Długa trasa, deszcz i multum faworytów. Jutro kolarze pojadą po mistrzostwo świata

Długa trasa, deszcz i multum faworytów. Jutro kolarze pojadą po mistrzostwo świata

Gdy kończy się hiszpańska Vuelta, wielu uważa za skończony również kolarski sezon. Wiadomo, Wielkie Toury rozpalają emocje, ale prawda jest taka, że jedna z najważniejszych imprez roku zawsze rozgrywa się jeszcze później. Mistrzostwa świata trwają już od tygodnia, a ich ostatni rozdział zostanie napisany jutro. Ktoś z najlepszych kolarzy świata założy tęczową koszulkę dla mistrza z wyścigu ze startu wspólnego. Co czeka nas na trasie w Yorkshire? Kto może pokusić się o zwycięstwo? Na co stać Polaków, osłabionych brakiem Michała Kwiatkowskiego? To pytania, na które postanowiliśmy odpowiedzieć.

Najdłuższy wyścig roku

Powyższe stwierdzenie – oczywiście, gdy mowa o tych jednodniowych imprezach – równocześnie jest prawdą… i nią nie jest. Bo gdyby liczyć tylko ten oficjalny dystans, to mistrzostwa świata 2019, ze swoimi 284 kilometrami przegrywają z Mediolan-San Remo. Ale doliczając do tego start neutralny, trasa w Yorkshire niemalże sięga 300 kilometrów. Mniej więcej tyle samo – najkrótszą drogą – przejedziemy, udając się z Warszawy do Poznania. Jeśli więc chcecie dowiedzieć się, jak bardzo harować będą musieli jutro kolarze, po prostu spójrzcie na mapę.

– Długość tej trasy pozostawi ślad – mówi nam Michał Gołaś, który jutro pojedzie nią w barwach reprezentacji Polski. – Nawet jeśli wydaje się, że to może być wyścig dla sprinterów (czy raczej ludzi, którzy poradzą sobie z tą trasą i będą w stanie zafiniszować), to po takim dystansie już tylko nogi będą odgrywały rolę. Tego się nie da przeskoczyć. Dystans na pewno zrobi sporą selekcję. Sam jechałem część tej trasy podczas Tour of Yorkshire. Przejechałem chyba dwie rundy, znam ich charakterystykę. Wiadomo jednak, że już przed nimi powinno się sporo dziać, tych kilometrów jest dużo.

Bo rzeczywiście, zanim kolarze wjadą na wspomniane rundy, gdzie wszystko się rozstrzygnie, przejechać będą musieli 187 kilometrów. Żeby było ciekawiej – to na pierwszych 150 z nich znajdują się najwyższe, sięgające nawet 500 metrów, wzniesienia. Od samego początku nie będzie więc łatwo. Bo nie są to może szczyty, które premiowałyby górali, ale zmęczyć z pewnością zdołają.

– Mimo wszystko wydaje się, że nie jest to trasa na tyle trudna, by pogubili się na niej faworyci – mówi Arlena Sokalska, zastępca redaktora naczelnego Polska The Times. – Znaczenie ma tu moim zdaniem to, że owszem, końcówka jest może łatwiejsza niż początek, ale z drugiej strony długość robi swoje. Po przejechaniu tych dwustu kilometrów, gdy wejdziemy w tę długą, decydującą fazę, wielu zawodników nie będzie już miało pary w nogach. Jak to bywa na MŚ czy innych długich wyścigach – po prostu wygra ten, który jeszcze zachowa trochę sił.

– Ta trasa jest strasznie interwałowa – dodaje z kolei Adam Probosz, komentator i ekspert Eurosportu oraz autor audycji Tur de Tour w Radiu Weszło FM. – Dużym problemem – szczególnie, jeśli będzie padać – jest to, że właściwie każdy z tych krótkich podjazdów zaczyna się po zakręcie. Trzeba wyhamować i rozpędzać się od nowa. Jeszcze ten chropowaty, brytyjski asfalt dodatkowo wysysa soki z mięśni. – Zwracamy tu uwagę na słowa o pogodzie. Bo deszcz w Yorkshire o tej porze roku to norma, o czym przekonali się już i juniorzy, i młodzieżowcy, i kobiety, i czasowcy. W każdym z wyścigów ktoś upadał, w każdym ktoś wjeżdżał w kałużę. Pogoda nie tylko nie jest sprzymierzeńcem kolarzy, ale wręcz przeciwnie – jest ich wrogiem. O tym wspominał też Michał Gołaś.

