, powtarzano, że nie ma co oczekiwać cudów. Bo przerwa była długa, imprezy mistrzowskie odwołano, więc najlepsi raczej nie będą się nastawiać na wielkie rzeczy. Ot, postartują dla utrzymania ciągu przygotowań i tyle. A jednak byliśmy świadkami kilku naprawdę niesamowitych osiągnięć. Ba, wydawało się momentami, że rekordy świata sypią się nawet bardziej niż zwykle.

Genialny był Joshua Cheptegei. Ugandyjczyk został nowym królem długich dystansów na lekkoatletycznych stadionach. Zaczął 14 sierpnia, kiedy to w Monako ustanowił nowy rekord w biegu na 5000 metrów. Poprzedni, należący do Kenenisy Bekelego, poprawił o niemal dwie sekundy. To ogromna różnica, a dodajmy, że ten wynik trzymał się… 16 lat!

– Może tego nie widać, ale to wszystko kosztowało mnie sporo wysiłku. Nie chodzi mi o sam bieg, ale też przygotowania, znalezienie motywacji do treningu w trakcie pandemii, gdy nie było wiadomo, co będzie po niej. Nie wiedziałem, po co trenuję, do jakich zawodów, w takiej sytuacji trudno się zmusić do wysiłku. To nie byłoby możliwe bez mojego zespołu. Dziękuję im. Normalnie trenowałbym przecież w Europie, w tym roku niespodziewanie musieliśmy to robić w Ugandzie. Nauczyłem się jednak, że wszystko jest możliwe, jeśli ma się odpowiednie nastawienie i wiarę. Dziękuję też Kenenisie, za to, jak inspirował mnie, gdy zaczynałem biegać. Ten rekord to specjalna chwila – mówił po tym biegu.

Cheptegei się jednak tu nie zatrzymał – niespełna dwa miesiące później w Walencji poprawił też najlepszy w historii rezultat na 10000 metrów, czyli inny wynik należący do Bekelego. Ten trzymał się „tylko” 15 lat. Zdumienie budziła przewaga, z jaką Joshua poprawił ten wynik. Było to 6 sekund i 53 setne. Niesamowita różnica. Gość nie tyle pobijał rekordy, co wysyłał je na śmietnik historii. Serio, narodził się nowy pan i władca biegów długich. Jeśli wszystko pójdzie zgodnie z planem, będzie wielkim faworytem igrzysk w Tokio.

Tego samego dnia w Walencji padł też inny rekord – na 5000 metrów u kobiet. Ustanowiła go ledwie 22-letnia Letesenbet Gidey z Etiopii. Do tej pory znana głównie z biegów przełajowych, wtedy pokazała się światu na poważnie na bieżni. Też zresztą pobiła dość wiekowy wynik – rekord Tirunesh Dibaby, jej rodaczki, liczył sobie ponad 12 lat. I też, jak Cheptegei, zrobiła to z niezłą przebitką – wynik ten poprawiła o ponad 4,5 sekund. Nowy rekord wynosi od tamtego czasu 14:06,62. – Śniłam o tym od sześciu lat. Jestem bardzo szczęśliwa – powiedziała na mecie. Teraz zapewne zostało jej inne marzenie: złoto igrzysk w Tokio.

Rekordy bił też ten, o którym wspomnieliśmy w śródtytule – Armand Duplantis zachwycił świat, latał bowiem najwyżej w historii. Ten najlepszy skok (6,18 m) oddał jeszcze przed pandemią. W hali w Glasgow. Po raz pierwszy rekord pobił jednak wcześniej – w Toruniu, na naszej ziemi. Prawdziwie magicznym momentem był jednak jego skok w Rzymie. Niższy o trzy centymetry od tego ze Szkocji, ale być może nawet ważniejszy – to wtedy Szwed zrzucił z piedestału Serhija Bubkę. Rekord Ukraińca na stadionie aktualny był od 26 lat. Nieoficjalny, co prawda, ale jednak. W hali Armand poprawiał za to wynik Renaud Lavilleniego. I owszem, to były genialne skoki. Ale nie pokonywał wtedy „bezpośrednio” Bubki. A to przecież on jest uznany za najlepszego w historii. Duplantis ma jednak taki talent, że może to wkrótce zmienić.

