Dlaczego jesteśmy dumni z paraolimpijczyków, pomimo niewielkiej liczby medali?

Dlaczego jesteśmy dumni z paraolimpijczyków, pomimo niewielkiej liczby medali?

Mieliśmy niemały ból głowy kiedy zastanawialiśmy się na tym, jak można ocenić występ naszych paraolimpijczyków w Tokio. Bo jeżeli za główny czynnik weryfikujący postawę Polaków przebierzemy zdobycze medalowe, to – co tu dużo ukrywać – będzie to ocena dość brutalna. Zdobyliśmy dwadzieścia pięć medali. Tylko dwadzieścia pięć. Tak słabego rezultatu nie „osiągnęliśmy” nigdy w historii. Jednak wtedy zadaliśmy sobie pytanie – czy w paraolimpiadzie chodzi wyłącznie o medale? Otóż naszym zdaniem nie. Bo igrzyska paraolimpijskie to coś więcej, niż tylko sucha statystyka krążków. To zbiór niesamowitych historii o pokonywaniu przeciwności losu, będących inspiracją dla tysięcy niepełnosprawnych osób, które znajdują się w takiej samej sytuacji życiowej.

Medialność igrzysk na plus

Jednym z największych pozytywów minionych igrzysk jest przedostanie się sportu paraolimpijskiego do świadomości masowego widza. Telewizja Polska wykonała tu kawał dobrej roboty. Wiele zmagań paraolimpijczyków było transmitowanych na żywo – również tych nocnych. Poza tym, codziennie od godzin porannych do popołudnia mogliśmy oglądać obszerne podsumowania i analizy występów Polaków, w których świetnie wypadał Krzysztof Głombowicz. Na stronie TVP Sport była i jest dostępna masa występów Polaków. Dzięki temu paraigrzyskami zainteresowały się również inne media. Nie mówiąc już o poruszeniu w mediach społecznościowych, kiedy któryś z naszych reprezentantów odnosił sukces. Paraolimpijczycy w końcu zyskali to, o co walczyli od kilku ostatnich edycji igrzysk – rozgłos i rozpoznawalność.

Ten proces trwa już od lat. Jeszcze przed igrzyskami w Rio de Janeiro Natalia Partyka tak mówiła o zainteresowaniu sportem paraolimpijskim w Polsce, w wywiadzie dla oficjalnej strony Polskiego Komitetu Paraolimpijskiego: – Pamiętam, że jak wracałam z Sydney, Aten czy Pekinu, niewiele się o igrzyskach paraolimpijskich mówiło. Nikt na nas nie czekał, nie interesował się nami. Nawet miałam z tego powodu kompleksy, wygrałam igrzyska paraolimpijskie i właściwie co z tego?

– Po Londynie podejście zmieniło się także i w Polsce. Do ludzi dociera, że zdobyć tu medal to prawdziwa sztuka. Teraz wreszcie Polacy zobaczą wielu zawodników na własne oczy, dowiedzą się o ich istnieniu. Może ktoś później wysłucha ich historii, a ta z kolei zainspiruje kogoś do wzięcia się za siebie. Bardzo byśmy tego chcieli, wreszcie ktoś dał nam szansę. A ja dziś jestem szczerze dumna z moich paraolimpijskich medali – kontynuowała Partyka.

A to przecież jej słowa po Rio – turnieju pokazywanego w telewizji, ale bez porównania gorzej opakowanego medialnie. I właśnie dlatego, chociaż Polacy wywalczyli w Tokio relatywnie mało medali, to każdy z nich ma większą siłę przebicia do społeczeństwa, niż krążki przywiezione z poprzednich imprez. Widać to było w poniedziałek na warszawskim Okęciu, gdzie polscy sportowcy zostali przywitani przez licznie zgromadzonych kibiców. Zainteresowanie fanów przekłada się również na sponsoring, tak potrzebny wielu z nim do normalnego funkcjonowania. Pierwsze efekty już są widoczne. Róża Kozakowska, która w Tokio wywalczyła złoto w rzucie maczugą i srebro w pchnięciu kulą, dołączyła do grona stypendystów Fundacji ORLEN.

