Durant perłą w koronie (znowu) mocnego zespołu USA

Durant perłą w koronie (znowu) mocnego zespołu USA

Niektórzy już dawno skończyli sezon. Inni na wakacjach są dopiero od tygodnia. Paru graczy wciąż gra i być może będzie jeszcze przez kilka tygodni. Wszyscy zdecydowali, że w lipcu dołączą do reprezentacji Stanów Zjednoczonych, aby walczyć o złoty medal na turnieju koszykówki w Tokio. Choć nie mówimy o kolejnym “Dream Teamie”, Amerykanie wyślą na igrzyska naprawdę mocną pakę (szczególnie w porównaniu do tej z MŚ 2019). Jedno nazwisko szczególnie rzuca się w oczy. Kevin Durant w stolicy Japonii powalczy o swój trzeci krążek olimpijski z najcenniejszego kruszcu.

Po tym, jak w piątym meczu finałów NBA w 2019 roku doznał paskudnej kontuzji, można było się zastanawiać – kiedy wróci do gry, i w jakiej formie? Odpowiedź na pierwsze pytanie była dość prosta – Durant straci cały sezon 2019/2020, aby zbudować jak najwyższą formę na kolejne rozgrywki. Ale czy wciąż będzie tym samym, znakomitym, zawodnikiem? Tu zaczynały się problemy. Bo historia stała przeciwko niemu.

Achillesa zrywał Kobe Bryant. Achillesa zrywali Elton Brand, Chauncey Billups, Dominique Wilkins, John Wall, DeMarcus Cousins, a także wielu innych koszykarzy NBA już z nieco “mniejszymi” nazwiskami. Żaden z nich tak naprawdę nie wrócił do formy sprzed urazu. Najbliżej był Wilkins.

“Wypadku” doświadczył w styczniu 1992 roku, tracąc resztę sezonu 1991/1992, ale na następny zdołał się wykurować. I zdobywał prawie 30 punktów na mecz, jako 33-latek. Zagrał też w Meczu Gwiazd, jak się potem okazało – swoim przedostatnim.

Inna sprawa, że jego kariera w najlepszej lidze świata dobiegła końca już w 1995 roku. Przeniósł się do Aten, aby grać dla miejscowego Panathinaikosu. Potem jeszcze pograł trochę w NBA, ale bez większych sukcesów. W każdym razie – jeśli Durant, w czasie rehabilitacji, miał szukać w kimś inspiracji, to właśnie w Wilkinsie.

Scenariusz, w którym “KD” będzie biegał po parkietach równo lekko co wcześniej, a w czasie playoffów Giannis Antetokounmpo – dwukrotny MVP ligi – nazwie go najlepszym koszykarzem na świecie, mógł nie śnić się nawet największym optymistom (no, może władzom Brooklyn Nets, które przygotowały dla niego kontrakt o wysokości ponad 150 milionów). Wyszło jednak tak, że Durant, kiedy w sezonie 2020/2021 pojawiał się na parkiecie, wyglądał jak najlepsza wersja siebie.

A już w lipcu ma dołączyć do kadry USA, która ma tylko jeden cel – złoty medal olimpijski.

Czas na odkupienie “win”

Pamiętamy doskonale, do jakiej niespodzianki doszło podczas mistrzostw świata w 2019 roku. Reprezentacja USA – po raz pierwszy od 2006 roku – wróciła z wielkiej imprezy bez złotego medalu. Ba, nie stanęła nawet na podium. Skład, w którym rolę lidera miał pełnić otoczony młodymi gwiazdami Kemba Walker, nie spełnił wysokich oczekiwań.

Wtedy można było powiedzieć: co z tego, skoro im nie wyszło, jeśli i tak wygrają igrzyska? Ale no właśnie, po tym, jak NBA ogłosiło kalendarz na sezon 2020/2021, powstało nowe pytanie: kto z gwiazd w ogóle na igrzyska pojedzie? Terminarz najlepszej ligi świata wydawał się kolidować z turniejem olimpijskim.

I owszem, nic w tej materii się nie zmieniło. Ostatni mecz finałów zaplanowano na 22 lipca (oczywiście jeśli będzie potrzebne siódme spotkanie), a granie w Tokio wystartuje dwa dni później. W przypadku przyszłych mistrzów czy “wicemistrzów” NBA, którzy zdecydują się polecieć na igrzyska, o odpoczynku zatem nie będzie mowy w ogóle. Cieszymy się po zwycięstwie lub smucimy się po porażce i wsiadamy do samolotu, który przeniesie nas do Kraju Kwitnącej Wiśni, prosta sprawa.

