Koszykówka, wózek i tenisowy Złoty Wielki Szlem. Kariera Dylana Alcotta

Koszykówka, wózek i tenisowy Złoty Wielki Szlem. Kariera Dylana Alcotta

Ma sześć medali igrzysk paraolimpijskich – cztery zdobyte w tenisie na wózkach i dwa w koszykówce. W swojej karierze wygrał piętnaście turniejów wielkoszlemowych w singlu, a byłoby ich pewnie więcej, gdyby niektóre szybciej zaczęły organizować rywalizację w jego konkurencji. Jest jednym z najlepszych sportowców z niepełnosprawnościami, a wiele osób pewnie w ogóle o nim nie słyszało. W Australii pojawia się jednak w telewizji, radiu, prowadzi kampanie społeczne, własną fundację. Nawet Roger Federer powiedział mu: „Chłopie, jesteś w telewizji częściej niż ja”. I to nie może dziwić. Dylan Alcott bowiem już dawno przestał być tylko sportowcem.

Złoty

Szerokiej publiczności pokazał się w nietypowy sposób. W trakcie finału US Open mężczyzn pomiędzy Novakiem Djokoviciem, a Daniiłem Miedwiediewem, na trybunach zaprezentowano fanom triumfatorów turniejów na wózkach – przy czym Dylan startuje w rywalizacji „quadów”, innej od tradycyjnych wózków. Alcott, będąc na ekranach telebimów i telewizorów ludzi z całego świata, chwycił puchar, który otrzymał za zwycięstwo, nalał do niego piwo, szybko je wypił, a potem założył trofeum na głowę, wywołując wielkie owacje.

Nie było mowy, żebym tego nie zrobił – mówił potem. Amerykańscy komentatorzy stwierdzili, że zapewne nie było to jego pierwsze piwko tamtego dnia. Powód do picia miał jednak bardzo dobry – kilka godzin wcześniej zrobił to, co ostatecznie nie udało się Novakowi Djokoviciowi. Zdobył Złotego Wielkiego Szlema.

Od Steffi Graf w 1988 roku nie było nikogo, kto by to osiągnął, niezależnie od konkurencji. Aż do 12 września 2021 roku, gdy zrobiły to dwie osoby! Kilka godzin przed Dylanem, również w rywalizacji na wózkach, taki sukces odniosła Diede de Groot. Znacznie więcej oczu było jednak zwróconych na Alcotta. Ten jest bowiem – szczególnie w ojczystej Australii – prawdziwą legendą sportu osób z niepełnosprawnościami, a Złoty Wielki Szlem byłby niesamowitym podsumowaniem jego kariery – tak mówiono tuż przed finałem. On jednak twierdził, że w ogóle o tym nie myśli.

Dwa lata temu, gdybyście spytali mnie, czy chcę zdobyć Złotego Szlema, mówiłbym, że z całych sił. Teraz zupełnie się o to nie troszczę. Jedyne, czego oczekuję, to być jak najlepszą wersją samego siebie, za każdym razem, gdy wychodzę na kort. Mogę przecież grać najlepszy tenis w swoim życiu, a i tak przegrać, bo ktoś zagra lepiej. Jeśli zdobędę Złotego Szlema, człowieku, będę niesamowicie dumny. Jeśli nie wygram, jestem pewien, że moja dziewczyna nadal będzie mnie kochać i będę mieć przyjaciół. Życie się nie zmieni – mówił.

Wielu sugerowało, że przed deklaracją o Złotym Szlemie powstrzymuje go też to, co stało się dwa lata wcześniej. Wtedy – zresztą podobnie jak De Groot – wygrał trzy tytuły wielkoszlemowe i był bliski Klasycznego Wielkiego Szlema. Holenderka przegrała jednak na Wimbledonie, a Alcott dopiero w finale US Open, tak jak Novak Djoković w tym roku. Dylan mówił potem, że tamten mecz o tytuł był być może jego najgorszym w karierze, a porażka bolała – była w końcu jego jedyną w sezonie.

