Doha 2019: mix 4×400 bez medalu, Swoboda i Kszczot bez finału

Doha 2019: mix 4×400 bez medalu, Swoboda i Kszczot bez finału

Dziś mieliśmy jedną szansę medalową w Dosze. Sztafeta mieszana 4×400 m (Wiktor Suwara oraz troje zawodników Grupy Sportowej ORLEN – Rafał Omelko, Iga Baumgart-Witan, Justyna Święty-Ersetic – kolejność nieprzypadkowa) nie wykorzystała jej jednak i skończyło się na piątym miejscu. Do medalu zabrakło tyle co nic. Na półfinałach zakończyli przygodę z tegorocznymi mistrzostwami świata Ewa Swoboda i Adam Kszczot.

Trener Aleksander Matusiński dokonał zmian względem tego, jaki skład wywalczył w  sobotę prawo startu w finale. Do rywalizacji dziś przystąpiły Iga Baumgart-Witan i Justyna Święty-Ersetic, które zastąpiły Annę Kiełbasińską i Małgorzatę Hołub-Kowalik. Drugi dzień z rzędu startowali Wiktor Suwara i Rafał Omelko. Lecz trener dokonał jeszcze jednej, pokerowej zagrywki. Zmienił strategię na bieg. Rozpoczął Suwara, który przekazał zmianę Omelce, a potem już do akcji przystępowały panie, najpierw Iga, później Justyna. Żaden inny zespół nie zastosował takiego ustawienia. Dziwnie musiało się biec Rafałowi Omelce mając świadomość, że zostawia z tyłu siedem sapiących kobiet. Zresztą przyznał, że to niezwykła dla niego sytuacja, że goni go aż tyle dziewczyn jednocześnie. Mieliśmy sporą przewagę, a Iga jeszcze ją powiększyła. Zmiany były sprawne i to chyba największa zaleta tego rozstawienia, bo udało się Polakom uniknąć ryzykowanych przepychanek podczas przekazywania pałeczek. Na ostatniej czterysetce koło mistrzyni Europy przeleciał najpierw jeden pociąg ekspresowy (USA), potem niestety drugi (Jamajka), trzeci (Bahrajn) i czwarty (Wielka Brytania). Justyna biegła jak natchniona, jednak jej przewaga wypracowana przez poprzedników nie wystarczyła by wbiec na podium. Mimo braku medalu, piąte miejsce bardzo cieszy, bo pokazuje, że podium jest w zasięgu. Konkurencji tej trzeba się jeszcze nauczyć. A serca naszym na pewno nie zabraknie, bo dziś wspaniałą walką udowodnili swoje wielkie ambicje. Brawo!

Faworytami wszystkich byli Amerykanie (rekord świata w eliminacjach i rekord świata w finale) z wielką Allyson Felix. Do rekordu Europy zabrakło nam 0,06 sekundy. O tyle przegraliśmy czwarte miejsce. Na pocieszenie padł rekord Polski 3:12.33, zaś nowy rekord świata to 3:09.34. W przypadku Polaków ten wynik zdecydowanie da się jeszcze trochę ściąć. Orientacyjne czasy naszych zawodników: Wiktor Suwara 46.2, Rafał Omelko 44.9, Iga Baumgart-Witan 51.1 i Justyna Święty-Ersetic 50.1. Czy możemy być optymistami jeśli chodzi o przyszłoroczne igrzyska? Zdecydowanie. W mężczyznach drzemią wciąż rezerwy. Suwarę postawiło na ostatnich metrach, Omelko pobiegł na miarę możliwości, dziewczyny natomiast świetnie. Trzeba wierzyć w zamysł trenera Matusińskiego i świadome budowanie życiowej formy na przyszły rok. Będzie dobrze. Tymczasem przed Aniołkami jeszcze starty indywidualne (eliminacje już w poniedziałek!) i w sztafecie żeńskiej. Będzie się działo! Bo po Justynie widać dziś było, że jest doskonale przygotowana. Tak szybko w sztafecie dotąd nie pobiegła.

I jeszcze małe wyjaśnienie, skąd w Dosze tyle rekordów w tej konkurencji? To nowość, po raz pierwszy odbył się mieszany damsko-męski bieg rozstawny, którego stawką było mistrzostwo świata. Stąd też dopiero budowane są tabele z najlepszymi rezultatami. Mix 4×400 zadebiutuje w programie olimpijskim w Tokio 2020. Ogląda się tę rywalizację naprawdę spoko. Dużo się dzieje, nie wszystko jest oczywiste od początku do końca. Wielka piona dla IAAF za tę koncepcję.