Fakty są jednak takie, że gotowość do reprezentowania barw narodowych USA, wyraziło wielu znakomitych koszykarzy, również z zespołów, które wciąż walczą o mistrzostwo NBA. Oto cała dwunastka:

Damian Lillard, Bradley Beal, Jayson Tatum, Devin Booker, Zach LaVine, Kevin Love, Bam Adebayo, Draymond Green, Jrue Holiday, Khris Middleton, Jerami Grant i właśnie Durant.

Jak wiele zmieniło się w składzie Amerykanów od czasu ostatnich wielkich imprez? Po raz drugi z rzędu na igrzyskach wystąpią Green oraz Durant. Z zespołu z mistrzostw globu 2019 pozostali zaś Tatum oraz Middleton. Spore doświadczenie reprezentacyjne ma też Love, który jest złotym medalistą olimpijskim z Londynu (to też zawodnik, który ma za sobą zdecydowanie najgorszy sezon z całej dwunastki).

Jayson Tatum znowu założy koszulkę USA

Sporo zatem “nowicjuszów”, poza Durantem i Lillardem próżno też szukać zawodnika, którego można określić mianem “supergwiazdy”. To jednak wciąż napakowana jak kabanos ekipa. I nieco zaskakująca, bo gdyby ktoś kazał nam tydzień temu wytypować skład USA na igrzyska, na pewno nie wymienilibyśmy w nim Holidaya, Middletona oraz Bookera – czyli zawodników, których drużyny mają wielką szansę awansować do finałów NBA. A co za tym idzie – zaklepać sobie granie w lipcu, tuż przed imprezą w Tokio.

Jak jednak widać – magia igrzysk działa. Co z tego, że stracisz część wakacji i parę tygodni na odpoczynek, skoro medal olimpijski jest na całe życie?

MVP rezygnuje, Simmons udaje głupiego

W przeszłości wielokrotnie dochodziło do sytuacji, w której największe amerykańskie gwiazdy rezygnowały z gry na reprezentacyjnych turniejach. Wiemy zresztą, jak to wygląda w zespole USA. Nawet kiedy “odpuszczam” powie jeden as, od razu znajdzie się pięciu na jego miejsce. Inne drużyny nie mogą jednak tego o sobie powiedzieć. Dlatego liderzy Francji, Hiszpanii czy Serbii zdecydowanie rzadziej rezygnują z reprezentowania barw narodowych, nawet jeśli chodzi nie o igrzyska, a mistrzostwa świata.

Tym bardziej dziwi absencja, o której ostatnio się dowiedzieliśmy. Otóż Serbii (o ile ta dostanie się na igrzyska) w Tokio nie wzmocni Nikola Jokić, czyli świeżo upieczony MVP sezonu regularnego w NBA. Powód? Chce odpocząć po długim i wymagającym sezonie, w czasie którego zagrał 82 z możliwych 82 meczów dla Denver Nuggets (licząc również playoffy). Można to oczywiście zrozumieć. Z drugiej strony – pewien zawodnik, który w przeciągu sezonu walczył z pomniejszymi kontuzjami, jeszcze niedawno rehabilitował się po zerwaniu Achillesa, a w playoffach nosił na barkach całe Brooklyn Nets, uznał, że jeszcze mu mało. I w Tokio się pojawi. Chodzi oczywiście o Duranta.

Postawa 32-latka może imponować. Gdyby zrezygnował z kadry, nikt nie miałby mu tego za złe. Szczególnie że w przeszłości zrobił dla niej wiele. Jest mistrzem świata z 2010 roku (kiedy znakomicie spisał się w roli młodego lidera), a także podwójnym mistrzem olimpijskim, z Londynu i Rio. Możemy przypuszczać, że wizja bycia drugim, obok Carmelo Anthony’ego, koszykarzem z USA, który sięgnie po trzeci medal z najcenniejszego kruszcu, przekonała go do odłożenia planów urlopowych. Choć może za bardzo filozofujemy: bo jeśli Durant jest zdrowy, czuje się dobrze, to czemu ma odmawiać gry?