– Gdy jechałem Tour of Yorkshire akurat było sucho. Ta końcowa runda nie wydawała się wtedy aż tak trudna. Teraz jednak, gdy ogląda się wyścigi młodzieżowców czy kobiet, to widać, że ta pogoda potrafi dokuczyć i przez to tworzy się ostra selekcja. Deszcz to zawsze nerwówka. Jeśli pada, to od początku trzeba być z przodu, każdy o tym wie. U nas pewnie będzie podobnie, wszyscy będą starali się unikać jakichś losowych zdarzeń. Deszcz z pewnością wpłynie na wyścig.

Pytanie, jakie należy sobie tu zadać, brzmi: co się wydarzy na trasie?

Scenariusz oryginalny czy adaptowany?

Trasa, o której się wyżej rozpisaliśmy, ma jedną, wielką zaletę – nie da się w ciemno założyć, że wyścig ułoży się w konkretny sposób. Możecie zgadywać, ale pewności, że traficie, nie macie żadnej. Inaczej było na przykład w zeszłym roku, gdy w Innsbrucku – wobec trudnych podjazdów – można było postawić na gościa, który w górach jeździć potrafi i jest doświadczony. Wygrał Alejandro Valverde, czyli dokładnie ten typ kolarza. W Yorkshire? Tu trudno nawet zgadnąć w jaki sposób to wszystko się rozstrzygnie, a co dopiero kto wygra. O tym drugim napiszemy za chwilę, o pierwszym teraz.

Bo scenariuszy – jak co wyścig – jest sporo. Ten najbardziej klasyczny, czyli dojazd peletonu i akcja sprinterów raczej odpada. Tak się wydaje. Trasa wyścigu jest zbyt długa, trudna i prawdopodobnie za bardzo przeszkadzać będzie pogoda, by to wszystko mogło się skończyć w taki sposób. Ale i tego wykluczyć na sto procent nie możemy. Przy czym, podkreślmy, nie mówimy nawet o całym peletonie – to akurat jest niemożliwe. Wiadomo, że wielu kolarzy wykruszy się wcześniej. Dotyczy to zwłaszcza pomocników, którzy swoje zrobią i zostaną z tyłu, a wielu z nich nawet nie ukończy wyścigu, bo nie będzie musiało.

Ale skoro nie w ten sposób, to jak to wszystko może się skończyć?

– Trudno powiedzieć. Na mistrzostwach można próbować wysnuć jakąś teorię na podstawie wyścigów w niższych kategoriach, a i tak nie będzie to to samo, co dzieje się u elity. Czy będzie jak w Bergen – przyjedzie większa grupka i finiszować będą ci kolarze, którzy są sprinterami? Czy może peleton porwie się na strzępy? Dużo będzie pewnie zależało od pogody, jeśli będzie lało, to taki wyścig wyeliminuje wielu zawodników. Spodziewać wtedy należy się raczej tego, że przyjedzie grupka kilkunastu zawodników na metę i wygra najszybszy z nich – mówi Arlena Sokalska.

A może wszystko porwie się aż tak, że wyścig zakończy się solowym atakiem? To też scenariusz mało prawdopodobny, ale – mimo wszystko – możliwy. Do jego spełnienia jest potrzebnych jednak kilka warunków. – Jeśli ktoś zaatakuje na ostatnim kilometrze, to może wygrać samotnie. Wcześniej? Nawet jeśli będzie to kolarz supermocny, ale atak rozpocznie na jakieś pięć kilometrów do mety, to kilka ekip może zdążyć się zorganizować. Sporo zależy od tego, jak potoczy się wyścig. Gdyby peleton jechał razem, o powodzenie takiej akcji będzie trudno. Jeśli jednak wyścig będzie bardzo ciężki od samego startu, a ekipy rozrzucone, może się to udać. Wtedy ktoś tak może wygrać, jak na przykład Kwiatek w Ponferradzie – mówi Michał Gołaś.

Jeśli nie pamiętacie (choć zapomnieć pewnie trudno), Michał Kwiatkowski zaatakował na ostatnim podjeździe i zjeździe, który był tuż za nim. Zbudował sobie przewagę kilkunastu sekund i na płaskim odcinku, którym kończył się wyścig, zdołał obronić się przed grupką kilku rywali, która starała się go dogonić. Tu jednak spełniony był jeden z podstawowych warunków, o których wspominał Michał Gołaś – peleton był bardzo porwany. Bez tego nie byłoby polskiego mistrza świata.