W 2021 roku nie było jednak wątpliwości. W Australii królował, jak to on. Wygrał tam po raz siódmy z rzędu, nie pozostawiając wątpliwości, że jest królem tego turnieju. Na Roland Garros też niezmiennie wygrywa, choć we Francji nie rozgrywa się wiele meczów – ledwie sześć wystarczyło mu do tego, by zdobyć tam trzy tytuły. To jednak wynika z tego, że rywalizację na quadach wprowadzono tam w sezonie 2019, a Alcott został pierwszym mistrzem i na razie nikomu tego miana nie oddał. Podobnie na Wimbledonie – dwa organizowane turnieje (bo w 2020 takowego nie było), to dwa zwycięstwa Australijczyka.

Przed US Open miał więc wygrane w trzech turniejach, które szły mu znakomicie, a najlepszy okazał się też – choć do tego przejdziemy później – na paraigrzyskach. Pozostał więc nowojorski turniej, czyli ten, z którym… od zawsze radził sobie najgorzej. Na pięć imprez, w których brał tam udział, wygrał przed tym sezonem “tylko” dwukrotnie. W dodatku w tym sezonie zmienił się format – wcześniej czterech zawodników grało w grupie, każdy rozgrywał trzy mecze, a dwaj najlepsi walczyli potem w finale. Teraz tenisistów było ośmiu i grano w formacie pucharowym. Presja była więc dużo większa, każda porażka oznaczała bowiem koniec marzeń.

Alcott jednak nic sobie z tego nie zrobił i w całym turnieju nie stracił seta. Owszem, w finale bywało nerwowo – obaj rozpoczęli od przełamań i mieli problemy z utrzymaniem serwisu w dalszej części seta – ale po tym, jak wygrał pierwszą partię 7:5, w drugiej nie pozostawił rywalowi złudzeń. Zdobył Złotego Wielkiego Szlema, stając się pierwszym męskim tenisistą – niezależnie od konkurencji – któremu się to udało.

To była wisienka na torcie jego wielkiej kariery, w której zdobył piętnaście tytułów wielkoszlemowych, sześciokrotnie (doliczając już ten sezon) kończył rok jako numer jeden światowego rankingu i zdobył mnóstwo wyróżnień za swoją grę. Przede wszystkim jednak jego kariera to medale paraolimpijskie, które zdobywał… nie tylko w tenisie.

Najpierw do siatki, potem przez siatkę

Gdyby zacząć od początku, wypadałoby napisać o tym, że urodził się z guzem owiniętym wokół jego rdzenia kręgowego. Wymagana była natychmiastowa operacja, przeprowadzono ją, gdy miał dwa dni. Uratowała mu życie, ale równocześnie sparaliżowała jego nogi. Kolejnych kilkanaście operacji czekało na niego przez pierwsze trzy lata życia. O jego życie i sprawność walczyli lekarze, ale też rodzina – Martin (ojciec), Resie (matka) i Zack (starszy brat). Udało się.

Potem należałoby napisać o jego wspomnieniach z czasów dorastania. O rodzicach, którzy zawsze traktowali go jak pełnosprawnego. Zachęcali do codziennych aktywności, na wiele pozwalali. – Pamiętam, jak miałem jakieś 13 lat i chciałem pojechać pociągiem do szkoły. Rodzice nigdy nie owijali mnie w kokon, ale jestem pewien, że wtedy pomyśleli sobie „nie”. Nie zabronili mi jednak, bo wiedzieli, że moi koledzy tak jeżdżą. Mama na pewno odchodziła od zmysłów. Tak jednak zdobyłem przyjaciół i stałem się normalnym dzieciakiem. Dziękuję im za to – wspominał.