Nie liczy się cel, lecz droga

Niech ten motyw stanowi punkt centralny tego osobliwego podsumowania. Okej, moglibyśmy teraz sypać liczbami, że lekkoatleci wywalczyli jedenaście medali, a tenisiści stołowi siedem i porównać te wyniki z poprzednimi turniejami. Ale nie w tym rzecz. Bo za wieloma z tych krążków kryją się wspaniałe historie będące dowodem, że ograniczenia są tylko w naszych głowach. Zdobyty laur w przypadku naszych paraolimpijczyków stanowi swoistą wisienkę na torcie. Oni wygrali w swoim życiu znacznie wcześniej.

Bo jak potraktować brązowy medal Natalii Partyki w konkursie indywidualnym tenisa stołowego? Jako porażkę, niedosyt? Być może tak, ale nasza legenda sportów paraolimpijskich później wspólnie z Karoliną Pęk obroniła złoty medal w drużynie. W dodatku posiada swój niewielki udział w kolejnym medalu – złocie Renaty Śliwińskiej w pchnięciu kulą. Lekkoatletka była stypendystką drugiej edycji konkursu organizowanego przez Fundusz Natalii Partyki. Ta sama dziewczyna, która jeszcze pięć lat temu nie uprawiała sportu – spędzała czas w domu, opiekując się niepełnosprawną babcią. Jak mówi, nie lubiła wychodzić do ludzi, nie chciała narażać się na ich docinki. Dziś niskorosła mistrzyni mentalnie może patrzeć z góry na wielu swoich oprawców. Zapytajcie Natalii czy gdyby miała możliwość, to zamieniłaby złoto Renaty na swoje własne. Jesteśmy przekonani, że odpowie wam – nigdy w życiu.

A wspomniana już Róża Kozakowska? Zawodniczka cierpiąca na neuroboreliozę, która to choroba z biegiem lat postępuje. Wychowana w skrajnej biedzie, z ojczymem-sadystą pod jednym dachem. Ale też osoba wiecznie uśmiechnięta, wręcz zarażająca innych pozytywną energią, jakby nie zrażająca się przeciwnościami losu. Złoto i srebro to zwieńczenie jej wieloletniego trudu, poświęcenia i pracy

.

Nie można nie wspomnieć o panteonie naszych doświadczonych lekkoatletek. O Barbarze Bieganowskiej-Zając, która w Tokio zdobyła czwarty złoty medal w biegach. A przecież jeszcze dziesięć lat temu – już jako mistrzyni paraolimpijska – otrzymywała stypendium rzędu kilkuset złotych i była zmuszona wyjechać na pracę sezonową do Holandii. O Karolinie Kucharczyk, która w zdobyła złoto i pobiła rekord świata w skoku w dal. Choć po srebrnym medalu w Rio była tak rozgoryczona, że bez ogródek mówiła, że mogłaby skoczyć tyle samo albo i dalej nawet po pijaku. Pamiętamy łzy smutku Alicji Jeromin, przegrywającej medal w biegu na 100 metrów o jedną setną sekundy. Cztery dni później były to łzy radości, po wywalczeniu brązowego medalu w biegu na 200 metrów.

Świetną historię ma Maciej Lepiato, który w 2019 roku mógł już zakończyć karierę po zerwaniu ścięgna Achillesa. Taka kontuzja dla skoczka wzwyż brzmi niczym wyrok. A jednak Polak powrócił i wywalczył brązowy medal, który smakuje dla niego niczym złoto. Jest Piotr Kosewicz, który w 1998 roku występował jeszcze na… zimowych igrzyskach paraolimpijskich w Nagano. W 2006 roku zrezygnował ze sportu na długie dziesięć lat, decydując się na otwarcie własnego biznesu – zakładu fotograficznego. Powrócił w 2016 roku, zainspirowany występem Roberta Jachimowicza w rzucie dyskiem w Rio, który wywalczył wtedy srebrny medal. W finale rzutu dyskiem w Tokio pokonuje swoją inspirację i zarazem przebija wynik Jachimowicza z Brazylii – zostaje mistrzem olimpijskim.