– To wszystko może skończyć się na naprawdę wiele sposobów – dodaje Gołaś. – Trudno wyznaczyć sobie jeden scenariusz, którego można by się trzymać. Trzeba będzie reagować na wydarzenia na bieżąco na trasie. To nie jest wyścig, w którym charakterystyka trasy powie nam, że na pewno to będą górale czy na pewno sprinterzy. Najbliżej prawdy będę zapewne, gdy powiem, że wygra mocny kolarz, który potrafi finiszować.

To wszystko scenariusze, które znamy. Stąd jesteśmy w stanie o nich wspomnieć. Jest jeszcze jednak jedna opcja – że to wszystko potoczy się zupełnie nowym torem. Jeśli nad Yorkshire przejdzie akurat jakaś ulewa, to, cholera, tam zdarzyć może się naprawdę wszystko. Jak wielka kraksa na kilometr przed metą, przez którą wygra ktoś, kto zwykle jest pomocnikiem i haruje na innych. Albo szaleńcza ucieczka w deszczu kogoś, kogo nawet nie widzimy dziś wśród faworytów. Możliwe, że tegoroczne mistrzostwa świata dostaną Oscara. Za scenariusz oryginalny.

A skoro wspomnieliśmy o faworytach, to kto znajduje się w ich gronie?

Faworyci

Gdy zapytaliśmy o to Czesława Langa, organizatora Tour de Pologne, odpowiedział, że trudno mu wskazać mu konkretne nazwiska, bo jest ich po prostu dużo. Dodał jednak, że to będzie po prostu „wyścig dla twardzieli”. I faktycznie, wydaje się, że tegoroczne mistrzostwo świata może rozstrzygać się właśnie w takich kategoriach, a złotym medalistą zostanie zawodnik, którego nazwisko pojawi się w odpowiedzi na pytanie: kto jest najtwardszy?

Dlatego bukmacherzy stawiają na Mathieu van der Poela. To kolarz wciąż młody, ale taki, który harówy się nie boi. Znakomicie jeździ przecież w przełajach (co zresztą ma po ojcu), w elicie już dwukrotnie był mistrzem świata w tej konkurencji. W tym roku jednak zaprezentował się też świetnie również na szosie. Z najlepszej strony pokazał się choćby w Amstel Gold Race, gdzie w fantastyczny sposób wygrał wyścig. – Widziałem go, jak komentowałem ostatnio Tour of Britain. On tam jechał genialnie, pokazał, że na takie ciężkie końcówki, trudne trasy i brytyjskie szosy nadaje się świetnie. Radzi też sobie z warunkami, to przełajowiec, znakomicie się spisuje nawet, gdy pogoda nie sprzyja. Obstawiałbym go w bardzo ścisłym gronie trzech-czterech faworytów – mówi Adam Probosz.

– Na Van der Poela jest spory “hype” – mówi z kolei Arlena Sokalska. – On jest, oczywiście, związany z tym, że Mathieu bardzo dużo w tym roku wygrywał. Oczywiście, że jest wśród faworytów. Ale czy głównym? Dla mnie nie do końca. Może się mylę, ale wydaje mi się, że pula zwycięzców jest tu znacznie szersza. Van der Poela broni oczywiście to, że wygrał choćby Amstel Gold Race, ale on często popełnia błędy taktyczne w trakcie wyścigów. Przy krótszych dystansach te jego szarże się nie mszczą – zresztą Amstel wygrał właśnie dlatego, że robił rzeczy, których żaden ze starszych kolarzy by nie zrobił – ale w Yorkshire, na dystansie, może zapłacić za to jednak sporą cenę.

Kto poza Holendrem? Tu zaczyna się zabawa. Odpowiedź zbiorcza mogłaby brzmieć: albo Belgowie, albo ktoś inny. Bo faktem jest, że to właśnie Belgia ma najsilniejszą reprezentację na tych mistrzostwach, usłaną wręcz gwiazdami, ale też z dodatkiem młodej krwi, choćby w osobie wspaniale jeżdżącego Remco Evenepoela. – Remco? Wydaje mi się, że nie da rady na takim dystansie, że ten organizm jest zbyt młody, ale kto go wie? To olbrzymi talent, zdolny do wszystkiego. Pokazał to choćby na trasie Clasica San Sebastian, gdzie latem wygrał – twierdzi Arlena Sokalska.

