Dwa złota zamiast jednego, czyli historia pewnej przyjaźni

Dwa złota zamiast jednego, czyli historia pewnej przyjaźni

Dwaj przyjaciele ze skoczni. Za nimi podobne doświadczenia, które tylko bardziej ugruntowały ich przyjaźń. W tamtej chwili byli jednak rywalami. Walczyli o ten sam cel. Nagle okazało się, że mogą osiągnąć go obaj. Że mogą spełnić swoje największe marzenie. Nie potrzebowali słów, spojrzeli po prostu na siebie. Wiedzieli, że chcą by drugi też mógł się cieszyć. I ostatecznie obaj stanęli na najwyższym stopniu olimpijskiego podium. Mutaz Isa Barshim i Gianmarco Tamberi zapisali piękną kartę w historii igrzysk.

*****

Znają się od lat. Ich przyjaźń sięga 2010 roku, gdy na mistrzostwach świata juniorów zawody wygrał Mutazz Isa Barshim. W tamtym konkursie brał też udział Gianluca Tamberi. Młodzi skoczkowie polubili się, a że obaj prezentowali niezły poziom, często mieli okazję spotykać się potem na zawodach. W Tokio tę ich przyjaźń dało się dostrzec gołym okiem. I usłyszeć o niej kilka słów.

To jeden z moich najlepszych przyjaciół. Nie tylko na stadionie, również i poza nim. Niemal zawsze jesteśmy razem. Doceniam wszystko, co osiągnął, a on docenia to, co osiągnąłem ja. To coś niesamowitego – mówił dziennikarzom Barshim. Obaj wspominali, że jeszcze kilka lat temu, w prywatnych rozmowach, snuli marzenia. Że pięknie byłoby, gdyby mogli razem stanąć na najwyższym stopniu olimpijskiego podium. Gdyby mogli świętować wspólnie. To był ich żart, nie oczekiwali, że to możliwe.

Wczoraj już nikt nie żartował. Marzenie stało się rzeczywistością.

Dla Barshima był to trzeci medal igrzysk. Stał się tym samym najbardziej utytułowanym skoczkiem wzwyż w historii tej imprezy. Żaden inny nie ma krążków w każdym możliwym kolorze. Jego pogoń za złotem trwała od Londynu, gdzie zdobył brąz, przez srebrne Rio de Janeiro, aż po ten niesamowity konkurs w Tokio, zakończony w piękny sposób. Tamberi w Brazylii w ogóle nie wystąpił, jego wielkim celem były japońskie igrzyska. I jemu też udało się zakończyć je złotym medalem.

Gdy obaj zatrzymali się na wysokości 2.39 m, nie potrafiąc jej przeskoczyć, stało się jasne, że pozostają dwa rozwiązania: dogrywka albo rozdanie dwóch złotych medali. Decyzja należała do samych zawodników. – Spojrzałem na niego, on na mnie. Wiedzieliśmy, co chcemy zrobić. Wiedzieliśmy, że to koniec, że nie ma potrzeby dalej skakać. Żaden z nas nie chciał zabierać radości drugiemu. Nie musieliśmy o tym nawet rozmawiać, wystarczyło spojrzeć sobie w oczy – mówił Tamberi.

*****

Jego szalona radość przejdzie zapewne do historii. Najpierw skoczył na Barshima, potem z krzykiem odbiegł na kilka metrów i zaczął skakać w uniesieniu. Później padł na tartan. Wstał. Padł znowu. Płakał. Zakrywał twarz rękami. Szlochał. Nie był w stanie utrzymać emocji na wodzy. To przecież był jego cel od pięciu lat. Od chwili, gdy doznał kontuzji.

Mówiono, że ta może nawet skończyć jego karierę. To było na mityngu w Monte Carlo. Tamberi przymierzał się do pobicia swojego własnego rekordu Włoch i skoku na 2.41 m. Jego trzecia próba zamiast sukcesem, zakończyła się jednak potwornym bólem kostki. Następnego dnia na Facebooku prosił kibiców o trzymanie za niego kciuków. Te jednak nie pomogły. Diagnoza była najgorsza z możliwych: zerwanie więzadła, wykluczające Włocha ze startu na igrzyskach w Rio. Tam byłby jednym z faworytów do medalu.

Niemal natychmiast przeprowadzono operację i nogę wsadzono mu w gips. Wczoraj miał jego część przy sobie. Gdy skakał, leżała na rozbiegu. Napisał na niej „Road to Tokyo”, pod spodem za to było przekreślone „2020” i dopisane już innym kolorem flamastra „2021”. Mówił, że gips reprezentuje każdy dzień z ostatnich pięciu lat, który doprowadził go do złota. Czerpał motywację z tego, co go spotkało. Choć początkowo, gdy wrócił do startów, kompletnie sobie nie radził. Popełniał błędy, nie potrafił przeskoczyć poprzeczki zawieszonej znacznie niżej.

W końcu nie wytrzymał. Przy okazji Diamentowej Ligi w Paryżu czuł się tak źle, że zamknął się w pokoju i nie chciał z nikim rozmawiać. Wtedy pod jego drzwiami pojawił się Mutaz. Zaczął się dobijać. I nie odpuszczał.

Wołał: „Gimbo, proszę! Gimbo, chcę z tobą porozmawiać”. Poddałem się, wpuściłem go do środka. Porozmawialiśmy. Płakałem przy nim. Próbował mnie uspokoić, powiedział mi wszystko to, po co przyszedł. „Nie próbuj tego przyśpieszać. Miałem poważną kontuzję, a już jesteś z powrotem na Diamentowej Lidze. Nikt się tego nie spodziewał. Teraz musisz jednak dać sobie czas, nie oczekuj zbyt wiele na początku. Zobacz, co się stanie” mówił.

