Doping, korupcja i zaginione miliony. ARD znów wytacza najcięższe działa

Doping, korupcja i zaginione miliony. ARD znów wytacza najcięższe działa

Niemiecka stacja ARD po raz kolejny pokazała brudne oblicze świata sportu. Tym razem (dla odmiany) na celowniku dziennikarzy znalazła się Międzynarodowa Federacja Podnoszenia Ciężarów (IWF), a konkretnie jej długoletni prezes – Tamas Ajan. Zarzuty są poważne i dotyczą nie tylko korupcji na szczytach władzy, ale także prowadzenia programu dopingowego obejmującego nawet nastolatków i defraudowania milionów od Międzynarodowego Komitetu Olimpijskiego.

Najnowsza historia nauczyła nas, że jeśli ARD dzieli się ze światem jakimś materiałem, to zdecydowanie warto pochylić się nad tą sprawą. To właśnie opublikowany w grudniu 2014 roku film o kulisach systemowego dopingu w Rosji był kamieniem, który poruszył lawinę. Sprawa ciągnie się do dziś, a w kolejnych latach poznaliśmy więcej przerażających szczegółów, które potrafiły wyleczyć z naiwności wielu sympatyków sportu.

Tym razem może być bardzo podobnie. Podnoszenie ciężarów nie było w ostatnich latach dyscypliną wolną od problemów. Dopingowe afery powracały cyklicznie, ale światowa federacja próbowała robić dobrą minę do złej gry i długo mogła się wydawać “dobrym” policjantem w całej zabawie. To w końcu wysłani przez IWF kontrolerzy pomogli odkryć kulisy dopingu w Egipcie, który doprowadził do wykluczenia reprezentantów tego kraju z igrzysk w Tokio i srogich kar.

Doping? Egipt nie jest Rosją i nie chowa głowy w piasek

Dziś coraz więcej wskazuje na to, że była to tylko przykrywka. “Władca ciężarów” – bo mniej więcej tak należy przetłumaczyć nawiązujący do powieści William Goldinga tytuł filmu – to pozycja, w której największe wrażenie robią szokujące detale. Bo jak tu przejść do porządku dziennego nad faktem, że blisko połowa z 450 medalistów igrzysk olimpijskich i mistrzostw świata w latach 2008-2018 nie została poddana niezależnej kontroli dopingowej poza zawodami w roku najważniejszych zawodów?! A mówimy przecież o sporcie, w którym niedozwolone wsparcie zdarza się wyjątkowo często.

W materiale nie brakuje również zeznań udzielonych pod nazwiskiem, choć nagranych pod przykryciem. Dzięki temu mamy jednak pojęcie, jak pewne wydarzenia funkcjonują od środka. W 2014 roku o kulisach rosyjskiego dopingu opowiadała Julija Stiepanowa. Teraz podobne pogłębione spojrzenie umożliwiło nagranie relacji Siripuch Gulnoi. Pochodząca z Tajlandii zawodniczka w 2012 roku zdobyła brązowy medal igrzysk w Londynie – miała zrobić to korzystając z dopingu.

Zapłać za czysty test

Nie była to wcale jednorazowa sytuacja. Gulnoi (wtedy znana pod panieńskim nazwiskiem Rattikan) opowiedziała, że niedozwolone substancje udostępniano jej gdy była nastolatką. “To były środki, po których rosły mi wąsy, a moja szczęka zaczęła wyglądać na męską” – relacjonowała. Według jej słów w Tajlandii sięganie po zakazane środki jest uznawane za część dyscypliny i nikt się tym specjalnie nie przejmuje. Niektóre zawodniczki poznają doping już w wieku 13 lat! I to nie byle jaki, bo najlepsze substancje są oczywiście importowane.

Kolejną patologiczną częścią absurdalnego zjawiska opisanego przez ARD jest także reagowanie, gdy coś pójdzie nie tak. Dziennikarze nagrali również Dorin Balmus – lekarkę współpracującą z mołdawskimi ciężarowcami. Z jej słów wynika, że w przypadku jakichkolwiek wątpliwości związanych z ewentualną czystością testu dopingowego można po prostu zapłacić testerom łapówkę i bez większego problemu dostarczyć czystą próbkę od kogoś z zewnątrz lub w ogóle spoza środowiska.

Trzeba zaznaczyć, że lekarka mówiła głównie o testach nadzorowanych przez Węgierską Agencję Antydopingową (HUNADO). Według ustaleń twórców filmu przedstawiciele tej firmy odpowiadali w ostatnich latach za ponad 3/4 przeprowadzonych testów. Balmus nie poprzestała na relacji – podała również bardziej szczegółowy cennik. Za czysty test przy zawodach na poziomie krajowym trzeba zapłacić 60 dolarów. Za taki sam podczas zawodów rangi międzynarodowej już 200. Dużo? Raczej mało, biorąc pod uwagę jakie mogą być reperkusje pozytywnego wyniku dla zawodniczych karier.

Problemy z węgierską agencją pojawiały się już wcześniej. W 2015 roku przekonała się o tym także Amerykańska Agencja Antydopingowa (USADA), która włączyła się w proces nadzoru testów podczas organizowanych w Houston mistrzostw świata. Węgrzy na taką inicjatywę zareagowali niechętnie i dziś chyba wiadomo co było źródłem takich zachowań. Okazało się, że na dopingu przyłapano aż 26 zawodników (blisko połowa z tego grona to reprezentanci Rosji i Azerbejdżanu). Oprócz tego w szatni znaleziono także wiele strzykawek, ale sprawa nie doczekała się poważniejszego ciągu dalszego – aż do dziś.