Gdyby każdy z Belgów jechał na własne konto, to śmiało moglibyśmy obstawiać, że w najlepszej trójce znajdą się wyłącznie reprezentanci tego kraju. Dość napisać, że obok Remco startować będą Greg van Avermaet, Philippe Gilbert czy Tim Wellens. To prawdziwy gwiazdozbiór, który jednak może być nie tylko ich siłą, ale i problemem.

– Rzeczywiście, Belgowie mają bardzo silną reprezentację. Muszą to jednak mądrze rozegrać, bo mają tylu liderów, że trudno znaleźć kogoś, kto miałby na nich pracować. Zastanawiam się, jak będą ustawieni. Bo grać mogą nawet na jakieś pięć kart. Będzie im trudno, wszystko jest teraz w rękach selekcjonera i samych zawodników. Wiadomo, że Van Avermaet czy Gilbert woleli by jechać swoje, trudno będzie im pracować na drugiego. To był zawsze problem włoskiej reprezentacji, która miała mnóstwo gwiazd i oni się nawzajem ścigali na trasie. Teraz to może być problem Belgów, aczkolwiek mam nadzieję, że oni to ułożą, bo mieć tak silną reprezentację i nie wykorzystać tego na trasie, to byłaby wielka szkoda – mówi Adam Probosz.

Inni faworyci? Wiadomo, Peter Sagan. Trzykrotny mistrz świata ma pewnie wielką chrapkę na czwarty tytuł i sam twierdzi, że jest w stanie to zrobić. Inna sprawa, że jego forma jest małą zagadką, a częściej raczej mówi się o tym, że Słowak nie jest idealnie przygotowany. To już jednak bardzo doświadczony kolarz, zdolny przygotować znakomitą dyspozycję na jeden konkretny dzień. Dlatego jego zwycięstwo by nas nie zdziwiło. Sęk w tym, że żeby Peter wygrał, dojechać do mety musi większa grupka, z której atakować będą sprinterzy. Sam Sagan powtarza, że poza odpowiednią formą potrzebować będzie jeszcze sporo szczęścia. Jeśli jednak jest w peletonie kolarz, który szczęściu potrafi dopomóc, to jest to właśnie on.

Poza tym o zwycięstwo z pewnością powalczyć może genialnie jeżdżący w tym sezonie Julian Alaphilippe. Francuz zaprezentował się już tak naprawdę w każdych warunkach, na każdej możliwej trasie. Gość wiosną był faworytem każdej (często powtarza się przy nim to słowo, co?) jednodniówki, na jakiej się pojawił, a latem poszalał na Tour de France. Trasa w Yorkshire wydaje się mu odpowiadać. Jeśli utrzymał formę od Wielkiej Pętli, to może zostać pierwszym francuskim mistrzem od – w co aż trudno uwierzyć – Laurenta Brocharda, który triumfował w 1997 roku.

Wśród pozostałych kandydatów do złota wymienić można jeszcze między innymi Michaela Matthewsa, Matteo Trentina, Sama Bennetta, Alexandra Kristoffa czy nawet obrońcę tytułu, Alejandro Valverde, który w świetnej formie przejechał przez hiszpańską Vueltę. Jak ujęła to Arlena Sokalska: „można podać piętnaście nazwisk, a na końcu i tak okaże się, że wygra ktoś inny”. I to jest właśnie magia mistrzostw świata. Są absolutnie nieprzewidywalne.

Jedno jednak – co być może już zauważyliście – możemy napisać. Wśród faworytów nie ma reprezentanta Polski.

Na co stać Polaków?

Gdyby był Michał Kwiatkowski, to… nie byłoby tego śródtytułu, bo jego nazwisko wymienilibyśmy w poprzednim. Kwiatek w formie to zawsze kandydat do medalu mistrzostw świata, po prostu. Ale w tym roku sam zrezygnował ze startu w Yorkshire, uzasadniając to tym, że po prostu we wspomnianej formie nie jest i nie chce na siłę startować w Wielkiej Brytanii. Oczywiście, reakcje na tę wiadomość były różne. – Wszystkim kibicom, którzy mają o to do niego pretensje powtarzam, że kolarz to nie maszyna, a jedynie człowiek. Z różnych przyczyn, często niezależnych od siebie, można mieć gorszy miesiąc czy dzień. Dotyczy to też kolarzy. To, że Michał w tym roku nie jest w wybitnej formie, nie oznacza, że za rok nie będzie błyszczał – mówi Arlena Sokalska.