Są po prostu gracze, którym na grze dla reprezentacji zwyczajnie zależy. Rudy Gobert w pierwszej połowie czerwca mówił, że nawet kiedy ominie go ceremonia otwarcia, będzie chciał wejść z trofeum Larry’ego O’Briena (przyznawanym za zdobycie mistrzostwa w NBA) do samolotu i polecieć do Tokio. To się nazywa determinacja, choć teraz już wiemy, że nie będzie takiej możliwości, bo Francuz odpadł w półfinałach konferencji NBA. Może zatem w spokoju przygotowywać się do turnieju olimpijskiego czy też przed nim odpoczywać. W każdym razie – nikt ani nic nie przeszkodziłoby Gobertowi w założeniu koszulki Trójkolorowych.

Po drugiej stronie znajduje się Ben Simmons. Powiedzmy tak: ten to jest niezły bajerant. Przed igrzyskami w Rio mówił, że dołączy do kadry Australii, aby walczyć o olimpijski medal, ale potem wycofał się, wskazując na konieczność przygotowywania się do debiutanckiego sezonu w NBA. Przed mistrzostwami globu w 2019 roku również zgłosił gotowość. Ale potem usprawiedliwiał się “obowiązkami zawodowymi”. O tym, że w Tokio już zagra, mówił w 2017 roku, w 2018 roku, jak i parę miesięcy temu. Wychodzi jednak na to, że… nic z tego nie wyjdzie.

Simmons podobno chce szlifować swoje umiejętności przed sezonem 2021/2022 w NBA i według Briana Windhorsta z ESPN na IO nie wystąpi. Szkoda słów. Owszem, ostatnio spadła na niego olbrzymia krytyka za to, jak grał przeciwko Atlancie Hawks, śmiało można powiedzieć, że jest na wylocie ze swojego klubu, ale koniec końców z danego (nieraz!) słowa warto byłoby się wywiązać. No ale co zrobić – Simmonsa, który z Melbourne wyprowadził się jako 15-latek, nikt do niczego nie zmusi. Jest dorosłym człowiekiem. Następnym razem mógłby po prostu nie robić swoim rodakom nadziei.

Gwiazdy, gwiazdy, a wśród nich Polacy?

Polscy koszykarze pojawią się w Tokio – to już pewne. Mówimy jednak wyłącznie o baskecie w odmianie 3×3. Reprezentacja Mike’a Taylora tymczasem przegrała dwa sparingi z Brazylią i jest myślami już przy turnieju kwalifikacyjnym do igrzysk, który wystartuje 29 czerwca i potrwa do 4 czerwca. Jak wyglądają szanse naszej drużyny? Aby pojawić się w Tokio, będzie trzeba okazać się lepszym od Litwy oraz Słowenii, prowadzonej, niestety, przez Lukę Doncica. Jeden z najlepszych koszykarzy globu jest już ze swoimi kolegami z kadry i dobrze się bawi – w sparingu przeciwko Chorwacji zanotował 10 punktów i… 17 asyst.

O awans na olimpijską imprezę nie będzie zatem łatwo. Ale tak to już wygląda – inne reprezentacje mają lepsze personalia od nas. W przeszłości polskim koszykarzom udawało się jednak pokonywać – w teorii – silniejsze zespoły. Trzymamy kciuki, żeby na przełomie czerwca i lipca ta historia się powtórzyła.

Jakie reprezentacje – poza USA, Francją i Australią – są już pewne występu w Tokio? Mistrzowie świata, czyli Hiszpanie, a także najlepsze drużyny swoich kontynentów, czyli Iran, Argentyna, Nigeria oraz gospodarze, czyli Japonia. Wolne zostały cztery miejsca, które zajmą cztery najlepsze ekipy czterech różnych turniejów kwalifikacyjnych. Jeśli wśród nich nie znajdą się Grecy Giannisa Antetokounmpo, za największą gwiazdę igrzysk w Tokio (oby nie obok Doncica) będziemy mogli uznać Kevina Duranta.

Oczywiście – nie tylko na nim zawisną oczy całego świata. Pięknych historii powinno być sporo. W barwach Hiszpanii zobaczymy legendarny duet braci Gasolów (obaj są w szerokiej kadrze), o wreszcie świetny występ na międzynarodowym turnieju postarają się utalentowani Nigeryjczycy, wierzymy też (powtarzamy się) w obecność Polaków. Jeśli jednak mielibyśmy wskazać komuś jednego zawodnika, na którego warto rzucić oko, powiedzielibyśmy: patrz, ten gość ma prawie 33 lata i w 2019 roku zerwał Achillesa. I tak, nie powinien być wciąż tak piekielnie dobry. Ale jednak jest.

Fot. Newspix.pl


Subskrybuj
Powiadom o
guest
0 komentarzy
Inline Feedbacks
Pokaż wszystkie komentarze

Aktualności

Kalendarz imprez