Dziś wspomina, że sport uratował mu życie, że bez niego nie byłby tym samym człowiekiem. Bo poza tymi wesołymi wspomnieniami, ma też wiele gorszych. – Nienawidziłem siebie, nienawidziłem swojej niepełnosprawności. Wtedy zacząłem grać w tenisa, to mnie zmieniło. Dzieciak, któremu dokuczano, gdy miał 13 lat przez jego niepełnosprawność, wyrósł na gościa, który jest wdzięczny za życie, jakie przeżywa. Jestem szczęściarzem, nie mogłem wyobrazić sobie lepszego życia – mówił.

Miał 13 lat, gdy zaczął jeździć po świecie na tenisowe turnieje. Grał wtedy w młodzieżowej reprezentacji Australii, widziano w nim spory talent. Rok później natrafił jednak na koszykówkę na wózkach, ta też mu się spodobała. W pewnym momencie musiał podjąć decyzję, w który z tych sportów chce się zaangażować na całego. Wybrał kosza, bo uznał, że ma w nim większe szanse na sukces. Choć ten nie był tak oczywisty.

W tamtym okresie miałem dwa lata, gdy nie chciałem wychodzić z domu, wstydziłem się niepełnosprawności – wspominał. – Trzeba mieć w sobie zacięcie, mi go wtedy brakowało. Mi go brakowało, więc jadłem chrupki, siedziałem w pokoju i tak to wyglądało. W końcu pomyślałem, że muszę zacząć działać, samemu zmienić coś w swoim życiu.

Wyszedł więc z pokoju, zaczął trenować koszykówkę z całych sił. Szybko dostał się do kadry Australii. Tenisowi trenerzy trochę tego żałowali, ale z czasem przekonali się, że nie było czego. – Na korcie był wolny. Gdy zaczął grać w koszykówkę, okazało się, że to najlepsza rzecz, jaką mógł zrobić. Stał się bardziej wysportowany i szybszy. Potem, gdy wrócił do tenisa, lepiej dochodził do piłek i odgrywał lepsze piłki – wspominał Greg Crump, jeden z najbardziej uznanych trenerów tenisa na wózkach w Australii, a pewnie i na świecie.

Wróćmy jednak do koszykówki – jego rozwój był niesamowicie szybki. Zaczął w nią grać jako piętnastolatek, a miał niecałe 18 lat, gdy pojechał na igrzyska do Pekinu. Wtedy jeszcze jako rezerwowy, pojawiał się jednak na parkiecie i przyłożył się do zdobycia przez Australię złotego medalu. Osiągnął więc sukces, o którym mówił, gdy wybierał koszykówkę. Ale wtedy jeszcze z basketu nie zrezygnował, trenował go przez kolejnych kilka lat, pojawił się też na paraigrzyskach w Londynie, wtedy już jako podstawowy zawodnik. Australijczycy złota nie obronili, ale znaleźli się w finale. Dylan miał więc swój drugi medal.

W 2013 roku zrobił sobie przerwę od sportu. W teorii. Postawił wtedy na podróże, ale gdy wrócił do Australii, kilka razy wyszedł na kort. Zauważył, że wciąż uwielbia tenis, że indywidualna gra, na własną rękę, ciągnie go bardziej, niż ta drużynowa, choć gdy wybierał koszykówkę, to też ze względu na jej zespołowy aspekt.

Tenis jest trudniejszy. Gdy grasz w koszykówkę, nie masz nawet czasu myśleć o swoich błędach, skupiasz się na kolejnej akcji i tym, co robią koledzy oraz rywale. Gdy nie trafisz do kosza, musisz wracać do obrony, gdy nie dasz rady w obronie, ruszasz pod drugi kosz. Na korcie nie ma zmian, jesteś tam sam. Masz jakieś 15, może 30 sekund, żeby się pozbierać pomiędzy punktami – mówił.  

