Dwie twarze pana „Soto”

Dwie twarze pana „Soto”

Podobno dopiero przymusowy skok ze spadochronem sprawił, że wyzbył się lęku wysokości. Podobno jego rekordowy wynik wcale nie miał miejsca w 1993 r. w Salamance i nie wynosił 2,45 m. Podobno zawsze był święty, chociaż zaliczył podwójną wpadkę dopingową. W życiorysie Javiera Sotomayora wiele rzeczy nie trzyma się kupy, oprócz jednej: już na zawsze pozostanie legendą skoku wzwyż.    

***

Chociaż w tabelach rekordów świata stoi jak byk 2,45 m są tacy, dla których Kubańczyk skoczył wyżej.

Kiedy na początku lat 90. rozstawiał już swoich rywali po kątach i coraz częściej walczył tylko z poprzeczką, jego trener szukał sposobu, jak jeszcze bardziej go nakręcić. W końcu postawiono na tzw. skoki mentalne, które miały pomóc mu przygotować głowę jak najlepiej do rekordowych wysokości. Dziś nazwalibyśmy to techniką wizualizacji. Kiedy kładł się na kozetce w Instytucie Medycyny Sportowej w Hawanie, jego trenerem stawał się psycholog. Skoczek zamykał oczy, regulował oddech, wyobrażał sobie jak stoi na rozbiegu, co będzie robił z każdym kolejnym krokiem. Chociaż skakał na sucho, wykonywał drobny gest: w momencie startu prostował palec wskazujący prawej dłoni, co było znakiem dla lekarza, aby włączył stoper. Opuszczał go dopiero, kiedy w wyobraźni lądował już plecami na materacu. A potem opowiadał o „wykonanej” próbie.

– Mogę zdradzić pewien sekret: on skoczył wyżej niż 2,45. Jego szkoleniowiec poprosił, aby trenować z nim skoki mentalne na 2,46 i Sotomayor potrafił robić to z tak wielkim przekonaniem, że kiedy opuszczał mój gabinet, mówił: “Tak, mogę skoczyć 2,46”. Dlatego dla mnie mentalnie tyle skoczył – opowiadał po latach jeden ze specjalistów, który z nim współpracował.

Brzmi trochę bzdurnie? Być może, ale najwyraźniej działało, skoro Kubańczyk na przełomie lat 80. i 90 zdominował skok wzwyż. To on ustanawiał ostatnie trzy rekordy świata, to on jako pierwszy przeskoczył poprzeczkę zawieszoną na wysokości ośmiu stóp, to on najwięcej razy w historii – aż dziewiętnastokrotnie – pokonywał granicę 2,40. Kubańczyk przez lata był motorem napędowym swojej konkurencji, która nigdy już nie wskoczyła na tak kosmiczny poziom. Był zresztą gwiazdą całej lekkiej atletyki, a warto pamiętać, że lata 90. były dla królowej sportu szczytowym okresem jeśli chodzi o popularność.

To wielki dorobek, ale biorąc pod lupę jego życiorys warto jednocześnie pamiętać, że gwiazdor z Kuby miał dwa różne oblicza.

Na stadionie Mr High Jump

52-letni dziś Sotomayor często śmieje się, że większą sławę dał mu rekord świata, niż złoty medal olimpijski oraz sześć tytułów mistrza świata na stadionie i w hali.

Ale nic dziwnego, bo słynny skok, który oddał 27 lipca 1993 r. podczas mityngu w hiszpańskiej Salamance, był wyjątkowy. Chociaż jeśli chodzi o rezultat, bo biorąc pod uwagę styl, Kubańczyk nigdy nie postrzegał tej próby jako swojej najlepszej. Na Estadio Helmantico tamtego dnia skoczył bowiem po aptekarsku, przeszorował tyłkiem po poprzeczce, ta zatańczyła wręcz salsę na stojaku, ale jednak jak zaczarowana nie spadła. Był to dla niego już trzeci rekord globu po 2,43 z 1988 r. (także Salamanca, coś najwyraźniej było w tym obiekcie) oraz 2,44 z 1989 r. z San Juan w Portoryko.

 

 

Sotomayor w osobistej klasyfikacji znacznie wyżej cenił skok, który oddał kilka tygodni później w Niemczech. Chociaż patrząc w papiery, tamten wynik nie był wcale jak na niego spektakularny.

