Doping wbrew woli. Bajka czy niedorzeczny dramat jak u Vegi?

Doping wbrew woli. Bajka czy niedorzeczny dramat jak u Vegi?

Przez wiele lat była znana w środowisku jako ambasadorka czystego biegania i zdecydowana przeciwniczka niedozwolonego wspomagania. Tym większy był szok, gdy pod koniec listopada okazało się, że Ophelie Claude-Boxberger została przyłapana na stosowaniu EPO. Po kilku dniach okazało się, że sprawa może być dużo bardziej złożona, a doping mógł zostać podany biegaczce bez jej wiedzy. I to przez człowieka, który kiedyś miał ją molestować.

W takich sytuacjach zawsze zapala się lampka ostrzegawcza. Każdy sportowiec przyłapany na sięganiu po nieregulaminowe wsparcie przekonuje, że winny jest cały świat tylko nie on. Tłumaczenia często odsyłają wprost do krainy absurdu, co opisywaliśmy zresztą w oddzielnym tekście. W ostatnich miesiącach do stale wydłużającej się listy wymówek doszło między innymi skażone mięso, które miało odpowiadać za pozytywny wynik testu Canelo Alvareza – jednego z najlepszych pięściarzy świata.

Inne głośna sprawa to także doping Maxa Haukego. Austriacki biegacz narciarski został nagrany podczas… przetaczania krwi. Nielegalny proceder miał miejsce podczas mistrzostw świata w Seefeld, a podczas tego samego nalotu wpadło jeszcze czterech innych sportowców.

Jestem zszokowany ich zuchwalstwem

– komentował Ernst King, szef szwajcarskiej agencji antydopingowej.

Szokiem w 2019 roku był też doping w… brydżu. W marcu 49-letni Geir Helgemo został zdyskwalifikowany na rok. U byłego mistrza świata wykryto klomifen i syntetyczny testosteron. Pojawiło się jednak pytanie, czy takie “wsparcie” ma w ogóle wpływ na postawę przedstawiciela takiej dyscypliny. Raczej nie, ale Międzynarodowa Federacja Brydża (WBF) stale dąży do tego, by dołączyć do olimpijskiej rodziny, więc przestrzega ustaleń Światowej Federacji Antydopingowej (WADA). Jak widać musi robić to konsekwentnie, nawet jeśli nie ma w tym większego sensu…

Sprawa, która wstrząsnęła w ostatnich dniach sportową Francją, jest jeszcze bardziej skomplikowana. Ophelie Claude-Boxberger nie jest może zawodniczką, która może pochwalić się wielkimi międzynarodowymi sukcesami, ale i tak jest w ojczyźnie powszechnie szanowana. Pochodzi ze sportowej rodziny – jej ojciec Jacques Boxberger to czterokrotny olimpijczyk. W 1968 roku był szósty w finale biegu na 1500 metrów, a 16 lat później finiszował na 42. miejscu w gronie maratończyków.

W 2001 roku Francuzi opłakiwali jego tragiczną śmierć, do której doszło w kuriozalnych okolicznościach. Biegacz był z rodziną na wakacjach w Kenii. Podczas wycieczki na safari próbował nakręcić film, ale miał ogromnego pecha. Jeden ze słoni zareagował agresywnie; złapał Boxbergera trąbą, rzucił nim o drzewo, a potem stratował na śmierć. Wszystko działo się na oczach żony i zaledwie trzynastoletniej wówczas córki Ophelie, która niedługo po tym traumatycznym doświadczeniu poważnie postawiła na biegi.

W związku z lekarzem

Równolegle z coraz lepiej rozwijającą się karierą sportową zawodniczka pamiętała o nauce. W 2010 roku skończyła studia na Uniwersytecie Besancon, ale największe sukcesy w biegach przyszły stosunkowo późno. Choć trzeba przyznać, że na poziomie krajowym wyróżniała się od zawsze – dowodem niech będzie aż dziewięć złotych medali w mistrzostwach Francji i ponad drugie tyle srebrnych i brązowych.

Jej specjalność długo stanowił bieg na 3000 metrów z przeszkodami, choć na ważnych imprezach próbowała też sił na 1500 metrów. W ostatnich miesiącach zaczęła próbować sił na dłuższych dystansach, pokonując podobną drogę jak przed laty jej ojciec. I tu zaczęły się już pojawiać naprawdę zauważalne sukcesy. W 2018 roku wygrała prestiżowy półmaraton “20 kilometres de Paris”, przełamując trwającą 17 lat dominację biegaczek z Afryki. Nawiązała tym samym do osiągnięcia ojca, który wygrał tę imprezę w 1982 roku.

W tym roku tak dobrze jej już nie szło. Choć zdobyła kolejne mistrzostwo kraju w biegu na 3000 metrów z przeszkodami, to podczas mistrzostw świata w Katarze nie awansowała do finału. Mimo to wciąż było o niej głośno, ale z nie do końca sportowych powodów. Biegaczka miała mieć romans z… lekarzem kadry. Jean-Michel Serra kilka miesięcy wcześniej miał żalić się francuskiej agencji antydopingowej (AFLD), że biegaczka jest zbyt często wyznaczana do testów i wyjątkowo źle to znosi. Był jeden problem – nikt nie wiedział wówczas, że są razem.