Tamberi go posłuchał. Nadal miał sporo obaw. Nadal nie skakał najlepiej, nie potrafił nawiązać do swojego dawnego poziomu. Wszystko zmieniło się, gdy… dokładnie tej samej kontuzji doznał Barshim.

*****

Katarczyk od zawsze miał problemy z urazami. Już za młodu męczyły go plecy, nogi też od czasu do czasu się poddawały. Tamta była jednak najpoważniejszą ze wszystkich. I, podobnie jak w przypadku Tamberego, przyszła, gdy Mutaz był w doskonałej dyspozycji. Tym razem to jemu był potrzebny przyjaciel. Włoch był przy nim, wspierał go w procesie rehabilitacji oraz powrotu na skocznię.

Barshim wrócił. Spokojnie, niczego nie przyspieszał. Stosował się dokładnie do rad, którymi pomógł Tamberemu. Nie startował zbyt wiele, dbał o przeciążony już organizm. Trener Stanisław Szczyrba, prowadzący go od lat, wszystko postawił na dwie kluczowe imprezy – mistrzostwa świata w Dosze, przybranej ojczyźnie Mutaza, oraz igrzyska olimpijskie w Tokio.

 

Na tych pierwszych na Katarczyka nie było mocnych. Wygrał we wspaniałym stylu, skacząc 2.37 m. Dokładnie tyle, ile potrzeba było też do złota w Tokio. Tamberi zakończył rywalizację dziesięć centymetrów niżej. Po wczorajszym konkursie Włoch przyznawał, że to widok przyjaciela zdobywającego złoto dał mu wiele pewności siebie.

Kiedy doznałem kontuzji byłem tak blisko osiągnięcia swoich celów… Potem musiałem zacząć karierę na nowo. Gdybym doznał tej kontuzji gdzie indziej, byłoby mi łatwiej. A tak bałem się skakać. Kiedy Mutaz wygrał mistrzostwa świata, byłem szczęśliwy z jego powodu. Jemu udało się wrócić do formy, mi nie. Po roku od odniesienia kontuzji został mistrzem. To mnie zmotywowało. Powiedziałem sobie: „ucz się od niego” – wspominał Włoch.

*****

Kontuzje były tak poważne, że obaj nie wyobrażaliśmy sobie momentami powrotu do skoków. Teraz mamy złoto. To sen, z którego nie chcę się obudzić. Mogę powiedzieć, że naprawdę warto było walczyć – mówił Barshim. Gdy stanęli na najwyższym stopniu podium to on zawiesił Tamberemu medal na szyi. Tamberi z kolei zrobił to samo w drugą stronę.

Trudno o lepsze podsumowanie ich przyjaźni.

Obaj mówili, że po urazach po prostu chcieli wrócić. Igrzyska były celem, ale sam powrót na skocznię i do dobrej dyspozycji już ich cieszył. Nie marzyli nawet, że najważniejszy moment w swoich życiach będą mogli przeżywać wspólnie. A jednak tak się stało. Dla nich i wielu fanów, to było piękno sportu w czystej postaci. Choć niektórzy twierdzą, że obaj mogli, czy wręcz powinni walczyć o złoto, zorganizować dogrywkę, wybrać dalszą rywalizację.

W tym przypadku to było jednak niemożliwe. Nie było nawet jednej chwili, w której Włoch i Katarczyk by o tym pomyśleli. Gdy tylko Mutaz zapytał, czy mogą otrzymać dwa złote medale, a sędzia przytaknął, obaj wiedzieli, co chcą zrobić. Pięć sekund później jeden oszalał ze szczęścia i skakał, tarzał się po całym stadionie. Drugi pobiegł do swojego teamu, wypłakiwał się w ramiona bliskich.

Jeden podnosił potem drugiego z tartanu. Tak jak podnosili się – choć w inny sposób – lata wcześniej, gdy dopadły ich kontuzje. – Obaj wiemy, ile w to włożyliśmy. Ile to trwało. Przez co przeszliśmy – mówił Mutazz. Dzielili ze sobą swoje najgorsze chwile, wspierali się w ich trakcie i, jak sami przyznają, w dużej mierze sobie nawzajem zawdzięczają, że przez nie przebrnęli.

Czy to więc nie wspaniałe podsumowanie ich historii, że tę najlepszą też przeżyli wspólnie?

SW

Fot. Newspix


Subskrybuj
Powiadom o
guest
2 komentarzy
Najstarsze
Najnowsze Najlepiej oceniane
Inline Feedbacks
Pokaż wszystkie komentarze
Pablo Ostrovitz
Pablo Ostrovitz
1 rok temu

Kurde, fajna historia. Z jednej strony chyba 98 skoczków na 100 by podjęło tę samą decyzję (złoto to złoto, po co ryzykować?), ale z drugiej strony, jak to sią trafiło dwóm dobrym ziomom ze wspólną trudną przeszłością, to jednak wygląda to troche piękniej. Jakbym to oglądał w kinematografie amerykańskim, to bym uznał że scenarzysta pojechał; to jednak sport, bloody hell:-)

Andrzej
Andrzej
1 rok temu

Na początku myślałem, że powinno się jednak skakać do skutku. No bo co jakby taki sam wynik miało 5-6 zawodników ? Ale po poznaniu ich historii jednak dobrze się stało. Zasłużyli obaj na złoto i to jest historia, która po latach znajdzie się w kronikach igrzysk. Za 20 lat netflix walnie o nich serial a w nim będą parą 🙂

Aktualności

Kalendarz imprez