W rzucie oszczepem twój wynik jest mierzony według tego, gdzie spadł oszczep, w skoku w dal, od najbliższego znaku na piasku. W skoku wzwyż jest trochę inaczej. Na mistrzostwach świata w Stuttgarcie, kiedy zdobyłem złoto skokiem na 2,40, faktycznie skoczyłem znacznie wyżej. Najbliższa część mojego ciała minęła poprzeczkę na wysokości od 2,46 do 2,47, czyli więcej niż rekord świata. Ostatecznie skoczyłem jednak tylko 2,40, bo duża różnica między moim ciałem a drążkiem nie liczyła się – mówił w 2017 r. kubańskiej gazecie “Granma”.

Kubańczyk fruwał na takich wysokościach, bo i startował z zupełnie innego pułapu niż wszyscy. Treningi zaczynał w wieku dziewięciu lat, a mając piętnaście pierwszy raz zaliczył dwa metry. Co ciekawe, utknął na chwilę na tej wysokości, ponieważ… bał się skakać wyżej. Żeby go odblokować, trener nie tylko zaaplikował mu dodatkowe ćwiczenia akrobatyczne, ale wysłał go też na sesje z psychologiem. Te ponoć niewiele dały, dlatego spróbowano wybić klina klinem: przekonano go do skoku tandemowego ze spadochronem z niedużej wysokości. I to go wyleczyło!

Odkręcił się na tyle, że mając 16 lat skoczył w Hawanie rekord świata juniorów 2,33 m. Co ciekawe, taki wynik w XXI w. dawał najczęściej medal na… igrzyskach olimpijskich. –Sotomayor przede wszystkim wyróżniał się szybkością na rozbiegu, co przekładało się na siłę odśrodkową. Do tego miał znakomitą technikę, przygotowanie fizyczne, jak również inne wrodzone cechy, m.in. wzrost – charakteryzował go w rozmowie z PAP Jacek Wszoła, nasz mistrz olimpijski z Montrealu.

Warto w ogóle zatrzymać się przy igrzyskach, ponieważ popularny “Soto” niespecjalnie miał do nich szczęście. Owszem, zdobył złoto w Barcelonie i srebro w Sydney, ale gdyby nie polityka, krążków miałby prawdopodobnie więcej i nie debiutowałby na tej najważniejszej imprezie dopiero w wieku 25 lat. Niestety, zarówno igrzyska w Los Angeles, jak i w Seulu, ominęły go przez bojkot, w którym brała udział jego komunistyczna Kuba.

Polscy kibice najbardziej kojarzą go oczywiście z Barcelony, gdzie gwiazdor stoczył niezapomniany pojedynek m.in. z Arturem Partyką. Ostatecznie wszyscy zawodnicy na podium skończyli rywalizację z wynikiem 2,34 m, ale wygrał właśnie Sotomayor, bo zaliczył tę wysokość w pierwszej próbie. Kto wie jakby potoczyła się jednak jego kariera, gdyby Partyka skoczył tamtego dnia 2,37, bo był bardzo bliski pokonania tej wysokości.

– W całej karierze wygrałem z nim może siedem-osiem razy, a on ze mną na pewno kilkadziesiąt. Z tym że kiedy był w naprawdę wysokiej formie, lepszy byłem maksymalnie dwa-trzy razy. Strasznie go pogoniłem na igrzyskach w Atlancie gdzie byłem drugi, a on dwunasty, w halowych mistrzostwach świata w 1991 r. i kilku mityngach. Zawsze musiał się ze mną liczyć szczególnie na tych dużych imprezach, bo potrafiłem się na nie bardzo dobrze przygotować. Tam rywalizacja między nami była szczególnie napięta. Generalnie jednak wygranie z nim w latach 90., to było jakby później wygrać niemalże z Usainem Boltem – opowiadał mi kiedyś Artur Partyka.

Nasz dwukrotny medalista olimpijski przyznał jednak, że nigdy nie było między nimi specjalnej zażyłości. Wynikało to przede wszystkim z bariery językowej, ponieważ Sotomayor początkowo nie mówił po angielsku. – Poza tym pamiętajmy, że Kubańczycy byli wtedy z wiadomych politycznych względów strasznie pilnowani. Dopiero pod koniec lat 90. atmosfera wokół nich nieco się rozluźniła. Sotomayor lubił jednak przyjeżdżać do Polski na mityngi w Spale. Zresztą tradycją przyjazdu całej ekipy kubańskiej do naszego kraju zawsze było to, że przywozili ze sobą doskonałe cygara, co było później jedną z głównych atrakcji bankietów po zawodach – wspominał Partyka.