Lekarz przyznał potem, że pytał z ciekawości i wcale nie chodziło mu o to, by najważniejsze organy zaczęły inaczej patrzeć na zawodniczkę, z którą właśnie nawiązał bliższą relację. Nigdy zresztą nie doczekał się odpowiedzi na swoje pytania, ale od kilkunastu dni ma kolejny problem na głowie. Okazało się, że jeden z testów przeprowadzonych jeszcze przed mistrzostwami przyniósł pozytywny wynik. EPO to zmora współczesnego sportu, ale sporo wskazuje na to, że sytuacja Claude-Boxberger była cokolwiek osobliwa.

– Nie rozumiem, co się stało. Musi istnieć jakieś wytłumaczenie

– przekonywała biegaczka na gorąco. W środowisku nie mogła liczyć na wsparcie. – Dobrze, że mamy teraz takie zamieszanie. To pokazuje, że zmierzamy w stronę oczyszczenia sportu – komentował Kevin Mayer, rekordzista świata w dziesięcioboju i jedna z twarzy francuskiej lekkoatletyki.

Zawodniczka zażądała zbadania próbki B. Mówiła, że chce lepiej zrozumieć, jak zakazana substancja mogła znaleźć się w jej organizmie. Od początku tłumaczyła, że nie ma pojęcia, jak mogło dojść do całego zamieszania, ale takie tłumaczenie to przecież nic nowego. Teraz Francuzka została w jakimś sensie zrehabilitowana, bo w tym całym zamieszaniu pojawił się nowy trop, który pozornie wydaje się najbardziej pasować do kompletnie oderwanego od rzeczywistości sensacyjnego kina Patryka Vegi.

Od molestowania po współpracę?

Służby badające sprawę zaczęły bliżej przyglądać się osobom z otoczenia zawodniczki. Alain Flaccus to jej były trener, a także… partner jej matki. Sama Ophelie Claude-Boxberger wiele lat wcześniej zakończyła współpracę z nim, bo zarzucała mu molestowanie seksualne, ale ostatecznie wycofała pozew – podobno na prośbę własnej matki. Wiadomo, że obie strony musiały się jakoś dogadać, bo w 2018 roku mężczyzna na stałe dołączył do sztabu biegaczki. Do tego stopnia, że przygotowywał jej posiłki i był nawet… głównym masażystą.

No dobra, jak można powierzyć takie obowiązki komuś, kto miał dopuścić się molestowania? Nie wiadomo, jednak pewne jest to, że za pomysłem włączenia go do sztabu również stała matka zawodniczki. Mężczyzna spędził 48 godzin w areszcie i na kolejnym przesłuchaniu przyznał, że własnoręcznie wykonał zastrzyk z EPO, gdy Claude-Boxberger spała po masażu i nie była niczego świadoma. Motywowała go podobno zazdrość o miłosną relację biegaczki z lekarzem kadry, który – podobnie jak Flaccus – jest mężczyzną po sześćdziesiątce.

Sam proces podania zakazanej substancji też był dość osobliwy. Według relacji francuskich mediów mężczyzna miał kupić nielegalną drogą dwa zastrzyki. Zdążył jednak wykonać tylko jeden, bo biegaczka nagle się ocknęła. Przyłapany na gorącym uczynku Flaccus miał przekonywać lekkoatletkę, że… przypadkiem ją uszczypnął. Drugiego zastrzyku już nie wykonał. Są pewne poszlaki wspierające tę tezę. Policja w domu mężczyzny znalazła sporo specjalistycznej literatury na temat dopingu.

Nareszcie wszystko zaczęło się składać w jedną całość – teraz rozumiem, jak EPO mogło znaleźć się w moim organizmie. Ta osoba wykorzystała moment mojej psychologicznej i fizycznej słabości. Zrobiła to z premedytacją, by złamać moją karierę – mówiła poruszona 31-latka przed kamerami. To kolejna drobna rzecz działająca na korzyść zawodniczki , od samego początku chętnie rozmawiała z mediami i tłumaczyła wszystko jak tylko mogła.

Przyznanie się do winy Flaccusa wcale nie zamyka sprawy, ale jeśli ten trop się potwierdzi, biegaczka może zostać zrehabilitowana. W tym wszystkim jest jednak wiele absurdalnych zbiegów okoliczności, które po prostu wymykają się logice. Trudno przejść do porządku dziennego nie tylko nad historią oddania obowiązków masażysty w ręce faceta, któremu zarzucało się molestowanie. Dziwnym trafem jest również to, że całej historii doświadczyła akurat zawodniczka związana z głównym lekarzem kadry.

W całej sprawie jest jeszcze drugie dno. Świadome podawanie rywalom niedozwolonych substancji może być w ogóle przyszłością dopingu. Od dawna przekonywał o tym Alberto Salazar, który jest znany z zachowań z pogranicza etycznej szarej strefy. Koordynator Nike Oregon Project przestrzegał swoich podopiecznych przed jakimkolwiek kontaktem z przeciwnikami – nawet przed podawaniem ręki. Obawiał się, że już niedługo ktoś w nieświadomego niczego sportowca może wetrzeć np. żel zawierający syntetyczny testosteron, co wyjdzie potem na testach.

Brzmi niedorzecznie? W obliczu ostatnich ustaleń na temat Salazara chyba niekoniecznie. Nakreślony przez niego scenariusz wciąż wydaje się bardziej realny niż to, co miała przeżyć Ophelie Claude-Boxberger, ale z ostatecznym osądem poczekajmy na zakończenie śledztwa, bo wiele wskazuje na to, że jeszcze niejeden niedorzeczny zakręt przed nami.

KACPER BARTOSIAK

 

Fot. Newspix.pl

 


Aktualności

Kalendarz imprez