A Patryk Chojnowski, który jako osoba niepełnosprawna potrafił zdobyć tytuł mistrza Polski wśród zdrowych zawodników? A Szymon Sowiński, który treningi łączy z pracą zawodową i wychowywaniem dwójki dzieci? W dodatku w Rio de Janeiro był czwarty. W Tokio jego srebrny medal jest pierwszym w historii wywalczonym przez Polaka w strzelectwie paraolimpijskim.

To wszystko historie, po których usłyszeniu człowiek zaczyna sam sobie zadawać pytanie – skoro ci ludzie napotkali w życiu na tyle przeciwności i dali radę, co mnie powstrzymuje przed osiągnięciem obranego celu? A to przecież zaledwie skrótowe opowieści o części naszych zawodników. Zapewniamy, że podobne momenty w życiu posiada większość naszych paraolimpijczyków – nie tylko medalistów. Gdybyśmy mieli opisać szczegółowo je wszystkie, powstałaby z tego książka. Dziś, po igrzyskach paraolimpijskich w Tokio, te historie ujrzały światło dzienne. Ktoś się tymi ludźmi zainteresował, ktoś ich oglądał. I być może oni sami natchnęli jakąś osobę niepełnosprawną do uprawiania sportu. Tak, jak Jachimowicz natchnął pięć lat temu Kosewicza do powrotu.

Kolarstwo i szermierka zaliczają regres

Oczywiście, nie jest tak, że końcowa klasyfikacja medalowa zupełnie nam wyparowała z głowy. Musimy ją przytoczyć, chociażby w porównaniu do igrzysk paraolimpijskich w Rio de Janeiro, z których przywieźliśmy 39 krążków. To aż o 14 więcej, niż wynosi nasz stan posiadania po Tokio. Taka różnica spowodowała, że w klasyfikacji generalnej Polska uplasowała się na siedemnastej pozycji, podczas gdy pięć lat temu zajęliśmy dziesiątą lokatę.

Jeżeli mielibyśmy wybrać dyscyplinę na którą bardzo liczyliśmy na zawodach, byłaby to szermierka na wózkach. Z Rio de Janeiro nasi szermierze powrócili z trzema medalami, z czego dwa wywalczyli w drużynach. Londyn to również trzy krążki, lecz dwa złote – Dariusza Pendera oraz Grzegorza Pluty. W Tokio jedynym polskim szermierzem na medal okazał się zięć Pluty, Adrian Castro. Polak wywalczył srebrny medal w szabli, czym poprawił wynik z Brazylii, gdzie w walce o brąz pokonał… swojego wówczas przyszłego teścia. Mamy nadzieję, że prywatnie obaj panowie nie od razu chwytają za broń i mają inne sposoby na rozstrzyganie rodzinnych sporów.

Największy regres Polacy zaliczyli w kolarstwie, na co złożyło się kilka czynników. W Rio de Janeiro medale zdobywali Anna Harkowska (dwa razy srebro), Rafał Wilk (srebro i złoto) oraz tandem Iwona Podkościelna-Aleksandra Tecław (złoto). W Kraju Kwitnącej Wiśni wywalczyliśmy zaledwie dwa brązowe medale. A właściwie to jeden, do czego jeszcze dojdziemy…

Za wielkiego pechowca może uchodzić Rafał Wilk. Polak – trzykrotny mistrz olimpijski – w jeździe na czas zajął najgorsze dla sportowca, czwarte miejsce. Jednak jego główną konkurencją był wyścig ze startu wspólnego, mający miejsce dzień później. Niestety, po godzinie jazdy w handbike’u Polaka przestała działać przerzutka. Usterki nie udało się naprawić, to też był zmuszony wycofać się z wyścigu. Zatem naszym medalowym rodzynkiem w kolarstwie jest Renata Kałuża, która wywalczyła brąz w handbike’u w jeździe na czas.