Były też rekordy w konkurencjach nieolimpijskich. Wśród mężczyzn na 5 km (znów Cheptegei), 10 km (Rhonex Kipruto), 20000 metrów (Bashir Abdi) i w biegu godzinnym (Mo Farah). Kobiety biły najlepsze w historii wyniki na 150 metrów (Briana Rollins), 20 km i w półmaratonie (oba Ababel Yeshaneh) oraz w biegu godzinnym (Sifan Hassan). A na naszym podwórku? Wyróżnili się Sofia Ennaoui (rekord Polski na 1000 metrów) i Marcin Lewandowski (na 2000 metrów).

A skoro już jesteśmy przy kwestiach nieolimpijskich…

Spoza letnich igrzysk

To był dla nas doskonały rok, jeśli chodzi o dyscypliny, które w Tokio nie zagoszczą. Serio. Weźmy sam początek 2020 i triumf Dawida Kubackiego w Turnieju Czterech Skoczni. Po kompletnie szalonym mistrzostwie świata z 2019 roku, Dawid dołożył na swoje konto kolejny niezwykle cenny skalp. Co najważniejsze jednak: wygrał w wielkim stylu. Skakał pewnie, równo i najdalej. W Bischofshofen okazał się nie do pokonania, rywale musieli się obejść smakiem.

– Jestem dumny z tego, co pokazałem na skoczni, co pokazałem przez cały turniej. Zdaję sobie sprawę z tego, że to nie był idealny turniej, te wszystkie skoki nie były takie super. Nie były takie jak bym chciał, ale ciężko pracowałem. Ta praca została wynagrodzona. Cieszę się, że mimo popełnionych błędów okazało się, że popełniłem ich najmniej – mówił po konkursie na łamach „Polska The Times”.

Nie on jeden jednak nas zachwycił. Swój tytuł mistrzowski na żużlu obronił Bartosz Zmarzlik. Żaden Polak wcześniej tego nie dokonał. Zmarzlik był trzecim mistrzem świata w naszej historii, ale stał się pierwszym, który ten tytuł wygrał dwukrotnie. Obrona tytułu w tym dziwnym, pandemicznym sezonie, nie była łatwa. Rywale jeździli świetnie, ale to on ich wszystkich – po raz kolejny – objechał. Co ważne: zrobił to w obecności kibiców. Bo to był akurat ten okres, gdy ci na polskich stadionach byli obecni. Co jeszcze ważniejsze: nie wątpimy, że powalczy o mistrzowski hat-trick.

Mistrzem został też – również pisząc historię – Jan Błachowicz. Droga tego gościa do tytułu wyhamowywała wiele razy. Wiele razy wydawało się, że to już koniec, że nie dostanie swojej szansy. W końcu jednak do niej doszedł, sam sobie na nią zapracował. Do oktagonu w walce o pas wszedł z Dominickiem Reyesem. To rywal był faworytem. A jednak Polak nie zamierzał zmarnować tej szansy. W zapowiedzi pojedynku mówił, że wygra w drugiej rundzie przez nokaut. Gdy wszedł do klatki… wygrał w drugiej rundzie przez nokaut. Słowny gość.

Po tym zwycięstwie stał się pierwszym polskim mistrzem UFC. Wcześniej mieliśmy – w osobie Joanny Jędrzejczyk – mistrzynię. Teraz zaliczyliśmy już pasy mistrzowskie i u kobiet, i u mężczyzn. Liczmy, że Błachowicz, jak wcześniej JJ, długo pozostanie mistrzem.

Mistrzem nie został, ale za to pokonał mistrza – Magnusa Carlsena – Jan Krzysztof-Duda, który zyskuje coraz większe uznanie w świecie szachów. Znakomite wyniki w ostatnich miesiącach odnosili też polscy pływacy, na czele z Katarzyną Wasick. A na sam koniec roku historię polskiego darta pisać zaczął Krzysztof Ratajski, który jutro powalczy o półfinał mistrzostw świata. Jednym zdaniem: to był naprawdę udany rok. A przecież nie wspomnieliśmy nawet o wyczynach Roberta Lewandowskiego.

Inna sprawa, że apetyt rośnie w miarę jedzenia. Liczymy więc, że 2021 – miejmy nadzieję, że olimpijski – rok będzie jeszcze lepszy.

SEBASTIAN WARZECHA

Fot. Newspix


Subskrybuj
Powiadom o
guest
0 komentarzy
Inline Feedbacks
Pokaż wszystkie komentarze

Aktualności

Kalendarz imprez