Jego zdaniem rekord globu został bardzo mocno wyśrubowany. Wystarczy zresztą rzucić okiem na najlepsze wyniki na świecie osiągane od momentu zakończeniu kariery przez mistrza, a więc od 2001 r. Przez blisko dwie dekady objawiło się tylko dwóch zawodników, którzy zbliżyli się do wyników Kubańczyka: w sezonie 2014 Ukrainiec Bohdan Bondarenko skoczył 2,42 m, a Katarczyk Mutaz Essa Barshim 2,43.

Czy mogą pobić mój rekord? To pytanie słyszę na Kubie prawie każdego dnia i od dziennikarzy z całego świata. Nie wiem, to trudne pytanie. Na pewno jednak nikt nie był bliżej mojego wyniku niż oni – mówi rekordzista.

W normalnym życiu zagubiony Javier

Cieniem na jego karierze kładą się jednak wpadki dopingowe. Pierwszą zaliczył w 1999 r. podczas Igrzysk Panamerykańskich w Winnipeg, które naturalnie wygrał.

Podczas kontroli wykryto w jego organizmie kokainę. Sotomayor stracił oczywiście złoty medal, ale nie to było największym problemem. Tym było ryzyko dwuletniej dyskwalifikacji, która mogła zamknąć mu drogę do mistrzostw świata w Sewilli oraz igrzysk olimpijskich w Sydney. Dla światowej lekkiej atletyki to był bolesny cios wizerunkowy, bo światowe media reklamowały to jako największą wpadkę dopingową od czasu igrzysk Seul ’88 i afery sprintera Bena Johnsona. To, co jednak wydarzyło się po wybuchu skandalu w Winnipeg, najlepiej pokazało, jaki status w świecie lekkiej atletyki miał wówczas nasz bohater.

 

 

Linia obrony Sotomayora od początku była jedna: niczego świadomie nie brał, mogło dojść do pomyłki lub prowokacji. Skoczek był “jednym z najlepszych sportowych produktów systemu socjalistycznego Kuby”, dlatego krótko po wybuchu afery zadzwonił do niego nawet sam Fidel Castro. Dyktator chciał osobiście zapewnić go o swoim poparciu i zakomunikować, że użyje wszystkich możliwych środków, żeby strzepać z niego błoto, którym został rzekomo niesłusznie obrzucony.

Wtedy właśnie ruszyła państwowa machina. Castro podczas płomiennego przemówienia telewizyjnego zapewnił, że nie wierzy w winę swojego rodaka i dalej poleciał już w swoim stylu: uznał, że świnię podłożyły gwiazdorowi służby wrogich państw, aby wyciąć go przed zbliżającymi się igrzyskami w Sydney. Gazety będące organami partii komunistycznej momentalnie wysmarowały na pierwszych stronach artykuły biorące w obronę rekordzistę świata. W publikacjach zakwestionowano wiarygodność kanadyjskiego laboratorium, ale największy pocisk wymierzono w Amerykanów. Zdaniem Kubańczyków, kokainę mogli podrzucić agenci CIA.

Sprawa bardzo szybko rozlała się po światowych mediach i tuż przed mistrzostwami świata w Sewilli wywołała pożar w Międzynarodowym Stowarzyszeniu Federacji Lekkoatletycznych (IAAF). Jej ówczesny przewodniczący, Włoch Primo Nebiolo, zadzwonił ponoć nawet do matki zawodnika. Aurora Sanabria miała rzekomo usłyszeć od działacza, że ten jest w szoku i nie wierzy w winę jej syna, co spróbuje udowodnić.

Wątpliwości budził bowiem fakt, że kokaina nie mogła specjalnie pomóc Sotomayorowi w Winnipeg. Zdaniem specjalistów, owszem, dzięki narkotykowi można wykonać większy wysiłek fizyczny, ale skok wzwyż to przecież konkurencja techniczna. Poza tym, bardzo ważna jest w niej koncentracja, a kokaina działa raczej odwrotnie. Sam Javier przekonywał z kolei, że skoki na 2,30 m (tyle skoczył na tamtej imprezie), nie były dla niego wtedy specjalnym wyzwaniem, a więc po co miałby w ogóle coś przyjmować. Narzucona narracja mówiła więc o dosypaniu kokainy do jedzenia podczas zawodów lub gdzieś w dyskotece, gdzie również lubił zaglądać skoczek. Chociaż był jeszcze jeden dość wiarygodny wątek. Sotomayor zmagał się wtedy z kontuzją pleców, co zresztą było widać po jego reakcjach po skokach oddanych na Igrzyskach Panamerykańskich. Podejrzewano więc, że mógł zażyć kokainę jako środek przeciwbólowy.