Dobra, skoro o Michale już wspomnieliśmy, to przejdźmy do tych, którzy w Yorkshire faktycznie się znajdą. Wiadomo, że liderem kadry Polski w takiej sytuacji będzie Rafał Majka. Stąd pytanie „na co stać Polaków?” teoretycznie mogłoby brzmieć „na co stać Majkę?”. Bo my nie mamy takiego komfortu jak Belgowie, że lidera możemy wybrać spośród kilku kolarzy. Normalnie na góry jest Rafał, na trasy takie jak tegoroczna Michał Kwiatkowski. Ale że sytuacja jest wyjątkowa, to Majka będzie się musiał w Wielkiej Brytanii postarać o ratowanie naszego honoru.

Czy może to zrobić? Odpowiedź brzmi: tak. Ale raczej nie zdobyciem medalu, a po prostu dobrą jazdą.

– Rafał kończył Vueltę w bardzo dobrej dyspozycji, a górki na tej trasie mu niestraszne, dystans raczej też. Nie jest aż tak zmęczony sezonem – mówi Adam Probosz. – Na pewno jest w stanie dobrze pojechać. Tak, żeby złapać się w końcówce do grupki, która dojedzie do mety jako pierwsza. Tyle że Rafał nie ma finiszu. Jeśli dojedzie w kilkuosobowej grupie, to może się skończyć tak, jak to zawsze Sylwek Szmyd mówił o sobie – „jak dojeżdżałem w pięcioosobowej grupie, to kończyłem szósty”. Rafał musiałby zaatakować wcześniej, już na ostatnim podjeździe. Mnie nadzieję daje to, że był trzeci na igrzyskach, choć tam była trudniejsza trasa. W czołówce na pewno jest w stanie ten wyścig ukończyć, ale czy pojechać po medal? Mam duże wątpliwości.

Podobnego zdania jest zresztą Arlena Sokalska. Pozytywniej szanse Polaka ocenia za to Czesław Lang: – Majka na pewno jest w stanie powalczyć o medal. Na mistrzostwach trzeba próbować swoich szans. Może akurat odjedzie ucieczka, w której zabraknie sprintera i będzie możliwość rozstrzygnąć cały wyścig na swoją korzyść? Nie lubię takiego przewidywania, ale patrząc na Rafała i styl, w jakim skończył Vueltę – wysoko, w dobrej formie, umotywowany… Wierzę, że będzie zawodnikiem, który spróbuje coś zrobić, nie pozostanie niewidoczny.

W samej kadrze patrzą na to jednak realistycznie. Gdy zapytaliśmy Michała Gołasia, o co tak naprawdę jadą Polacy, nie kolorował rzeczywistości. – Miejsce w pierwszej dziesiątce, a nawet dwudziestce, byłoby bardzo dobrym wynikiem. Nie ma Michała, który na tej trasie na pewno byłby jednym z faworytów i mógłby powalczyć. Jest Rafał i on po Vuelcie jest w bardzo dobrej formie, ale to nie do końca jest trasa pod niego. Na pewno postaramy się utrzymać go gdzieś z przodu. Co to da – zobaczymy.

To Rafał. Ale jest jeszcze jeden scenariusz, o którym wspomniał nam Adam Probosz. Skoro nie ma lidera, który byłby jednym z głównych faworytów do medalu, można spróbować pojechać na Rafała, ale i dać któremuś z pozostałych kolarzy wolną rękę. Stąd jeśli dobrze czułby się na przykład Gołaś, mógłby spróbować powalczyć o coś dla siebie. To przecież kolarz doświadczony, który co prawda zwykle pełni rolę pomocnika, ale pojechać na własne konto też potrafi. Gdy zagadnęliśmy go o to, powiedział jednak, że na ten moment mało wiadomo.

– Jeden z nas pewnie dostanie wolną rękę, faktycznie. Nie rozmawialiśmy jeszcze o tym z Piotrem Wadeckim. Fajnie byłoby, gdybym mógł powalczyć, ale podstawa to szczerość podczas wyścigu. Ten, kto będzie czuł się najlepiej, weźmie ciężar walki na siebie i pojedzie do przodu, a reszta podporządkuje się i będzie go wspomagać. Życzyłbym sobie, żebym był w dobrej dyspozycji, trafił z tym dniem, ale poczekajmy na to, co się wydarzy na trasie. Wiadomo jednak, że częściowo role będą wyznaczone wcześniej. Ktoś musi przyjąć trochę tego wiatru na twarz i dowieźć 2-3 liderów do ostatnich kilometrów. Ale jeśli ktoś będzie się czuć świetnie, to na pewno może pojechać i liczyć na pomoc reszty chłopaków. Musimy być czujni, kontrolować poczynania takich reprezentacji jak Belgia czy Włochy. Jeśli oni ruszą, pojadą agresywnie, musimy się z nimi zabrać. Na sprinterskim finiszu nikt z nas nie wygra, nie możemy czekać do końca.