Diabeł tkwi bowiem w szczegółach. Zdziwienia skalą nielegalnego procederu nie krył Hans Geyer – członek powołanej przez IWF komisji do spraw dbania o czystość dyscypliny, który pracuje w laboratorium w Kolonii. Jakimś cudem testy z Niemiec wychodziły jako czyste – dopiero po dodatkowym przebadaniu okazywało się, że coś było z nimi nie tak. Wewnętrzna kontrola wykryła wtedy wiele innych nieprawidłowości, ale wydaje się, że sprawie ukręcono łeb.

Ciekawostka? Po ponownym przebadaniu próbek w gronie dopingowiczów znalazł się także tercet z Mołdawii, któremu próbki pobierali… kontrolerzy z Węgier, których specyficzną metodologię opisała Dorin Balmus. “Jakim cudem mogli nie zauważyć, że doszło do podmianki? Dla nas to ciągle zagadka. Być może sami kontrolerzy byli w to zamieszani” – przyznał w końcu przed kamerami ARD Hans Geyer.

W żywe oczy

O skali nadużyć w testach otwarcie mówi się w środowisku. Lidia Valentin – pierwsza w historii Hiszpanii medalistka olimpijska w podnoszeniu ciężarów – w 2012 roku w Londynie w ogóle nie stanęła na podium. Po pięciu latach dostała medal – i to od razu złoty, bo na dopingu wpadły wszystkie trzy (!) ówczesne medalistki. Podczas zawodów w Niemczech otwarcie zapytała o brak testów. “Nie było ich dlatego, bo wiele z nich dałoby wynik pozytywny” – konstatuje dziś zawodniczka. Inni potwierdzają, że o dopingu otwarcie mówi się w codziennych rozmowach między samymi ciężarowcami.

“Czasami nie mogłem uwierzyć, jak naturalnie im to przychodzi. Dla nich sięganie po doping jest tak naturalne jak dla nas coś odwrotnego. Nie winię bezpośrednio konkretnych zawodników – to system pozwala na takie wypaczenia” – tłumaczył ARD niemiecki olimpijczykJuergen Spiess. Suma zarzutów była imponująca – czegoś takiego nie da się zamieść pod dywan. Sprawę szybko podchwyciły media – i to nie tylko te stricte sportowe. Błyskawicznie o wyjaśnienia zaapelował także MKOl.

Prezes Ajan oczywiście zdementował wszystkie zarzuty. Na obecnym stanowisku trwa od 2000 roku – wcześniej przez ćwierć dekady był sekretarzem związku, więc bezpiecznie można powiedzieć, że widział w tym sporcie już wszystko lub prawie wszystko. Dziś ma 80 lat i ciężko powiedzieć na ile mocną ręką zarządza organizacją. Wiadomo, że na razie odmówił tłumaczenia twarzą w twarz nawet przed zbulwersowanymi medialnymi doniesieniami działaczami.

Bo w tym całym zamieszaniu jest także jeden aspekt, który prowadzi bezpośrednio do Ajana i tylko do niego. Dziennikarze ARD przekonują, że z IWF zniknęły miliony dolarów przelewane przez MKOl, które znajdują się teraz na koncie, do którego dostęp ma tylko prezes. Brakująca kwota dobija do 8 milionów dolarów, a sprawa była znana MKOl już przed kilkoma laty, ale ówczesny prezydent Jacques Rogge mimo pewnej presji w środowisku nie skierował jej choćby do komisji etyki.

Zarzutom o krycie dopingu zaprzecza także HUNADO – Węgierska Agencja Antydopingowa. Doniesienia dziennikarzy kontruje także Tajlandia. Chichotem historii jest jednak to, kto zaangażował o “uczciwe, niezależne śledztwo przeprowadzone na pełną skalę“. Otóż zrobił to… Maksym Agapitow – prezes Rosyjskiego Związku Podnoszenia Ciężarów, który od 2016 roku próbuje posprzątać w stajni Augiasza.

Między słowami zdradził, że nie tak dawno sam domagał się od IWF wyjaśnień. Miał wątpliwości co do braku przejrzystości niektórych działań związanych z finansami i dopingiem. Niepokoiło go na przykład to, że w 2014 roku utworzono funkcję dyrektora generalnego, którą objął potem Atilla Adamfi – prywatnie zięć… prezesa Ajana. Nie wiadomo, co dokładnie wchodzi w skład jego obowiązków i za co tak naprawdę odpowiada. Agapitow miał więcej pytań i wątpliwości, ale nie doczekał się żadnej odpowiedzi na swoje pismo.

Stan gry kilka dni po emisji bulwersującego dokumentu wygląda mniej więcej tak, że wszyscy oskarżeni zaprzeczają jakimkolwiek nadużyciom. Nawet ci, którzy dali się nagrać – jak Siripuch Gulnoi, która mimo nagrania zaprzecza, że kiedykolwiek mówiła coś o dopingu w Tajlandii. Dla dziennikarzy ARD to chyba nic nowego – kwestia rosyjska też nie wyklarowała się od razu, ale jak już zaczęło się dziać, to już naprawdę konkretnie. Kolejne zwroty akcji wydają się więc kwestią czasu.

KACPER BARTOSIAK


Aktualności

Kalendarz imprez