Na światowym czempionacie mistrzostwo Europy niczego nie gwarantuje, to oczywiste. Nie daje ono ani przepustki do półfinałów, ani tym bardziej do finału. Z mistrzami trzeba się liczyć, ale nikt im życia nie ułatwi. Ewa Swoboda z eliminacji do półfinału weszła z czasem. Startowała na skrajnym torze, a podobno nie lubi biegać z boku. Dziś ruszyła z drugiej linii. Pobiegła bardzo podobnie jak w eliminacjach. Rezultat rzędu 11.3 szczególnej chwały jej nie przynosi. Na niedawnym Memoriale Kamili Skolimowskiej pobiegła tyle i nie kryła optymizmu, że po złapaniu świeżości w Doha będzie lepiej. A przecież Ewa biegała w tym sezonie już w granicach swojej życiówki (11.08 – taki wynik dałby jej finał), zdobyła młodzieżowe i drużynowe mistrzostwo Europy, ciężko przepracowała zimę zdobywając właśnie złoto na 60 m. Po DME w Bydgoszczy twierdziła, że kończy sezon, że jest za długi i że pragnie szykować się odpowiednio do Tokio 2020. A jednak została przekonana by wystartować w seniorskich mistrzostwach świata na przełomie września i października. W okresie, w którym zazwyczaj lekkoatleci mają chwilę wytchnienia na krótkie wakacje, po prostu dla siebie. W wywiadzie w strefie mieszanej Swoboda przyznała, że czuje się zmęczona, że start nie był zły, choć mógł być lepszy i (co chyba najważniejsze), że ma już pogląd jak to będzie wyglądało na igrzyskach w Japonii. Niech Ewa teraz odpoczywa, niech ładuje baterie, niech rozsądnie podejdzie do ścigania pod dachem. To nam pozwoli mieć nadzieję, że w 2020 roku będzie jeszcze lepiej, choć ten sezon był najlepszy w karierze zawodniczki Grupy Sportowej ORLEN.

Ze spuszczoną głową opuszczał dziś stadion Adam Kszczot. Nie wyszły mu te mistrzostwa i kropka. Niezbyt udany bieg w eliminacjach, długie czekanie czy w ogóle zakwalifikuje się do półfinału, a dziś również ołowiane nogi nie pozwoliły mu na rozwinięcie i utrzymanie oczekiwanej prędkości na dystansie. Fakt, jego droga do Dohy 2019 była bardzo wyboista. Jeśli nie choroba, to jakieś kontuzje, głupie przepychanki na ostatnim, w sumie towarzyskim starcie na 1000 m w Chorzowie. Mimo nadanej przez dziennikarzy i podchwyconej przez kibiców profesury od 800 m, nie nad wszystkim udało się utrzymać kontrolę. Nie ma co jednak płakać nad rozlanym mlekiem. Jest czas na przemyślenia, odświeżenie głowy i wejście w trening do kolejnego, jakże ważnego sezonu. Tymczasem Adam opublikował podsumowanie na swoim profilu facebookowym:

Trudno jest przegrywać. To jest bardzo bolesne. Ale taki właśnie jest sport. Z definicji jest piękny, choć czasem jest tragiczny. Zawsze śmialiśmy się, że w czasie rywalizacji piszę własne komedio-dramaty. Teraz zabrakło komedii, a został sam dramat. Chciałbym podziękować tym wszystkim, którzy ze mną bardzo ciężko pracowali przez te wszystkie miesiące. Są to: trener Zbigniew Król, Jan Blecharz, Jakub Dukiewicz, Tomasz Mikulski, Michał Robakowski, Michał Adamczewski. Wszyscy dążyliśmy do jednego i wspaniałego celu. Chcieliśmy znowu stanąć na podium mistrzostw świata. Wierzyłem w to i walczyłem o to każdego dnia. W tym roku nie będzie mi to dane. Nie co roku można być mistrzem. Od tych co będą w finale odróżniają mnie drobnostki. Coś, co było kilka miesięcy temu. Tych wiele drobnych rzeczy, jakie się na siebie nakładają, może spowodować właśnie taki efekt. Naprawdę wszyscy walczyliśmy do ostatniego treningu i ostatniej godziny, żeby te zawody były jak najlepsze. Dziękuję za to, że tu jesteście, a wam kibicom za to, że nas oglądacie. Trzymam kciuki za resztę swojej reprezentacji.

 

Dziś w nocy chód na 20 km z udziałem Katarzyny Zdziebło. Krótszy, więc może i jaja na trasie będą mniejsze niż w dotychczasowych maratonach.

 

Jutro zaś czekają nas wielkie emocje związane występem Kamili Lićwinko w finale skoku wzwyż, z konkursem tyczkarzy (Piotr Lisek), eliminacjami na 110 m płotkarzy z Damianem Czykierem (choć pytanie w jakiej będzie dyspozycji, ponoć walczy z zatruciem pokarmowym), eliminacjami na 400 m kobiet z Aniołkami (Justyna Święty-Ersetic, Igą Baumgart-Witan i Anną Kiełbasińską). O udział w finale walczyć będzie nasza najlepsza oszczepniczka Maria Andrejczyk. To dopiero czwarty dzień mistrzostw. Koniec dopiero w niedzielę!

DARIUSZ URBANOWICZ

 

Polska młotem stoi. Mamy pierwszy medal lekkoatletycznych MŚ!

 

 

 

fot. Newspix.pl


Aktualności

Kalendarz imprez