Duplantis ze złotem, Lisek bez medalu

Duplantis ze złotem, Lisek bez medalu

Zawieszanie zawodnikowi złotego medalu na szyi jeszcze przed konkursem to zły nawyk. Zwłaszcza, jeżeli ten debiutuje na igrzyskach. Ale w skoku o tyczce faworyt do zwycięstwa był tylko jeden – Armand Duplantis. Złote dziecko tej dyscypliny. Szwed nie zawiódł oczekiwań.

Z perspektywy szansy medalowej dla Piotra Liska pocieszający był fakt, że z powodu pozytywnego testu na koronawirusa w ostatnim momencie wykluczony z rywalizacji został Sam Kendricks. Albo to, że Renaud Lavillenie na krótko przed startem na igrzyskach zmagał się z kontuzją stawu skokowego. Ale skok o tyczce obecnie nie opiera się na dwóch-trzech dobrych zawodnikach. W konkursie brał udział Thiago Braz, obrońca tytułu z Rio de Janeiro. W kwalifikacjach z dobrej strony pokazali się Menno Vloon i Bo Kanda Lita Baehre. Ba, same Stany Zjednoczone poza Kendricksem miały w zanadrzu Christophera Nilsena i KC Lightfoota. Obaj w tym sezonie skakali wyżej od zawodnika Grupy Sportowej ORLEN. Oczywiście Duplantisa nie wliczamy do powyższego zostawienia – zostawmy kosmitę na jego własnej orbicie.

Zatem zadanie było szalenie ciężkie, a wysokość 5.82 – rekord Piotra w obecnym sezonie – mogła nie wystarczyć do medalu. Polak musiał nawiązać do formy z 2019 roku, kiedy przeskakiwał poprzeczkę zawieszoną na sześciu metrach.

Dramat mistrza, moc ucznia

Konkurs rozpoczął się spokojnie, choć dziwiło to, że Lavillenie odpuścił pierwszą wysokość – 5.50. Reszta stawki – nawet Mondo – zdecydowała się podejść do najniższej wysokości, traktując ją jako przetarcie przed poważnym skakaniem. Zagadka szybko się wyjaśniła. Francuski mistrz wprawdzie rozprawił się z 5.70 w pierwszej próbie, ale zeskok opuszczał z grymasem bólu, a z trenerem konsultował się ze łzami w oczach. Stało się jasne, że niezaleczona kontuzja dała o sobie znać.

A co z Piotrkiem? Ten swój drugi skok zepsuł, po czym zdecydował się nieco zaryzykować. Kiedy rywale zmagali się z 5.70 – a nie każdemu udawało się ją pokonać – Polak przeniósł poprzeczkę o dziesięć centymetrów. Ta decyzja była strzałem w dziesiątkę – Lisu przeskoczył wysokość za pierwszym razem, co uplasowało go na czwartym miejscu. Ale do medali wciąż trzeba było wykrzesać z siebie więcej. Poprzeczka poszybowała na 5.87. Piotrek musiał udowodnić sobie i nam, że do Tokio przyjechał w najlepszej formie w tym sezonie.

Niestety, nie tym razem

Kiedy Braz i Nilsen pokonali tę wysokość w pierwszej próbie, reszta stawki znalazła się pod presją. Oczywiście poza Duplantisem, który po prostu sobie odpuścił to wyzwanie. Ot, Szwed po prostu nie ma w zwyczaju skakać nieparzystych wysokości. Chyba, że mowa o sytuacji, w której poprzeczka jest zawieszona na ponad sześć metrów. Piotrek był blisko, walczył w powietrzu, ocierał się o pozostanie w turnieju. Niestety, zawsze czegoś brakowało i tym sposobem Lisek pożegnał się z konkursem. Lekki niedosyt pewnie jest, ale popularny „Lisu” jak zwykle optymistycznie podchodzi do swojego występu.

– Cieszę się, że mogłem brać w tym udział. Nie każdy ma szansę być w finale igrzysk olimpijskich – mi się to udało. Niedosyt jest, 5.87 na pewno było w moim zasięgu – powiedział w wywiadzie dla TVP Sport.

Ale czy ta wysokość, pokonana za drugim czy trzecim razem dawałaby mu medal? Nie, bo Thiago Braz rozprawił się z nią za pierwszym podejściem. Zawodnik Grupy Sportowej ORLEN ostatecznie ukończył zmagania na szóstej pozycji. I patrząc obiektywnie, w tym sezonie po prostu na tyle było go stać.

Mondo ze złotem, ale bez kolejnego rekordu świata

W walce o medale sensacji nie było. Wspomniany Braz – obrońca tytułu – zatrzymał się na 5.87. Na placu boju pozostali Christopher Nilsen i Armand Duplantis. Przez chwilę wydawało się, że to może być wyrównana rywalizacja – obaj za pierwszym razem przeskoczyli poprzeczkę zawieszoną na wysokości 5.97. I na tym emocje się skończyły. Złote dziecko tyczki na luzie rozprawiło się z 6.02, czemu Amerykanin nie podołał. Dalej mieliśmy klasyczne Mondo-show. Przeszkoda ląduje na wysokości 6.19, a Duplantis stara się ustanowić rekord świata. W trzeciej próbie było bardzo blisko, jednak tym razem się nie udało.

Mimo wszystko wciąż szanujemy Szweda za podejście. Mógł spokojnie zabrać Brazowi rekord olimpijski wynoszący 6.03 i próbować pobić rekord. Ale nie – albo grubo, albo wcale, bez półśrodków. W każdym razie, swój cel osiągnął. Obecnie panujący król tyczki jest już w olimpijskiej koronie. Biorąc pod uwagę jego wiek – ma 21 lat – to będzie długie i owocne panowanie na olimpijskim tronie.

Fot. Newspix


Subskrybuj
Powiadom o
guest
0 komentarzy
Inline Feedbacks
Pokaż wszystkie komentarze

Aktualności

Kalendarz imprez