Prawdziwe jaja zaczęły się jednak dopiero, kiedy nad jego losem zaczęli obradować działacze światowej federacji lekkoatletycznej. Sotomayor został pierwotnie zdyskwalifikowany na dwa lata, a więc został pozbawiony startu w igrzyskach. Jednak w 2000 r., zaledwie kilka tygodni przed startem imprezy w Sydney, IAAF w trybie nadzwyczajnym podjął zaskakującą decyzję, że dyskwalifikacja zostaje skrócona.

Podczas burzliwych obrad komisji uznano, że kara dwóch lat za kokainę jest zbyt surowa biorąc pod uwagę możliwy wpływ narkotyku na skok oraz przeszłość Sotomayora. Kubańczyk przez ponad 15 lat był bowiem regularnie kontrolowany i zawsze był czysty. Dużą rolę w skróceniu dyskwalifikacji odegrał jego słynny rodak Alberto Juantorena, ponieważ mistrz olimpijski na 400 i 800 m był wtedy ważnym działaczem IAAF-u. Skończyło się na tym, że przypadek Sotomayora uznano za wyjątkowy i zważywszy na to, że dla Kubańczyka miały to być ostatnie igrzyska, zapalono mu zielone światło. O tym, jak dziwna to była decyzja najlepiej świadczy fakt, że z sali wściekły wyszedł nawet wiceprzewodniczący IAAF-u Arne Ljungqvist. Skrócenie kary stało się jednak faktem i skoczek mógł szykować się do igrzysk olimpijskich, gdzie ostatecznie zdobył zresztą srebro (wygrał Rosjanin Siergiej Klugin).

– Miałem dwa cele: wziąć udział w igrzyskach olimpijskich i oczyścić swój wizerunek. Po igrzyskach zobaczę wraz z prawnikami co mogę zrobić

– odgrażał się Sotomayor.

Jak łatwo się domyślić, w środowisku skoczków nie brakowało jednak tych, którzy i tak mu nie wierzyli. Tak znakomity zawodnik zawsze był po prostu jednym z głównych podejrzanych. – Po wpadce nasza sympatia do niego zdecydowanie opadła, bo jednak okazało się, że nie było to w takim duchu, jak sobie wyobrażaliśmy. Zadeklarowanym wrogiem Sotomayora był Patrik Sjoeberg (Kubańczyk odebrał mu rekord świata i pokonał go w Barcelonie – red.). Od samego początku mu nie wierzył. My jednak wierzyliśmy… Zresztą to jest bardzo sympatyczny chłopak – mówił Artur Partyka w książce „Mój sport, moje życie. Nasi na igrzyskach” autorstwa Krzysztofa Wyrzykowskiego.

Polski skoczek często powtarza jednak, że nie wierzy w to, aby Sotomayor stale stosował doping. Jak zawsze powtarzał, Kubańczyk nie był meteorytem, który kilka razy skoczył wyżej niż 2,40 i nagle zniknął. On utrzymywał się na topie przez 15 lat i już jako nastolatek był wybitny.

Cóż, “Soto” wrócił wprawdzie na igrzyska, zgarnął tam medal, ale problemy dopingowe się nie skończyły. W lipcu 2001 r. wpadł po raz drugi, a tym razem w jego organizmie wykryto nandrolon. Ponownie bronił się, że doszło do pomyłki, ale próbka B potwierdziła, że zabroniony środek został przyjęty. – Wiem, że za każdym razem, gdy dochodzi do dopingu, wszyscy na ogół mówią, że są niewinni. Ale w moim przypadku naprawdę tak jest – przekonywał rekordzista świata, który najwyraźniej nie zamierzał już walczyć i kilka tygodni później zakończył sportową karierę.

Chociaż w wywiadach przekonywał, że skończył nie przez aferę dopingową, ale przez kontuzje.

RAFAŁ BIEŃKOWSKI

Fot. newspix.pl


Aktualności

Kalendarz imprez