Plama na honorze

Oficjalnie posiadamy jeszcze drugi brązowy medal, który w kolarstwie torowym wywalczyli Marcin Polak i Michał Ładosz. Był to pierwszy krążek zdobyty przez Polaków w Tokio, co niezmiernie nas cieszyło. To był dobry start, mocne otwarcie naszej reprezentacji. Szkoda tylko, że już dwa dni później w mediach gruchnęła wiadomość, że nasi reprezentanci stosowali doping. Konkretnie w ich organizmach wykryto EPO – jeden z najpopularniejszych środków zwiększających wydolność organizmu. Polski tandem ma jeszcze prawo do analizy próbki B, lecz nie oszukujmy się – szansa na to, że jej wynik będzie inny jest znikoma.

Tandem Marcin Polak-Michał Ładosz. Fot. Newspix

Tym samym nasz tandem przebył szybką drogę od bohaterów do zawodników wyklętych. I wcale się temu nie dziwimy. Ta sytuacja z jednej strony udowadnia, że paraolimpijczycy to sportowcy tacy sami jak pełnosprawni zawodnicy. Chorobliwie ambitni, zdolni posunąć się nawet do nielegalnych działań byleby urwać z wyniku kilka sekund. Dodać parę centymetrów. Zyskać więcej punktów. Lecz właśnie ze względu na swoją niepełnosprawność, tym bardziej naganne jest ich zachowanie. Przecież oni mają stanowić wzór – przede wszystkim dla innych osób z niepełnosprawnościami. Być drogowskazem, że pomimo przeciwności losu da się zrobić coś ze swoim życiem. Bez specjalnej pomocy z zewnątrz, bez układów, wreszcie – uczciwie i z zachowaniem szacunku do przeciwnika oraz zasad sportowej rywalizacji. I nagle pryska czar ludzi przełamujących własne bariery.

Najgorsze jest to, jak cała sprawa zadziałała na resztę naszej kadry kolarskiej. Aleksandra Tecław jeżdżąca tym razem w tandemie z Justyną Kiryłą mówiła zapłakana po swoim występie, że atmosfera ich wykończyła. Trener Mirosław Jurek mówił, że wszyscy byli w szoku po otrzymaniu informacji o stosowaniu dopingu przez polski tandem. Bo jak reszta Polaków mogła poradzić sobie z palącymi spojrzeniami reprezentantów innych krajów, które po ewentualnym sukcesie tylko by się spotęgowały? Żaden z naszych kadrowiczy po prostu tego nie wytrzymał.

A propos szoku w środowisku kolarskim – dodajmy, że w styczniu na dopingu wpadła wspomniana wcześniej Anna Harkowska. Dyrektor POLADY – Michał Rynkowski – tego samego dnia w którym zostali przyłapani Polak i Ładosz ogłosił, że wobec zawodniczki toczy się postępowanie w sprawie stosowania niedozwolonych środków. Sama zawodniczka broni się, że padła ofiarą sabotażu. Ma również żal do POLADY, iż ta podała tę informację do mediów tego samego dnia, w którym wpadł polski tandem pomimo, że obie sprawy nie mają ze sobą nic wspólnego.

Zatem, tak – wynik medalowy polskich paraolimpijczyków mógł być lepszy. Tak – historia kolarzy jak na razie kładzie się małym cieniem na nasz występ. Ale to nie znaczy, że w całości przesłania tyle pięknych chwil, dobrych wspomnień i wzruszających momentów, jakie zapewnili nam Polscy sportowcy. Bo tych, w porównaniu do jednego negatywnego incydentu, było o wiele więcej. A największym pozytywem japońskich igrzysk jest to, że dane nam było je wszystkie obejrzeć i poznać bliżej, niż na którychkolwiek innych igrzyskach paraolimpijskich.

SZYMON SZCZEPANIK

Fot. Newspix


Subskrybuj
Powiadom o
guest
0 komentarzy
Inline Feedbacks
Pokaż wszystkie komentarze

Aktualności

Kalendarz imprez