Zaczął myśleć o powrocie. Niedługo potem… spadł z krzesła i uszkodził sobie rękę. Wtedy zmieniono mu klasyfikację – nie grał już na typowym wózku, a na quadzie, to bowiem różnica między nimi, w tej drugiej konkurencji zawodnicy mają też w pewnym stopniu uszkodzoną jedną z kończyn górnych. Jakiś czas później trafił na obóz tenisowy w Melbourne. Szybko okazało się, że jest w stanie rywalizować z najlepszymi zawodnikami, którzy się tam pojawili. Przez siedem lat, które spędził grając w kosza, nie stracił nic na swoich tenisowych umiejętnościach.

Organizatorzy Australian Open postanowili zaryzykować, przyznali mu dziką kartę do turnieju w 2014 roku. Odpadł w grupie, ale pokazał się z dobrej strony, a sam zapamiętał, jak nagle znalazł się w windzie z Rogerem Federerem i rozmawiał ze Szwajcarem o swojej własnej porażce. Rok później był już mistrzem tej imprezy. Minął kolejny sezon, a do swoich medali paraolimpijskich dołożył dwa kolejne – złote. Choć jeszcze przed igrzyskami w Brazylii tonował nastroje.

Paraigrzyska w Londynie – choć niesamowite – były jednym z najbardziej wycieńczających doświadczeń w moim życiu. Byliśmy bardzo blisko drugiego złota i przegraliśmy je minimalnie, trudno było się z tym pogodzić. Nie chcę znowu czuć czegoś podobnego. Wiem jednak, że wygrać złote medale jest niesamowicie trudno. Chcę jednak tego złota bardziej niż czegokolwiek innego. Od dziecka marzyłem o występie na paraigrzyskach. Już samo to, że zrobię to nie w jednym, a w dwóch sportach jest niesamowite – mówił.

Więc wystąpił. A potem wygrał i w singlu, i w deblu. W kolejnych latach wcale się nie zatrzymywał. Już w 2019 zdobył swojego pierwszego Klasycznego Wielkiego Szlema – wtedy w deblu. Jego partnerom się to nie udało. Bo w czterech turniejach grał z trzema różnymi. On jednak mógł się cieszyć z wielkiego osiągnięcia. Dwa lata później, jak już pisaliśmy, dołożył jeszcze większe.

Choć on uważa, że to co najważniejsze, dzieje się tak naprawdę poza kortem.

Tytuły nie są najważniejsze

Gdy w Tokio wygrywał złoto w singlu i srebro w deblu, mówił, że wspaniale jest dołożyć kolejne medale do kolekcji. Ważniejsze jest jednak dla niego co innego – że na własne oczy widzi, jak rozwija się sport dla osób z niepełnosprawnościami. A nawet szerzej – jak zmienia się życie takich ludzi. – Dziesięć lat temu musiałem płacić, by móc grać i podróżować. Teraz w pełni sponsoruje mnie Tennis Australia. Wciąż jednak sporo pozostaje do zrobienia – mówił.

Wielu zauważa, że mnóstwo zmienia się w dużej mierze przez niego. W Australii w sporcie paraolimpijskim pojawili się sponsorzy, ale też szerzej zauważono, że osoby z niepełnosprawnościami mogą pełnić dokładnie takie same role w społeczeństwie, jak ich pełnosprawni ziomkowie. – To, że pokazujemy się światu, grając w tenisa na najważniejszych imprezach, zmienia nasze życie, ale mam też nadzieję, że zmienia życie wielu innych osób – opowiadał Alcott.

On chce zresztą służyć za przykład. Poza kortem jest niesamowicie aktywny. Zajmuje się choćby muzyką, lubi ją od czasu, gdy śpiewał… w młodzieżowym chórze. Po mutacji jednak, jak sam mówi, „zapomniał jak się śpiewa”. To pasja do muzyki sprawiła jednak, że odwiedzał festiwale na całym świecie i stał się znany z surfowania na rękach ludzi, siedząc na wózku. – Spadłem jedynie kilka razy – mówił z uśmiechem. Zauważono go, trafił do radia. Do dziś w nim działa.