Nawet jeśli nikt z naszych zawodników nie zajmie wysokiego miejsca (odpukujemy!), można się zastanowić, czy ten wyścig nie będzie dla nich przypadkiem cenną lekcją.

Test?

Wiadomo, że za niespełna rok czekają na nas igrzyska olimpijskie Tokio 2020. I to w ich kontekście tegoroczne mistrzostwa świata mogą okazać się stosunkowo istotne. Bo kolarska kadra nie ma przecież wielu okazji, by razem pojechać w konkretnych wyścigach. Zresztą, to mało powiedziane: jeśli robi to częściej niż raz w roku, to znaczy, że podnosi średnią. Możliwe więc, że to, co stanie się na trasie w Yorkshire, posłuży do – słynnego już – wyciągania odpowiednich wniosków przed przyszłym rokiem w Tokio. Choć, jak twierdzi Arlena Sokalska, raczej nie powinno mieć to aż takiego znaczenia.

– To, czy ci kolarze jeżdżą razem, raczej nie jest zbyt istotne. Zwłaszcza, gdy chodzi o elitę mężczyzn. To jest grupa kolarzy, którzy są zgrani, zawodnicy między sobą potrafią ustalić priorytety i to, kto na kogo pracuje. To, że oni nie jeżdżą razem nie ma raczej znaczenia. Atmosfera w naszej reprezentacji jest znacznie lepsza niż choćby u Belgów czy Włochów, gdzie zawsze jest kilku kolarzy z własnymi ambicjami, których nie chcą się pozbyć.

I faktycznie, w tej kwestii wszystko wydaje się być jasne. Jedyną wątpliwością przed takimi imprezami jest rozstrzygnięcie tego czy liderem będzie Rafał Majka, czy też Michał Kwiatkowski. Wiele zależy tu od trasy i, co oczywiste, ich dyspozycji. Tu więc mistrzostwa świata niczego nie wyjaśnią, bo – abstrahując już od tego, że Kwiatka na nich nie ma – to rzecz doskonale nam znana i wiadoma. Ale już, gdy mowa o budowie kadry, to zawodnikom z drugiego szeregu mogą dać całkiem dużo.

– To, że chłopaki nie jeżdżą razem, to jest ta charakterystyka kolarstwa. Ci kolarze się ścigają, znają, choć są w różnych grupach. Wiedzą, że Rafał Majka świetnie jeździ w górach, Kwiatkowski jest znakomity w klasykach, a Maciek Bodnar jeździ świetnie na czas. Mistrzostwa świata raczej nie mają wpływu na budowanie drużyny, co najwyżej w takiej kwestii, że młodym zawodnikom dają szansę na obycie się z dużą imprezą, zobaczenie, jak to wygląda – mówi Czesław Lang.

I to właśnie ta młodzież może skorzystać na tym, że pojedzie na MŚ w tym roku. Bo, trzeba przyznać, choć niektórzy narzekali na to, że grupa CCC nie odnosi wielkich rezultatów, to jednak sporo dała niektórym z naszych zawodników. Wspomina nam o tym Adam Probosz. – Teraz mamy fajnych kolarzy, bo są i Owsian, i Gradek, którzy bardzo fajnie spisują się w CCC. W tym roku pokazali, że jeśli chodzi o pracę dla drużyny, robią to świetnie. Podnieśli swój poziom. Mamy teraz bardzo mocną reprezentację, która może pomóc liderowi. A przecież w przyszłym roku, gdy zajadą do Tokio, oni powinni mieć jeszcze większe doświadczenie. To może być naszym bardzo dużym atutem. Te mistrzostwa mogą być więc drogą do budowy drużyny, tej wspomagającej lidera.

A wiadomo, że w kolarstwie – choć laury zbiera jeden – bez drużyny niczego się nie osiągnie. Mistrzostwo Michała Kwiatkowskiego z 2014 roku jest tego najlepszym dowodem. Niech więc te mistrzostwa – nawet jeśli nasi kolarze zakończą je na dalszych pozycjach – będą sporym krokiem na drodze do medalu przyszłorocznych igrzysk.

SEBASTIAN WARZECHA

Fot. Newspix


Aktualności

Kalendarz imprez