Aktualnie pojawia się też jednak w telewizji, często jest do niej zapraszany, a bywało, że i sam prowadził różnego rodzaju programy. Równocześnie z grą w tenisa, ukończył też studia na Uniwersytecie Melbourne, stale prowadzi też motywacyjne przemowy, nie tylko w Australii – często pojawia się choćby w Hong Kongu czy na Fidżi.

Kilka lat temu zorganizował też festiwal muzyczny ze wszelkimi udogodnieniami dla osób z niepełnosprawnościami – rampami dla wózków, tłumaczami języka migowego na scenie itp. Zrobił to, bo jak wspominał, to na festiwalu po raz pierwszy poczuł się, jak równy innym członek społeczności. Chciał więc zaoferować coś podobnego innym osobom z niepełnosprawnościami, tylko… zrobionego jeszcze lepiej.

Poza tym prowadzi własną fundację, a niedawno otworzył też organizację, mającą pomagać osobom z niepełnosprawnościami w odnalezieniu sią na rynku pracy, czy też – po prostu – w życiu. – Od małego chciałem zmienić postrzeganie takich ludzi. Najlepiej zrobić to przez duże media. Jak wiele osób z niepełnosprawnościami kojarzycie z występów w nich? Ja dostałem szansę i mogę się w nich pojawiać. Chcę z tego skorzystać – mówił.

Wspominał, że gdy sam miał 13 lat i dokuczano mu w szkole, oddałby by wiele, by widzieć w telewizji kogoś na wózku, by mieć potrzebną mu reprezentację. Teraz on sam chce nią być dla jemu podobnych osób. Zresztą podobnie jest na korcie. – Gdy byłem dzieckiem, uwielbiałem Pata Raftera. Ale nie mogłem nim być. Byłem inny. Nikogo takiego jak ja nie widziałem w sporcie – mówił.  

Dodawał też, że w kwestii wspomnianej już pracy nie ma zamiaru krzyczeć „dajcie nam zarobić”. Raczej chce pokazać, że osoby z niepełnosprawnościami są równie dobre na rynku pracy, jak te pełnosprawne. I by ta praca przez to do nich przyszła. I wiecie co? Udaje mu się to. Jego organizacja pomogła już wielu osobom, niektóre stałej pracy szukały od lat i znaleźć nie mogły. Gdy zgłosiły się do niego, był w stanie obsadzić tych ludzi na stanowiskach dopasowanych do ich umiejętności. Mówi, że paradoksalnie pomogła w tym… pandemia. Bo wiele firm przekonało się, że nawet gdyby ktoś miał pracować z domu, może to robić równie dobrze jak w biurze. Więc niepełnosprawność przestała być przeszkodą.

Przy tym wszystkim chce edukować społeczeństwo. Pokazać, że osoby z niepełnosprawnościami są jego ważną częścią. Mówi, że niezmiennie dołuje i denerwuje go, gdy ktoś podchodzi nie do niego, a do osoby obok, pytając o niego, jakby był tylko tłem. Bywa to zabawne – bo często nawet nie zna się z człowiekiem, który stoi obok – ale ogółem czuje, że jest to wręcz dehumanizujące. Pamięta, że raz rozemocjonowana kobieta gratulowała mu, gdy… sam kupił sobie kawę w kawiarni. Chciała dobrze, ale zachowywała się, jakby nie podejrzewała, że osoba na wózku może funkcjonować samodzielnie.

A przecież on jest najlepszym dowodem na to, że nie tylko może, ale jest w stanie osiągać dużo więcej. I stara się to pokazywać. Wraz z dziewczyną – pełnosprawną, a przy tym seksuolożką – starają się też rozmawiać w mediach właśnie o tym, czyli seksie osób z niepełnosprawnościami. Chcą łamać tabu, pokazywać, że tacy ludzie też przecież prowadzą życie seksualne. Mają już zresztą całkiem duży posłuch w tym temacie, podobnie jak Dylan ma i w innych. A po Złotym Szlemie liczba obserwujących go ludzi w social mediach, czy tych, którzy kojarzą jego osobę, tylko wzrośnie.

I Dylan będzie chciał z tego skorzystać jeszcze bardziej. Możliwe, że kosztem sportu.

Ostatni taniec?

Wszyscy, którzy go znają, podkreślają, że sukcesy osiąga przede wszystkim za sprawą jednej swojej cechy – ten gość nie zna słowa „odpoczynek”. Przez lata z sezonu na sezon dodawał coś do swojej gry. Pracował nad swoim forehandem i serwisem, ulepszał, wzmocnił je. Do backhandu dołożył znakomity wprost slajs. Wspaniale zaczął grać przy siatce. Nie dawał się dogonić rywalom, a przecież wiadomo, że ten, kto jest na szczycie, ma najtrudniej. Bo każdy chce go z niego strącić.

Alcott zdołał się na nim utrzymać. Paraigrzyska w Tokio były znakomitym tego przykładem. Dla niego były przede wszystkim wspaniałą imprezą. Mówił, że kocha igrzyska paraolimpijskie, bo są pokazem możliwości ludzi z niepełnosprawnościami, a i sam się edukuje – poznaje nowe typy niepełnosprawności, obserwuje ludzi, którzy mimo nich rywalizują o medale. Kocha wioskę olimpijską, tak opowiadał. O medalach nie myślał, ale te i tak zdobył.

W półfinale grał w Japonii długie, dwuipółgodzinne spotkanie z młodym Nielsem Vinkem. Potem mówił, że to ten mecz dał mu tytuł i w Tokio, i w Nowym Jorku. Skoro wygrał tak zacięty pojedynek, wiedział, że może wygrać też każdy kolejny mecz. Mimo wszystko wtedy był najbliżej utraty szans na Złotego Szlema. Ale wzniósł się na wyżyny. I wygrał. W finale był już bezkonkurencyjny.

A potem powiedział coś szokującego dla wielu – że to dla niego paraolimpijski koniec.

Byłem bliski skończenia kariery po Rio, ale postanowiłem grać dalej. Trudnym momentem było przełożenie igrzysk, ale złapałem potem wiatr w skrzydła. Pomogła mi moja rodzina i zespół. Nie sądziłem jednak, że zdobędę złoto. Holenderscy tenisiści weszli na niesamowity poziom. Ten dodatkowy rok był zły dla mnie, bo oni stali się fenomenalni. To najlepsze ze wszystkich moich zwycięstw, bo naciskali na mnie najbardziej w mojej karierze. Niesamowicie jest skończyć paraolimpijską karierę na szczycie – mówił.

Po finale w Nowym Jorku dodawał za to, że nie wie, czy jeszcze tam wróci jako czynny tenisista. Wielu sugeruje, że zdecyduje się zagrać tylko jeden turniej wielkoszlemowy więcej – w Australii, u siebie. I pewnie doda tam kolejny tytuł do swojej ogromnej kolekcji.

Chcę zostawić ten sport w lepszym miejscu dla kolejnej generacji młodych zawodników – opowiadał. – Mam nadzieję, że odegrałem w jego rozwoju małą rolę. Jestem dumny ze swojej niepełnosprawności. Dumny, że gram w tenisa na wózkach. Dumny, że wygrałem Złotego Szlema. Jestem sobą i jestem z siebie dumny. Jestem też dumny z całej swojej podróży.

Dumna z niego jest też Australia. A jeśli zacznie kolejny rozdział tej podróży – już poza kortem – pewnie dostarczy jej jeszcze wielu powodów do dumy. Dla niego jednak najważniejsze będzie jedno – by tę dumę czuły osoby z niepełnosprawnościami. To jego cel.

SEBASTIAN WARZECHA

Fot. Newspix


Subskrybuj
Powiadom o
guest
0 komentarzy
Inline Feedbacks
Pokaż wszystkie komentarze

Aktualności

Kalendarz imprez